video-jav.net

Nie jestem spoko

– Nie jestem spoko i nie chcę być spoko. To całe "spoko" kojarzy mi się trochę z obłudą. Człowiek zawsze chce być taki fajny dla każdego, taki miły. Ale to jest bardzo często zwyczajna hipokryzja… Ja nie zabiegam o to, żeby być fajnym, chcę być przynajmniej uczciwym grzesznikiem – mówi Tomasz Budzyński.

Tomasz Budzyński
Tomasz
Budzyński
zobacz artykuly tego autora >
Judyta Syrek
Judyta
Syrek
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Z Tomaszem Budzyńskim o uczciwości i spoko-ludziach rozmawia Judyta Syrek

Lubi pan słowo uczciwość?

A czemu nie miałbym lubić. To bardzo dobre słowo.

A kiedy myśli pan – człowiek uczciwy, to kogo ma pan w pamięci?

Znam kilka takich osób, ale niestety nie jest to zjawisko powszechne. Od razu mówię, że nie uważam się za kogoś lepszego od innych. O uczciwości to Platon pisał całe swoje dialogi. Ja tu nie chcę się jakoś wymądrzać ale mam, jak chyba każdy, swoje doświadczenia w tym względzie. To są, że się tak wyrażę – wzloty i upadki. Co do przykładów to najpierw przychodzi mi do głowy mój teść. To był człowiek prawy i był dla mnie wzorem mężczyzny. Dotrzymywał słowa, był honorowy. Taki Polak – szlachcic, dla którego uczciwość była podstawą. Bardzo się cieszę, że go poznałem.

Wszyscy narzekają na teściów, a pan się chwali.

No wiadomo, początki są zawsze trudne i chyba każdy to przerabiał. Po prostu rodzice, a szczególnie matki nie potrafią poradzić sobie z nową sytuacją. To jest ta “nieprzecięta pępowina”, bo matka i pierworodny syn to najsilniejsza więź na świecie. Psychiczna pępowina zostaje na długo a kobieta próbuje robić wszystko, by przytrzymać pierworodnego syna przy sobie. Moja mama i chyba nie tylko ona tak się właśnie zachowywała. Jest absolutna konieczność przecięcia tej psychicznej pępowiny! A przynajmniej wyjechać z żoną jak najdalej od rodziców i teściów.

Nie jestem spoko

Ma pan w swoim otoczeniu jeszcze inne uczciwe osoby, poza rodziną?

Jest kilka osób, na których mogę całkowicie polegać. Zawsze mogę liczyć na pomoc z ich strony a także sam powierzyłbym im wszystko co mam. Ale uczciwość to nie tylko zaufanie. Uczciwość to także odpowiedzialność za obietnice, które się składa. I to nie jest już takie proste. Czasem staje się niewygodne. Natomiast człowiek uczciwy i honorowy zawsze dotrzyma obietnicy. Jest takie powiedzenie, że szlachectwo zobowiązuje.

Rozmawia pan o uczciwości ze swoim synem?

Oczywiście, że tak. Żyjemy bardzo blisko siebie, niczego nie ukrywamy. My to się nawet z żoną dziwimy, bo w domu nasze dzieci nie zamykają przed nami drzwi od swoich pokojów. Kiedy byliśmy w ich wieku, to bardziej kryliśmy swój świat przed rodzicami. Chcieliśmy się odciąć. A oni kompletnie nie mają takiego problemu. W codziennych rozmowach wszystko wychodzi na jaw, więc to nie przebiega tak, że specjalnie siadam i rozmawiam z synem. Ale zdarzają się nam spacery albo wspólne, dalsze wycieczki gdy mówimy o tych sprawach. Dzieci nam się zwierzają. Mamy do siebie pełne zaufanie. Pamiętam, że tak poważnie ukarane zostały chyba tylko dwa razy i to dawno temu.

Za co?

Za kłamstwo. Zwalili winę na kogoś innego. I to było bardzo nieuczciwe, bo ktoś inny mógł cierpieć przez nich. Była kara i powiedziałem im, że prawda zawsze jest lepsza od kłamstwa, choćby była niewygodna, to ona i tak zwycięży. Dla mnie to jest podstawa stosunków międzyludzkich. Zawsze mówię dzieciom, że choćby miały stracić, muszą mówić prawdę. Zapamiętały to.

