video-jav.net

„Spowiedź” ks. Pawlukiewicza

O sposobach szatana na księży, dopasowaniu krzyża do człowieka, chorobie parkinsona oraz o tym, jakiego Boga spodziewa się spotkać po drugiej stronie - z ks. Piotrem Pawlukiewiczem rozmawia Paweł Kęska

ks. Piotr
Pawlukiewicz
zobacz artykuly tego autora >
Paweł
Kęska
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

„Spowiedź” ks. Pawlukiewicza
O sposobach szatana na księży, dopasowaniu krzyża do człowieka, chorobie parkinsona oraz o tym, jakiego Boga spodziewa się spotkać po drugiej stronie - z ks. Piotrem Pawlukiewiczem rozmawia Paweł Kęska

Paweł Kęska: Dziś Wielki Czwartek. Święto kapłanów. Kiedy w głowie, w sercu, Piotrusia, Piotrka a może Piotra pojawiła się myśl, żeby zostać księdzem?

Ks. Piotr Pawlukiewicz: Pamiętam, że pierwszy raz wyraziłem tę wolę do dziewczyny z którą chodziłem. Powiedziałem jej lojalnie w piątej czy szóstej klasie podstawówki: Słuchaj Elżbieta, nie licz na mnie za bardzo, bo ja idę do kapłaństwa. Kiedy powstała taka myśl – dokładnie nie pamiętam. Ale to był też manewr okłamywania siebie, bo chciałem być wielki i sławny. Żeby takim być trzeba być mądrym, oczytanym, mieć charakter i trzeba dużo w siebie zainwestować. Ale jest też droga, na której można być takim trójkowiczem i też jest jakaś szansa na wielkość w oczach ludzi. A mianowicie pójść na księdza. Jakoś się egzaminy pozdaje, jakoś się modlitw człowiek nauczy, a potem jak wejdzie w ornacie, jak zamiecie sutanną po kościele, to ludzie po prostu westchną. Mówię to żartem, ale mówię i serio. 

Potem przez chwilę był jeszcze ten szpan kapłański. Tak jak skazaniec miał kiedyś prawo do przeżycia jednego dnia, w którym spełniano wszystkie jego życzenia. Był na fali, na topie, a potem ścinali mu głowę. Coś podobnego jest w kapłaństwie. To jest wymiar ludzki, kiedy bez zasług całują cię po rękach. Ten wymiar szybko przechodzi i zaczyna się samotność. Gdzieś na wikariatce, na prowincji, zaczynają się kłopoty duchowe, zaczyna się widzieć rzeczy, których się w sobie nie widziało. Nie ma już kontroli władzy seminaryjnej. Nie ma kontroli otoczenia. To ty jesteś kapłanem, to ty nas prowadź, a nie szukaj drogi dla siebie… Twoją drogą dla siebie jest nasza droga. Można by tu dodać dużo szczegółów, ale one zostaną odkryte dzień po śmierci. To będzie taki dzień, kiedy usiądziemy w fotelu i zaczniemy wzdychać… ojej, dlaczego ja tego nie rozumiałem, dlaczego ja na to nie wpadłem…

 

Były takie momenty, kiedy ksiądz pomyślał nie poradzę sobie, to nie tak miało być?

Ja byłem zarozumiały. Może mój system obronny nie dopuszczał myśli, że mogłem się pomylić na całe życie. Bo co, mam teraz wrócić do mamy? Przecież to obciach. Nie można takiego numeru wyciąć rodzinie. Więc wszystko szło dobrze, na zewnątrz. Ksiądz nie może wyjść na rekolekcje i powiedzieć ludzie… jestem taki zdołowany, że nic wam dzisiaj nie powiem, nie gniewajcie się. Ksiądz musi wlać w ludzi entuzjazm, choćby sam miał resztki tego entuzjazmu. Nie jest wtedy oszustem, kłamcą. Na tych resztkach powie kazanie, wyspowiada kogoś i doda mu siły. Ksiądz nie głosi siebie. Teraz mi się zaczynają takie myśli, w świetle zbliżającej się śmierci, taka weryfikacja ostateczna. Ona wprowadza niepokój, bo wszystko się wyda, ale też pokój, bo tyle człowiek mówił o miłosierdziu Bożym, że niemożliwe, żeby o nim zapomniał w godzinie śmierci. 

