O. Józef Witko: Wiara chroni nas przed utratą miłości

– Wiara nie chroni nas przed chorobami, problemami czy zranieniami, ale chroni nas przed tym, co może się zrodzić pod wpływem tego trudnego doświadczenia: rozpaczą, załamaniem się, utratą wiary czy utratą miłości – mówi o. Józef Witko, nawiązując do jednego z tematów swojej najnowszej książki „Dotyk Boga”.

Polub nas na Facebooku!

Co powiedziałby Ojciec takim osobom, które czują się w jakiś sposób niesprawiedliwie oskarżone, zdradzone czy oczernione? Jaką postawę powinny przyjąć wobec Pana Boga, wobec ludzi, wobec samych siebie? Co powinno być dla nich najważniejsze w takiej sytuacji?

O. Józef Witko OFM: Takie sytuacje są bardzo trudne. Trudno mi cokolwiek powiedzieć o osobach, które nie mają relacji z Bogiem. Na pewno jest to bardzo trudne i myślę, że w takich sytuacjach muszą oprzeć się na psychologu, bo zranienie może być tak głębokie i tak bolesne, że sami sobie nie poradzą. Natomiast dla nas, ludzi wiary najważniejsze jest słowo, które zapewnia nas, że Bóg jest z nami. Trzeba sobie uświadomić, że takie doświadczenia spotykają wszystkich: wierzących i niewierzących. Nikt tu na ziemi nie jest wolny od takich trudnych, bolesnych relacji, od zranień, niesprawiedliwości czy krzywdy. Życie ludzkie po grzechu pierworodnym jest takie a nie inne, a zło wykorzystuje każdego – szczególnie tych, którzy dają się wykorzystać – po to, żeby niszczyć czy ranić innych, czasem nawet wydaje się, że w słusznej sprawie.

Jeśli żyję tym słowem, to będę miał siłę, żeby przebaczyć, będę miał siłę się ostać. Nie utracę wiary, nie popadnę w rozpacz, nie załamię się. Będę cierpiał podobnie jak wszyscy ludzie, ale to nie będzie miało wpływu na moje życie. Być może wyjdę z tego wręcz umocniony

Zatem nikt nie jest wolny od tej rzeczywistości, ale właśnie wiara może przyjść nam tu z pomocą. Warto sobie uświadomić, że wiara nie chroni nas przed chorobami, problemami czy zranieniami, ale chroni nas przed tym, co może się zrodzić pod wpływem tego trudnego doświadczenia, czyli przed rozpaczą, załamaniem się, utratą wiary czy utratą miłości. Jezus w Ewangelii mówi o dwóch budowlach. Ten, kto słucha Jego słowa i zachowuje je, czyli żyje tym słowem, podobny jest do człowieka, który zbudował dom na skale. Przyszła ulewa, zerwał się wicher, uderzyły w ten dom – ale on nie runął. Ten zaś, który słucha, a nie żyje tym słowem, podobny jest do człowieka, który zbudował dom na piasku. Przyszła ulewa, zerwał się wicher, uderzyły w ten dom i on runął, bo na piasku był zbudowany.

Ta przypowieść jest dla mnie bardzo ważna, bo uświadamia mi, że jeżeli słowa, które Jezus kieruje w kościele czy przez Biblię, nie zapadają mi w sercu, jeżeli nie żyję tymi słowami, to w tych trudnych sytuacjach, które są doświadczeniem wszystkich ludzi, załamię się. Popadnę w rozpacz, utracę wiarę albo zerwę wszelkie relację z tymi, którzy ranią. Natomiast jeśli żyję tym słowem, to będę miał siłę, żeby przebaczyć, będę miał siłę się ostać. Nie utracę wiary, nie popadnę w rozpacz, nie załamię się. Będę cierpiał podobnie jak wszyscy ludzie, ale to nie będzie miało wpływu na moje życie. Być może wyjdę z tego wręcz umocniony, bo doświadczenie cierpienia też w jakiś sposób wzmacnia moją wiarę, moją relację z Bogiem.

