video-jav.net
ROZMOWY

Wytańczyć cud

O tańcu z Panem Bogiem i sile modlitwy rozmawiamy z twórcami spektaklu tanecznego „Lilia”.

Ks. Marcin
Godawa
zobacz artykuly tego autora >
Teresa
Markiewska
zobacz artykuly tego autora >
Agata
Stodolska
zobacz artykuly tego autora >
Zofia Świerczyńska
Zofia
Świerczyńska
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Wytańczyć cud
O tańcu z Panem Bogiem i sile modlitwy rozmawiamy z twórcami spektaklu tanecznego „Lilia”.

Zadanie było proste: stworzyć niewielki spektakl taneczny o Matce Bożej. Z małego przedstawienia powstało dzieło, które nie tylko zachwyca, ale sprawia, że zarówno scena jak i widownia zamienia się we wspólną przestrzeń modlitwy, która czyni cuda.

 

Modlitwa i taniec. Okazuje się, że połączenie tych dwóch aktywności może przynieść niezwykłe efekty.

Teresa Markiewska: Taniec jest jedną z najbardziej naturalnych form ludzkiej ekspresji, który jednoczy sferę emocjonalną, cielesną i duchową człowieka. W samej Biblii jest mnóstwo zachęt, aby wielbić Boga tańcem. Przykładem może być Dawid, który nie wahał się tańczyć przed Arką Przymierza. Dla mnie osobiście, taniec jest jedną z najbliższych form uwielbienia, ale też wołania do Boga we wszelkich innych duchowych okolicznościach. W tym jak się poruszamy jest prawda. Czasem słowa nie są w stanie wyrazić tego, co potrafi powiedzieć ciało.

 

Spektakl „Lilia” przedstawia historię Maryi opartą na tajemnicach różańca. Skąd wziął się pomysł na taką formę spektaklu?

Agata Stodolska: Pomysł od początku wiązał się z obchodami 100. rocznicy objawień w Fatimie. Z tej okazji miałam przygotować „mini–spektakl” o życiu Maryi. Osoba, która mnie o to poprosiła, nie miała żadnej wizji i pomysłu jak miałoby to wyglądać. Zostawiła mi całkowicie wolną rękę. Ja także nie myślałam od razu o tym, że spektakl będzie w jakiś sposób związany z różańcem. Jednak sceny z życia Maryi są tak spójne z tajemnicami różańca, że same zaczęły się w nie układać. Zależało mi na tym, żeby nie przedstawiać wyłącznie zewnętrznych obrazów czy faktów – takich przedstawień było już mnóstwo. W moim sercu było pragnienie pokazania przede wszystkim tego jak Maryja dała mi się poznać jako matka i kobieta, jak kochała, jak przeżywała wydarzenia ze swojego życia, którym towarzyszyły zarówno radość jak i ból. Niewątpliwie źródłem inspiracji było głębokie rozważanie i kontemplacja tajemnic różańca oraz Ewangelii.

 

Czy spektakl można potraktować jako formę indywidualnej modlitwy?

Ks. Marcin Godawa: Oczywiście. Zwłaszcza jeśli rozumiemy modlitwę jako świadome bycie przed Bogiem, całościową postawę rozciągającą się poza brzmienie wypowiadanych słów. Nieprzypadkowo taniec rozpoczyna się u nas od skupienia i modlitwy, ponieważ intymne spotkanie ducha tancerki i tancerza z Duchem Świętym wyraża się poprzez ciało i w ten sposób staje się znakiem dla widzów. Wymaga to radosnej pokory i otwarcia na miłość. Taniec jest więc szczególnie sugestywną modlitwą, „tańczonym Różańcem”. Każdy odbiorca zajmujący fotel na widowni zostaje do tego tańca zaproszony. Zatańczyć ma jego serce, umysł, emocje – zgodnie z tym, na ile sam chce i potrafi. Język baletu nie ucieka w abstrakcję, ale pragnie wprowadzać w głębię słowa Bożego, odsłonić te przestrzenie, które nie zawsze bywały dostrzegalne. Taka jest przykładowo wymowa scen „paralelnego” cierpienia Syna i Matki czy seria uzdrowień. Jest to próba ukazania, jak wiele się wtedy dokonało w Chrystusie, w Maryi, w człowieku. Objawienie staje się dzięki temu bliższe, bo przeniesione poprzez współodczuwanie w świat wewnętrzny widza, który właśnie przestaje być jedynie widzem.

