Z kryzysu już wychodzimy

– Największy szok ekonomiczny, spowodowany zamknięciem gospodarki już minął. Teraz zaczynamy powoli z kryzysu wychodzić, choć ci, którzy stracili już pracę, powinni raczej nastawić się na przebranżowienie – mówi Jakub Sawulski, kierownik zespołu makroekonomii Polskiego Instytutu Ekonomicznego.

Anna Druś
Anna
Druś
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Odkąd zaczęła się narodowa kwarantanna, wiele osób zaczęła trapić jedna myśl: jak duży będzie kryzys wywołany pandemią koronawirusa? Czy stracę pracę od razu, czy dopiero później? Czy stać mnie będzie na mieszkanie i jedzenie?

Po odpowiedzi na te pytania zwracamy się do Jakuba Sawulskiego, kierownika zespołu makroekonomii w Polskim Instytucie Ekonomicznym – publicznym think tanku, zajmującym się analizowaniem sytuacji gospodarczej.

 

Anna Druś: Jaki jest ten kryzys wywołany pandemią: czy już trwa, czy dopiero na dobre się zacznie?

Jakub Sawulski: W zasadzie to już zaczynamy fazę wychodzenia z kryzysu, ponieważ w najcięższej fazie miał miejsce od marca do maja, w czasie narodowego lockdownu, kiedy wiele branż nie mogło funkcjonować i wytwarzało znacznie mniej. Tak zresztą rozumie się kryzys w ogóle: tym terminem określamy znaczący spadek tego, co zwykle wytwarzamy w gospodarce. Epidemia i związane z nią restrykcje czy ludzkie obawy konsumowania niektórych rzeczy spowodowały nagłe zatrzymanie gospodarcze. Ale dziś zaczynamy już z niego wychodzić. Jesteśmy w fazie, w której konsumenci częściowo wracają do normalnego konsumowania. Korzystanie z niektórych usług jest jeszcze ograniczone, np. mamy jeszcze sporą awersję do tego, żeby chodzić do kina czy teatru, albo na jakieś duże imprezy. Mimo to powoli wracamy do normalności.

 

We wszystkich dziedzinach gospodarki?

Na razie głównie w konsumpcji, ponieważ ciągle jest problem z dwoma innymi silnikami, na których funkcjonuje gospodarka, czyli z inwestycjami firm i handlem zagranicznym. Zawsze w czasach niepewnych, kryzysowych firmy niechętnie inwestują, bo nie wiedzą, co będzie za rok czy dwa, ani nawet za parę miesięcy. Nie podejmują dużych zobowiązań finansowych. To się przekłada na handel zagraniczny: ponieważ wytwarzamy mniej, mniej też sprzedajemy za granicę. To zresztą nie tylko problem Polski, ale całej Europy: z powodu pandemii cały handel międzynarodowy znacząco przysiadł. Ponieważ za granicą kupuje się teraz znacznie mniej naszych towarów i usług – w ogólnym rozrachunku też mniej wytwarzamy. Jesteśmy jednak w fazie, w której wszystkie te trzy silniki powoli zaczynają wracać do normalności. Najgłębsza faza kryzysu już za nami, chyba, że nadejdzie druga fala epidemii i powrót takiego lockdownu, jaki był wiosną. Ale takiego scenariusza wolę na razie nie rozważać.

 

Dla gospodarki najważniejsze jest teraz to, żeby konsument się nie bał, żeby spokojnie konsumował, aby gospodarka dalej mogła zaspokajać jego potrzeby. Jedna z kluczowych rzeczy to ta, żebyśmy wrócili do wcześniejszego “optymizmu konsumenckiego” czyli do zwykłego funkcjonowania.

Wiele osób obawia się, że to, co przeżywamy teraz czy przeżywaliśmy wiosną, jest tylko początkiem długofalowego spowolnienia gospodarki. Czy tego typu kryzysy nie mają kilku etapów?