 

Czym jest pokój Chrystusa, o którym pisze Ojciec w książce? Na czym polega dążenie do niego?

Pokój, który przynosi nam Jezus jest pokojem Chrystusa zmartwychwstałego. Gdy po zmartwychwstaniu Jezus przyszedł – pomimo drzwi zamkniętych – do swoich uczniów zgromadzonych w wieczerniku, pierwszym darem, jaki im przyniósł, był pokój. “Pokój wam”. Dopiero później tchnął na nich, mówiąc: „przyjmijcie Ducha Świętego”. Ten pokój jakby warunkuje otrzymanie Ducha Świętego.

Życie Duchem Świętym i pokój, jaki daje Jezus, to nie jest pokój, który ogranicza się tylko do braku jakiegoś konfliktu. To pokój, który zawiera w sobie jakby pełnię szczęścia. Ten pokój chrystusowy zawiera w sobie wszystko – jest czymś nie tylko dla duszy, ale także dla ciała. Wiemy, że człowiek to nie tylko dusza, ale również ciało. Jeżeli nie mam w sobie wewnętrznego pokoju, tylko jest jakiś konflikt, to w moim ciele też zachodzą negatywne reakcje chemiczne. Z kolei kiedy mam pokój, wówczas w moim ciele zachodzą reakcje pozytywne. Zatem ten pokój chrystusowy zawiera wszystko, co jest potrzebne do szczęścia –  i to jest dar.

Powiedziałbym, że ten dar jest jakby w formie ziarenka gorczycy, które Bóg daje do mojego serca. Ode mnie zależy, czy to ziarno pokoju będzie się rozwijać i promieniować ze mnie, czy nie. Ten pokój nie sprawi, że ja nie będę cierpiał, że nie będzie problemów czy trudnych sytuacji, ale sprawi, że będę miał pewność, że nad tym wszystkim jest Pan Bóg i nie muszę się już tym martwić, przejmować. Nie muszę się lękać, bo jest Pan Bóg. I nawet, jeśli coś mnie spotyka, ostatecznie poprowadzi to do dobra.

 

Święty spokój polega na tym, że człowiek się wycofuje. Natomiast pokój, jaki daje Chrystus, to pokój, z którym jest odwrotnie. Człowiek angażuje się, idzie naprzód – nawet jeśli to kosztuje go cierpienie.

Czym taki pokój różni się od tzw. „świętego spokoju”, którego tak często jesteśmy spragnieni?

Święty spokój polega na tym, że człowiek się wycofuje: „nie będę się angażował, będę miał święty spokój”; „jak zaangażuję się, to będą jakieś problemy, trudne sytuacje – dam sobie z tym spokój”; „nie będę szedł do sąsiada, z którym jestem w konflikcie, no bo jak się znowu pokłócimy… Dam sobie spokój”. I wtedy mam taki święty spokój, nie angażuję się, wycofuję się.

Natomiast pokój, jaki daje Chrystus, to pokój, z którym jest odwrotnie. Człowiek angażuje się, idzie naprzód – nawet jeśli to kosztuje go cierpienie. W sercu ma pokój, ma pewność obecności Boga i wszelkich łask, a to otwiera go na działanie Ducha Świętego. Apostołowie po zesłaniu Ducha Świętego nie byli wolni od prześladowań, a jednak w sercu mieli pokój, pewność, że Bóg jest z nimi, że wszystko będzie dobrze. I to jest owoc właśnie Chrystusa zmartwychwstałego. W czasie każdej Mszy Świętej, gdy przed komunią świętą kapłan mówi: „pokój pański, niech będzie z wami”, odpowiadając „i z duchem twoim” godzę się na ten pokój.