 

 

Spektakl „Lilia” powoli zapraszał was do czegoś większego – zbudowania wspólnoty. Jakie były początki Waszej działalności?

Agata Stodolska: Na początku nie myśleliśmy o tworzeniu wspólnoty. Jednak już wtedy bardzo zawierzyliśmy Jezusowi i Maryi całe przedsięwzięcie, prosząc o Boże prowadzenie. Modliliśmy się przed i po każdej próbie, wspieraliśmy się także jako przyjaciele, bo wspólne spędzanie czasu i modlitwa budowały między nami więzi. Od czasu do czasu spotykaliśmy się także na spontanicznym uwielbieniu Pana Boga tańcem (tzw. sacro jams). Z czasem pojawiło się więcej osób, co wcale nie rozpraszało relacji, lecz je rozwijało.

Dopiero po premierze i jeszcze kilku występach, kiedy zaczęliśmy rozeznawać duchowe owoce naszej działalności, zbudowała się w nas wiara potrzebna do silniejszego rozwoju dzieła.

Ważnym momentem było dołączenie do nas księdza Marcina Godawy, który miał sprawować nad nami „pieczę duchową”. Zaczęliśmy wtedy uczestniczyć we wspólnych Mszach świętych, więcej rozmawiać o sprawach duchowych. Nasze spotkania nabrały wtedy jeszcze większego charakteru duchowego. Jednak tak naprawdę dopiero po premierze i jeszcze kilku występach, kiedy zaczęliśmy rozeznawać duchowe owoce naszej działalności, zbudowała się w nas wiara potrzebna do silniejszego rozwoju dzieła w kierunku duchowym. Wspólnota wyrosła więc z budowania jedności w trakcie naszego działania. To potwierdza nasze przekonanie, że inicjatywa leżała od początku po stronie Pana Boga, a następnie Maryi, która pragnęła utworzyć z nas bukiet kwiatów dla Jezusa – pięknych nie tylko zewnętrznie, ale i duchowo. Datę formalnego początku funkcjonowania zespołu jako wspólnoty także wybrała Ona – było to święto Zwiastowania Pańskiego.

 

Czy łatwo jest grać rolę Maryi? Co jest najważniejsze w tym zadaniu?

Agata Stodolska: Nigdy nie myślałam o tym, czy jest to trudne. Faktem jest, że zastanawiałam się nad tym, czy w ogóle przyjąć tę rolę, ale nie ze względu na to, że była ona trudna do zagrania, ale dlatego, że bałam się pychy. Po części miałam też wątpliwości czy jestem odpowiednią osobą do tej roli. Ostatecznie to ja musiałam podjąć decyzję, jednak gdyby nie potwierdzenia przychodzące zarówno od osób mi bliskich jak i zupełnie postronnych, byłoby mi trudno to zrobić, choć początkowo spektakl nie był tworzony na dużą skalę. Kiedy ostatecznie przyjęłam rolę, nie uzbrajałam się w szereg kompetencji teatralnych, raczej zdałam się na swoją intuicję i to, co podpowiadało mi serce. Dużo się modliłam. Modlitwa mnie poprowadziła. To była prośba o to, by Maryja dała mi swoje serce, żeby to Ona była na scenie. To zawierzenie i oddanie siebie było dla mnie najważniejsze. Natomiast to, co jest najtrudniejsze, ale też najpiękniejsze w roli Maryi, to naśladowanie Jej na co dzień.

 

Od premiery spektaklu mija 1,5 roku. Takich spotkań z widzami jest coraz więcej. Jaki jest odbiór spektaklu?

