Szymon Reich z „Top Model”: Dążę do świętości

Szymon Reich wziął udział w 7. sezonie programu "Top Model". Już wtedy otwarcie mówił o swojej wierze. Dziś opowiada jak połączyć wiarę z show-biznesem, kim jest dla niego Bóg i co urzeka go we wspólnocie Taizé. Zdradza również, o czym będzie jego najnowsza piosenka i w jaki sposób zaangażuje się w Europejskie Spotkanie Młodych Taizé we Wrocławiu.

Maria Górczyńska
Maria
Górczyńska
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Szymon Reich z „Top Model”: Dążę do świętości
Szymon Reich wziął udział w 7. sezonie programu "Top Model". Już wtedy otwarcie mówił o swojej wierze. Dziś opowiada jak połączyć wiarę z show-biznesem, kim jest dla niego Bóg i co urzeka go we wspólnocie Taizé. Zdradza również, o czym będzie jego najnowsza piosenka i w jaki sposób zaangażuje się w Europejskie Spotkanie Młodych Taizé we Wrocławiu.

Maria Górczyńska: Dlaczego postanowiłeś odwiedzić francuską wioskę Taizé?

Szymon Reich: Do francuskiego Taizé pojechałem pierwszy raz rok po Światowych Dniach Młodzieży w Polsce, które mocno wpłynęły na moją wiarę. Gdy przeprowadziłem się do Warszawy na studia, zacząłem chodzić na spotkania grupy „Most”. Okazało się, że duszpasterzem był ksiądz, któremu bliska jest duchowość Taizé. Często organizował wyjazdy do wioski i zdecydowałem, że tam pojadę. Zawsze lubiłem poznawać Boga przez ludzi, ich dobre nastawienie, rozmowy, wspólną pracę. Od razu dobrze poczułem się w tym miejscu.

 

Co Cię urzeka w duchowości Wspólnoty Taizé?

To wspólnota ekumeniczna, a ekumenizm równa się otwartość i szukaniu dialogu, to jak budowanie mostów. Zawsze mówię, że w Taizé miłość wisi w powietrzu. Myślę, że to właśnie za sprawą życzliwej atmosfery i akceptacji przyjeżdża tam tyle ludzi. Wiele osób, gdy jedzie do wioski pierwszy raz, zastanawia się, jak to będzie, bo nikogo nie zna, słabo mówi po angielsku… Jednak szybko okazuje się, że wątpliwości, które dotyczą nawiązywania relacji w życiu codziennym, stają się tam nieaktualne, bo w Taizé co druga osoba ma „banana” na twarzy i często gdy jest ci smutno, to ktoś sam do ciebie podejdzie i zapyta, co się stało.  

Dużą rolę odgrywają też filary wspólnoty, którymi są miłosierdzie i prostota. Tam nikt się nie wywyższa, bracia też siedzą w kościele na ziemi. Widać to też w bardzo prostej modlitwie. Kanony zazwyczaj składają się z maksimum trzech zdań, m.in. dlatego by łączyć ludzi, żeby wszyscy, niezależnie od narodowości i kultur, mogli je śpiewać. Ludzie różnią się między sobą, mają często inne poglądy, ale jeśli skupię się na tym, co wspólne, to inne kwestie stają się drugorzędne.

 

Jak postrzegasz osoby niewierzące oraz mające inne spojrzenie na świat?

Myślę, że najważniejszą kwestią jest założenie na samym początku, że nie jestem od nikogo lepszy. Ja miałem inne doświadczenia, które sprawiły, że prowadzę określony styl życia i pewne wartości są dla mnie ważne, a to też nie oznacza, że wiem wszystko i nie popełniam błędów. Przede wszystkim w kontaktach z innymi staram się słuchać, zadaję pytania, aby poznać ich świat. Znam ludzi z bardzo wielu środowisk, dorastałem na osiedlu, na którym miało miejsce wiele trudnych sytuacji. Myślę, że jeśli ktoś kieruje się antywartościami, nienawiścią, to znaczy, że ma pewne braki w swoim życiu, pewnie jest mu ciężko. Nie mam prawa, żeby oceniać innych, muszę też zauważyć belkę we własnym oku. Staram się dawać dobre świadectwo. Chcę sprawiać, żeby dobro stawało się „medialne”, atrakcyjne. Zależy mi, aby pokazywać dobre i inspirujące przykłady.