 

Ta rozmowa jest szczera… zaczyna się przemieniać w pewnego rodzaju spowiedź. Ksiądz słuchał przez lata cudzych myśli, cudzych grzechów, dylematów… Jak to jest spowiadać?

Pierwszy raz spowiadałem w rodzinnej parafii. Ja się tak bałem, że coś pomylę, że coś źle zrobię, że naśladowałem swojego spowiednika i mówiłem takie konfesjonałowe slogany. Nawet rękę układałem tak jak mój spowiednik. Podpierałem nią głowę i robiłem poważną minę. Potem coraz odważniej sam podejmowałem trud przygotowania człowieka do pojednania z Bogiem, do pojednania pełnego z duszą i ciałem. Po czym się poznaje, że spowiedź będzie dobra? Że ktoś klęka i piętnaście sekund milczy… Potem chrząknie, jęknie, i powie, proszę księdza, już mogę? Od czego tu zacząć… Natomiast najsmutniejsze są te spowiedzi: tarararararara…. tam, tam, taram, więcej nie pamiętam, amen. Podziwiam zawsze tych ludzi, którzy stoją trzy, cztery godziny, żeby tak wyrzucić z siebie te formułki. Jak Pan Bóg to oceni… jeden On wie. 

 

Przecież ksiądz się sam spowiada, co to jest za różnica?

Często w konfesjonale robi mi się zimno, kiedy sobie jakiś grzech przepuściłem przez sumienie, a tu ktoś mówi proszę księdza, straszny grzech popełniam i mówi mi o tym, z czym ja sobie tak gładko poradziłem… Paradoksalnie dostaję często większą naukę od penitenta, niż jak sam idę do spowiedzi. Tak bardzo często spowiedzi są piękne, tak bliskie Boga, że ledwo wciskam się pomiędzy penitenta a Chrystusa. Piękne są też takie momenty w życiu kapłańskim kiedy spowiada się u mnie jakiś ksiądz, rozgrzeszam go i mówię, proszę nie wychodzić z konfesjonału, to ja się teraz wyspowiadam. Nie zamieniamy nawet miejsc…

 

Kiedy Chrystus głosił przychodziły tłumy. Ksiądz ma taki talent, że księdza przychodzą słuchać tłumy…

Jestem tym ciągle zadziwiony. Przyjeżdżam na przykład do Działdowa i ludzie mi mówią, że uratowałem ich małżeństwo, przyjeżdżam do Nowego Targu i mówią, że uratowałem ich syna od niewiary. Skąd oni się wzięli? Natomiast przez popularność zaczyna się wierzyć w swoją wielkość. Spada napięcie w psalmach, w modlitwie, w ascezie. Skoro jestem taki wielki to mogę sobie pozwolić na to czy na to. Brzmią mi w uszach czyjeś słowa, że w większości posług kapłańskich, w budowaniu, organizowaniu, leży szatan i jego perfidny plan zniszczenia księdza i jego duchowości. Szatan może kiedyś plątał księżom nogi, żeby się przewracali i żeby im nie wychodziło. Potem wpadł na lepszy  pomysł. Dawał dolary, siłę, znajomości, paszporty, żeby jeździli w świat i żeby się gubili w swoich sukcesach. 

 

Ksiądz miał takie momenty?

