ROZMOWY

Czas chleba

"Każdy pochylając głowę, odbierając chleb, mówił dziękuję – to brzmi inaczej niż do tej pory. W ludziach jest lęk. Z taką pokorą i z taką wdzięcznością – prostą, zwykłą – mam rzadko do czynienia. To trudne i piękne doświadczenie." – mówi Emilia Wesołowską, prezes Fundacji Ambulans z Serca, pracownik socjalny Schroniska Caritas dla osób bezdomnych przy ulicy Żytniej w Warszawie.

Paweł
Kęska
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Schronisko Caritas dla osób bezdomnych przy ulicy Żytniej w środku Warszawy, w środku Polski. Widać stąd kondycję ludzką wyraźniej niż z wielu innych miejsc – bo to bezbłędny radar społeczny. Kilka chwil temu zakończyło się codzienne rozdawanie posiłków dla ubogich. Wokół dziedzińca stała kilkuset osobowa milcząca kolejka ludzi zachowujących przepisową odległość. Wstrząsające było nie tylko to, że odbierali jedynie po pół chleba, ale też to, że wśród nich byli zwykli, niewyróżniający się niczym ludzie. Radar wskazuje, że zaczyna się czas chleba.

Z Emilią Wesołowską, prezesem fundacji Ambulans z Serca, pracownikiem socjalnym Ośrodka, rozmawia Paweł Kęska.

 

Paweł Kęska: Od dawna rozdajecie pomoc żywnościową, co się zmieniło w ciągu ostatniego miesiąca?

Emilia Wesołowska: W ostatnich dwóch tygodniach pojawiają się osoby, które do tej pory pracowały, mają mieszkanie, ale straciły dochód umożliwiający zakup żywności. Przychodzą też zapytać o mleko, makaron, cukier. Nie mamy tych produktów, a potrzeby wzrastają. To co mnie wewnętrznie coraz bardziej uderza to to, że częścią historii koronawirusa zaczyna być opowieść o ludziach głodu. O ludziach, którzy będą głodować. Rozmawiając między organizacjami o prognozach i obawach, temat głodu pojawia się coraz częściej. Chodzi i o ludzi niezaradnych, ale i o tych, którzy żyli utrzymując się z umów-zlecenie, którzy nie mają rodzin albo nie mogą ich utrzymać. Którzy nie odłożyli środków na przetrwanie takich momentów w życiu. Zastanawiamy się jak ten problem rozwiązać. Musimy się zmagać z dwoma problemami – z problemem wirusa i z problemem głodu wśród osób, które potraciły pracę.

 

Mówiliśmy o ludziach, którzy przychodzą po pomoc z miasta. A jak się zmieniło życie tego miejsca w ciągu czterech tygodni, odkąd rozpoczęła się kwarantanna?

Tu mieszka sto pięćdziesiąt osób doświadczających bezdomności. Pamiętam sytuację po około dwóch tygodniach, kiedy przychodnie zaczęły inaczej funkcjonować. Mieszkańcy mówili, że od tygodnia nie biorą leków i nie wiedzą co zrobić, bo nie mają recept. Przychodnie są często w innych częściach miasta, a oni nie mogą jeździć komunikacją publiczną, szczególnie ci starsi i schorowani.

Drugi trudny moment był wtedy, kiedy dostaliśmy informację, że będziemy pracowali w schronisku w zmniejszonym składzie bo część osób przechodzi na pracę w domu. Na 150 osób jest nas teraz tylko czwórka, zdumiewa mnie, że tak w ogóle się da… Czasem się zastanawiam, czy ich nie narażam, ale jeśli byliśmy z nimi kiedy nie było epidemii, to tym bardziej powinniśmy być z nimi teraz. Sytuacja na świecie jest bardzo trudna, ale to ci ludzie są w najtrudniejszych sytuacjach.