 

 

Szerszemu gronu odbiorców dałeś poznać się w programie „Top Model”. Otwarcie mówiłeś tam o wierze. Nie bałeś się, że spotka Cię krytyka?

W „Top Model” już w pierwszym odcinku powiedziałem, że jestem ministrantem i lektorem, nie miałem z tym problemu, ale później ogarnął mnie strach, jak inni to odbiorą. Jednak okazało się, że miałem bardzo mało hejtu związanego z wiarą. Wydaje mi się, że ludzie obawiają się mówić o Bogu, bo boją się, że zostaną wyśmiani. Skąd bierze się to, że wierzący mają często „czarny PR”? Myślę, że wiele razy sami mamy wpływ na takie opinie, bo nie stawiamy sobie trudnych pytań, nie szukamy odpowiedzi. Jezus mówi, że Ewangelii można wierzyć w ciemno, ale jest różnica, czy wierzymy Ewangelii, czy też wszystkiemu, co mówią inni, w tym duchowni, bo oni też się mylą. Wydaje mi się, że chrześcijanin, który zadaje sobie trudne pytania, jest osobą kompetentną do rozmów o wierze, wartościach. Mówienie komuś: „Hej, hej, jestem wierzący, jest super”, bez wytłumaczenia dlaczego, niewiele wnosi do życia drugiego człowieka. Uważam, że autentyczność i szczerość zawsze wygrywają. Jeśli nie jesteśmy zaznajomieni z naszą wiarą, to jak możemy przyprowadzić innych do Jezusa? Jeżeli mam silną relację z Bogiem, rozeznaję ją na podstawie wiary i rozumu, to ludzie to zauważają i stwierdzają: „Jesteś wierzący, a taki normalny”.

Myślę, że ważne jest też, żeby dopasować odpowiedni język z osobami niewierzącymi, bo one nie znają naszych „sloganów”. Komuś wierzącemu śmiało mogę powiedzieć: „Błogosławię Ci”, ale nie wszyscy będą rozumieli, o co mi chodzi. Ale gdy powiem: „Życzę Ci jak najlepiej”, to już jest inaczej. Próbujmy ugruntować wiedzę i znaleźć odpowiedni język do poziomu zaawansowania w wierze drugiej osoby. To procentuje.

 

Wiele osób zastanawia się, czy modeling oraz świat show-biznesu da się pogodzić z wiarą.

Modeling jest dla mnie pracą i jasne, że da się ją pogodzić z wyznawanymi wartościami. Nie „skreślam” nikogo ze względu na zawód, jaki wykonuje, jakiej jest narodowości czy orientacji. Mówi się, że show biznes jest zepsuty, ale to przekonanie ma dwie strony medalu, bo grzech jest wszędzie.  W bardzo wielu miejscach czekają na nas pokusy, ale jeśli będę podejmować dobre decyzje, to wyjdę z tego zwycięsko. Jeżeli np. nie będziesz skupiać się na pieniądzach w nadmierny sposób, to stanie się jasne, że nie skorzystasz z nieuczciwej propozycji. A poza tym, czy mnóstwo pieniędzy da szczęście, czy naprawdę ich tak potrzebujesz? Fajnie byłoby mieć pieniądze, zapracować na nie, ale to dla mnie sprawa drugorzędna. Myślę, że ludzie dostają to, do czego dążą, a ja dążę do świętości, do tego, żeby być dobrym człowiekiem.

 

Wraz z siostrą Sophie przygotowujesz nową piosenkę. Czy kompozycja będzie utrzymana w klimacie poprzedniego utworu „Blessed” (Błogosławiony)?