Kryzysy zawsze zmieniają strukturę gospodarki, zmieniają choćby to, gdzie pracujemy – zwolnieni z jednych miejsc zatrudniamy się w nowych. Na pewno tak będzie i tym razem. Zmiany, które nastąpią dla jednych będą dotkliwe, dla innych korzystne, i to zarówno dla ludzi jak i dla przedsiębiorstw. Jeśli jednak nie będzie konieczne ponowne zamknięcie, takie, jakie miało miejsce wiosną, to raczej przewiduje się, że stopniowo z kryzysu będziemy wychodzić.

To oczywiście będzie trwało długo, co najmniej pół roku, a może nawet rok czy dwa, ale stopniowo będziemy wracać do normalnego funkcjonowania, normalnego tempa rozwoju, powiększania produkcji, które do tej pory obserwowaliśmy. Właśnie taki scenariusz wskazują właściwie wszystkie prognozy standardowe, czyli nie takie kasandryczne. Mówią, że już w przyszłym roku czyli 2021 polska gospodarka i europejskie gospodarki wrócą do normalnego poziomu rozwoju.

 

A co z osobami pracującymi w branżach podnoszących się po wiosennym lockdownie najwolniej? Powinni uzbroić się w cierpliwość i optymizm, czy raczej nastawić na głęboką zmianę, którą spowoduje obecna sytuacja?

Takie kryzysy zawsze mocno uderzają w pracowników i miejsca pracy, odbudowa trwa dłużej. Dla przeciętnego Kowalskiego kryzys oznacza, że jeśli w gospodarce firmy wytwarzają mniej, to do produkcji potrzebują mniej ludzi. Więc albo ich zwalniają, albo obcinają wynagrodzenia, albo nie dają podwyżek. Oczywiście w największym kłopocie są te osoby, które zostaną lub już zostały zwolnione. Jednak należy pamiętać, że zatrudnienie w gospodarce będzie się odbudowywało, ale będzie się odbudowywało bardzo powoli. Doświadczenie poprzednich kryzysów pokazuje, że odbudowa miejsc pracy trwa dłużej niż odbudowa produkcji czyli sytuacji gospodarczej jako takiej. Powiedziałem, że w 2021 roku gospodarka wróci już na w miarę normalne tory, więc liczba miejsc pracy w Polsce na normalne tory może wrócić dopiero w 2022 albo w 2023 roku. Uderzenie obecnego kryzysu było bardzo różne w różnych sektorach gospodarki, niektóre ucierpiały bardziej, a inne mniej. Istnieje takie ryzyko, że niektórzy pracodawcy zauważą, że mimo zwolnienia części pracowników udaje im się tym zespołem, jaki mają wrócić do poprzedniego poziomu produkcji. To oznacza, że mogą uznać, iż część pracowników zatrudniana przed kryzysem była po prostu zbędna, a da się tyle samo produkować obecnym zespołem, albo zwiększając liczbę godzin pracy, albo naciskając na większą efektywność.

 

Rozumiem więc, że jeśli taki przeciętny Kowalski już stracił pracę, to powinien raczej nastawić się na przebranżowienie?

W zasadzie tak, choć to zależy od tego, w jakim sektorze pracuje, bo różne sektory będą odbudowywały się w różnym tempie. Na pewno w czasie wychodzenia z kryzysu wszyscy pracownicy powinni wykazać się większą elastycznością, otwartością na pracę w innych miejscach czy branżach. Znów bowiem pojawia się tzw. rynek pracodawcy – w odróżnieniu od rynku pracownika, który dominował w ciągu ostatnich 3-4 lat, przynajmniej w dużych miastach. To oznacza, że tak jak przed lockdownem to pracownicy mogli przebierać w ofertach, tak teraz – raczej pracodawcy mogą przebierać w pracownikach. Aby teraz znaleźć pracę pracownicy będą musieli zgodzić się na większą elastyczność czyli składać CV już nie tylko w zgodzie ze swoim wykształceniem czy doświadczeniem zawodowym, ale myśleć w kierunku przebranżowienia się oraz podniesienia swoich kwalifikacji robiąc dodatkowe szkolenia – nawet online, ucząc się nowych języków. Innymi słowy: poprawić swoją atrakcyjność na rynku pracy, bo o nią będzie po prostu trudniej w najbliższych miesiącach czy nawet latach.