Jeszcze trudniejszy moment był wtedy, kiedy ograniczono działalność jadłodajni, łaźni, magazynu odzieżowego. Ludzie potracili w jednym momencie cenne wsparcie. Codziennie 250 osób przychodziło do nas na gorący posiłek, na zupę. Dziś ci ludzie dostają suchy prowiant, czasem już tylko chleb. Świadomość, że to wszystko tak wygląda i przez miesiące nie będzie wyglądało tak jak kiedyś, zostawia w moim sercu i w duszy głęboki ślad…

 

Ludzkie serca mają dziś szansę zbudować coś wspaniałego jeśli tylko będziemy otwarci na to, żeby się dzielić, ale musimy przyjąć to, co przychodzi do nas z pokorą. To co nas spotyka to czas niesamowitej nauki. Nauki o pokorze, o cierpliwości, o miłosierdziu.

Słowo “Żytnia” kojarzy mi się z chlebem żytnim. W Ewangelii jest napisane o uczniach z Emaus, że poznali Jezusa po łamaniu chleba. To jest czas trudu, ale może to być też czas miłosierdzia, czas chleba…

Kiedy system upada, to upada na barki ludzi, na relacje międzyludzkie. Teraz jest czas ludzi i czas relacji. Pomimo tak trudnej sytuacji przychodzą momenty radosne. Kilka dni temu przyjechał pan Marcin Roch, właściciel restauracji “Bazarek Rocha”. Sytuacja jego firmy jest poważnie zagrożona. Prawdopodobnie będzie musiał ją zamknąć. Przywiózł nam produkty, które miał. 200 jajek, mleko, kilkadziesiąt litrów oleju, mnóstwo serów, mięsa. Ludzkie serca mają dziś szansę zbudować coś wspaniałego jeśli tylko będziemy otwarci na to, żeby się dzielić, ale musimy przyjąć to, co przychodzi do nas z pokorą. To co nas spotyka to czas niesamowitej nauki. Nauki o pokorze, o cierpliwości, o miłosierdziu.

 

Kryzysy zawsze powodowały, że to co sztuczne, drugorzędne traciło wartość, a wzmacniało się to, co naprawdę istotne – czyli relacje międzyludzkie, solidarność, miłosierdzie. Co zrobić, żeby wziąć udział w przemianie świata na lepsze?

Najważniejsza w tej chwili jest uważność i otwartość. Nie bądźmy obojętni. Rozglądajmy się wokół siebie. Niekoniecznie musimy wspierać organizacje. Wystarczy rozejrzeć się czy sąsiad w bloku nie potrzebuje naszej pomocy. Może to jest właśnie ktoś, kto stracił pracę i jest zupełnie zagubiony. Proste rzeczy, proste odruchy serca będą miały dziś największe znaczenie. Chodzi nie tylko o żywność i o pomoc w różnych czynnościach – chodzi o siłę i o nadzieję. Większość naszych mieszkańców to osoby starsze, chore na choroby przewlekłe, w tym choroby płuc. Jeśli wirus przyjdzie na Żytnią i zaatakuje pierwszą osobę, to sytuacja będzie niezmiernie trudna. Mimo to ludzie potrafią cieszyć się słońcem, wiosną, teraz przygotowują święta, robią ozdoby świąteczne, malują jajka, tworzą.

 

Z czym Ci się kojarzy słowo chleb?

Kojarzy mi się z rodziną, z bliskością, z tym, że ważny jest drugi człowiek. Dzielenie chleba to jest coś tak ważnego, coś tak podstawowego, coś z czym nie powinniśmy dyskutować. To mnie dziś najbardziej boli, że ci ludzie nie mają chleba. Że to, co zawsze było w nadmiarze i każdy, kto przyszedł na Żytnią jeszcze niedawno, obojętne o której godzinie to zasada była jedna – chleb jeśli chcesz – zawsze dostaniesz. A dziś. Te kilkaset osób, które dziś widzieliśmy… Przysłuchiwałam się stojąc przy koszu. Każdy pochylając głowę, odbierając chleb, mówił dziękuję – to brzmi inaczej niż do tej pory. W ludziach jest lęk. Z taką pokorą i z taką wdzięcznością – prostą, zwykłą – mam rzadko do czynienia. To trudne i piękne doświadczenie.

 


Wywiad ukazał się na antenie Radia Warszawa

 

Paweł Kęska

Zobacz inne artykuły tego autora >

Szukasz wartościowych treści?