Niestety, nie jesteśmy tego świadomi, a bez świadomości nic się nie zmieni. To tak jakbym wziął coś np. jakieś pieniądze, a potem zapomniał, że je mam. Co z tego, że mam np. milion złotych, skoro zapomniałem, że je mam i będę żył w biedzie – bo nie jestem świadomy, że je posiadam, zapomniałem. Ten brak świadomości sprawia, że tracę – dużo tracę. Nie zyskuję, tylko tracę.

 


o. Józef Witko – franciszkanin, znany kaznodzieja i rekolekcjonista. Od wielu lat odprawia Msze Święte z modlitwą o uzdrowienie i uwolnienie duchowe. Każdego roku uczestniczy w nich kilkadziesiąt tysięcy osób. Autor bestsellerowych książek (m.in. “Uzdrawiająca moc Ducha Świętego”, “Wołaj do mnie, a odpowiem ci”, “Jabes. Modlitwa i błogosławieństwo, które zmieniają życie”).


 

 

Szukasz wartościowych treści?

Zapisz się na cotygodniowy newsletter Stacji7


 

 



Kard. Nycz: Musimy nauczyć się cieszyć, nawet jeśli przyszedł tylko jeden człowiek

– Musimy nauczyć się cieszyć małą grupką. Już pewnie nigdy nie będzie takich tłumów jak wówczas, gdy na powakacyjnych rekolekcjach Ruchu Światło-Życie w diecezji warszawskiej, katowickiej czy krakowskiej pojawiały się grube tysiące młodych ludzi. Dziś musimy nauczyć się radować spotkaniem nawet z jednym człowiekiem, jeśli przyszedł tylko ten jeden – mówi kard. Kazimierz Nycz. W rozmowie z Tomaszem Królakiem wskazuje też, że Polska należy do krajów w których laicyzacja w młodym pokoleniu dokonuje się najszybciej.

Polub nas na Facebooku!

Tomasz Królak (KAI): Przed sierpniowymi obradami biskupów w Częstochowie zapowiadano, że odbędzie się dyskusja o plusach i minusach nauczania religii w szkołach w związku z 30. rocznicą jej powrotu do szkół. Jak wypadło to podsumowanie?

Kard. Kazimierz Nycz: Rozmowa była nadzwyczaj dobra, poprzedzona dwoma wykładami ekspertów. Pierwszy dotyczył głównie założeń teoretycznych katechezy w szkole, drugi był głosem wizytatora, który jako praktyk zna temat lekcji religii na wylot. Późniejsza, bardzo konkretna dyskusja podejmowała problemy jakie się nazbierały w ciągu tych 30 lat. Była też mowa o tym, jak ma się katecheza dzisiaj, po tych 30 latach w perspektywie założeń, które przyjęliśmy przed laty wchodząc, nieco w pośpiechu, do szkoły. Bo, przypomnę, decyzja zapadła podczas zebrania episkopatu w Krakowie, w czerwcu 1990 roku, a dwa miesiące później odbywały się już pierwsze zajęcia.

 

Jakie są wnioski z tego bilansu? Dostrzeżono jakieś problemy?

Warto najpierw zaznaczyć, że to był powrót do sytuacji, która była i jest obecna jest w znakomitej większości krajów europejskich, jak Niemcy, Włochy czy Hiszpania. Czy te 30 lat nieobecności szkolnej katechezy wybiło nas z rytmu? Z pewnością tak ale też trzeba pamiętać, że katecheza przy parafii, wypracowana w okresie od lat 60., organizowana właściwie od zera, od nauki w kościołach bo nie było jeszcze tych małych salek, nie było katechetów, otóż ta katecheza miała swoją ogromną wartość. Przede wszystkim bardzo mocno wiązała katechezę rodzin, zwłaszcza rodziców z katechezą parafialną i z katechezą dzieci i młodzieży. W 1990 roku mieliśmy już więc doświadczenie katechezy przyparafialnej, prowadzonej dla poszczególnych klas szkolnych, w miastach zaś łączono niestety kilka klas w grupę, bo nie było innych możliwości.