 

 

Jak zatem interpretować informacje, że właśnie teraz rynek pracy zalany jest nowymi ofertami? Czy to efekt odłożonego popytu z wiosny, gdy było zamknięcie, czy też prognoza optymistyczna, że z pracą nie będzie tak źle i nie ma żadnego kryzysu?

Kryzys jest, bezrobocie w Polsce rośnie i będzie rosło przez najbliższych kilka miesięcy. Natomiast rzeczywiście ofert pracy teraz jest więcej. Prawdopodobnie wynika to z tego, że część firm wręczyła wypowiedzenia swoim pracownikom z końcem marca albo w kwietniu, czyli w momencie gdy nie było jeszcze wiadomo, jak długo potrwa zamrożenie gospodarki.

Firmy nie chciały wypłacać wynagrodzeń w warunkach najgorszego kryzysu więc wolały zwolnić część załogi. Za to teraz, kiedy zorientowały się, że powoli wracamy do normalnego funkcjonowania – chcą z powrotem chcą odbudować zatrudnienie, które mieli. To jednak nie będzie pełna odbudowa i to przez co najmniej kilka, kilkanaście miesięcy. Wszystko wskazuje na to, że tych miejsc pracy nie będzie tyle samo, co przed kryzysem.

 

Podsumowując: można być raczej optymistą, mimo że wiele osób spodziewało się raczej wieloletnich przestojów?

Tak, byłbym optymistą, ponieważ to jest bardzo specyficzny kryzys, spowodowany czynnikami z zewnątrz gospodarki, nie tak, jak wcześniej się zdarzało – od środka. Tu mieliśmy tylko krótkoterminowy szok w postaci zamknięcia gospodarek na około dwa miesiące. Teraz stopniowo wszystko będzie się odbudowywać, a sytuacja poprawiać.

 

Kryzys nie jest dobrym momentem na oszczędzanie.

Czy w historii gospodarczej świata były już podobne sytuacje? I jeśli tak, to czego nas mogą nauczyć?

Z jednej strony możemy porównywać to do grypy hiszpanki, która miała miejsce w Europie lekko ponad 100 lat temu, jednak wówczas gospodarka na świecie funkcjonowała zupełnie inaczej, więc z tego powodu trudno postawić te wydarzenia obok siebie. Z kolei szok wywołany zamknięciem gospodarki można porównać do sytuacji wojennej, ale również tylko pod pewnymi względami. Z taką sytuacją nie mieliśmy do czynienia od bardzo wielu dziesięcioleci, dlatego obecny kryzys raczej trudno porównywać do któregokolwiek z wcześniejszych.. On jest bardzo, bardzo specyficzny.

 

Co zwykły Kowalski może zrobić aby przyspieszyć wychodzenie z tego obecnego kryzysu, albo przynajmniej go nie pogłębiać? Więcej kupować, wyjeżdżać na wakacje, chodzić na koncerty w skrócie czy większa konsumpcja wystarczy?

Dla gospodarki najważniejsze jest to, żeby przeciętny Kowalski – czyli konsument – nie bał się, żeby spokojnie konsumował, aby gospodarka dalej mogła zaspokajać jego potrzeby. Jedna z kluczowych rzeczy to ta, żebyśmy wrócili do wcześniejszego “optymizmu konsumenckiego” czyli do zwykłego funkcjonowania. Właśnie ten czynnik bardzo nam pomógł w poprzednim kryzysie lat 2008-9. “Zieloną wyspą” czyli krajem, gdzie gospodarka ciągle rosła, zamiast się zmniejszać, byliśmy dzięki optymizmowi. Po prostu Polacy nie przestraszyli się tamtego kryzysu i nadal “kupowali” tak jak wcześniej. To samo jest teraz pożądane z punktu widzenia gospodarki, choć oczywiście trudno przewidzieć, czy tak się stanie.

 

Czyli jeśli oszczędzać to umiarkowanie?

