video-jav.net

7 powodów, dla których warto zacząć dzień od Mszy świętej

To prawda, wartości Mszy nie zmienia to, o której godzinie na nią pójdziesz. Ale nie oznacza to, że wzięcie w niej udziału skoro świt nie przyniesie ci dodatkowych korzyści, o których być może nawet nie pomyślałeś.

Agata Burghardt
Agata
Burghardt
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

7 powodów, dla których warto zacząć dzień od Mszy świętej
To prawda, wartości Mszy nie zmienia to, o której godzinie na nią pójdziesz. Ale nie oznacza to, że wzięcie w niej udziału skoro świt nie przyniesie ci dodatkowych korzyści, o których być może nawet nie pomyślałeś.

Na zegarku 6.00, leżysz zawinięty w mięciutką kołderkę w głębokim śnie. Dla niektórych to jeszcze środek nocy. Myśl, by w ogóle się z niego wygramolić o tak barbarzyńskiej porze, gdy zajęcia lub pracę zaczynasz dopiero o 9.00 (!), odcina wręcz dopływ tlenu do mózgu, bądź uruchamia inne formy oporu organizmu. Albo jeszcze lepiej, masz dzień wolny! Korci żeby odespać. A gdyby tak choć raz na tydzień zrobić coś tak szalonego (z tej perspektywy) i pójść na Mszę o 7.00? Ale zaraz, zaraz przecież co to za różnica czy pójdę o 12.00, 19.00 czy właśnie rano? Msza taka sama. To prawda, wartości Mszy nie zmienia to, o której godzinie na nią pójdziesz, ale to nie znaczy, że wzięcie w niej udziału skoro świt nie przyniesie Ci dodatkowych korzyści, o których być może nawet nie pomyślałeś. Przeczytaj siedem powodów, dla których warto wstać rano i uczestniczyć akurat w takiej, porannej Mszy świętej.

 

1. Ustawisz priorytety

Po ósmej wyłączonej drzemce, w końcu podnosisz z trudem głowę z poduszki. Co teraz? Może jeszcze zdążysz wziąć jeden łyk kawy zanim zamkniesz za sobą drzwi i znikniesz w wirze obowiązków. W głowie lista zadań na dziś. Po kilku bądź kilkunastu godzinach padasz zmęczony, a tu czeka proza domowa. W chwili wytchnienia włączasz Internet, by przejrzeć go od góry do dołu i oderwać myśli od obowiązków. Czas z bliskimi czy znajomymi mija bezwiednie, trochę z rozpędu. Łatwo zakręcić się wokół czegoś, co w sumie nie jest tak naprawdę nieistotne. Ile razy nasze upragnione priorytety rozjeżdżają się z codziennością? Idąc rano na Mszę, po prostu wcielasz je w życie. To, co chcesz mieć na pierwszym miejscu, ustawiasz na początku. Łatwiej ułożyć resztę, zaczynając od początku.

 

2. Zmienisz perspektywę

Tak jak zakładamy okulary na niesprawne oczy, tak na cały nasz dzień możemy spojrzeć przez perspektywę Ewangelii i odnaleźć w niej potem konkretne sytuacje ze swojego dnia. Zachowaj to Słowo i idź z nimi do swoich aktywności, spotkań, obowiązków. Możesz spojrzeć na nie inaczej, z Bożej perspektywy. Być może coś zrobi się wyraźniejsze.

 

3. Rozpoczniesz dzień z nadzieją

Bywa, że obawiamy się tego co musimy danego dnia zrobić. Nadchodzący dzień jest dla nas wyzwaniem, coś nas przytłacza. Do tej mieszanki naszych ludzkich emocji, warto dorzucić nadzieję – Dobrą Nowinę. Dosłownie. ,,Złożyć to wszystko co masz na ołtarzu”.

 

4. Poczujesz wsparcie wspólnoty

Rozejrzyj się wokół, nie jesteś tu sam. Możesz poczuć wsparcie i obecność wspólnoty jaką tworzycie, będąc na Mszy, modląc się razem. Wcale nie musicie się znać. I tak łączy was tak wiele. Uświadom to sobie jak bardzo jesteście podobni i poczujcie bliskość.