Skupiam się na tym, żeby moja muzyka niosła głębsze wartości, przekazywała dobro. Nie chciałbym swoich talentów wykorzystywać tylko dla rozrywki. Nowa piosenka ma charakter gospelowy, podobny do stylu Kanye Westa w albumie „Jesus is King”. W teledysku chcę pokazać, że mimo różnic między ludźmi, więcej nas łączy niż dzieli.

 

Jakbyś miał w trzech słowach opisać Boga, to jakie byłyby to określenia?  

Przede wszystkim Miłość, ale też na pewno Ojciec i Zaopatrzyciel, bo wyposażył nas we wszystko, czego potrzebujemy.

 

Będziesz uczestniczył w zbliżającym się Europejskim Spotkaniu Młodych we Wrocławiu?

Jasne, że tak! Taizé we Wrocławiu jest dobrą okazją dla wszystkich, którzy zastanawiają się nad wyjazdem do wioski we Francji, ale jeszcze im się to nie udało. To wydarzenie pozytywnie cię zaskoczy i pokaże, jak mało potrzeba do szczęścia. Pogłębisz też relacje z Bogiem oraz innymi ludźmi.

Dodam też, że będę tam współprowadził warsztat z komunikacji w chrześcijaństwie. To będzie mega spotkanie, bo poprowadzę je z niesamowitą osobą.  Zapraszam Was bardzo serdecznie. Będzie się działo!

 

Szukasz wartościowych treści?

Zapisz się na cotygodniowy newsletter Stacji7


 

 



Maria Górczyńska

Maria Górczyńska

Zobacz inne artykuły tego autora >
Maria Górczyńska
Maria
Górczyńska
zobacz artykuly tego autora >

101 lat jestem Polakiem

101 lat temu Polska odzyskała niepodległość. Tego dnia na świat przyszedł Stanisław Michnowski, żołnierz Armii Krajowej, członek sodalicji Mariańskiej oraz profesor geofizyki. Z "Równolatkiem Niepodległej" rozmawia Paweł Kęska

Paweł
Kęska
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

101 lat jestem Polakiem
101 lat temu Polska odzyskała niepodległość. Tego dnia na świat przyszedł Stanisław Michnowski, żołnierz Armii Krajowej, członek sodalicji Mariańskiej oraz profesor geofizyki. Z "Równolatkiem Niepodległej" rozmawia Paweł Kęska

Przyszedł Pan na świat 11 listopada 1918 roku.
Szczerze mówiąc, urodziłem się w nocy, kilka godzin przed 11 listopada, czyli tak naprawdę jeszcze za caratu.

 

Liczyłem te lata… i z obliczeń wynika, że żył Pan około 50 lat w wolnej Polsce i tyle samo pod okupacją niemiecką i za komunizmu… czuje Pan lepiej niż my jaka to jest różnica.
Różnica jest ogromna… Nie trzeba walczyć, żeby szanować wolność, ale też jej się za darmo nie zyska. Trzeba wysiłku i to każdego człowieka. To nie jest takie łatwe.

 

Jak dbać o tę wolność i o Polskę?

Przede wszystkim trzeba ją rozumieć i coś o niej wiedzieć… trzeba się uczyć od kogoś, najpierw od rodziców i dziadków. Ja tak się uczyłem.

 

Może Pan opowiedzieć o Polsce? Pana ojciec jest jednym z ojców Niepodległości…

Dobrze. Ale zacznę od dziadka. Jestem wnukiem powstańca styczniowego. Mój pradziadek, Michał Michnowski, urodzony trzy lata przed ostatnim rozbiorem, wychowywany już w niewoli, miał sześciu synów. Czterech z nich walczyło z bronią w ręku w powstaniu styczniowym, między innymi mój dziadek Józef. Dziadek nie miał wyższego wykształcenia, ale przekazał memu ojcu Wawrzyńcowi to co miał – wychowanie i pamięć. Tego nie mogła dać rosyjska szkółka trzy i pół klasowa, gdzie po polsku nie wolno było mówić.