Kryzys w ogóle nie jest dobrym momentem na oszczędzanie. Z punktu widzenia całej gospodarki to jest raczej moment na to, żeby konsumować, bo to gospodarce pomoże się odbudować. Oszczędności lepiej budować wtedy, kiedy koniunktura jest dobra.

 

Rozmawiała Anna Druś


Jakub Sawulski – Kierownik zespołu makroekonomii w Polskim Instytucie Ekonomicznym. Doktor nauk ekonomicznych, wykładowca w Szkole Głównej Handlowej w Warszawie. Wcześniej związany z Uniwersytetem Ekonomicznym w Poznaniu. Doświadczenie zawodowe zdobywał między innymi w Deloitte Polska, Instytucie Badań Strukturalnych oraz Kancelarii Sejmu. Specjalizuje się w finansach publicznych oraz polityce energetycznej i innowacyjnej państwa. Autor publikacji naukowych z tych obszarów oraz licznych artykułów popularnonaukowych o polskiej i światowej gospodarce

Anna Druś

Anna Druś

dziennikarka i redaktor sekcji news, w Stacji7 od marca 2018. Wcześniej pracowała w “Pulsie Biznesu”, “Newsweeku” i Katolickiej Agencji Informacyjnej. Z wykształcenia teolog i dziennikarz

Zobacz inne artykuły tego autora >

Szukasz wartościowych treści?

Zapisz się na cotygodniowy newsletter Stacji7


 

 



Anna Druś
Anna
Druś
zobacz artykuly tego autora >
ROZMOWY

Szkaplerz – Szata Królowej Karmelu

„Wiele razy nakładałem szkaplerz żołnierzom, którzy wyjeżdżali do Afganistanu. Przyjeżdżali do Czernej całymi rodzinami i przyjmowali szkaplerz. Czy ocaleli na wojnie? Tego nie wiem. Na pewno ten akt oddania się Matce Bożej był wołaniem o Jej opiekę i pomoc” – mówi o. Leszek Stańczewski OCD, przeor klasztoru Karmelitów Bosych w Czernej

Polub nas na Facebooku!

O szacie Maryi, obowiązkach i przywilejach związanych z przyjęciem szkaplerza o. Leszek opowiadał w 2017 r. w rozmowie z KAI.

 

Karolina Krawczyk (KAI): Z jakimi wydarzeniami wiąże się uroczystość Najświętszej Maryi Panny z Góry Karmel?

O. Leszek Stańczewski OCD: Wszystko zaczęło się… od kryzysu. W pierwszej połowie XIII wieku nasz zakon przeżywał ogromne trudności. Bracia w Ziemi Świętej byli prześladowani przez Saracenów i mordowani. Ci, którzy przetrwali te krwawe podboje, zostali wypędzeni z Góry Karmel i przybyli do Europy.

Niestety, tutaj też nie byli rozumiani. Ich pustelnicza mentalność i sposób życia nie spotkały się z przychylnością. Coraz częściej mówiono o kasacie zakonu. Ponieważ w XIII wieku istniały już zakony franciszkanów i dominikanów, to uważano, że to wystarczy, że kolejne zgromadzenie nie jest potrzebne.

Ówczesny generał, św. Szymon Stock, powierzył sprawy zakonu Maryi. W 1251 roku w Aylesford, w Anglii, przeżył objawienie. W nocy z 15 na 16 lipca św. Szymon widział Matkę Bożą, która wręczyła mu szkaplerz, mówiąc: „Weź, najukochańszy synu, ten szkaplerz twego zakonu jako wyróżniający znak i symbol przywilejów, który otrzymałam dla ciebie i wszystkich synów Karmelu. Jest to znak zbawienia, ratunek pośród niebezpieczeństw, przymierze pokoju i wieczystego zobowiązania. Kto w nim umrze, nie zazna ognia piekielnego”.