 

5. Przemyślisz swoje plany

Spodziewasz się tego co cię czeka, jakie rozmowy, jakie decyzje będziesz musiał podjąć. Być może niektóre z nich wydawały ci się mętne i nie do rozwiązania. Być może chciałeś odpuścić dziś sobie uczciwość, popatrzeć na coś przez palce, zbagatelizować, czy uciec? Niby wiesz, jak dobrze postąpić, ale wydaje ci się to za trudne. Teraz masz czas, by nabrać tej odwagi, by podjąć dobrą, choć być może trudną decyzję.

 

6. Doświadczysz miłości

Nie ma to jak zacząć dzień od spotkania z ukochaną osobą. Tylko nie tak w przelocie, łypiąc jednym okiem lub rzucając buziaka w locie. Gdyby ktoś dla ciebie zerwał się godzinę wcześniej z łóżka, by się w ciebie wpatrywać i powtarzać, że cię kocha, to całkiem co innego, prawda? Człowiek później w ciągu dnia jakoś tak sam do siebie się uśmiecha, czy to do komputera w pracy czy patrząc przez okno. Przy okazji niejeden kolega czy koleżanka z biurka obok, też się może pouśmiechać na ten widok.

 

7. Trenujesz wierność

Główny atrybut miłości i jej sprawdzian. Gdy uczęszczanie na poranną Mszę świętą uczynisz regularnym postanowieniem, na pewno przyjdą takie chwile, gdy będziesz mierzył się w samym sobą. Może odpuścić… to nic takiego… Próbuj trwać, a możesz zyskać wzrost w miłości.

 

Każdy z nas może uzupełnić to zestawienie, o wiele, wiele dodatkowych podpunktów. Jednak nie sprawdzisz tego, jeśli nie spróbujesz i nie zobaczysz jak bardzo wpływa to na twoją wiarę. Do zobaczenia o poranku!

 

Szukasz wartościowych treści?

Zapisz się na cotygodniowy newsletter Stacji7


 

 

Agata Burghardt

Agata Burghardt

Dziennikarka, w trakcie zdobywania wykształcenia. Pociągnięta do pisania, ponieważ uwielbia kontakt z drugim człowiekiem i płynące z niego różnorodne doświadczenia, a także bogactwo i piękno języka polskiego. Wrażliwa na świat, piękno i wiarę. Chce się tym wszystkim dzielić przy pomocy swoich talentów.

Zobacz inne artykuły tego autora >
Agata Burghardt
Agata
Burghardt
zobacz artykuly tego autora >

Naucz swoje dzieci widzieć niewidzialne

Tak naprawdę nie pytamy jak nauczyć nasze dzieci modlitwy, ale jak sprawić, żeby ją pokochały, żeby zrozumiały jej sens. Jednym słowem – szukamy odpowiedzi jak nauczyć nasze dzieci widzieć niewidzialne.

Anna Hazuka
Anna
Hazuka
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Naucz swoje dzieci widzieć niewidzialne
Tak naprawdę nie pytamy jak nauczyć nasze dzieci modlitwy, ale jak sprawić, żeby ją pokochały, żeby zrozumiały jej sens. Jednym słowem – szukamy odpowiedzi jak nauczyć nasze dzieci widzieć niewidzialne.

To oczywiście nie jest prosta sprawa. Jedno przy piersi, drugie chce myć jeszcze raz zęby, trzecie marudne, czwarte ze zmęczenia pogrąża się w kryzysie, a piąte – najstarsze chciałoby w spokoju czytać już Narnię. I w tym wszystkim my – chrześcijańscy rodzice – usiłujący zlepić z tych rozpadających się na miliony kawałeczków elementów, jedną modlitewną całość. Padamy więc sami na kolana w pokoju najmłodszego i spokojnie czekamy. Zwykle towarzystwo schodzi się dość żwawo. Lubimy ten moment. Lubimy być razem przed Panem Jezusem z naszymi dziećmi, lubimy opowiadać Mu wspólnie o naszym dniu, lubimy prosić Go w ich małych – wielkich sprawach, ale przede wszystkim lubimy słuchać modlitw naszych dzieci. Czujemy się wtedy jak nauczyciele pływania, którzy stoją na brzegu i patrzą jak podopieczni coraz śmielej i coraz lepiej radzą sobie w wodzie. Ale coraz częściej czujemy też, że Ktoś inny uczy już je pływać. I wtedy przeszywa nas prawdziwy dreszcz szczęścia.