W całym kraju był straszliwy ucisk. Mnożyły szubienice, rozstrzeliwania, wywózki na Sybir. Nie wolno było mówić po polsku w urzędach, na kolei, ani na poczcie. Potęga carska sięgała od Wisły do Pacyfiku i nie było szans zwycięstwa. Jednak oni się poderwali do walki wbrew nadziei. Nie rozumiałem tego jeszcze nawet w 1939 roku, ale zrozumiałem w Powstaniu Warszawskim. Dziadek opowiadał, że były aresztowania, ja znam to oczekiwanie.

Za moich czasów to byli gestapowcy, a wtedy – Kozacy. Do domu weszli Kozacy, dziadek uchwycił jednego za kołnierz, pas, i w powietrzu przewrócił. A następny szablą rąbnął dziadka przez twarz, tak, że już do końca życia niósł szramę. Udało mu się wyrwać i wpaść w zaroślach koło domu. Babcia go odratowała. Ja pamiętam jeszcze, jak na podwórzu śpiewał pieśni powstańców styczniowych „Hej Strzelcy Wraz…”.

 

 

Kiedy trzeba walczyć ze złem siłą fizyczną, a kiedy wewnętrzną?

Stale trzeba walczyć. Przede wszystkim czuwajcie i módlcie się, bo zło jest przewrotne. Ten z ogonem jest dużo bardziej inteligentny od nas. Z nim dyskusja jest zawsze przegrana. Trzeba powiedzieć precz i koniec. A dziś ludzie się zapuszczają w otchłanie zła, to mamy to co mamy.

 

Opowie Pan o swoim ojcu?

Dziadek wychował dzieci i wnuki po Bożemu i po polsku. Wysyłał tacie do Odessy, gdzie tata odbywał służbę wojskową, polskie książki. On się tam uczył na pamięć cytatów z wieszczów narodowych – Mickiewicza, Słowackiego, Krasińskiego. Mam takie bezcenne osobiste wspomnienie. Pod koniec życia, tata miał 95 lat, stał oparty o piec i mówił… że prawie całe życie codziennie powtarza modlitwę…

Kocham cię Chryste, żeś był nieszczęśliwy!
Że przecierpiałeś tu wszystko co boli,
że zniosłeś wszystko co tylko poniża,
Ty Bóg w kajdanach cielesnej niewoli,  
Ty Bóg, przez katów prowadzon do Krzyża
Ja Ciebie kocham Cię  – że Cię o tej chwili
Niebo odbiegło  – i ludzie zdradzili!
Ja Ciebie kocham –   żeś był przymuszony
Wołać do Ojca: „O jam opuszczony”
Ja Ciebie kocham za Twoje konanie,
I za śmierć więcej niż i za Zmartwychwstanie!

Napisał ją Zygmunt Krasiński. Skąd on się mógł jej nauczyć? Szkół polskich nie było, car tępił wszystko, co polskie… To opowiada może lepiej, niż to moje długie gadanie o duchu moich rodziców. Przez te ciągłe wywózki, pracę w kopalniach, przykuci do taczek, jak ci ludzie musieli przeżywać odzyskanie wolności! Kiedy już można było odetchnąć w 1918 roku.

 

 

Słowo wolność mocno tkwi w naszej świadomości. Słabiej z pojęciem „jedności”. Jak to było w roku 1918 roku?

W 1918 roku w Polsce zdarzył się cud. Józef Piłsudski był naczelnikiem państwa, miał autorytet, uznanie i władzę w kraju. A z drugiej strony Roman Dmowski był oficjalnym przedstawicielem Polski w Wersalu. Alianci uznawali Romana Dmowskiego za przywódcę państwa bo jemu podlegała Armia gen. Hallera. I teraz od porozumienia i zgody tych dwóch ludzi, a byli oni zaciekłymi przeciwnikami, nie tylko politycznymi ale i osobistymi, zależała przyszłość. Piłsudski jako redaktor „Robotnika”, pisma socjalistycznego tak okładał tego Dmowskiego, że aż nie sposób powtarzać.