Używa pan w obecności dzieci takich słów jak szlachetność? Tłumaczy pan, że powinni być tacy jak ich dziadek na przykład?

Tak, bo w szlachetności jest właśnie honor, odpowiedzialność, uczciwość, ale też miłość i piękno. Te wszystkie rzeczy łączą się ze sobą. Człowiek odważny jest piękny. Kiedy byłem dzieckiem, wszyscy moi bohaterowie z filmów i książek, na przykład Winnetou byli odważni i piękni. Cechy, o których teraz mówimy łączą się, bo to wszystko jest dobrem. Wydaje mi się jednak, że miłość jest czymś największym. A uczciwość to w moim odczuciu dopiero pierwszy stopień do miłości.

A pierwszy stopień do uczciwości? Mógłby pan stworzyć taki dekalog człowieka uczciwego?

Przepraszam ale nie chciałbym wyjść na jakiegoś moralistę, ja jestem grzesznikiem. Nie mam co do siebie złudzeń. Wiem, że mam permanentną skłonność do zła, ale żeby to widzieć, trzeba być uczciwym choćby wobec siebie samego, bo inaczej nie można się nawrócić. Jeżeli widzę swoją grzeszność, to mogę wyznać zło, więc uczciwie przyznaję się, że jestem winny. Tyle mogę zrobić.

Przypomniało mi się opowiadanie o słynnym cadyku. To był chyba Elimelech z Leżajska. Kiedyś powiedział do swoich chasydów, że po śmierci na pewno wejdzie do nieba. Na co oni byli zgorszeni. Mówili , mistrzu jak możesz tak mówić? Elimelech jednak uparcie powtarzał, że na pewno po śmierci będzie w niebie. A uzasadnił to w taki sposób: „Kiedy stanę przed Najwyższym Sądem – to zapytają mnie: Czy uczyłeś się jak należy? I będę musiał odpowiedzieć, że nie. Oni mnie dalej będą pytać: Czy modliłeś się jak należy? Znowu będę musiał odpowiedzieć, że nie. Na końcu spytają: Czy, jak należy, czyniłeś dobro? I po raz trzeci będę musiał powiedzieć  że nie. A wtedy wydadzą wyrok: Mówisz prawdę. Ze względu na prawdę należy ci się udział w przyszłym świecie.

To jest właśnie uczciwość. Uczciwość, która otwiera nawet drogę do nieba.

Nie jestem spoko

Powiedział pan o swoim teściu, że był jak szlachcic. Szlachciców kiedyś charakteryzowało to, że byli w stanie oddać nawet część swojego majątku dla dobrych inicjatyw. Na przykład Badeniowie na przełomie wieków urządzili wielką wystawę we Lwowie, finansując ją z własnych środków. To byli ludzie uczciwi.

Ale to jest jasne jak słońce. Uczciwy i szlachetny człowiek jest w stanie oddać nawet swoje życie. W dawnej Japonii tak pojmowana szlachetność była posunięta, aż do ostatecznych granic. Lubię czytać Yukio Mishimę, on takie rzeczy opisuje w swoich opowiadaniach. Ale to jest zupełnie inna kultura niż nasza. Według mnie uczciwość i odwaga to móc publicznie przyznać się do popełnionego zła i prosić o przebaczenie. W naszej tak zwanej “kulturze politycznej ” jest to postawa całkowicie obca.

To skrajna odwaga. A dzisiaj chyba skrajnie brakuje nam ludzi uczciwych. Dlaczego?

Bo ludzie się boją.

Czego?

Ludzie boją się śmierci. Boją się na przykład, że stracą twarz.

Skąd to się bierze?

Za tym strachem stoi szatan. To on wmawia człowiekowi, że nie może kochać drugiego bo ten drugi to wykorzysta i go zniszczy. To jest kłamstwo pierworodne – Bóg cię nie kocha. Twoje życie Go nie obchodzi, jesteś sam i musisz walczyć o swoje. Skoro tak jest, to każdy musi bronić swojego życia za wszelką cenę, robi to ze strachu przed śmiercią, która jawi się jako jakiś potwór. Ta śmierć jest w wielu życiowych wymiarach. Już nie może kochać drugiego, nie może się dać całkowicie. To jest właśnie egoizm. Jak można wtedy komukolwiek zaufać? Człowiek jest otoczony bardzo grubym więziennym murem. Jest niewolnikiem.