Temat dziecięcej modlitwy można potraktować bardzo dosłownie. Pisać o zapalaniu świeczki, o piosenkach (koniecznie z pokazywaniem), o modlitwie spontanicznej. Pisać o nauce skupienia, o wyciszaniu, o tym jak skutecznie stworzyć wieczorny rytuał „Siusiu, paciorek, spać”, ale przecież tak naprawdę nie o to nam chodzi. Na dobrą sprawę prostej modlitwy moglibyśmy chyba nauczyć jakąś zdolną papugę, a nabożnie składać łapki potrafiłby pewnie – przy odrobinie wprawy – każdy szympans. Tak naprawdę nie pytamy jak nauczyć nasze dzieci modlitwy, ale jak sprawić, żeby ją pokochały, żeby zrozumiały jej sens. Jednym słowem – szukamy odpowiedzi jak nauczyć nasze dzieci widzieć niewidzialne.

Jeżeli w porę zrozumiemy, że naszym najważniejszym obowiązkiem jako rodziców jest przyjęcie naszych pociech z całym ich bogactwem, ale i z całą ułomnością, wtedy przekaz wiary wydarzy się niespodziewanie.

Na początku naszej rodzicielskiej podróży wpadła nam w rękę dobrze znana książka Moniki i Marcina Gajdów „Rodzice w akcji”. Ma ona podtytuł „Jak przekazywać dzieciom wartości”. Jednak – wbrew pozorom – konkretnie temu zagadnieniu poświęcony jest jeden, ostatni rozdział książki. Cała reszta traktuje m.in. o umiejętnym stawianiu granic dzieciom, o nieprzyklejaniu im definiujących łatek, o obowiązkach i uczeniu samodzielności. Co chcieli nam przez to powiedzieć Gajdowie? Że w temacie przekazywania wiary, zagadnienia „techniczne” są dużo mniej ważne od całokształtu naszej więzi z dziećmi. Jeżeli uda się nam stworzyć z dziećmi relację opartą na zaufaniu i wzajemnym szacunku, jeżeli w porę zrozumiemy, że naszym najważniejszym obowiązkiem jako rodziców jest przyjęcie naszych pociech z całym ich bogactwem, ale i z całą ułomnością, wtedy przekaz wiary wydarzy się niespodziewanie. Nasze dzieci zobaczą w nas miłość Boga i wiara zjawi się w ich życiu jak ewangeliczny złodziej w nocy, będzie jak ziarnko gorczycy, rosnące bez naszego udziału.

Ale mądre wychowanie to nie wszystko. Aby udało się zaszczepić w naszych dzieciach głód Boga konieczna jest też piękna relacja między nami – rodzicami. Ilekroć czytam w Ewangelii św. Jana mowę pożegnalną Pana Jezusa, przeszywa mnie dreszcz przy słowach: „Po tym wszyscy poznają, żeście uczniami moimi, jeśli miłość wzajemną mieć będziecie” (J 13,35). To najskuteczniejsza rada ewangelizacyjna świata. Każde małżeństwo wie też jednak jaka trudna. Ale nie ma odwrotu! Chcemy, aby nasze maluchy miały w Bogu przyjaciela i obrońcę? Chcemy, żeby wiara dodawała im odwagi, a w chwilach rozpaczy nie pozwalała zwątpić do końca? To pracujmy do utraty tchu nad naszą jednością! Jeżeli ochronimy w sobie wyjątkowość naszej małżeńskiej miłości, wtedy nasze dzieci zobaczą w nas uczniów Chrystusa.

Aby udało się zaszczepić w naszych dzieciach głód Boga konieczna jest też piękna relacja między nami – rodzicami.

I wreszcie trzeci warunek: to nasze autentyczne życie wiarą. Bardzo podoba mi się sposób, w jaki ujmowała to śp. Mariola Wołochowicz. Odpowiadając na pytania rodziców jak sprawić, aby dzieci uwierzyły w Pana Jezusa mówiła m.in.: prowadźcie atrakcyjny tryb życia. Pokażmy dzieciom do czego jest zdolny człowiek niesiony mocą Ducha św.! Pokażmy, że mamy w sobie Jego wolność. Pokażmy, że można zdobywać świat służbą! A nade wszystko współpracujmy z łaską w sklejaniu naszego połamanego serca. Stawiajmy mężnie czoła naszym lękom i zranieniom po to, aby nie przekazać ich naszym dzieciom. Jeżeli nasze dzieciaki zobaczą w nas odwagę, siłę i wolność nie pójdą, ale pobiegną w nasze ślady.