A Dmowski w kulturalniejszy sposób, ale potrafił zimne takie szpile dawać. Poza tym rywalizowali o jedną kobietę i wygrał Józef. No i proszę sobie wyobrazić, że ten dumny szlachcic Piłsudski zwraca się do Dmowskiego: „Drogi Panie Romanie”, po tylu inwektywach „mam nadzieję, czy przekonanie..” tekst z pamięci mówię, „że dla dobra Najjaśniejszej Rzeczpospolitej zechce Pan to a to… uczynić” podpisano Józef Piłsudski Naczelnik Państwa. No Dmowski mógł odpowiedzieć różnie, prawda?

I co odpisuje Dmowski: „Szanowny Panie Naczelniku, może być Pan przekonany, że życzenie będzie spełnione” podpisano Roman Dmowski. Pamiętam te listy, mogę panu pokazać. Czy dzisiaj pan Tusk np. zwróciłby się tak do pana Kaczyńskiego? Albo odwrotnie? Ta jedność dała nam wolność, a dzisiaj, gdy od tej jedności zależy nasza przyszłość…? To są nadzwyczaj niebezpieczne procesy, ludzie, na litość boską… my cośmy przeżywali historię, co znamy dobrze tą przeszłość, alarmujemy „tak nie wolno!”

 

Egoizm prowadzi do nienawiści. Mamy z nią w Polsce problem.

Nienawiść jest zbrodnią, jest prawie równorzędna zabójstwu, bo ona do tego prowadzi. Nie wolno sobie na to pozwolić. I to co się dzieje w Polsce, budzi przerażenie.

 

 

Jak się przed nią bronić?

Jedyny ratunek to jest miłość Pana Boga. Z Niego, jak z wielkiego źródła, wypływają wszystkie piękne rzeczy – i miłość międzyludzka i rodzinna i inna. Trzeba po prostu prosić Pana Boga o pomoc, z Jego pomocą możemy wszystko. Pan Jezus powiedział – „ufajcie, jam zwyciężył świat”. W innym miejscu – „beze mnie nic nie możecie uczynić”. On znał jako Bóg naszą słabość i się zdecydował swoje życie poświęcić za nas, kiedy jeszcze byliśmy draniami i grzesznikami.

 

 

Znał Pan ludzi, którzy brali udział w bitwie 1920?

Byłem wychowany przez tych ludzi. Mam relacje osobiste pana Szpakowskiego, który był w dywizjach wycofujących się spod Kijowa. Byli tacy zmęczeni. Dotarli nad Wieprz. Nogi poobcierane, plecy, głodni, niedospani… i przy takim zmęczeniu rano pobudka, zbiórka, krótkie, zwięzłe, dwu czy trzyminutowe przemówienie Naczelnika Państwa Piłsudskiego, który do nich przyjechał. Powiedział, że od nich zależy czy Warszawa będzie obroniona czy nie. Radzymin przechodził trzy razy z rąk do rąk i każda godzina była droga. On potrafił przekazać tego ducha, i padła komenda „marsz!”.

Nie było taborów, nie mieli nic. I proszę się wsłuchać w słowa tego pana Stanisława, ja będę starał się powtórzyć: cztery godziny marszu, dwie godziny odpoczynku, cztery godziny marszu, dwie godziny odpoczynku, naprzód, naprzód, naprzód! Na spocznij, tam gdzie stałem, padałem w rów i spałem, jakiegoś suchara przez te dwie godziny się dało zjeść, i znowu cztery godziny marszu. Więcej nas padało niż w walkach frontowych, udary serca, szliśmy, dzień i noc. Nadludzki wysiłek. Czy dzisiaj stać by było naszych młodych ludzi na to? Może i tak. I zdążyli. Do niewoli szły setki tysięcy krasnoarmiejców.