Nasz generał przyjął ten dar Najświętszej Maryi Panny i od tamtej pory nakazał nosić szkaplerz wszystkim braciom. Zakon zaczął się dynamicznie rozwijać. W ciągu pięćdziesięciu lat powstało pięćdziesiąt domów zakonnych, a w 1397 roku zakon przybył do Polski, do Krakowa. Jako wotum wdzięczności, w nocy z 15 na 16 lipca, przeżywamy uroczyste czuwanie i dziękczynienie za dar i ocalenie. Od XVI w. dzień ten jest nazywany w zakonie „Świętem Szaty”. Właśnie wtedy dziękujemy za ten szczególny znak opieki, jakim jest szkaplerz. W Uroczystość Najświętszej Maryi Panny z Góry Karmel świętuje cała rodzina karmelitańska: bracia, siostry i wierni świeccy.

 

Czym w takim razie jest szkaplerz i dla kogo jest przeznaczony?

Najprościej mówiąc, szkaplerz zakonny to długi pas materiału sięgający do ziemi, który zakładamy na habit. Dla osób świeckich przeznaczony jest szkaplerz mniejszego rozmiaru, który nosi się pod ubraniem. Można także nosić medalik szkaplerzny. Szkaplerz musi zostać pobłogosławiony i nałożony przez kapłana. Nie ma jakiejś szczególnej grupy osób, które mogą go nosić. Szkaplerz, nazywany także „szatą Maryi” może przyjąć każdy, kto odczuwa taką potrzebę.

 

Maryja ze znakiem szkaplerza objawiła się także papieżowi Janowi XXII.

Tak. Dzięki temu została ogłoszona Bulla sobotnia, w której zawarte zostały informacje o przywilejach dla tych, którzy zdecydowali się nosić szkaplerz. Wśród nich jest ten najsłynniejszy, tzw. „przywilej sobotni”. W czasie objawienia Maryja zapewniła Ojca Świętego, że uwolni z czyśćca każdą osobę odzianą w szkaplerz karmelitański w pierwszą sobotę od chwili śmierci. Powtórzyła tym samym tę obietnicę, którą wcześniej wypowiedziała w stronę św. Szymona Stocka.

 

Jak uchronić się przed tym, by nie traktować szkaplerza jako talizmanu, jako „pewnika” w drodze do nieba?

Bardzo prosto. Trzeba pamiętać, że za szkaplerzem stoją nie tylko przywileje, ale też obowiązki. Wypełnianie ich bardzo szybko zweryfikuje naszą postawę i decyzję o przyjęciu „szaty Maryi”. Tych obowiązków jest kilka: po pierwsze, szkaplerz należy nosić zawsze i wszędzie. To może być uciążliwe, niektórzy mogą się wstydzić tego znaku. Wtedy wychodzi na jaw, jak ktoś traktuje szkaplerz – czy jest talizmanem czy raczej okazją do dawania cichego świadectwa swojej wiary. Kolejne obowiązki wynikające z przyjęcia szkaplerza to codzienna modlitwa ku czci Matki Bożej, zachowanie czystości zgodnej ze swoim stanem życia, bycie apostołem szkaplerza. Jak widać, tych obowiązków jest kilka.

 

Jak przygotować się do przyjęcia szkaplerza?

Przede wszystkim warto rozeznać, dlaczego ktoś chce przyjąć szatę Maryi. Warto wiedzieć, jakie obowiązki z tego wynikają oraz jakie przywileje. Zachęcam do tego, żeby sięgnąć po książki dotyczące szkaplerza – tych na rynku wydawniczym jest coraz więcej.

Dobrze, aby w chwili przyjęcia szkaplerza osoba była w stanie łaski uświęcającej, po dobrze odprawionej spowiedzi. Trzeba jednak podkreślić, że to nie jest warunek sine qua non, bo szkaplerz jest sakramentalium, a nie sakramentem. Jeśli ktoś ma przeszkody do otrzymania rozgrzeszenia, ale chce przyjąć szkaplerz, to też może to zrobić. W takim wypadku należy starać się żyć najlepiej, jak tylko się potrafi, mimo różnego rodzaju przeszkód, i zrobić wszystko, by uporządkować swoje życie wg Bożego prawa.

Zachęca się także, żeby przyjmujący szkaplerz w tym dniu przyjął Komunię Świętą, ponieważ z przyjęciem szkaplerza wiąże się także łaska odpustu zupełnego.