A może to jest kwestia psychiki, braku wiary w siebie, a nie podpowiedź diabła?

Tu nie chodzi o wiarę w siebie tylko o wiarę w Boga, który jest kochającym Ojcem. Ojcem który ciebie zna i cię kocha. Ja widzę, że dziś młodzi ludzie mają problem z podjęciem decyzji o małżeństwie. Ciągle ze sobą chodzą i chodzą. Wydaje mi się, że oni się boją. I to jest dokładnie ten strach o którym mówiłem przed chwilą. Bo miłość to również odpowiedzialność… odpowiedzialność za druga osobę. Ja osobiście nie miałem takich myśli. Zakochałem się i od razu wiedziałem, że to jest właśnie to. Po pół roku wzięliśmy z Natalią ślub. Ile można w kółko tylko ze sobą chodzić?

Dzisiaj to jest chyba jakiś poważny kryzys męskości. Nie wiem do czego to zaprowadzi, ale to dotyczy kultury zachodniej, która odrzuciła Boga. Tu chodzi o pewien wzór, o figurę prawdziwego Ojca. Kiedy moja córka chodziła do szkoły podstawowej to w jej klasie większość dzieci pochodziła z rozbitych rodzin. Były wychowywane przez matki. Gdzie podział się ojciec? Skąd chłopak ma zdobyć te wszystkie cechy? Kto mu daje przykład męskości? Samotna matka nie może tego zrobić. Choćby nie wiem jak się starała. Dziecku ojciec jest niezbędnie potrzebny a ojciec uciekł. Wiadomo, że są oczywiście wyjątki ale gdzieś przecież tkwi przyczyna tego stanu. To wszystko nie jest takie proste i ja tu sobie tak kombinuję.

Nie jestem spoko

Lubi pan wracać do teścia. No to powspominajmy, jak to było między wami. Rozmawialiście dużo ze sobą?

Nie, nie dużo. Ale to co było najważniejsze w naszej relacji, to mój szacunek do niego. On był dla mnie wzorem mężczyzny.

Chodziliście razem na piwo?

Nigdy. Myślę, że piwo nie jest potrzebne do układania dobrych relacji. To nie na tym polega, żeby się szturchać w ramię, poklepywać i mówić: Ale z ciebie spoko gość! Nie chodzi o to, żeby być spoko, żeby spełniać oczekiwania wszystkich dookoła. Chodzi o to, że uczciwy człowiek w relacjach z innymi nie zgodzi się na wszystko. Ma odwagę mówić: nie. I mój teść taki był. Zachowywał nawet pewien dystans.

Ma pan dystans wobec swoich dzieci? Dzisiaj ojciec jest bardziej kumplem…

Nie, ja nie jestem kumplem i nie jestem “spoko”. Ojciec nie może być kumplem. Dziwię się, kiedy dzieci mówią do rodziców po imieniu, to dla mnie oznacza brak szacunku. Wszystkie dzieci moich znajomych mówią do mnie wujku i uważam, że tak powinno być. Nie chcę być dla swoich dzieci kumplem. Ja chcę być dla nich ojcem.

I nie jest pan spoko?

Nie jestem spoko i nie chcę być spoko. To całe “spoko” kojarzy mi się z obłudą. Człowiek zawsze chce być taki fajny dla każdego, taki miły. Ale to jest hipokryzja, bo taki “spoko-człowiek” za plecami może wbić nóż w plecy. Mnie to kiedyś spotkało. Ci ludzie z zasady nie mówią prawdy. Udają kogoś kim nie są. Bo szczerość się nie opłaca. Szczerość sprawia, że się ma potem wielu wrogów. Szczerość a nie cynizm.

No, ale to dobrze chyba, że jest pan szczery, bo ze szczerym lepiej się gada.

Mnie się wydaje, że tak. Ale nie zabiegam o to, żeby być fajnym, chcę być przynajmniej uczciwym grzesznikiem.

Powiedział pan, że prawda zawsze zwycięża. To jasne. A można powiedzieć, że uczciwość prowadzi do zwycięstwa, do sukcesu?

Nie. Człowiek uczciwy nie jest w stanie osiągnąć sukcesu w sensie “światowym”.