Drugi przypadek. Młodzież akademicka, ja potem byłem w tej legii akademickiej, w czasie studiów. Ten nasz 26 pułk piechoty się zapisał pięknie pod Ossowem. Tuchaczewski dowodził frontem białoruskim, rozbijał jak taran, mijał miasto za miastem, rzekę za rzeką.  Pod Ossowem postawiono opór. To był oddział ochotniczy, złożony ze studentów uczelni warszawskich i takich młodych rzemieślników. Szli piechotą i śpiewali pieśni wojskowe, i m.in. Błękitne rozwińmy sztandary. Świtem na froncie atak, a oni byli na to mało przygotowani, ledwo nauczeni strzelać. Pierzchli i zaczęła się panika. I się znalazł ich prefekt, ksiądz Ignacy Skorupka z krzyżem, bo nie miał broni, poderwał tych ludzi, czego się bolszewicy nie spodziewali, i zatrzymał i odepchnął. Jego śmierć była symboliczna.

 

Kiedy Pan nabierał świadomości rosnąc, to też rosła II Rzeczpospolita. Jak Pan widział tę Polskę?

Od dzieciństwa się wychowałem w II Rzeczpospolitej. Ludzie byli radośni, co się szło do jakiegoś mieszkania to albo się słyszało śpiewy, albo pogwizdywania, uśmiech, radość. To się nie da opisać. Była troska o Polskę, nie kpiono z niej. Ta troska ogarnęła wszystkich, od najwyższych sfer, od dyrektorów, urzędników do zamiatającego ulice. Ale pierwsze lata były bardzo ciężkie, kryzys. Tata przynosił walizkami marki bo taka była inflacja. Niemcy się śmiali, że to państwo sezonowe runie, ale nie runęło.

Tam, gdzie była jedna szkółka carska, powstały cztery nowe albo pięć szkół podstawowych, piętrowych budynków, nowoczesnych. Ja przeszedłem z baraczku do tego gmachu. I potem do sal wielkiego gmachu gimnazjum i liceum ogólnokształcącego. I dzięki czemu taka zmiana? Bo odzyskaliśmy suwerenność. Dziś się nie szanuje tej suwerenności, sprzedaje się ją. W Gdyni, na piaszczystym brzegu, wybudowano port, który miał największe obroty nad Bałtykiem. Widziałem tam jak całe wagony węgla wywracano w luki. Ten czarny diament nas ratował, pozwalał wzmocnić nasze finanse. Poziom życia wzrastał. Na każdym kroku czuć było tą atmosferę polskości.

W domu, w szkole i w kościele uczono patriotyzmu i wiary, te trzy siły wychowawcze szły w jednym kierunku. Nawet związki zawodowe w tym duchu… no musiał być to duch potężny. Ale w sumie to i polską armię żeśmy stworzyli, ona należała przed wybuchem wojny do czwartej w Europie po  Francji, Niemczech i Rosji. Byłem świadkiem jak zbierano na Fundusz Ochrony Narodowej (FON) i ludzie obrączki dawali, pierścionki, bransoletki na to, żeby dokupiono jakiś karabin maszynowy. To był wysiłek całego narodu…

 

 

W 1939 roku miał Pan już 21 lat, Polski trzeba było bronić.

To była normalna rzecz, że trzeba bronić tego, co najdroższe. Nie tylko ziemi, ale i kultury przed pogańską Rzeszą i komunistyczną, bezbożną sowiecką Rosją. Niemcy uderzali z wszystkich stron i Hitler zapowiadał, że po pięciu dniach będzie z Polski kupa gruzów, wojsko polskie po trzech dniach będzie całkowicie rozbite, krzyczał, że celem rozpoczętej wojny jest całkowite zniszczenie tego narodu. Wydał polecenie likwidowania fizycznego bez różnicy płci i wieku, dzieci, starców, kobiet, ludzi mówiących po polsku. To była nienawiść!