Kuszenie kapłańskie to jest wepchnięcie nas w rywalizację. Jak ja głosiłem to przyszło 300 osób, jak on głosił to przyszło 350. On głosił z kartką, ja bez kartki. Takie głupoty, od których nie można nieraz oderwać oczu i skoncentrować się na przekazie. W seminarium mieliśmy ćwiczenia z katechetyki i ksiądz profesor powiedział mi trzy słowa… Piotr nie szarżuj! Człowiek czuje, że ma za sobą armię wojsk niebieskich i mówi na Grunwald! Wtedy przychodzi porażka, rozczarowanie. Ksiądz się powtarza, ksiądz mówi bez entuzjazmu – tak do mnie mówią… Czasem ksiądz stoi naprzeciwko tysiąca ludzi i jest miły, a potem przy spowiedzi niektórzy są rozczarowani bo jest bardziej radykalnie… ja sobie inaczej księdza wyobrażałem. Trzeba wtedy przeprowadzić reformę głoszenia, czy ja głoszę po to, żeby kupić ludzi miłym słowem? 

 

Słowo powinno boleć?

Po dopasowaniu krzyża do człowieka okazuje się, że on rzeczywiście trochę boli, tego się odrzucić nie da. 

 

A jaki jest księdza krzyż?

Pan Parkinson. Zawitał w moim domu po cichu. Kiedy się o nim dowiedziałem to już się trochę rozgościł. Na razie ta choroba da się jeszcze jakoś zepchnąć na bok, da się pracować. Może troszeczkę mniej. Patrzę na innych chorych, patrzę na ludzi, którzy leżą, przepraszam, że tak powiem jak warzywa. To ja jestem przy nich sportowiec i mistrz świata w biegach sprinterskich. Niektórzy mówią mi o cudzie. Tak, rzeczywiście byłby to spektakularny cud, gdybym z tego wyszedł i rozstał się z panem parkinsonem. Chrystus daje ci krzyż doważony do Ciebie, lekarstwo na zamówienie. Każdy przychodzi i coś dostaje: ty gadulstwo, ty milczenie, ty katechezę, z którą sobie nie możesz poradzić. To jest nasze leczenie. Chrystus będzie szczęśliwy, jeśli tym krzyżem posłużymy się w drodze do nieba. Pan Bóg wycenił mnie na parkinsona i przyjąłem tą wycenę. Robię co mogę, co będzie, zobaczymy. Co tu się martwić jutrzejszym dniem, jeżeli dzisiejszy może się skończyć przed północą. 

 

Po co Pan Bóg przysłał księdzu pana parkinsona?

Może rzeczywiście jakbym szarżował już niesamowicie, jakby zabrakło mi koncepcji na zaszokowanie świata, to wymyśliłbym coś strasznie głupiego i Pan Bóg mnie przed tym przyhamował. Z drugiej strony Pan Bóg mnie posyła do ludzi i mówi: musisz przeżyć to, co oni przeżywają w swoich cierpieniach, bo inaczej ich nie zrozumiesz. No zmieniło się trochę to duszpasterzowanie. Byłem na rekolekcjach dla sióstr zakonnych już po odkryciu choroby, chodziłem o laseczce. Siostry na koniec zadawały na kartkach pytania. Zupełnie nie patrzyły na te moje nauki tylko pisały ksiądz taki biedny. Śmieję się, że jeszcze trochę a będę przyjeżdżał na rekolekcje, podchodził do mikrofonu, mówił blebleblebleble”, a potem ludzie powiedzą: co za rekolekcje! A tak poważnie, to teraz jestem trochę wycofany, robiłem dużo badań medycznych. Wycofuję się ze sposobów duszpasterzowania, które prowadziłem i szukam innych. Chciałbym zmienić akcenty homiletyczne, mówić o rzeczach, których kiedyś się bałem, o tym, kiedy człowiek jest bezradny, bezsilny, kiedy słyszy, że choroba jest nieuleczalna. 

 

Przez lata ksiądz prowadził ludzi a teraz ksiądz sam potrzebuje większej ich pomocy… jak ksiądz sobie radzi z codziennością?