Ale przecież mamy w historii osobowości, które osiągnęły sukces, zdobyły zwycięstwo. Nie trzeba daleko szukać, mamy Jana Pawła II. Kiedy przemawiał, porywał tłumy. I mówił prawdę…

Tak. I chcieli go zabić. Ten świat prześladuje wszystkich, którzy mówią prawdę, bo prawda jest na tym świecie bardzo nieporządana. Kto mówi prawdę ryzykuje życiem. I zawsze tak było. Czy sprawiedliwy może dożyć starości? To są rzadkie wypadki. Pani używa słowa sukces. Co to znaczy? To jest trudne do zrozumienia i może się wielu nie spodobać, ale myślę, że ten “sukces” człowieka uczciwego jest na krzyżu, bo uczciwość wiąże się też z naśladowaniem Chrystusa. Ale oczywiście uczciwość to nie tylko domena chrześcijan, to nie ma tak naprawdę żadnego związku z wyznaniem, można być uczciwym ateistą. Ja mam na myśli konsekwencje jakie niesie za sobą postawa człowieka, który odważnie mówi prawdę i jest uczciwy do samego końca. Ludzie nie rozumieją dzisiaj krzyża. Nie widzą w cierpieniu żadnego sensu. Nie rozmawiajmy więc o tym.

To jest istota chrześcijaństwa, więc czemu nie mamy o tym rozmawiać?

Bo ludzie nie chcą o tym nawet myśleć. Słyszy pani na kazaniach, czym jest krzyż?

Rzadko. Ale ten krzyż to właśnie oddanie się….

Ale na krzyżu to się umiera. Sukces człowieka uczciwego nie ma nic wspólnego z tym w jaki sposób rozumie to świat. Lubisz być odrzuconym? Mnie się wydaje, że tak pojmowana uczciwość jest ofiarowaniem siebie innym. Ofiara za tego drugiego i to wcale nie za przyjaciela a wręcz odwrotnie… Tego się głośno nie mówi ludziom na mszy w niedzielę.

Żywot człowieka uczciwego to trudna sprawa.

Nie wiem czy trudna, bo życie nie składa się z samych przyjemności. Tu chodzi o perspektywę życia. Skoro życie kończy się w grobie to może nie warto być uczciwym. Ale w wieczności można zaryzykować nawet uczciwość. (śmiech)

Jan Paweł II mówił, że człowiek uczciwy ma spokój w sercu.

No jasne. Jest spokojny bo ma tę perspektywę, o której mówiłem. Perspektywę życia wiecznego. Tu wszystko sprowadza się do tego czy jesteś niewolnikiem czy wolnym. Człowiek wolny nie boi sie śmierci. Ma odwagę być wiernym temu w co wierzy, bez względu na to co powie na to świat i inni. To jest bezinteresowna odwaga. Niektórzy ludzie to muszą się cały czas strasznie naprężać aby udowodnić prze światem swoją dobroć, żeby wszyscy ich kochali, bo mają w tym interes. To chyba bardzo męczące jest. Wtedy trzeba mieć wiele masek na podorędziu. Są to między innymi maski “fajnego, sympatycznego gościa”, Chrystus nie używał żadnej maski. Miał wielu wrogów, bo mówił prawdę.

I tak jest od początku chrześcijaństwa.

Tak jest od początku i to się raczej nie zmieni.

Tomasz Budzyński

Tomasz Budzyński

Zobacz inne artykuły tego autora >
Judyta Syrek

Judyta Syrek

Manager ds PR i z-ca redaktora naczelnego portalu. Autorka popularnych książek takich jak: „Kobieta, boska tajemnica”, „Sekrety mnichów” (wyróżniona nagrodą Fenix w 2007 r.), „Uwierzcie w koniec świata”, czy „Nie bój się żyć”. Współprowadzi program w TVP1 z o. Leonem Knabitem OSB "Sekrety mnichów. Ojca Leona przepis na udane życie".

Zobacz inne artykuły tego autora >
Tomasz Budzyński
Tomasz
Budzyński
zobacz artykuly tego autora >
Judyta Syrek
Judyta
Syrek
zobacz artykuly tego autora >

Przeźroczyści

Jak być uczciwym, przyzwoitym, w trudnych warunkach - na misjach? Tam, gdzie grozi utrata całego dobytku, zdrowia a nawet życia. Czasem łatwiej iść na skróty, mrugnąć okiem... tyle, że wtedy pojawia się niebezpieczeństwo, że wejdziemy w jakiś układ...