Ks. Marcin Godawa: Dziękujemy Bogu za te piękne chwile, gdy na zakończenie stajemy wszyscy razem na scenie. Żywa reakcja publiczności jest naszą radością, nagrodą za naszą pracę. Chcemy jednak, by oklaski, a nieraz i dłuższe owacje wznosiły się poprzez Maryję ku Temu, bez którego „nic uczynić nie możemy”. Chętnie wracamy choćby do spektaklu dla osób ubogich w ramach Światowego Dnia Ubogich w listopadzie 2018.

 

Podczas sceny uzdrawiania przez Jezusa, w namiocie słychać było płacz…

Nastąpiła prawdziwa wymiana dobra. Od pierwszych kroków na namiotowej scenie towarzyszyły nam brawa i jeśli mogłoby się komuś wydawać, że bezdomni najmniej na świecie potrzebują baletu, to jest odwrotnie. Mieliśmy bardzo wrażliwą publiczność, a uściski ich dłoni po zakończeniu stały się dla nas umocnieniem. Podobnie chcemy służyć ludziom chorym, tańcząc o miłości Boga do każdego człowieka. Cieszymy się każdym świadectwem, które do nas dociera. A bywa, że pochodzą od naszych braci protestantów, a nawet od niewierzących.

 

Wzruszeniu nie ma końca! Piękny moment podczas ŚDU – spektakl o Matce Bożej przyniósł wiele łez wzruszenia! Dziękujemy Spektakl Lilia ❤️

Opublikowany przez Światowy Dzień Ubogich – Archidiecezja Krakowska Sobota, 17 listopada 2018

 

Macie poczucie, że to co pokazujecie innym, zmienia ich życie?

Teresa Markiewska: Mam wielką nadzieję, że Duch Święty przez to co pokazujemy może zmieniać czyjeś życie. Jest to tajemnica jak i kiedy to robi. Czasem przez wzruszenie, czasem przez doświadczenie zobaczenia czegoś pięknego, a czasem przez przypomnienie, że Jezus żyje i mnie kocha. Dla mnie najbardziej poruszającym momentem spośród wszystkich naszych występów, było kiedy po zakończeniu zobaczyłam wśród widzów człowieka bezdomnego, który wyraźnie poruszony przyglądał się nam. Trwało wspólne wielbienie, zapytałam, czy ze mną zatańczy. Tańczyliśmy, w pewnym momencie ten pan zaczął płakać. Powiedział, że to, co zobaczył było jedną z najpiękniejszych rzeczy w jego życiu, a to że mógł zatańczyć z nami, sprawiło, że pojawiła się w nim nadzieja, że i dla niego jeszcze jest szansa. To było bardzo mocne doświadczenie, które na pewno coś we mnie zmieniło.

 

Oprócz licznych występów w Polsce, mieliście okazję wystąpić w Lourdes, a ostatnio podczas ŚDM w Panamie. Jak wspominacie udział w Festiwalu Młodych?

Agata Stodolska: Odbiór spektaklu jest zawsze bardzo pozytywny. Na Festiwalu Młodych widzowie też byli bardzo wzruszeni i przejęci, długo dawali nam owacje na stojąco. Podobnie po naszym późniejszym występie w panamskiej parafii, która nas gościła. Patrząc na łzy w oczach osób, które obejrzały spektakl, odczuwam ogromną wdzięczność, bo mogę zobaczyć jak Bóg dotyka ich serc posługując się nami. Występ na drugim końcu świata w Panamie, czy w ubiegłym roku we Francji, dla ludzi mówiących obcym językiem, o zupełnie innej kulturze i być może religijności, pokazał nam, że „Lilia” jest dziełem uniwersalnym, które tak samo porusza i budzi do wiary w Polsce, jak w innych krajach. Dla Ducha nie ma barier. Wystarczy kontemplacja, która otwiera serce na łaskę.

 

 

Jakie są Wasze plany na przyszłość?