Chciałem się dostać do wojska, rankiem na skraju lasu odpoczywaliśmy tak w parę osób, była wielka łąka, na której się pasło duże stado bydła i pilnował go mały pastuszek. Dalej wiła się biała wstęga szos. I tą drogą jechały fury, furmanki, jak to w panice, ludzie, jedni w tą, jedni w tą, nie jechali nawet w jedną stronę. Nagle się pojawiła niemiecka eskadra lotnicza… proszę pana, oni widzieli w kogo biją, krwią się zalały te ulice, trupów wiele. Od tej eskadry odłączył się jeden samolot, i do tego chłopca, pastuszka serię… chłopak wstał i leciał dalej. Samolot wrócił i znów serię w tego chłopca, i ten chłopiec znów wstał i biegł dalej, ten drań po raz trzeci wrócił lotem koszącym, no i zabił to dziecko…

W  nocy uczestniczyłem w pochówku tych poległych na szosie, i koło mnie stał chłopiec koło uda, płakał, jak jego matkę, oddzielnie rękę, oddzielnie coś wrzucają do skrzyni. I co? Niewinni ludzie. No to już nie było mowy, zrozumiałem, że nie da się zatrzymać tego zła bez użycia własnej siły. Byłem na ochotnika na froncie i w tym czasie do Polski weszli Sowieci.

 

 

Pamięta Pan 17 września 1939 roku?

Pamiętam, w nocy stałem na warcie, i jakiś żołnierz z rozkazem przybiegł – natychmiast odmarsz z Łucka. A to był 17 września. W Łucku ponure ulice, pusto, tylko czekają na wejście Sowietów. Ja byłem chyba ostatnim polskim żołnierzem, który wyjeżdżał z tego Łucka. Nasze dowództwo zdecydowało szybki marsz pasem pomiędzy dwiema armiami na południe, żeby się przez Węgry wydostać na zachód aby walczyć. Zastąpiła nam drogę dywizja niemiecka. Przeżyłem pierwszą bitwę zwycięską, i to było 21 września, to jaki był duch! Nie było żadnych nadziei, a myśmy walczyli.

Potem otoczyło nas parę dywizji i nie było żadnych szans. Dowództwo podjęło właściwą decyzję o kapitulacji, bo szkoda rozlewać krwi. Płakaliśmy, rozbiłem karabin o sosnę, bagnet chciałem na kolanie złamać, zgiął się tylko. Pod drelichami wojskowymi mieliśmy ubrania cywilne i żeśmy wyszli… Jechaliśmy rowerami koło długiej kolumny naszych żołnierzy, oni bez pasów, bez broni. Mijaliśmy nasze dowództwo. Szedł pułkownik Kulesza, więc ja zdobyłem się na coś, czego teraz żałuję, plunąłem im pod nogi i powiedziałem „wstyd”, drugi raz plunąłem – „wstyd”, i trzeci raz plunąłem –„wstyd”. Oni nic nie odpowiedzieli, tylko spuścili głowy i szli dalej.

 

A jak wyglądała okupacja niemiecka?

Och, coś potwornego. Pogarda, buta. W pierwszych tygodniach był nakaz kłaniania się oficerom niemieckim w mundurze. Ja przechodziłem na drugą stronę ulicy. W lasach poniewierało się dużo porzuconej broni, to harcerze starali się zbierać, i te grupy, grupeczki się łączyły i powstała w przeciągu paru tygodni wielka organizacja podziemna. Potem wstąpiłem do Polski Niepodległej, do Armii Krajowej. Był kocioł, uszedłem i do Warszawy. Terror szalał, co dzień w różnych częściach miasta zabijano przeciętnie po sto osób… kałuże krwi, drutem kolczastym związane ręce. Zwłoki brano do samochodu i wywożono na Koło, gdzie była spalarnia. Proszę pana, to dzień w dzień setki ludzi tak ginęło, myśmy widzieli, czy to mnie wściekłość nie brała? A tutaj wreszcie Aleją Jerozolimską uciekało w panice wojsko niemieckie, to myśmy widzieli, że to się zbliża koniec, cieszyliśmy się, że teraz można uderzyć. Ja wtedy zrozumiałem położenie mojego dziadka Józefa, który musiał się zastanawiać czy może pójść z fuzją myśliwską przeciwko armii mocarstwa, które się rozciąga od Wisły do Pacyfiku. To przecież było szaleństwo, a teraz zrozumiałem sens. W sprawach beznadziejnych po ludzku też trzeba się umieć zachować. I nasze dowództwo podjęło prawidłowe postępowanie. Każde rozwiązanie było złe, ale najgorsze było nie podjąć walki. Nasze ugrupowanie zostało otoczone przez dywizje czołgów pancernych. Stalin stał i czekał. Otoczyli nas i z czym do gościa. Prawda?