Czyli trzy warunki: piękna miłość rodziców, mądre wychowanie i autentyczne życie wiarą. A już samo uczenie dzieci modlitwy jest wielką przygodą. Dzieci mają w sobie naturalną głębię; warto pomóc im ją odkrywać. Jak? Każdy dom jest z pewnością inny, ale uniwersalnym narzędziem jest prosta modlitwa biblijna. Czytajmy dzieciakom Biblię od początku. Dostosowujmy wydania pod wiek dziecka i czyńmy z opowiadań biblijnych kanwę naszej modlitwy. Pomóżmy dzieciom odnajdywać się w konkretnych scenach z życia Pana Jezusa i pokażmy im jak można z takiej modlitwy czerpać siłę. Pomocne może okazać się “Pismo Święte dla młodych“, które zawiera grafiki, komentarze, objaśnienia, ciekawostki, didaskalia, przygodową stylizację, kolorowe mapy i wiele innych elementów, które pozwolą dzieciom w pełni i ze zrozumieniem poznawać Słowo Boże. Kiedy nasza najstarsza córeczka zmagała się z lękiem przed snem, bardzo często czytaliśmy w jej osobistej Biblii fragment o burzy na jeziorze. Zachęcaliśmy też ją do stworzenia własnej ikony przedstawiającej tę scenę. Pokazywaliśmy, że obok Pana Jezusa na łodzi jest miejsce gdzie może koło Niego spokojnie zasnąć, nawet jeśli na około szaleje sztorm. Potem ta ikona towarzyszyła nam na rodzinnej modlitwie, aż wreszcie Marysia sama zaczęła przez ten obrazek rozmawiać z Panem Jezusem o swoim lęku. Takich obrazów – ikon w Ewangelii jest bardzo dużo. Warto ich szukać razem z dziećmi.

Czytajmy dzieciakom Biblię od początku. Dostosowujmy wydania pod wiek dziecka i czyńmy z opowiadań biblijnych kanwę naszej modlitwy.

Młodsze dzieciaki, poza uczestniczeniem w rodzinnej modlitwie, lubimy zachęcać do modlitwy gestem. Wiosną zbieramy kwiatki dla Maryi, kiedy zapalamy świeczkę mówimy, że robimy to dla Pana Jezusa, żeby widział jak gorące są nasze serduszka, w czasie Boże Narodzenia okrywamy w żłóbku Dzieciątko, machamy naszemu Aniołowi Stróżowi przed wyjściem z domu i uśmiechamy się do św. Tereski, której fotografia stoi w salonie. A w czasie smutku dajemy dzieciom do przytulenia nasz wielki rodzinny skarb – podarowaną przez przyjaciół figurkę Dzieciątka ze zgromadzenia Małych Sióstr Jezusa. Nie ma takiego smutku, którego by nie utulił ten uśmiechnięty, malutki Król.

To, co jako rodzice możemy – zrobimy. Reszta będzie należała do naszych dzieci. Nadejdzie dzień, kiedy same zdecydują czy pójdą za Mistrzem z Nazaretu. Mamy nadzieję, że tak się stanie. Ale nawet jeśli wybiorą inaczej, jeżeli pogubią drogę, a nam rodzicom pozostanie uczyć się od ojca syna marnotrawnego czekania, nawet wtedy jednego będziemy pewni – On – ich mały Król na pewno pójdzie za nimi.

 

Szukasz wartościowych treści?

Zapisz się na cotygodniowy newsletter Stacji7


 

 

Anna Hazuka

Anna Hazuka

Żona Wojtka, mama Marysi, Ulci, Elenki, Basi i Jasia. Z życiowej pomyłki - prawnik, z naprawionego błędu - dziennikarz. Absolwentka pierwszej edycji Akademii Dziennikarstwa i autorka bloga budujemymosty.pl

Zobacz inne artykuły tego autora >
Anna Hazuka
Anna
Hazuka
zobacz artykuly tego autora >
Share via