Po pierwsze jest łaska Boża, która często jest niewyczuwalna, dlatego często ją lekceważymy. Jaka łaska? wyszedłem, poszedłem, zrobiłem, zapakowałem, wysłałem i koniec. Jednak bez łaski Bożej byśmy się potknęli. Pan Bóg ma 1000 sposobów, żeby nas wyhamować. Ale druga sprawa to są właśnie ludzie. Ilu ja spotykam ludzi, którzy mówią: proszę księdza, w czymkolwiek pomóc? samochodem podjechać, coś załatwić? Dzięki temu funkcjonuję. Tu coś siostry upiorą, tu ktoś mi pójdzie na pocztę załatwić jakąś sprawę. Bez tego bym padł. Po prostu by było zero. Wyhamowanie całkowite. Ludzie są solidni, pracowici i oddani. 

 

Jak zmienia się księdza posługa kapłańska?

Dopóki mnie ludzie rozumieją, dopóki rozumieją moje słowa, to w imię Chrystusa będę głosił Ewangelię. Biada mi, gdybym tego nie robił! A Eucharystia… nooo, kielicha i pateny można nie brać do rąk, mogą leżeć na ołtarzu. Ale jeśli by to miało zagrozić bezpieczeństwu najświętszej Krwi Chrystusa to można tylko dotknąć pateny i kielicha lub dosłownie uchylić je na milimetr. Staram się teraz nie odprawiać Mszy świętej publicznie, bo choroba ma różne kaprysy i nie chciałbym robić sensacji w kościele. Więc odprawiam ją sam gdzieś w pokoju. 

 

Odkrywa ksiądz na nowo Eucharystię?

Zawsze byłem takim żywym człowiekiem, którego wszędzie było pełno. Biegałem, zakładałem kluby, bandy. To potem stało się dla mnie kłopotem w uwierzeniu w to, że ten biały kawałek chleba jest wszystkim. I do tego musimy ciągle dorastać. Błagać. Daj mi tego brata i siostrę, którzy się tak pogubili. Pozwól mi zrozumieć ten jeden fragmencik Mszy świętej jak będę łamał chleb. Pewna siostra zakonna powiedziała mi niedawno: Jeśli się zaczyna dyskusja o Bogu, to już nie jest Bóg. Ja lubiłem dyskutować, byłem nie najgorszym uczniem w seminarium, lubiłem dyskusje… a tu nagle dyskusja się urywa, i wchodzi Pan Jezus i mówi: tu macie pokarm mój, moje serce i moją dobroć i żyjcie tym. Musimy wciąż iść ostrożnie, ciągle czuwać… 

 

Blisko dwa tysiące lat temu Jezus szedł do Jerozolimy a potem na krzyż i byli tam apostołowie, byli gapie, był Sanhedryn… Nie wiem czy ktokolwiek wtedy poza Matką Go rozumiał. Proszę księdza, kim On jest?

Bogiem. To tylko słowo. Możemy zrobić kulkę ze śniegu i rzucić w ścianę, z której śnieg powoli opada, roztapia się. Słowa, które wypowiadamy, na początku są rewelacyjne, jesteśmy nimi zachwyceni. Potem czujemy, że są puste, małe. I dlatego ciągle musimy się zmagać, żeby odczytywać prawdę z Pisma Świętego, które zostało napisane po tamtej stronie. Ona jest zawsze inna niż ta, którą sobie tworzymy. Musimy dla Niego stwarzać nową przestrzeń. Proszę państwa, najtrudniejsze wywiady, rozmowy, polegają na tym, że o Nim się niczego nie da powiedzieć, Jego się nie da usłyszeć i to jest taka robota. Powinniśmy z panem Pawłem tu milczeć od pół godziny i skoncentrować się na tym, żeby nas moralnie nie skusiło jakieś zło. 

 

A osobiście – kim jest dla księdza Chrystus?

Chrystus jest ciągle inny. Widziałem kiedyś film, który mówił o wydarzeniach zmartwychwstania. Chrystus ukazywał się uczniom po zmartwychwstaniu, tylko że za każdym razem grał Go inny aktor i następowało totalne zamieszanie. Chrystus za każdym razem pokazuje nam się w innym wymiarze, przychodzi wciąż z innym problemem, z innym planem, z inną propozycją. Nie da się Go złapać za rękę. Trzeba pokory. Maryja Go rozpoznawała. 