Zapisz się na cotygodniowy newsletter Stacji7


 

 



Paweł
Kęska
zobacz artykuly tego autora >

“Musimy pokazywać wartości kulturą na wysokim poziomie”. Rozmowa z Piotrem Cyrwusem

Musimy uczyć się docierać do ludzi, pokazywać wartości kulturą na wysokim poziomie, ale też kształtować wrażliwość widzów, podnosić poprzeczkę. To jest możliwe - mówi w rozmowie z KAI Piotr Cyrwus. Aktor opowiada m.in. o serialu "Jonasz z 2 B" publikowanym na kanale Langusta na Palmie, komentuje także aktualną sytuację związaną z pandemią koronawirusa.

Polub nas na Facebooku!

Dawid Gospodarek (KAI): Jestem ciekawy Pana pierwszej reakcji na to, jak usłyszał Pan o projekcie serialu „Jonasz z 2 B” – że na YouTube ma powstać serial z krótkimi odcinkami, wprost ewangelizacyjny…

Piotr Cyrwus: Od razu przyznam, że jestem słuchaczem o. Adama Szustaka OP i fanem tego, co robi w mediach. Kiedy o. Szustak pokazywał nowe studio, zapowiadał „katolicki Netflix”, mówiąc że będzie tam realizował różne katolickie i filmy i programy, pomyślałem sobie, że może i sam się tam znajdę. Taka myśl. I nagle dostaję propozycję. Gdy przeczytałem scenariusz serialu, po prostu byłem pewny, że ma to sens, jest ciekawe i inne niż dotychczasowe znane mi próby takich ewangelizacyjnych filmowych projektów. A od zawsze mnie to interesowało.

Sam Pan też już od dawna angażuje się w filmy z wartościami, ewangelizacyjne czy kościelne…

Teraz wydaje się, że jest większe zainteresowanie takimi treściami. Lata temu, kiedy w Krakowie założyliśmy z żoną i z ks. Kosowskim Teatr „Rafael”, który miał propagować właśnie wartości i być taką kulturalną propozycją ewangelizacyjną, jeszcze się to nie przebiło. Fakt, że np. z całego dekanatu krakowskiego tylko jeden ksiądz był zainteresowany, gdy zrobiliśmy piękny spektakl o św. Joannie Beretta Molla, dużo mówił. Byliśmy z naszą inicjatywą nawet na festiwalu w Łodzi.

Czasem mnie to dziwi, że my, katolicy, często mówimy, że coś złego nas zalewa z każdej strony, zepsuty Zachód, jakieś ideologie, a poza tymi lękami i straszeniem nie ma żadnej konstruktywnej, pozytywnej propozycji. Kiedy trzeba coś sensownego zrealizować, na dobrym poziomie, wiadomo że potrzebne są konkretne fundusze, jednak tych na takie projekty często brakuje.

Ten brak wrażliwości na potrzeby kultury może dziwić, bo przecież Kościół był zawsze ważnym mecenasem, inspirował…

Dokładnie, od wieków. Popatrzmy na średniowiecze, które wskrzesiło na nowo teatr przez swoje misteria wielkanocne czy bożonarodzeniowe. I ewangelizacja odbywała się też tak, przez sztukę. Kościół, papieże i kardynałowie sponsorowali sztukę i wielkich twórców – to też była ewangelizacja, realizowanie misji Kościoła, wypływające ze świadomości, że człowiek jest wrażliwy na piękno i go potrzebuje.
Dziś mamy nowe medium, jakim jest Internet. I mamy tę szansę, aby w przestrzeni jaką daje, dzielić się swoją wrażliwością, swoją wiarą. To jest naturalne.

Zwłaszcza teraz doświadczamy, jak ważny dla nas jest Internet…

Tak, właśnie, kiedy jesteśmy w tych ciężkich czasach… To jest niesamowite. Tyle psioczyliśmy na te „internety”, że nas dzielą, że czyhają w nich niebezpieczeństwa. A dziś doświadczam jakie to jest piękne, że mogę codziennie rano uczestniczyć we Mszy św. z abp. Rysiem, wieczorem odmawiać z o. Szustakiem różaniec. Ja akurat jestem w takim kręgu kościelnym, ale propozycji z różną duchowością i wrażliwością jest pełno i każdy z nas może doświadczyć za pośrednictwem tego medium wspólnotowej modlitwy, tego że wciąż jesteśmy razem Kościołem.