 

No i zapadł mrok stalinizmu.

To jest przykra rzecz. Ten wróg jest przebiegły, udawał przyjaciół i mordował. Nastąpiły aresztowania i kolegów moich brali. Ja bym był jednym z nich, ale los Boży, no ocalałem, nie wiem dlaczego. Na studia nie można się było dostać ludziom, którzy myśleli po polsku, jakoś cudem się przedarłem. Oni kusili ludzi słabych, zmęczonych wojną, biedą, jakimiś apanażami, karierą, no i znajdowali takich i z nich stworzyli nowe elity. Część inteligencji narodotwórczej dała się tak zwieść i to zaważyło, bo do tej pory mamy skutki tego. Nie udało im się zabić ducha narodu, ale to kosztowało ogromnego wysiłku i niestety było dużo strat.

 

 

Pan się martwi o Polskę?

Oczywiście! Bardzo. Jest w wielkim niebezpieczeństwie… Martwię się o dzieci i młodzież. Diabeł próbuje się dobrać do najbardziej niewinnych, czyli do dzieci, odrywając je od rodziców. Wiarę przekazuje się w rodzinie, tak, że potem człowiek nią oddycha… Bóg chyba świadomie dał nam czas próby i pokazuje nam kim jesteśmy. Gdybyśmy mieli wiarę podaną jako wiedzę to byśmy byli zdeterminowani jak ćmy co lecą do światłą. A tak mamy szansę wolnego wyboru i tego wyboru Pan Bóg nie cofa. Wolna wola i rozum to wspaniałe dary i tragedią człowieka jest to, że nie umie z nich korzystać. Pan Bóg swoich postanowień odwiecznych nie cofnie. Tu jest tajemnica zła. Jeśli człowiek nie uszanuje wyboru, mamy świat taki jaki mamy.

 

Jak dziś o Polskę dbać?

Trzeba się starać na co dzień. Trzeba żyć, jak to się mówi, po Bożemu. Starać się pomagać innym, kochać innych. Wtedy się kocha i ojczyznę. A to nie jest takie łatwe, bo zawsze ten z tym ma jakąś zadrę… Więc to jest wysiłek – ale Verba docent – exempla trahunt – słowa uczą, uczynki pociągają. Trzeba kochać tych ludzi mimo wszystko i to tak, żeby oni to odczuli. Do tego wysiłku trzeba wychowywać dzieci. Też do zachwycenia się Panem Bogiem. Cuda na około, każdy kwiatek to jest arcydzieło, pola, lasy, na niebie miliardy gwiazd… galaktyk… ogromny rozmach twórczy, można się zachwycić… a ludzie pędzą, widzą tylko siebie i nie chcą dojrzeć poza sobą kogoś bliskiego.

 

Co to znaczy godnie żyć?

Ja bym powiedział co to znaczy dobrze żyć. Trzeba mieć pokorę. Ona jest tajemniczym kluczem, który ułatwia współżycie ludzi. Bez pokory to nie można ani w domu, ani na świecie, ani w Polsce się porozumieć. Dziś takie diabelskie kłótnie w sejmie to z braku pokory. Ten jest ważny, ten jest ważny… my wszyscy jesteśmy malutcy wobec Pana Boga.

Paweł Kęska

Zobacz inne artykuły tego autora >
Paweł
Kęska
zobacz artykuly tego autora >