Natomiast dokonany w 1990 roku powrót katechezy do szkół oceniliśmy jako decyzję słuszną. Główne założenia, a więc żeby wychowanie i edukacja szkolna były kompletne, także od strony przedmiotu, nazwijmy to, etycznego, światopoglądowego, czy wprost religijnego – sprawdziło się. Myślę też, że na takie rozwiązanie społeczeństwo wyraźnie oczekiwało, wspólnie z władzami państwowymi, wolnego, niepodległego już państwa. Choć pamiętamy, że nie brakowało też głosów przeciwnych. Dyskusja medialna była gorąca.

 

Główny postulat, który pada w ciągu ostatnich lat, a pojawił się też na ostatniej konferencji episkopatu, mówi o konieczności prowadzenia katechezy równolegle: w rodzinie, w szkole i w parafii.

Dziś coraz częściej pojawiają się głosy, także wśród biskupów, że niezbędne jest uzupełnienie katechezy szkolnej zajęciami w salach parafialnych. Czy to dobry pomysł?

Od początku powrotu lekcji religii do szkół zakładaliśmy, że będziemy tam realizować to, co da się w szkole zrobić ale nie rezygnujemy z katechezy przy parafii. Od początku była więc założona komplementarność lekcji religii w szkole i przy parafii.

 

Ale czy to założenie było realizowane?

To jest pytanie, bo wiele parafii, może nawet większość – odetchnęło z ulgą. Pomyślano sobie: wszystko weźmie szkoła. I pozamykaliśmy salki katechetyczne. Natomiast już wtedy część proboszczów, rodziców, duchowieństwa i katechetów doskonale wyczuwała, że nie wszystko da się zrobić w szkole; że to założenie komplementarności katechezy szkolnej i parafialnej było czymś absolutnie potrzebnym, obowiązującym.

Dziś, po 30 latach, musimy powiedzieć, że troszkę nam się stało za cicho w salkach parafialnych, zwłaszcza jeśli chodzi o wymiar katechezy sakramentalnej, zarówno co do I Komunii świętej jak i bierzmowania. Są oczywiście spotkania przez rok w klasie III czy przed bierzmowaniem ale to na pewno nie wystarcza, potrzeby są większe. To jedna z najważniejszych rzeczy do przemyślenia, mocno podnoszona przez biskupów podczas dyskusji.

Kiedyś bardzo często narzekaliśmy, że rodzice „oddawali” dzieci szkole, jakby chcieli powiedzieć: zajmijcie się ich wychowaniem religijnym. Cóż, w pewnym sensie parafia też oddała do szkoły “swoje” dzieci i młodzież, i odetchnęła z ulgą uznając, że to wystarczy. Jednak rzeczywistość pokazała, że absolutnie nie wystarczy. Dlatego główny postulat, który pada w ciągu ostatnich lat, a pojawił się też na ostatniej konferencji episkopatu, mówi o konieczności prowadzenia katechezy równolegle: w rodzinie, w szkole i w parafii.

 

W lekcjach religii uczestniczy coraz mniejsza liczba uczniów, choć w różnych regionach wygląda to różnie. Dlaczego odchodzą? Może coś jednak w tej szkolnej katechezie nie wyszło?

W pierwszych latach, rzeczywiście ten entuzjazm z powodu powrotu tych zajęć do szkół był dużo, dużo większy i o tym świadczy także frekwencja. W szkołach podstawowych wynosiła ona prawie 95 procent, a gdzieniegdzie nawet więcej. Na religię nie chodził tylko ktoś innego wyznania lub innej wiary. Jeśli zaś chodzi o młodzież, to chciałbym zaznaczyć, że w religii w szkole uczestniczyli i ci, którzy nie przychodzili do parafii. Nie idealizujmy więc katechezy parafialnej pod każdym względem. Owszem, miała ona swoje ogromne plusy wynikające z bliskiego związku z parafią, z kościołem parafialnym. Z pewnością łatwiejsze było osiąganie takich celów jak wtajemniczenie chrześcijańskie czy właściwa katecheza, rozumiana jako przekaz Słowa Bożego. Tak, parafia stwarzała szczególne warunki w tym względzie. Ale też, nie czarujmy się: kiedy w swojej młodości uczyłem przy parafii dzieci ze szkoły podstawowej czy średniej, to, jak pamiętam, ta frekwencja wcale nie był tak wysoka, jak to się nam wydaje dzisiaj, ex post. Jeśli chodzi o szkoły zawodowe, a przecież wtedy większość młodzieży do takich właśnie chodziła, to problemy z frekwencją też były duże.