To docenienie Internetu może być rzeczywiście dobrym owocem tego trudnego czasu. O Internecie już dawno się mówi w Kościele, że to jest jakby nowy kontynent do ewangelizacji.

Zdecydowanie te możliwości, jakie daje Internet, możemy i powinniśmy też wykorzystać do promowania dobra, do ewangelizacji. Ułożyłem kiedyś takie góralskie powiedzenie: „człowiek na tej ziemi zawsze, jak mu gdzieś wklęśnie, to gdzieś wypuczy”. My nie mamy takiej wszechmocy Boskiej, że naciśniemy coś i wychodzi efekt jednoznacznie dobry. Zawsze nam coś gdzieś ucieknie, wyjdzie w nieodpowiednią stronę, taka już nasza ułomność. Ale mamy tę moc sprawczą, że możemy przekuwać te różne narzędzia w dobro, żeby przynosiły dobre owoce.

Bardzo ważna jest jakość. Niestety bywa tak, że taka katolicka, chrześcijańska twórczość, nie kojarzy się dzisiaj z dobrą jakością. Przy serialu „Jonasz z 2B” chociażby liczby świadczą o tym, że o jakość udało się zatroszczyć – pierwszy odcinek ma już ponad 196 tysięcy wyświetleń…

Staraliśmy się, żeby ta jakość była dobra na tyle, na ile pozwolił czas i pieniądze. Niestety media mają to do siebie, że finanse są bardzo potrzebne, bo za nimi stoi wykonywana praca, sprzęt, to wszystko kosztuje. Nie można tego zrobić prowizorycznie sznurkiem i gwoździem, muszą być odpowiednie kamery, światło, dźwięk, świetni fachowcy.

Mógłby Pan podać przykłady swoich ulubionych chrześcijańskich filmów, które są naprawdę dobre?

Pierwszy, który przychodzi mi do głowy, to „Misja”. Dla mnie to film niesamowicie chrześcijański. Dużo jest takich filmów ostatnio. „Chata” na przykład, stawiający ważne pytania, jest zrobiony świetnie po prostu w każdym calu, od scenariusza po realizację. Kiedyś na katolickim festiwalu filmów zaproponowałem, pokazanie „Chaty” i widzowie byli pod dużym wrażeniem, rozdyskutowani, nawet ludzie którzy trafili na seans z ulicy pytali zaskoczeni że takie filmy się robi.

Musimy uczyć się docierać do ludzi, pokazywać wartości kulturą na wysokim poziomie, ale też kształtować wrażliwość widzów, podnosić poprzeczkę. To jest możliwe. Wystarczający sprzęt jest coraz bardziej dostępny, trzeba się tego wszystkiego uczyć, rozwijać się.

Myśli Pan, że aktualna sytuacja otwiera ludzi na głębokie, egzystencjalne pytania?

To z pewnością, jak każdy dramat. Jednak różnie takie sytuacje mogą być przeżywane. Pamiętamy nadzieje, jakie dla jedności narodu pokładano w śmierci Jana Pawła II, albo ostatnio podobne komentarze np. po tragedii smoleńskiej. Ja też byłem pełen optymizmu, ale bardzo szybko się podzieliliśmy…
Dzisiaj zatrzymaliśmy się z całym światem. Okazało się, że jesteśmy naprawdę globalną wioską. Ta sytuacja nas jeszcze dotknie ekonomicznie, ale myślę, że ten świat sięgnie po duchowość. Mamy teraz taki czas, gdy możemy sięgać po książki, możemy się dokształcić, ale mamy też wspaniały czas przebywania ze swoimi bliźnimi. To jest dopiero nauka, ponowne odkrywanie siebie w tym wszystkim. I to jest dobry czas na pytania o potrzeby ducha.