Sławomir
Dynek
zobacz artykuly tego autora >
Tomasz
Grabiec OFMCap
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

fot. Sławomir Dynek/CogitoMedia

Uczciwość to przezroczystość – mówi kapucyn, br. Tomasz Grabiec

O uczciwości i życiowej autentyczności w pracy misyjnej, o tym czy warto chodzić na skróty – z br. Tomaszem Grabcem, kapucynem, misjonarzem uhonorowanym przez polskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych odznaczeniem “BENE MERITO” rozmawia Sławomir Dynek.

Uczciwość w życiu misyjnym – jest potrzebna czy przeszkadza?

Jeżeli ktoś jedzie na misje, musi mieć kilka ważnych cech… Musi grać do jednej bramki z ludźmi, z którymi będzie. I dlatego też albo misjonarzem się jest, albo się staje. Albo też, po roku czy dwóch człowiek widzi, że to nie jego miejsce – i chociaż bardzo chciałby pomagać, musi wrócić. Przypomnijmy sobie sytuację z początku roku – podczas wojny domowej w Republice Środkowoafrykańskiej –  mieliśmy bardzo jasny przekaz, aby misjonarze wyjechali. To był wybór, musieliśmy określić się – być z tymi ludźmi w niebezpieczeństwie, czy chronić własną skórę i wrócić do Polski, do czego też mamy prawo. Bracia zostali i pokazali wtedy, że są autentyczni. Czy nazwiemy to kategorią uczciwości…?

A przyzwoitości?

Przezroczystości! Tak bym to nazwał. Na misjach musimy być krystaliczni. Po prostu. Dla tamtejszej  ludności jesteśmy obcy, jesteśmy kimś z zewnątrz. I w sytuacjach trudnych, kryzysowych, dramatycznych – od tego co zrobimy zależy, jak ludzie będą patrzyli na nas, na Polaków, na Europę. I na to, co chcemy im przekazać. W teorii można dużo mówić o miłości, a kiedy w życiu pojawia się jakiś problem, np. rodzi się dziecko niepełnosprawne – to wtedy jest egzamin rodziców, czy kochają to dziecko, czy je porzucą. Możemy to oceniać także w kategorii ściśle rozumianej uczciwości, w takim w sensie, że człowiek musi być jednoznaczny wobec samego siebie. Jest to przede wszystkim uczciwość wobec samego siebie, wierność swoim przekonaniom, nawet jeżeli to czasem wydaje się głupie.

A jak być uczciwym, przyzwoitym, w trudnych warunkach – na misjach? Tam, gdzie grozi wam utrata zdrowia albo życia. Albo gdzie można stracić cały dobytek. Gdzie patrzycie na straszne cierpienia ludzi, na rozdarcie psychiczne, duchowe… Czasami łatwiej iść na skróty, mrugnąć okiem…

Trzeba zawsze patrzeć dalej. Dlatego cała formacja misjonarzy polega na tym, by nie oczekiwać od razu owoców. Jeżeli chcemy mieć owoce od razu, pojawia się niebezpieczeństwo, że pójdziemy na skróty, że wejdziemy w jakiś układ. Natomiast jeżeli człowiek chce być wierny swojej misji, musi być cierpliwy. Weźmy Biblię – Bóg wyprowadził Naród Wybrany z Egiptu i przez 40 lat ich prowadził. Nie dlatego, że nie wiedział jak. Oni potrzebowali tego procesu, żeby zobaczyć, na jakich zasadach to wyzwolenie jest możliwe. I analogicznie tutaj  – jeżeli misjonarz naprawdę chce być wierny swojej misji, swojemu pragnieniu, aby rzeczywiście pomagać tamtym ludziom – musi być autentyczny. I dopiero w tych zwykłych, prostych sytuacjach i czasem w tych dramatycznych, gdy grozi śmierć – dopiero wtedy może się sprawdzić, dopiero wtedy jest ten test – czy będzie wierny. 

Co by się stało, gdyby ludzie, do których idziecie z Ewangelią, którym pomagacie – niewierzący albo np. muzułmanie – złapali was na kłamstwie, na tym, że jesteście nielojalni, że mówicie co innego, a robicie co innego? Jakie owoce może to przynieść?