Natomiast jest faktem, że w ciągu tych 30 lat dokonuje się pełzający spadek frekwencji dzieci i młodzieży w Kościele i na katechezie w szkole. Geografia tego zjawiska jest jednak różna: na południu i wschodzie Polski, w diecezjach o charakterze bardziej tradycyjnym i wiejskim, frekwencja w szkołach podstawowych nadal jest bardzo duża, przekracza 90 proc., a w liceach dochodzi do tego pułapu. Inny jest obraz katechezy w dużych miastach, takich jak Warszawa, Poznań, Łódź czy Kraków, gdzie frekwencja jest wyraźnie, nawet o kilkadziesiąt procent, mniejsza. Trzeba na to patrzeć z troską i zapytywać, także siebie, o przyczyny.

 

No właśnie, gdzie one tkwią?

Na pewno nie tylko po stronie młodzieży i rodziców, ani nie tylko po stronie szkoły lecz także po stronie Kościoła, katechetów i ich formacji katechetycznej – i o tych rzeczach także dużo mówiliśmy.

 

Na katechezie szkolnej nie można zrealizować wszystkich celów, jakim powinna ona służyć.

O tej formacji jest mowa także w wydanym niedawno watykańskim dyrektorium katechetycznym. Mówi się w nim, że Kościół powinien szukać nowych sposobów przekazu wiary w obliczu wyzwań, które stawia świat cyfrowy i globalizacja kultury. Jak realizacja tego wskazania powinna wyglądać w polskich realiach?

Wspomniałem, że na katechezie szkolnej nie można zrealizować wszystkich celów, jakim powinna ona służyć. A watykańskie dyrektorium dokładnie pokazuje, dlaczego nie jest to możliwe. Otóż dokumenty Kościoła – nowe i poprzednie dyrektoria, adhortacja Jana Pawła II „Catechesi Tradendae” ale i nasze dyrektorium sprzed 20 lat – poświęcają katechezie w szkole mniej więcej jedną czwartą tekstu. Natomiast większa część dotyczy natury, istoty, celów katechezy. Jest ona zawsze posługą słowa w Kościele ku umacnianiu wiary, przy czym na pierwszym miejscu – i tak jest od czasu Soboru – mówi się o katechezie dorosłych, w tym rodziców. Na drugim: o katechezie studentów, młodzieży i dzieci. Wydaje się więc, że gdzieś zagubiliśmy pewną proporcję pomiędzy tymi trzema rodzajami katechezy.

Powinniśmy zacząć inaczej myśleć na temat współpracy rodziny, parafii i szkoły ale także o tym, co proponujemy w katechezie dorosłych po to, żeby dorośli, rodzice byli pierwszymi katechetami swoich dzieci. Tak, jak w parafii pierwszym katechetą jest proboszcz i jego współpracownicy. Natomiast jeśli ograniczymy się tylko do szkoły, to jak gdyby pozbawiamy się tych dwóch wielkich przestrzeni: rodziny i parafii. Nie można uważać szkoły za jedyne miejsce katechezy, choć jest to miejsce bardzo ważne.

Trzeba też mieć na uwadze, i o tym mówi nowe dyrektorium, inność współczesnej młodzieży i inność jej oczekiwań wobec nauczycieli, wychowawców i katechetów. Dziś dominującą pozycję w wychowaniu i nauczaniu zajął internet i nowoczesne środki przekazu, także w procesie nauczania i wychowania. Niestety, często te środki, źle wykorzystywane, stają się wielkim antywychowawcą. Kościół jednak nie ucieknie od tej nowoczesności, jeśli pragnie znaleźć drogę do młodego pokolenia, by ich podprowadzić do ewangelii.

