Transmisja nie zastąpi spotkania

„Jeśli ktoś traktuje bycie w kościele jako okazję do spotkania z Bogiem, buduje z Nim relację, to nawet nie będzie zadawał pytań, po co przychodzić.” Z Janem Buczyńskim, katechetą, organistą i publicystą miesięcznika Adeste, rozmawiała Agnieszka Huf.

Agnieszka Huf
Agnieszka
Huf
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Transmisja nie zastąpi spotkania
„Jeśli ktoś traktuje bycie w kościele jako okazję do spotkania z Bogiem, buduje z Nim relację, to nawet nie będzie zadawał pytań, po co przychodzić.” Z Janem Buczyńskim, katechetą, organistą i publicystą miesięcznika Adeste, rozmawiała Agnieszka Huf.

Agnieszka Huf: Jako organista znasz funkcjonowanie kościoła „od środka”. Jaka jest parafia, w której pracujesz?

Jan Buczyński: Jestem organistą w parafii św. Kazimierza w Pruszkowie. To duża, śródmiejska parafia – ma około 20 tys. mieszkańców. W niedziele odprawianych jest siedem mszy, a kościół, choć bardzo duży, jest często pełen ludzi, więc frekwencja jest spora. Oprócz tego standardowe nabożeństwa, godzina uwielbieniowa z młodzieżowym zespołem… parafia żyje.

 

Tak było do marca tego roku… Co zmieniło się, kiedy wybuchła epidemia?

Pierwsze ograniczenia mówiły o 50 osobach na mszy. Nasz kościół jest na tyle duży, że tych 50 osób praktycznie nie widać, gubią się w przestrzeni. Szybko udało się zorganizować działanie parafii, pojawili się wolontariusze, młodzież i Rycerze Jana Pawła II, którzy liczyli wchodzących ludzi a przy okazji dezynfekowali im ręce.

 

Ale z tych 50 osób szybko zrobiło się tylko 5…

Tak, i to już było dla wszystkich mocne tąpnięcie, bo nagle do kościoła mogły wejść tylko osoby związane z zamówioną intencją.

 

Jaki był twój stosunek do tych ograniczeń?

Starałem się cały czas zachować równowagę między posłuszeństwem a moim własnym myśleniem na ten temat. I teraz, z perspektywy czasu, wystawiłbym osobom decydującym mocną czwórkę. Bo myślę, że to poważne ograniczenie nauczyło nas pewnej dyscypliny. Gdyby te reguły nie były takie surowe, to możliwe, że byłyby mniej przestrzegane. Ale brakowało mi trochę tego, żeby ze strony Kościoła wychodziła większa inspiracja dla rządzących, kiedy ograniczenia były stopniowo zdejmowane w sklepach czy innych przestrzeniach życia publicznego. Zastanawiałem się od początku, dlaczego nie można wprowadzić zasady zależności liczby uczestników nabożeństw od metrażu, bo w potężnym kościele te 50 czy nawet 80 osób nie stanowi dla siebie zagrożenia. Na szczęście potem ten przelicznik osób na metr wprowadzono, ale najpiękniejszy czas w roku – Triduum – musiał się odbyć przy pustym kościele.

 

Ty, jako organista, nie doświadczyłeś tego przymusowego „postu” od liturgii, bo na Eucharystii mogłeś być codziennie. Jak się czułeś, grając w pustym kościele?

Bardzo dziwnie się czułem. Rolą organisty nie jest dawanie koncertu solowego, ale prowadzenie śpiewu wspólnoty. A tu głuchy dźwięk odbijał się od pustych ścian… Była Wielkanoc, mamy duże organy, chciałoby się je maksymalnie wykorzystać, poprowadzić radosny śpiew, a tu nie było z kim. Jedna msza nie różniła się właściwie od drugiej. Bo moje doświadczenie jest takie, że każda niedzielna Eucharystia ma swoją specyfikę – na jednej jest więcej dzieci, na innej są starsi, ludzie śpiewają raz chętniej, raz mniej zdecydowanie. A teraz wszystko było takie „wypłaszczone”, jednakowe. Miałem poczucie, że wystarczyłoby raz zagrać, a potem już tylko puszczać te nagrania i nikt nie zauważyłby różnicy…

 

A jak ograniczenia przyjmowali księża w parafii?