 

Po czym Go można poznać?

Niezmienna jest miłość Chrystusa i Jego dobro dla nas. Jeśli spotkamy człowieka, który jest gotów ryzykować, poświęcić się, stracić popularność, żebyśmy tylko my doszli do nieba, to jest z nim Chrystus. Jeśli Chrystus przyjdzie i zobaczy mnie, że dobrze się modlę, że żyję w czystości, to przytuli mi głowę do piersi i powie rób tak dalej, idź tą drogą. Jeśli Chrystus zobaczy, że jestem cwaniakiem, kombinatorem, że tylko liczę w kapłaństwie ile kasy dostanę tutaj, ile tutaj, to tupnie nogą mocno i nie będzie chciał ze mną rozmawiać dopóki się nie zmienię. On zawsze chce, żebyśmy dążyli do nieba. W publicznych wystąpieniach się uśmiechamy, czarujemy spojrzeniami, przykładami. A Chrystus jak zobaczy coś takiego, natychmiast powie Non Possumus! Nic z tego nie będzie. Nie chcę takiej katechezy od was. Nie chcę od was takich kazań. Chcę, żebyście byli w prawdzie.

 

Kiedyś ksiądz zamknie oczy i otworzy je po drugiej stronie, On będzie na księdza czekał. Jaki On będzie?

Jeśli Go tylko nie odrzucę, jeśli nie zwątpię, jeśli tylko nie zacznę Mu ubliżać, mieć pretensje: dlaczegoś tak zrobił, dlaczego ja, a nie kolega… On będzie ciepły, wierny, nieustannie dobry. Ale to dobry będzie takie wojskowe. To nie będą dobre kluchy, tylko kawał czerstwego, razowego chleba i kawał tej prawdy, rzeczywistej prawdy, to będzie On! Może tylko powie, synu, czemuś mi to uczynił… Ale nie zwątpi we mnie, do ostatniej chwili, sekundy mojego życia, nie przestanie kombinować i szukać sposobu na wyciągnięcie mnie ze zła, jeśli w nie wpadnę.

 


Wywiad ukazał się na antenie Radia Warszawa

 

Szukasz wartościowych treści?

Zapisz się na cotygodniowy newsletter Stacji7


 

 

ks. Piotr Pawlukiewicz

Zobacz inne artykuły tego autora >

Paweł Kęska

Zobacz inne artykuły tego autora >
ks. Piotr
Pawlukiewicz
zobacz artykuly tego autora >
Paweł
Kęska
zobacz artykuly tego autora >

W duszach chorych dzieci często dzieją się cuda

W duszach chorych dzieci często dzieją się cuda. Nieraz byłem ich świadkiem - mówi kapelan oddziału onkologii dziecięcej w jednym z polskich szpitali.

Redakcja portalu
Redakcja portalu
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

W duszach chorych dzieci często dzieją się cuda
W duszach chorych dzieci często dzieją się cuda. Nieraz byłem ich świadkiem - mówi kapelan oddziału onkologii dziecięcej w jednym z polskich szpitali.

Poprosiliśmy go o rozmowę w związku z premierą niezwykłej książki “Manuel – mały wojownik Światła” o włoskim chłopcu, który spotkał żywego Jezusa w czasie swojej choroby nowotworowej.

 

Spotyka się ksiądz na co dzień z dziećmi chorującymi na nowotwory, często bliskimi śmierci. Myśli ksiądz o nich w kategorii małych świętych?

Na pewno wielu z tych małych pacjentów jest świętymi. Nie nam jednak osądzać o świętości. Żadna choroba, nawet taka choroba, nie czyni nas automatycznie świętymi. Ale, choć może dziwnie to zabrzmi, może być ona łaską, bez względu na to, jaki jest finał leczenia, jaki jest finał naszego życia, naszej historii tu na ziemi, w jakim czasie się ona kończy.