Agata Stodolska: Na razie lądujemy po wrażeniach ŚDM. Ale oczywiście myślimy także o przyszłości. Planujemy dalej wystawiać „Lilię” w różnych miastach w Polsce, m.in. w Krakowie, Myślenicach, Kalwarii Zebrzydowskiej, Siemianowicach Śląskich, Gdańsku czy Częstochowie, a także za granicą – we Francji i Ukrainie. Jak tylko uda nam się zorganizować odpowiednią salę, chcielibyśmy otworzyć grupę dla osób pragnących do nas dołączyć. Mamy też w planach dalszy rozwój taneczny i duchowy, a także zorganizowanie szeregu warsztatów w duchu uwielbienia Pana Boga tańcem, które już w ubiegłym roku przynosiły wspaniałe owoce. Pojawiają się też nowe pomysły i projekty. Nie wszystkie mogę zdradzić, ale zapewniam, że będzie działo się wiele!

 

Rozmawiała Zofia Świerczyńska

 


Zespół tworzący spektakl i wspólnotę „Lilia” to ludzie młodzi, pasjonujący się tańcem, działający w ramach Duszpasterstwa Akademickiego PATMOS Uniwersytetu Papieskiego Jana Pawła II w Krakowie. Wspólnota spotyka się na formacji tanecznej, posiada również formację duchową, za którą odpowiedzialny jest opiekun wspólnoty – ks. Marcin Godawa. Oprócz przedstawień tancerze prowadzą także warsztaty modlitwy i uwielbienia tańcem, które są otwarte dla wszystkich.

 

Szukasz wartościowych treści?

Zapisz się na cotygodniowy newsletter Stacji7


 

 

Ks. Marcin Godawa

Zobacz inne artykuły tego autora >

Teresa Markiewska

Zobacz inne artykuły tego autora >

Agata Stodolska

Zobacz inne artykuły tego autora >
Zofia Świerczyńska

Zofia Świerczyńska

Zobacz inne artykuły tego autora >
Ks. Marcin
Godawa
zobacz artykuly tego autora >
Teresa
Markiewska
zobacz artykuly tego autora >
Agata
Stodolska
zobacz artykuly tego autora >
Zofia Świerczyńska
Zofia
Świerczyńska
zobacz artykuly tego autora >

Żona to najlepsza przygoda, jaka istnieje na świecie

Z Tomaszem Budzyńskim o miłości do żony, randkach i największym dramacie dla mężczyzny rozmawia Judyta Syrek

Tomasz Budzyński
Tomasz
Budzyński
zobacz artykuly tego autora >
Judyta Syrek
Judyta
Syrek
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Żona to najlepsza przygoda, jaka istnieje na świecie
Z Tomaszem Budzyńskim o miłości do żony, randkach i największym dramacie dla mężczyzny rozmawia Judyta Syrek

Jak długo jest Pan ze swoją żoną?

Poznałem Natalię 22 lata temu.

A jak długo jesteście małżeństwem?

21 lat.

To nie nachodziliście się ze sobą…

No nie. Szast prast. Nasze „chodzenie” polegało na jeżdżeniu pociągami. (śmiech)

Od razu Pan wiedział, że to jest kobieta na całe życie? Nie było wahań?

Zakochałem się i nie miałem żadnego wahania, od razu wiedziałem, że to jest ta dziewczyna. Kiedy się pobieraliśmy, byłem całkowicie świadomy tego, co robię. Zresztą, byłem już dorosły. Przynajmniej tak mi się wtedy zdawało. Miałem 30 lat.

Marcin Jakimowicz w swoim tekście na Stacji7 zacytował Pana zdanie: Im dłużej jestem z żoną, tym bardziej ją kocham…

Im dłużej jestem z Natalią, tym bardziej ją kocham i tym bardziej ona mi się podoba. Ja się w swojej żonie zakochałem już po raz któryś z kolei, chyba piąty…

Statystycznie raz na pięć lat? (śmiech)