Kościół nie może zastępować głoszenia Słowa Bożego w katechezie i na ambonie ale to głoszenie musi być wspierane w innych przestrzeniach.

Dlatego dziś, zarówno w katechezie parafialnej jak i, zwłaszcza, szkolnej należy mówić o wykorzystywaniu nowoczesnych środków elektronicznych w przekazie treści katechetycznej. W przeciwnym razie z młodzieżą po prostu się nie spotkamy. To jest wielkie wyzwanie stojące przed dzisiejszą katechezą. Kościół nie może zastępować głoszenia Słowa Bożego w katechezie i na ambonie ale to głoszenie musi być wspierane w innych przestrzeniach.

Konieczne jest też przemyślenie podstawy programowej katechezy szkolnej w kierunku tego, co z celów i zadań katechezy można zrobić w szkole, określając jednocześnie, co trzeba pozostawić do realizacji w parafii. Jeżeli bowiem weźmiemy pod uwagę cztery główne zadania katechezy, jakimi są: preewangelizacja, ewangelizacja, wtajemniczenie i właściwa katecheza, to dwa pierwsze założenia można owocnie zrealizować w szkole, natomiast pozostałe, powiedzmy to sobie szczerze, są nieosiągalne do końca bez udziału parafii.

Co do szkoły, to musimy się programowo przestawić, także poprzez właściwą formację katechetów, w kierunku dwóch pierwszych zadań, a więc preewangelizacji i ewangelizacji. Myślę, że próba głoszenia od razu głębokiego orędzia kerygmatycznego, bez poprzedzenia tego procesu pewną bazą kulturową jest czymś bardzo ograniczającym możliwości religii w szkole. Ponadto, jeśli chcemy być przyjęci przez tych, którzy na te lekcje przychodzą, choć z ich wiarą jest jeszcze bardzo różnie, to możemy do nich trafić właśnie tymi elementami preewangelizacji i kultury i to bardzo szeroko pojętej. Bo nawet jeśli ktoś poprzez takie zajęcia nie dojdzie do wiary głębokiej (może stanie się to za 10 czy 20 lat?), to już dziś możemy mu dać przygotowanie i wiedzę, która pomoże mu żyć w świecie i rozumieć ten świat który wyrasta z kultury chrześcijańskiej. I o tym ewangelizacyjnym wymiarze katechezy mówi dużo nowe Dyrektorium o Katechezie.

 

Bo nie o wszystkim trzeba mówić wprost, a miejscem spotkania z religią, sacrum, duchowością, etyką może być właśnie kultura…

Tak, tą płaszczyzną może być literatura, architektura, malarstwo, muzyka. To jest pole do szerokiej współpracy ze szkołą, to jest szansa na integrację międzyprzedmiotową. Bo przecież współpraca historyka, nauczyciela muzyki i katechety może przynieść świetne rezultaty na polu wspomnianej preewangelizacji czy nawet ewangelizacji.

 

Przyznajmy, że nie dopilnowaliśmy do końca tej równowagi miejsc katechezy, a więc domu rodzinnego, parafii i szkoły. I do tego trzeba wrócić. Natomiast resztę zostawmy Panu Bogu.

Czy uda się zatem powstrzymać proces pełzającego ale widocznego jednak, wykruszania się uczniów ze szkolnej katechezy?

– Myślę, że jest to nie tylko problem katechezy. Należymy do tych krajów świata, w których tzw. laicyzacja w młodym pokoleniu dokonuje się najszybciej. Nie można powiedzieć, że pewne procesy nas nie dotyczą czy nie będą dotykać. Trzeba się z nimi liczyć, ale też mądrze robić swoje, żeby tymi procesami się zmierzyć. Jak? Przede wszystkim przez solidną formację duszpasterzy i katechetów, zarówno duchownych jak i świeckich, a wśród nich na pierwszym miejscu rodziców. Nie ulega najmniejszej wątpliwości, że bez rodziców większości nowych wyzwań nie udźwigniemy.