 

Często bywa ksiądz zapewne świadkiem reakcji rodziców dziecka na diagnozę, spotyka ich na oddziale…

To zawsze jest szok. Zawsze, ilekroć ktoś dowiaduje się, że jego dziecko może być chore onkologicznie, przeżywa szok. Jedni traktują taką diagnozę jak ostateczność, drudzy zadają sobie pytanie “ale o co chodzi?”, jeszcze inni są gotowi walczyć, tak jak się walczy z każdą chorobą. Wciąż brzmią im może w uszach słowa “rak to nie wyrok”, ale jednak coś się w życiu zmienia. Pierwsze godziny, dni na oddziale są burzą emocji, umysłu, odczuć serca, wiary. Pytają: Dlaczego my, dlaczego nas to spotkało, czemu Panie Boże nas dotknąłeś, doświadczyłeś? Smutek, łzy, strach, lęk, szukanie nadziei. A potem kolejny szok, gdy już są na oddziale i widzą, jak tam jest mnóstwo dzieci. Leżą, bawią się, biegają, płaczą, śmieją się, czasem kłócą, jak dzieci mają swoje fochy. Jak to możliwe? Są przy nich rodzice, jedni spięci w sobie, inni zmobilizowani; jedni zamknięci w sobie inni normalnie uśmiechnięci, normalnie rozmawiający, otwarci, wspierający siebie nawzajem. Po jakimś czasie – np. po dwóch, trzech dniach dociera do nich wszystkich ta prawda, że nie są sami, są wśród osób, które tak jak oni zmagają się z chorobą swojego dziecka. Że mogą liczyć na podpowiedź, na pomoc, np. gdy chcą na chwilę odejść od łóżka dziecka albo na zrobienie zrobienie zakupów jeśli  ktoś idzie do sklepu. Nagle dostrzegają, że są w „rodzinie”, w rodzinie, która razem wędruje, zmaga się, walczy.

 

Właśnie, jaka to jest walka? Jak rodzice do niej podchodzą?

To walka na śmierć i życie. Ale ten fakt zwykle do rodziców dociera później, choć zawsze lekarze na bieżąco mówią co i jak. Zawsze jednak liczy się na to, że jednak ta najtrudniejsza sytuacja się nie zdarzy. Taką możliwość odkrywamy właściwie dopiero, gdy dojdzie do odejścia – śmierci jakiegoś dziecka na oddziale. Ale równocześnie odkrywamy też, że są tacy, którzy opuszczają szpital i na oddziale pojawiają się tylko na kontrolę. Że zostali uzdrowieni.

 

Uzdrowieni?

Tak, choć potocznie mówi się “wyleczeni”, ja wolę mówić “uzdrowieni”, bo działanie lekarzy to przecież działanie uzdrawiające, jeśli na to patrzeć z wiarą. Leczenie to przecież współdziałanie lekarza, który nie jest bogiem, z Panem Bogiem, z Jezusem, prawdziwym Lekarzem ciał i dusz.

 

Jak reagują rodzice, gdy przypomina im się o tej perspektywie? Jaką rolę pełni w tej rzeczywistości choroby wiara?

Wiara jest potrzebna, ponieważ daje siły do walki. Zależy jednak w co konkretnie wierzymy. Jeśli ktoś mówi po prostu, że “wierzy w Boga”, to co to oznacza? W jakiego Boga wierzy? Jeśli to tylko Bóg jako najwyższa istota, daleka i oderwana od nas,  to pytanie “dlaczego?” stawiane przed Nim wydaje się naturalne. A za takim pytaniem może pojawić się bunt. Jeśli jednak zrobimy krok dalej, pojawia się odkrycie, że Bóg to Osoba, bliska nam, że my jesteśmy Mu bliscy. Wtedy sprawa wygląda już inaczej.

 

Często spotyka się ksiądz z takimi pretensjami do Boga, z buntem?