Coś w tym rodzaju… a może i więcej! Uwielbiam moją żonę i nie wyobrażam sobie bez niej życia. Życie bez żony? Co za nuda! Oczywiste jest, że współżycie z drugą osobą i miłość na przestrzeni lat po prostu się zmienia. To co teraz wspólnie przeżywamy jest inne niż wtedy, na początku. Miłości nie da się ogarnąć. Ona się rozrasta na wszystkie strony, w górę, w dół. Zstępuje w tajemnicze głębiny i leci jak ptak po niebie. Na początku to jest jakieś szaleństwo! Mnie się wydaje, że miłość z czasem staje się jakby coraz głębsza. Przenosi się w inne rejony. Co innego widzi. Ale jest coś, co błyszczy jak jakiś skarb. Mam tu na myśli jedność i to jedność dusz. Człowiek nie chce być sam i potrzebuje tego drugiego, tęskni za nim. Wiadomo, że na początku jest to głównie jedność cielesno-erotyczna, bardzo ważna, ale później przychodzą rzeczy jeszcze ważniejsze, trudno mi je nawet nazwać w słowach, bo to są rzeczy z pogranicza mistyki. Jedno ciało i jedna dusza. To się przekłada na bardzo prozaiczne sprawy. Ja na przykład nie mogę się nigdzie ruszyć bez mojej żony, to śmieszne, ale nie wyobrażam sobie, że mógłbym na przykład pojechać sam na wakacje. Kiedy widzę coś ładnego, od razu chcę, żeby ona to zobaczyła. Te piękne miejsca, w których jestem, przestają mi się podobać, bo czuję się jakoś okrutnie wybrakowany. Jak w genialnej piosence Starszych Panów „jestem ćwierć albo pół”. Tragicznie nudno się robi po prostu.

A piękne kobiety? Zwraca Pan jeszcze uwagę na inne kobiety?

Jestem artystą, a kobiety są najpiękniejszymi istotami na ziemi. Jak można by nie zwracać na nie uwagi? „Emisja oka”, że znowu posłużę się cytatem (śmiech). Mężczyźni trochę się boją tego piękna i stąd ten sadyzm. Ja jestem przyjacielem kobiet.

Żona to najlepsza przygoda, jaka istnieje na świecie

Niedawno była taka akcja „Wierność jest sexy”. Potwierdza Pan?

Ale po co komu taka akcja? Mnie się podoba moja żona i to, że jestem jej wierny jest dla mnie jasne jak słońce. Mam zdradzić kogoś, kogo kocham? A niby po co? I nie wydaje mi się, abym musiał z tego czynić jakieś hasło na transparencie.

Zostańmy przy wierności. Rozumiem, że nie da się jej zamknąć w ogólnych hasłach, chwytliwie brzmiących. Można o niej mówić dopiero w oparciu o konkretne doświadczenie, konkretny związek…

Tak, bo tu chodzi o poznanie drugiego człowieka, to jest dla mnie bardzo ważne. Dla mężczyzny poznać kobietę, to trochę tak jak wyprawa w kosmos. Dla mnie taka podróż jest fascynująca. A to nie tylko erotyka, ale także niezwykła i czarodziejska wyprawa duchowa. Im dłużej jestem z moją żoną, tym bardziej jestem zaczarowany.

Na czym to polega? Tak samo myślicie, to samo czujecie? Razem się modlicie?…

Tego do końca nie da sie wyrazić w słowach. Wszystko robimy razem, nawet gramy w scrabble. Ostatnio sromotnie przegrywam (śmiech). Ale przecież mamy swoje charaktery. Ja jestem trochę porywczy a Natalia…

Liberalna?

Nie, nie jest liberalna. Ona jest chyba bardziej wyrozumiała. Ale tak, jak mówiłem wcześniej, najbardziej niesamowite jest to głębokie i tajemnicze przeżywanie jedności. Tu chodzi o mistykę.

Ale chyba nie zawsze jest tak mistycznie, miewacie ciche dni?…

Ciche dni? U nas są co najwyżej ciche godziny. Nie potrafimy kłócić się dłużej niż dwie godziny. Natychmiast musimy się pojednać. Ciche dni, to byłaby jakaś katastrofa, to jakbyśmy mieli żyć bez powietrza.

Często się kłócicie?