Przyznajmy, że czasem, może nie z zaniedbania ale z pewnej wygody lub zbytniego zaufania do możliwości szkoły, nie dopilnowaliśmy do końca tej równowagi miejsc katechezy, a więc domu rodzinnego, parafii i szkoły. I do tego trzeba wrócić. Natomiast resztę zostawmy Panu Bogu.

Jeżeli ktoś uważa, że jeżeli do parafii na formację w grupach, nie przyjdzie 100 czy 50 procent uczniów, to nie warto robić spotkania, to z takim myśleniem nie ujedziemy za daleko. Musimy nauczyć się cieszyć małą grupką, cieszyć się tymi, którzy pojawili się, żeby przechodzić wtajemniczenie chrześcijańskie we wspólnocie przy parafii czy w ruchu – Neokatechumenacie, Odnowie w Duchu Świętym czy Ruchu Światło-Życie. Trzeba się nimi cieszyć. Już pewnie nigdy nie będzie takich tłumów jak wówczas, gdy na powakacyjnych rekolekcjach Ruchu Światło-Życie w diecezji warszawskiej, katowickiej czy krakowskiej pojawiały się grube tysiące młodych ludzi. Dziś musimy nauczyć się radować spotkaniem nawet z jednym człowiekiem, jeśli przyszedł tylko ten jeden. A jeżeli jest to nieduża choćby wspólnota – cieszyć się tym jeszcze bardziej.

Niezbędne jest więc “dopełnianie” szkolnej lekcji religii w parafii propozycją żywych grup, ruchów, wspólnot, żeby spełnić ten postulat wtajemniczenia i katechezy jako głoszenia Słowa Bożego wierzącym. Ale zanim to będzie możliwe, trzeba do tej wiary “podprowadzić”. I to robimy między innymi w szkole. Nie znaczy to, że nasza obecność w szkole jest mniej ważna. Nie, jest bardzo ważna, bo jeżeli będziemy czekać na ludzi tylko w kościele, to na niektórych możemy się nigdy nie doczekać. Przez katechezę w szkole, młodzież nam zostaje “dana i zadana”.

Jest rzeczą bardzo ważną, by nie zabrakło nam dobrych katechetów i dobrych kandydatów do katechezy.

W nowym watykańskim dyrektorium jest powiedziane, że parafia musi być misyjna, ewangelizacyjna, musi wychodzić do ludzi. Szkoła jest w tym kontekście miejscem doskonałym. A pandemia pokazała, że w tym czasie skuteczniej mogli zaprosić uczniów do parafii ci katecheci, którzy wcześniej mieli z młodymi dobry kontakt także w szkole.

 

I w ten sposób dochodzimy do tematu tegorocznego Tygodnia Wychowania – “Budujmy więzi”…

Pandemia pokazała, że przed komputerem brakuje tej realnej więzi, spotkania osób, grupy i żywego kontaktu z nauczycielem. Nie wszystkie cele katechezy i nauczania udawało się zrealizować w nauczaniu zdalnym. Budowanie więzi jest naszym zadaniem, także w katechezie i poprzez nią.

Jest rzeczą bardzo ważną, by nie zabrakło nam dobrych katechetów i dobrych kandydatów do katechezy. Nie ma co ukrywać: zaczyna to być problemem społecznym czy demograficznym. 30 lat temu do katechezy wyszło ponad 10 tysięcy nowych katechetów. Pełnią piękną i ważną misję Kościoła katechizującego. Trzeba myśleć o ich następcach, żeby za 5-10 lat byli ludzie dobrze przygotowani do przejęcia ich zadań.

 

Szukasz wartościowych treści?

Zapisz się na cotygodniowy newsletter Stacji7


 

 



Copy link
Powered by Social Snap