To było dla nich wyzwanie, pojawiło się wiele nieznanych dotąd problemów – jak zorganizować odwiedziny chorych, kwestie spowiedzi. Trzeba było znaleźć sposób, żeby utrzymać kontakt z wiernymi, którzy często mieli też dużo wątpliwości i niezrozumienia względem podejmowanych decyzji. Ludzie pytali, dlaczego nie mogą wejść do kościoła, a przecież dla księży czy innych pracowników parafii nie jest łatwe zamykać komuś drzwi przed nosem. Poza tym pojawiła się troska o utrzymanie parafii, kiedy nie było zbieranej składki.

 

Wasza parafia przykłada dużą wagę do jakości transmisji internetowej. Czy zamknięcie kościołów coś zmieniło?

To prawda, mamy zainstalowane kilkanaście kamer, obsługiwanych przez profesjonalną firmę. Wcześniej transmitowaliśmy dwie msze niedzielne i wszystkie ważniejsze uroczystości. Natomiast od początku pandemii proboszcz zdecydował o transmitowaniu wszystkiego, co dzieje się w kościele – wszystkich mszy i nabożeństw. To na pewno ogromna pomoc, widziałem to szczególnie w czasie mszy pogrzebowych – w kościele mogło być 5 osób, ale rodzina mogła się łączyć przez YouTube i też przeżywać ceremonię.

 

Dla mnie było bardzo miłe, kiedy znajomi dawali mi sygnał, że oglądają mszę, na której gram, że w jakiś sposób towarzyszymy sobie wzajemnie. W pustym kościele dawało to krzepiące przekonanie, że Kościół jako wspólnota ciągle żyje.

Jaki jest twój stosunek do transmisji z liturgii?

Uważam, że są wielką pomocą, ale boję się, że ludzie zaczęli je traktować jako rodzaj uczestnictwa. A to jednak jest coś innego. Zresztą czasem nawet w wypowiedziach kapłanów czy biskupów zabrakło precyzji języka, mówili o uczestnictwie za pomocą multimediów – ja bym tego tak nie nazwał. Transmitowana msza może być pomocą w dobrym przeżywaniu niedzieli, kiedy nie ma możliwości fizycznej obecności w kościele. Ale oglądanie nie zastąpi sakramentu, ono ma pomóc w spotkaniu z Bogiem. To ogromne pole dla duszpasterstwa, żeby ludziom precyzyjnie wyjaśniać te kwestie. Natomiast na pewno transmisja może dać poczucie budowania wspólnoty – dla mnie było bardzo miłe, kiedy znajomi dawali mi sygnał, że oglądają mszę, na której gram, że w jakiś sposób towarzyszymy sobie wzajemnie. W pustym kościele dawało to krzepiące przekonanie, że Kościół jako wspólnota ciągle żyje.

 

 

W końcu obostrzenia zaczęto luzować. Jak to u Was przebiegało?

W pierwszym etapie mogło być u nas 80 osób, w drugim 120. Część uczestniczyła stojąc na zewnątrz świątyni. Dużo ludzi przychodziło też w tygodniu, czasem sam byłem zaskoczony, że prawie wszystkie wyznaczone miejsca są zajęte. Frekwencja była duża i mam nadzieję, że od najbliższej niedzieli, kiedy nie będzie już ograniczeń, jeszcze wzrośnie. Choć oczywiście liczę na to, że parafianie podejdą do tego rozsądnie i jeśli ktoś uzna, że dla bezpieczeństwa swojego lub innych powinien zostać w domu, to tak zrobi.

 

Epidemia była tylko rodzajem katalizatora. Daleki jestem od pesymizmu, jaki prezentują niektórzy, mówiąc, że mamy przyzwyczaić się do obrazków 10 – 15 osób w kościele

Nie boisz się, że ludzie przyzwyczaili się do niedzielnej mszy przed telewizorem i już nie wrócą?

Wydaję mi się, że jeśli ktoś odzwyczaił się od życia sakramentalnego i wystarczyło kilka tygodni nieobecności w kościele, a on już nie będzie chciał do niego przyjść, to po prostu przyspieszyły pewne procesy, które i tak by nastąpiły. Epidemia była tylko rodzajem katalizatora. Daleki jestem od pesymizmu, jaki prezentują niektórzy, mówiąc, że mamy przyzwyczaić się do obrazków 10 – 15 osób w kościele, bo niedługo tak będzie na co dzień. Ja wierzę, że będzie dobrze. Dla ludzi zaangażowanych izolacja od kościoła i sakramentów mogła wzmóc tęsknotę i ich uświęcić. Dla innych niedzielna msza była rutyną i pewnie do tej rutyny wrócą.