 

Czy można przyjąć szkaplerz i „ominąć” duchowość karmelitańską? Dzieła świętych Karmelu nie są łatwą lekturą…

Pewnie, że można, ale na pewno byłaby to ogromna szkoda dla człowieka. Duchowość Karmelu jest niezwykle bogata. Mamy wielu świętych: Jana od Krzyża, Teresę Wielką, Teresę od Dzieciątka Jezus, Benedyktę od Krzyża, Małą Arabkę… Warto zgłębiać to, czym żyli ci święci. Szkoda by było przyjąć szkaplerz i nie sięgnąć do głębi, która za nim stoi. To podobnie jak z odwiedzinami: można swoją mamę odwiedzić raz w roku, a można robić to częściej. Można szkaplerz przyjąć i wracać do tego momentu, a można też iść w głąb duchowości karmelitańskiej.

 

W takim razie jak można rozwijać swoją duchowość szkaplerzną?

Tych propozycji ze strony naszego zakonu jest bardzo dużo. Jako zakonnicy przede wszystkim głosimy kazania i rekolekcje o tematyce szkaplerznej. Mamy swój biuletyn, stronę internetową (www.szkaplerz.pl), a w ofercie naszego wydawnictwa mamy dzieła naszych wielkich mistrzów duchowych. Ponadto coraz prężniej rozwijają się bractwa szkaplerzne. Na chwilę obecną są one w kilkudziesięciu miastach w Polsce. Co warto podkreślić, takie bractwa nie muszą należeć do naszych parafii zakonnych, ale z powodzeniem powstają także przy parafiach diecezjalnych. Jest oczywiste, że służymy także kierownictwem duchowym, indywidualną rozmową i sakramentami każdemu, kto jest w potrzebie.

 

Mnogość tytułów, jakimi opisywana jest Matka Boża może przytłaczać. Jak dobrze rozumieć i przeżywać duchowość maryjną?

Bez wątpienia należy ciągle podkreślać, że Maryja jest oczywiście jedna. Są tacy, którzy niestety spierają się o to, które z objawień jest lepsze czy bardziej skuteczne. A to błąd. Maryja jest Królową Nieba i Ziemi, jest też Matką Kościoła, czyli każdego z nas. I właśnie dlatego dobrze by było, aby każdy wierzący znalazł swój własny sposób na relację z Maryją. Może odmawiać różaniec, może nosić szkaplerz, może pielgrzymować do różnych sanktuariów, a może po prostu swoimi słowami z Nią rozmawiać i powierzać Jej swoje sprawy. A dlaczego warto? To bardzo proste. Chyba każdy z nas kocha swoją ziemską mamę – okazuje jej wdzięczność, miłość, szacunek za trud wychowania i wszystkie poświęcenia, jakie poniosła. Tak samo jest z naszą Matką Niebieską – niech każdy sobie znajdzie swój sposób na to, by okazać jej swoją miłość i oddanie. Nie ma znaczenia, co to będzie. Tu chodzi przede wszystkim o miłość.

 

Co z osobami, którym – mimo szczerych chęci – ciężko zaakceptować kult Matki Bożej?

Tym, którym trudno jest zrozumieć osobę Matki Bożej, polecam postawę dziecka. Zachęcam, aby powierzyć Maryi swoje sprawy, także tę trudność z zaakceptowaniem Jej. Jestem pewien, że w taki sposób najszybciej przekonają się, że Matka Boża nie chce odbierać Jezusowi należnej Mu czci i szacunku, ale robi wszystko, by każdy człowiek jeszcze bardziej kochał Jej Syna.

Maryja przyniosła nam największą łaskę, jaką możemy sobie wyobrazić. Dała nam Chrystusa. Właśnie z tego powodu nazywana jest „pośredniczką”. Ona nadal chce nam udzielać kolejnych łask, dlatego zachęcam: jak dzieci proście Matkę o pomoc, a otrzymacie to, czego potrzebujecie.

 

Na pewno Ojciec spotkał się z wieloma świadectwami związanymi ze szkaplerzem. Któreś z nich szczególnie Ojcu zapadło w pamięć?