Na starcie swojego życia zwykle nie mamy pretensji do Boga. Taka pretensja pojawia się wtedy, gdy już coś osiągnęliśmy, kiedy jesteśmy w pełni rozwoju, sił, i kiedy jeszcze nie dostrzegamy przemijania. Dziś świat podkreśla, że najważniejsze jest to co dzieje się teraz, nie myślimy o konsekwencjach życia, najważniejsze są przyjemności. Przestrzegam jednak przed takim myśleniem, a zwłaszcza przed wychowywaniem dzieci tylko w przyjemnościach. Jak więc w takim świecie trwać w sytuacji choroby, i to takiej choroby? Jak wytrwać? Wielu zadaje sobie pytanie czy można, życie daje odpowiedź można, a nawet dla miłości dzieci trzeba.

 

No właśnie, tylko jak? Jakich porad udziela ksiądz rodzicom w tej trudnej sytuacji choroby ich dziecka?

Przede wszystkim zachęcam do modlitwy. Może się ona różnie wyrażać: raz wystarczy trwać w takiej modlitwie, jaką mieliśmy dotąd, a czasem trzeba podjąć szturm modlitewny na różne sposoby. Jest to możliwe nawet w tym świecie, który plącze ludzkie ścieżki, w którym ludzie komplikują sobie życie lub inni je im komplikują. Nawet wtedy, gdy pozrywane są mosty sakramentalne. Spotykam wielu ludzi, którzy nawet w takich sytuacjach chwytają się modlitwy, czasem w niezrozumiałej formie, ale płynącej z serca. To jednak najważniejsze. Są wówczas różańce, koronki, adoracje, ciche trwanie, gdy sercem kieruje się myśli do Boga i kiedy rodzi się przedziwna więź między Bogiem i człowiekiem.

 

Czy ta więź potem trwa, niezależnie od tego, czy dziecko wyzdrowieje, czy też odejdzie do Nieba?

Jak bym chciał aby ona pozostała bez względu na to jak będą się toczyć dalsze losy życia danej rodziny. Czy się uda czy nie, czy będzie uzdrowienie, czy nie. Zawsze przecież pozostajemy ze świadomością, że nasze życie nie zależy od nas albo od innych ludzi. Chrystus zmartwychwstał, aby dać nam nową jakość życia, nowe życie, niezależnie od tego, kiedy przejdziemy przez bramę śmierci. Spotykam wiele dzieci, które w czasie swojej choroby odkrywają w sercach ogromną bliskość Pana Jezusa. To dzieje się nawet u takich, którzy wiekowo nie spełniają jeszcze norm dopuszczenia do Pierwszej Komunii św. One w tej chorobie już jakby osiągają gotowość, pragną szczerze spotkać Jezusa w Eucharystii. Dlatego zachęcam rodziców, aby jeśli to dostrzegą, ubiegali się o możliwość wcześniejszej I Komunii Świętej, aby On już w czasie choroby był dla nich umocnieniem. W duszach chorych dzieci często dzieją się cuda. Nieraz byłem ich świadkiem.

 

Red. ad/Stacja7


Już dziś, 25 marca, nakładem wydawnictwa Bratni Zew, ukazuje się książka o Manuelu – niezwykłym 10-latku, który przeżył spotkanie z Jezusem w trakcie swojej choroby nowotworowej.

„Najpiękniejsza w naszej przyjaźni jest chwila, kiedy go jem. To tak jakby do mojego wnętrza wpadła bomba łaski i błogosławieństwa, która sprawia, że czuję się lepiej i jestem bezpieczny, bo On kocha mnie o wiele bardziej niż ja jestem w stanie kochać Jego” – mówił Manuel. Odszedł do Domu Ojca w 2010 r. 

Kup książkę w Dobroci.pl – sklepie Stacji7

Szukasz wartościowych treści?

Zapisz się na cotygodniowy newsletter Stacji7


 

 

Redakcja portalu

Redakcja portalu

Zobacz inne artykuły tego autora >
Redakcja portalu
Redakcja portalu
zobacz artykuly tego autora >
Share via