 

A czym przekonałbyś swoich uczniów, gdyby zapytali, po co chodzić do kościoła skoro mszę można zobaczyć na ekranie?

Do uczniów próbowałbym trafić metaforami, mówiąc chłopakom, że inaczej ogląda się mecz na stadionie, a inaczej w telewizji, inna jest randka w kawiarni a inna na skype. Ale jeśli ktoś traktuje bycie w kościele jako okazję do spotkania z Bogiem, buduje z Nim relację, to nawet nie będzie zadawał pytań, po co przychodzić.

 

Czy według ciebie z tego czasu może wyniknąć jakieś dobro dla Kościoła? Czy to był czas stracony?

Myślę, że żaden czas nie jest stracony. Kościół w swojej historii przeżywał już wiele momentów, kiedy jego funkcjonowanie było utrudnione czy wręcz wisiało na włosku. Nie ma co porównywać tego, co teraz się wydarzyło z wojną, stanem wojennym czy innymi prześladowaniami. Jasne, to trudny czas, ale trzeba znać miarę i proporcje, kiedy o nim myślimy. I zawsze trzeba szukać dobra. Mam nadzieję, że w Kościele nie potraktujemy tych kilkunastu tygodni jako przerwy, po której wracamy do tego samego miejsca, w którym byliśmy wcześniej. Być może ten czas popchnie duszpasterzy do bardziej indywidualnej troski o wiernych? Bo przyzwyczailiśmy się do pewnego automatyzmu, szczególnie w dużych parafiach duszpasterstwo jest masowe, brakuje zauważenia pojedynczego człowieka. A teraz wielu księży pokazało swoją dostępność, chociażby udostępniło swój numer telefonu, dało sygnał, że są gotowi być z ludźmi. Ważne stało się dotarcie do konkretnego człowieka, a nie do tłumu. Jeśli taka mentalność pozostanie, to będzie można mówić o dobrym owocu epidemii.

 

Szukasz wartościowych treści?

Zapisz się na cotygodniowy newsletter Stacji7


 

 



Agnieszka Huf

Agnieszka Huf

Z urodzenia (i przekonania!) – Ślązaczka. Z zawodu – psycholog. Z pasji – bibliofil, człowiekolub, autostopowiczka. A to wszystko traci na znaczeniu wobec najważniejszego: z woli Ojca – dziecko Boże. Uczestniczka Akademii Dziennikarstwa 2017/18.

Zobacz inne artykuły tego autora >
Agnieszka Huf
Agnieszka
Huf
zobacz artykuly tego autora >

Czego Jezus nauczył się od swojej mamy?

– Jezus zapewne widział, jak Jego matka odnosi się do innych ludzi, jak ważna dla niej jest sytuacja krewnych, sąsiadów czy bliskich, kiedy trzeba było im pomóc. Nie ma wątpliwości, że o tych rzeczach mówiła Maryja i swoim przykładem napełniała mądrość Pana Jezusa – mówi bp Romuald Kamiński w rozmowie z Katarzyną Supeł-Zaboklicką.

Redakcja portalu
Redakcja portalu
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Czego Jezus nauczył się od swojej mamy?
– Jezus zapewne widział, jak Jego matka odnosi się do innych ludzi, jak ważna dla niej jest sytuacja krewnych, sąsiadów czy bliskich, kiedy trzeba było im pomóc. Nie ma wątpliwości, że o tych rzeczach mówiła Maryja i swoim przykładem napełniała mądrość Pana Jezusa – mówi bp Romuald Kamiński w rozmowie z Katarzyną Supeł-Zaboklicką.

wywiad jest fragmentem rozmowy, która ukazała się na antenie Radia Warszawa.


Katarzyna Supeł-Zaboklicka: Księże biskupie, jaka więź łączyła Matkę Boga z Bogiem? Pytam o ten związek właśnie ludzki. Jak ksiądz biskup myśli – czego Jezus mógłby się od Maryi, od swojej ziemskiej Matki nauczyć,  jak Ona Go ukształtowała?