Najpierw powiem, że ja sam czuję opiekę Matki Bożej. Tego się nie da opisać żadnymi słowami, ale proszę mi wierzyć, że jestem pewny Jej opieki w moim życiu kapłańskim i zakonnym. Pamiętam też historię, która wydarzyła się w Truskolasach. Siostry Karmelitanki Dzieciątka Jezus mają tam swój dom. W latach 60. XX wieku, w czasie Wielkiego Postu w tej miejscowości wybuchł pożar. Ponieważ większość domów była drewniana, ogień bardzo szybko się rozprzestrzeniał i szedł wprost na dom Sióstr oraz na drewniany kościół. Wtedy jedna z sióstr, s. Genowefa, ściągnęła swój szkaplerz, rzuciła w miejsce, do którego zaraz miał dotrzeć ogień i zawołała „Maryjo, ratuj!”. I ogień po prostu się zatrzymał. Ludzie po dziś dzień opowiadają o tym wydarzeniu i przekazują tę historię kolejnym pokoleniom.

Ja sam wiele razy nakładałem szkaplerz żołnierzom, którzy wyjeżdżali do Afganistanu. Przyjeżdżali do Czernej całymi rodzinami i przyjmowali szkaplerz. Czy ocaleli na wojnie? Tego nie wiem. Na pewno ten akt oddania się Matce Bożej był wołaniem o Jej opiekę i pomoc. Ale podkreślić trzeba, że przyjęcie szkaplerza nie oznacza lekkiego i bezstresowego życia. Kiedy Maryja objawiła się Szymonowi Stockowi, obiecała, że uratuje dusze przed pójściem do piekła. I przede wszystkim tak należy rozumieć tę opiekę.

 

Rok 2001 okazał się przełomowym momentem dla nabożeństwa szkaplerznego.

Tak. Była to 750 rocznica objawienia się Maryi i podarowania nam szkaplerza. Z tej okazji papież Jan Paweł II napisał list apostolski Providentialis gratiae eventus, w ten sposób podkreślając znaczenie „szaty Maryi” nie tylko dla naszego zakonu, ale dla całego Kościoła powszechnego. W tym liście podkreślił dwie prawdy. Jedna mówi o tym, że Maryja jest naszą opiekunką zarówno w tym życiu jak i w chwili śmierci. Druga z prawd podkreśla, że nabożeństwo do Matki Bożej powinno trwać w życiu chrześcijanina nieustannie: „(…) nabożeństwo do Najświętszej Maryi Panny nie może ograniczać się tylko do modlitw i hołdów składanych Jej przy określonych okazjach, ale powinna stanowić “habit”, czyli nadawać stały kierunek chrześcijańskiemu postępowaniu, opartemu na modlitwie i życiu wewnętrznym poprzez częste przystępowanie do sakramentów i konkretne uczynki miłosierne co do ciała i co do duszy” – tak pisał Ojciec Święty. Warto dodać, że on sam od młodości nosił szkaplerz i wielokrotnie o tym wspominał.

 

W tym roku obchodzimy setną rocznicę objawień w Fatimie. W wydarzeniach sprzed stu lat pojawił się pewien karmelitański akcent.

To prawda. W ostatnim objawieniu fatimskim, 13 października 1917 roku, Maryja objawiła się pastuszkom, będąc ubraną w habit karmelitański. S. Łucja, jedna ze świadków objawień wielokrotnie podkreślała, że właśnie przez to objawienie Maryja chciała nam pokazać, że różaniec i szkaplerz są nadal aktualne i bardzo potrzebne. Podkreślał to biskup da Silva, ordynariusz diecezji Leiria, który mówił, że szkaplerz jest integralną częścią orędzia fatimskiego. Warto żyć tą pobożnością, warto bliżej poznać „szatę Maryi”, a przez Matkę Najświętszą zbliżyć się jeszcze bardziej do Chrystusa.


 

KAI

Szukasz wartościowych treści?

Zapisz się na cotygodniowy newsletter Stacji7


 

 



Copy link
Powered by Social Snap