Owoce? Powiedziałbym, że to osobista tragedia człowieka. Musimy pamiętać, że misjonarz nie prowadzi swojej prywatnej działalności – ona jest wkomponowana w dłuższy cykl, w większe dzieło. Kolejni misjonarze realizują zadania jak w sztafecie, ale niebezpieczne jest to, że przez swoją głupotę, niefrasobliwość mogą je wynaturzyć. Dlatego trzeba być bardzo uczciwym wobec siebie i bardzo jednoznacznym wobec tamtych ludzi. Chciałbym jeszcze uściślić, że my nie jedziemy tam, żeby ich nawracać. Chcemy im pokazać prawdziwe oblicze Boga, w którego wierzymy. I nawet jeśli ktoś wierzy inaczej czy szuka po omacku, a będzie miał do nas dostęp, to będzie sobie stawiał pytania. Może te pytania będą bardzo proste  – jak małe dziecko pyta: “Tato, skąd się wziąłem?”. Wtedy właśnie rodzi się dialog. Możemy na te pytania odpowiadać, na miarę ich możliwości, bo czasem są to ludzie, którzy mają kulturę bardzo prostą, prymitywną – ale nie gorszą! Inną. My nie jesteśmy po to, by ich na siłę nawracać, na siłę europeizować, ale po prostu by z nimi być. Stąd nasza obecność, działania pomocowe i socjalne, edukacja – one są rzeczą wtórną, ale budują przestrzeń spotkania. Oni pytają dlaczego do nich przyjeżdżamy, skoro nie musimy i nie mamy w tym interesu… Trzeba być w tym wszystkim bezinteresownym. Nawet, jeśli się okaże, że można by coś bardzo szybko osiągnąć, “ugrać”, to musimy być wobec nich bezinteresowni. I wtedy będziemy uczciwi.

Przeźroczyści

Jak w ostatnich miesiącach zmieniła się sytuacja w misjach w Republice Środkowoafrykańskiej? Czy widać inne relacje między mieszkańcami a misjonarzami? Czy wojna domowa coś zmieniła?

Ludzie w RŚA są ludźmi prostymi i nie żyją po to, by pielęgnować jakieś zadry, nienawiści. Ale są spontaniczni i łatwo nimi manipulować. To, że bracia nie opuścili ich, kiedy było źle, zaowocowało tym, że ci ludzie widzą, że rzeczywiście z nimi jesteśmy. To nie jest jakiś kontrakt, pobyt na chwilę. Właśnie teraz rusza program pomocowy, jest wstępna deklaracja Stanów Zjednoczonych o przekazaniu 118 milionów dolarów, by pomóc w tym regionie. Trwająca rebelia wyniszcza ludzi i przychodzi moment, że obie strony zaczynają dostrzegać, że sprawy poszły za daleko. Kilka dni temu wydarzyła się tam kolejna tragedia, zginęło 17 muzułmanów… Naszym zadaniem jest chronić tych ludzi przed konsekwencjami ich działania, a więc bardzo często musimy mediować między nimi. Są już wstępne rozmowy w ramach procesu pokojowego – to też jest pewne przełamanie niektórych grup: widzą potrzebę zatrzymania tego kataklizmu w postaci wojny domowej. To już jest ziarenko nadziei. Nie wiemy, czy to będzie trwałe. Jeśli pojawi się pomoc z zewnątrz, to łatwiej będzie prowadzić misję stabilizacyjną, między innymi pod auspicjami Unii Europejskiej czy ONZ, także z udziałem polskiego wojska.         

Jak się Ojciec czuje z medalem na habicie?

Nie wiem jeszcze, to są moje pierwsze chwile…(śmiech).  Nasza praca przecież nie jest dla medali, ale jeśli gdzieś pojawiają się ludzkie gesty życzliwości, to na pewno daje satysfakcję. Ten medal nie jest dla mnie – chciałbym go dedykować wszystkim misjonarzom, którzy tam są, pracują, część z nich przyjechała na spotkanie w Ministerstwie Spraw Zagranicznych w Warszawie. To im się należy ten medal, bo oni są na tym froncie. Na dzień dzisiejszy jestem w sztabie, a nie na głównym froncie.

Sławomir Dynek

Zobacz inne artykuły tego autora >

Tomasz Grabiec OFMCap

Zobacz inne artykuły tego autora >
Sławomir
Dynek
zobacz artykuly tego autora >
Tomasz
Grabiec OFMCap
zobacz artykuly tego autora >