Bp Romuald Kamiński: To niełatwe pytanie, ale powiedziałbym, że wszystkiego. Oczywiście my patrzymy w innych kategoriach. Ona towarzyszyła Mu w Jego codzienności. I trzeba wiedzieć, że On widział Ją modlącą się, widział Ją pracującą, widział Jej pokorę, widział, czy odczuwał Jej cichość. Po ludzku trzeba powiedzieć tak: On jako człowiek uczył się tego od matki. Pamiętamy, że był św. Józef i uczył się także od niego, ale te elementy, które wymieniłem, czerpał od matki.

Zapewne patrzył, jak Jego matka odnosi się do innych ludzi, jak ważna dla niej jest sytuacja krewnych, sąsiadów czy bliskich, kiedy trzeba było im pomóc. Zauważył, że cierpiała, widząc ich chorobę, niezaradność, różne potrzeby. To przecież dokładnie jedna z tych lekcji została zapisana w Ewangelii o Kanie Galilejskiej: “Synu, mają problem”. Ona doskonale wie, jest matką, gospodynią. Ale przede wszystkim jest osobą, której serce żywiej zabiło, bo pewnie zobaczyła twarze i jakiś lęk może u gospodarzy, może u nowożeńców: zaprosili tylu znakomitych gości, a tutaj sytuacja jest kompromitująca. My nie patrzmy na wino w perspektywie naszej tradycji. Tam to był pokarm i napój codzienny, świadczący o serdeczności, radości itd. Reagowania w takiej sytuacji Jezus się uczył od matki i potem kiedy nauczał rzesze ludzi, pytał apostołów: „Czy oni mają coś do jedzenia? Słuchają nas już tyle godzin, może nawet dni, a przecież oni mogą być głodni, mogą być zmęczeni”. Nie ma wątpliwości, że o tych rzeczach mówiła Maryja i swoim przykładem napełniała też mądrość Pana Jezusa.

 

I to była dobrze przyjęta i odprawiona właśnie przez Jezusa lekcja.

Tak też się dzieje i w naszym życiu. Gdybyśmy mieli dzisiaj dać nasze świadectwo, to byśmy mogli sporo mówić o takich bardzo cichych przykładach, za którymi być może nie stało żadne słowo uczonego pedagoga. Nieraz jest to dla nas interesujące, jak mama nas wychowywała. To zawiera w domyśle pytania: co mówiła, jak to formułowała itd.

 

… co by zrobiła teraz…

…a ja bym powiedział: nic ani nie mówiła, ani nie cytowała mądrości… Ona to robiła i to było tak przekonywujące, tak mocne, i tak w porę, że dziecko nie miało wątpliwości, że tak właśnie trzeba robić. Na tym polega geniusz pedagogiczny matki. Ojca także, ale dzisiaj mówimy o matkach.

Wydaje mi się, że dziś trzeba na to zwrócić uwagę bardzo konkretnie, bo jest tak, że mamy wielu nauczycieli – i nie mówię o pedagogach szkolnych, tylko o nauczycielach życiowych – ale brakuje świadków. Świadek nie musi wypowiadać słów, czasami nigdy ich nie wypowie, ale jego przykład, zaangażowanie, gest, słuszność w postępowaniu, przekracza największe, najmądrzejsze sformułowania pedagogiczne. I to jest ten element zauważalny u kochających, dobrych matek, że one są geniuszami przez kształtowanie swego dziecka, całego pejzażu jego życia bez słów – w ciszy.

 

Coraz więcej mówi się dziś o różnego rodzaju wspólnotach mężczyzn, którzy także swoje życie zawierzają Maryi, są to chociażby „Wojownicy Maryi”. Mężczyźni z krwi i kości pochylają się, trzymając w dłoniach różaniec i proszą właśnie Maryję o pomoc. Jak ksiądz biskup myśli, z czego to się bierze, że coraz więcej mężczyzn właśnie Ją prosi o pomoc i wsparcie?

Dopiero co miałem takie doświadczenie, bo 18 maja, wieczorem w Radzyminie przy nowo budującym się kościele św. Jana Pawła II zebrali się przedstawiciele tych wszystkich ruchów męskich: Rycerze Jana Pawła, Rycerze Chrystusa, Wojownicy Maryi, inicjatywa Męski Różaniec dla Warszawy… Jest siedem takich inicjatyw, które już jakoś rozpoznałem. Rzeczywiście jest to fenomen. Miałem nawet okazję, żeby ich trochę wypromować. To dzięki Radiu Warszawa i kanałowi internetowemu SalveNET ten sygnał poszedł szeroko.