Bardzo rzadko, może raz na miesiąc, albo raz na dwa.

Gdyby miał się Pan cofnąć o te 20 lat wstecz, to jaką pracę musiał Pan wykonać, żeby teraz wszystko tak się dobrze układało. Mógłby Pan podać taką receptę dla tych, którzy dopiero startują z małżeństwem?

Nie umiem dawać recept. Po prostu kocham swoją żonę. To są jakieś oczywistości. To chyba rozumie się samo przez się, że jak się kogoś kocha, to pragnie się dla tego drugiego dobra. Nie chce się chyba sprawiać komuś bólu i przykrości. Ja chcę, żeby Natalia była zadowolona. Szczęśliwa i wolna. Jestem po to, aby jej służyć. Moje ciało należy do mojej żony. Uważam, że płacz kobiety z powodu mężczyzny, jest największą porażką jaka może być. Mąż powinien tak robić, aby jego żona była zadowolona pod każdym względem. Miłość to znaczy służyć drugiemu.

To jest świetna recepta, ale te przyziemne sprawy, proste gesty też chyba budują związek…

Ależ życie składa się właśnie z prostych gestów. Ja na przykład bardzo lubię się całować (śmiech).

Żona to najlepsza przygoda, jaka istnieje na świecie

A kwiaty, prezenty…

Bardzo ważne. Ale najważniejsze jest przebaczenie. Częste współżycie i wzajemne przebaczanie sobie . Tak jak powiedziałem wcześniej, nie mamy z żoną cichych dni. Chyba byśmy wtedy umarli. Staramy się pojednać od razu i to tak, żeby dzieci to słyszały i były tego świadkami. Na tym też między innymi polega wychowanie. Mamy dwójkę dzieci i dajemy im w ten sposób przykład. Kiedy ktoś pyta, jak wychowuję dzieci, odpowiadam, że w ogóle tego nie robię. Bo wychowywać dzieci, to znaczy kochać swoją żonę. Człowiek jest egoistą i szuka swego, a tu chodzi o to, aby służyć. Czego mogę ich nauczyć, jeżeli nie zobaczą prawdziwej miłości między rodzicami. Mówienie: rób tak, a tak, a tego nie, zupełnie nie działa, bo to są bezsensowne moralizmy. Człowiek młody od razu się buntuje. My swoim dzieciom staramy się dawać nie tylko taki przykład, jak przebaczać, ale też okazujemy sobie przy nich czułość. Uważam, że to ważne, by moje dzieci widziały, że ojciec przytula matkę, kupuje jej prezenty, mówi miłe słowa. Szczególnie kiedy były mniejsze. Gdy zdarzają nam się awantury i przez jakiś czas panuje ta śmiertelna cisza, to widzę że cała rodzina jest bliska śmierci. I kiedy nie możemy już tego wytrzymać, przychodzimy do siebie, prosząc o wybaczenie. Nie mówimy tego, gdzieś schowani za zamkniętymi drzwiami, mówimy to głośno i nasze dzieci od razu przybiegają. Wszyscy stoimy, obejmujemy się i całujemy.

To, że istnieje śmierć, grzech i cierpienie to dzieci szybko zobaczą w dorosłym życiu, szybko się przekonają o tym na własnej skórze. Ale chodzi o to, by w swojej rodzinie zobaczyły, że istnieje miłość, która jest mocniejsza od śmierci, by zobaczyły dowód na to, że jest zmartwychwstanie. To właśnie jest potrzebne człowiekowi do życia. Potrzebny jest dom  zbudowany na skale. Nie bogactwo i wygodne życie. Bo później, kiedy już dzieci wejdą w piekło dorosłości i zderzą się z trudnymi sytuacjami, ktoś im na przykład zacznie gadać: „a wiesz, nie ma żadnej miłości, wszystko to bujda, człowiek jest sam”, one będą mogły powiedzieć wtedy, że to nieprawda, bo widziały miłość, doświadczyły jej, bo ich rodzice się kochali. Widziały to na własne oczy. I myślę, że człowiekowi nic więcej do życia nie jest potrzebne, niż świadomość tego, że można przezwyciężyć śmierć.