Matka Boża jest najlepszą nauczycielką i gwarantem, że jeśli ją się poprosi się o pomoc, to Ona jest niezawodna. Myślę, że Polacy mają szczególne wyczucie tej sprawy. A dlaczego dziś jest taki zryw tych ruchów męskich? Nie jestem w stanie odpowiedzieć. Myślę, że jest to nowe odkrycie i nowa łaska do zagospodarowania.

Za sprawy wiary w swoich wspólnotach rodzinnych byli zawsze odpowiedzialni ojcowie. My dzisiaj, na przełomie XX i XXI wieku, nic z tego nie rozumiemy albo bardzo mało. Gdzieś to się w naszych głowach i sercu tak zlokalizowało i skupiło, że „przecież takimi rzeczami, to się mama zajmuje”. Tymczasem nie do końca.

Trzeba by było użyć tutaj słów Pana Jezusa: „Ale na początku tak nie było”. Kiedy patrzymy na sytuację napisaną na pierwszych kartach Pisma Świętego, to od samego początku nowonarodzone dziecię brał pod opiekę ojciec. To on prezentował je Bogu, brał za nie odpowiedzialność, jeśli chodzi o kształtowanie jego relacji z Bogiem. To czytelny sygnał. I tak będzie do końca świata. Myśmy gdzieś ten wątek właściwy zagubili i po linii najmniejszego oporu zrzucili to na barki mamy: ona niech tym się zajmie. Myślę, że potrzeba, żeby społeczeństwo zobaczyło modlących się mężczyzn. Ta myśl z resztą na przestrzeni wieków ciągle jest żywa. Będzie się dobrze działo, kiedy mężczyźni wezmą się za modlitwę.

 

Ale proszą o pomoc Maryję, właśnie Ją….

Bo ona jest pośredniczką wszelkich łask. Wróćmy znów do Kany. „Zróbcie wszystko cokolwiek Syn Mój Wam powie” – to jest ten przepis. Żeby nie pobłądzić, to zwracamy się do Maryi – Ty nas poprowadź, Ty pokieruj, Ty nam podpowiedz, Ty niezawodnie wiesz najlepiej co „na dzisiaj”, „na daną sytuację”, co na nasze możliwości i jak powinniśmy się zachować, co powinniśmy robić.

 

Dla mnie znaczący jest fakt, że wielcy Polacy; sługa boży kard. Stefan Wyszyński i św. Jan Paweł II także polecają się i proszą o opiekę Maryję, proszą o to wsparcie, „Totus Tuus”.

Ktoś mógłby powiedzieć: „no duchowni, to nie wypada inaczej”. Wspomnieliśmy o mężczyznach z krwi i kości, którzy idą przez codzienność nieraz w bardzo trudnych sytuacjach. To nie są ludzie, którzy na co dzień są jakoś mocno zaangażowani w sprawy wiary. Oni teraz stają się takimi. Odnajdują sens swego życia, męskości, ojcostwa, odpowiedzialności przez jednoczenie się na modlitwie, właśnie z różańcem i pod opieką Maryi. I muszę powiedzieć, że czasami są bezkompromisowi, bardzo zdecydowani, mają jasno w głowie poukładane co trzeba robić.

Wydaję mi się, że to wielka łaska Boża na te czasy.

 


CAŁOŚCI WYWIADU MOŻNA ODSŁUCHAĆ >> TUTAJ <<


Bp Romuald Kamiński – od roku 2007 ordynariusz diecezji warszawsko-praskiej. Po dwuletnim wikariacie w Otwocku posługiwał jako pełnił funkcję administrator Domu Arcybiskupów Warszawskich i referent w Sekretariacie Prymasa Polski. Był także kapelanem Prymasa Józefa Glempa. Jego biskupim zawołaniem są słowa „Sub Tuum praesidium” (Pod Twoją obronę).

 

fot. YouTube/The Church of Jesus Christ of Latter-day Saints

Szukasz wartościowych treści?

Zapisz się na cotygodniowy newsletter Stacji7


 

 



Redakcja portalu

Redakcja portalu

Zobacz inne artykuły tego autora >
Redakcja portalu
Redakcja portalu
zobacz artykuly tego autora >
Copy link
Powered by Social Snap