Jesteście całą rodziną w jednej wspólnocie. Czy wyjeżdżacie też wspólnie z dziećmi na rekolekcje, wakacje?

My jesteśmy bardzo zżyci i dzieci często się z nami włóczą. Ale teraz, kiedy Nina ma już prawie 18-lat, a Stasiek 15, to zaczynają mieć swoje własne, młodzieżowe sprawy. Ale jeszcze z pięć lat temu byli z nami ciągle.

To ważne dla Pana, żeby pobyć sam na sam z żoną? Czy małżonkowie powinni mieć taki własny skrawek świata, bez dzieci?

Oczywiście że tak. Wychodzimy do kina, na kolację do restauracji, mamy częste randki. Bardzo to lubimy. Albo jedziemy gdzieś samochodem daleko, daleko… albo po prostu spacerujemy.

Pan zaprasza żonę, czy żona Pana?

Kto pierwszy wpadnie na pomysł randki, ten ją organizuje. (śmiech)

Mówi Pan swojej żonie o wszystkim? Relacjonuje jej pracę, to co się dzieje w czasie wyjazdów na trasę koncertową?

Moja żona wie o mnie wszystko. Niczego przed nią nie ukrywam. Może na samym początku, wstydziłem się pewnych rzeczy, no bo co ona powie ? Ale teraz już nie. Tu chodzi o pełne zaufanie do drugiego. O zrozumienie życia i jego tajemnic. Jak wyjeżdżam na koncerty, to muszę od razu dzwonić, bo mi się przykrzy. Trasy koncertowe są generalnie bardzo nudne.

Potrafi Pan podać definicję żony? Kim jest żona?…

Jeżeli kiedyś Pan Bóg pozwoli mi pójść do nieba, to chciałbym, żeby była tam ze mną moja żona. Nie wyobrażam sobie nieba bez żony. To byłoby jakieś słabe niebo. Nie łatwo jest powiedzieć, kim naprawdę jest żona. Dla mężczyzny to jest chyba najlepsza przygoda jaka istnieje na świecie. Prawdziwa miłość jest jak sport ekstremalny! (śmiech)

Cofnijmy się jeszcze raz o tych 20 lat. Co trzeba zrobić na starcie, żeby tak kochać żonę, jak Pan?

Nie wiem, ale na początku wypada się przynajmniej zakochać. Chodzi o to, aby z egoisty narodził się wolny człowiek. To trochę trwa. Jestem na początku tego procesu. (śmiech)

Ale podobno zakochanie mija.

Już mówiłem, że co najmniej pięć razy się zakochałem w swojej żonie. Wiadomo, że ten  początkowy, szalony i romantyczny afekt przemija, ale co ja mam ze sobą zrobić, kiedy  pomimo upływu czasu, moja żona jest dla mnie coraz piękniejsza. To jak życie w jakimś pięknym , tajemniczym i pachnącym ogrodzie. Jestem chyba szczęśliwcem.

Wywiad pierwotnie został opublikowany 10 lutego 2014 roku.

Szukasz wartościowych treści?

Zapisz się na cotygodniowy newsletter Stacji7


 

 

Tomasz Budzyński

Tomasz Budzyński

Zobacz inne artykuły tego autora >
Judyta Syrek

Judyta Syrek

Manager ds PR i z-ca redaktora naczelnego portalu. Autorka popularnych książek takich jak: „Kobieta, boska tajemnica”, „Sekrety mnichów” (wyróżniona nagrodą Fenix w 2007 r.), „Uwierzcie w koniec świata”, czy „Nie bój się żyć”. Współprowadzi program w TVP1 z o. Leonem Knabitem OSB "Sekrety mnichów. Ojca Leona przepis na udane życie".

Zobacz inne artykuły tego autora >
Tomasz Budzyński
Tomasz
Budzyński
zobacz artykuly tego autora >
Judyta Syrek
Judyta
Syrek
zobacz artykuly tego autora >
Share via