Gdy aktualnie obserwuję, co się dzieje w sieci, widać wyraźnie duży wzrost zainteresowania treściami religijnymi, transmisjami nabożeństw, kazaniami…

Widzę również na Facebooku, że nie tylko ludzie zawsze deklarujący się jako wierzący nagle zaczynają dyskutować na temat duchowości, poszukują, sięgają po takie treści. To jest wielka szansa i Kościół nie może jej zmarnować.
Trzy lata temu byłem z żoną na Camino, przeszliśmy 130 km. Te szlaki są coraz bardziej zeświecczone. Pomyślałem sobie, że szkoda, że nie ma tutaj żadnych księży czy zakonników, bo tam jest naprawdę bardzo dużo właśnie ludzi młodych, którzy idą i szukają, bo coś czują, ale może nie wiedzą co, nie potrafią ponazywać.
Internet to też jest takie medium, gdzie wielu ludzi szuka. I trzeba tam być, być gotowym do pomocy, towarzyszenia, może zainspirowania.

Wróćmy jeszcze do samego serialu „Jonasz z 2 B”. Dla kogo on jest? Bo wydaje się, że dla młodych, ale czy osoby starsze również odnajdą się w tych treściach, problemach które są poruszane?

Ja jestem osobą starszą w tym serialu… Nawet sam przerabiałem z moimi dziećmi te pokazane w serialu pytania, te obserwacje. I przypomniałem sobie emocjonalnie te rozmowy np. na temat seksu. Naszą rodzicielską niewiedzę – to jest bardzo ładnie tam pokazane. Bo nam się wydaje, że wszystko wiemy o naszych dzieciach, bardzo szybko chcemy załatwić te sprawy. W serialu wskazano na czas, który musimy sobie nawzajem dać. To jest adresowane zarówno do dzieci i rodziców, że musimy sobie nawzajem poświęcić ten czas. Bo rodzice mogą wychodzić do dzieci, a dzieci mogą mieć już nas dosyć, nie mają już dla nas czasu. Tam jest ładnie pokazane, że czas jest potrzeby, nawet w tych punktach z zadaniami, które tam sobie serialowy bohater wyznaczył – każdy punkt to jest konkretny czas dla bliźniego. Bo trzeba jednak wykonać akt, iść do niego, pogadać… Oczywiście to jest film, w życiu to jest bardziej skomplikowane. Tu to ładnie pokazano, bo mi brakuje w serialach, nawet w których sam gram, pokazania prawdziwych, autentycznych relacji. A tu chyba trochę o to zahaczamy, chcemy, żeby te relacje były pokazane prawdziwie.

A jak to jest z tą prawdą w filmie, w serialach? Na ile udaje się jakoś zachować autentyczność, też jeśli chodzi też o wiarę, duchowość? Tu w serialu są sceny z kościoła, gdzie np. o. Szustak prowadzi rekolekcje. Jak to wygląda od środka? Czy to nie jest po prostu sztuczne granie?

Autentyczność jest w naszym kunszcie aktorskim, czy w kunszcie tworzenia takiego dzieła. Sztuka jest zawsze sztuczna. Nawet w polskim słowie „sztuka” jest widoczna ta sztuczność. My to musimy zrobić tak, że człowiek nie ma nas naśladować, tylko musimy go na tyle zainteresować tematem, żeby sobie go przemyślał, żeby go to ruszyło.

Ja zawsze wracam do teatru, gdzie jest ważny temat katharsis. Po prostu my, obcując ze sztuką w bezpiecznych warunkach, przeżywamy i komedię i tragedię, ale możemy po prostu wyciągnąć wnioski i stać się lepsi. To jest taka najprostsza wykładnia tego „katharsis”.

Żeby zachować czy ukazać tę autentyczność musi być oczywiście świetny scenariusz, który przedstawia różne aspekty. Tu mamy nadrzędny cel ewangelizacji. Pokazujemy człowieka, który nagle ma przeczucie, że Jezus skierował na niego swoją łaskę i chce w tej łasce trwać, ale boryka się z różnymi trudnościami. I każdy z nas może przejrzeć się jak w lustrze – o, to mi się też zdarzyło, tak sobie pomyślałem… I to jest ta autentyczność, tu gdzieś się jej szuka.

Ten serial ma też do siebie, że nie „cukierkuje” rzeczywistości. Ja jestem po ruchu oazowym, skąd później na kilka lat odrzuciła mnie ta rzeczywistość, właśnie przez „cukierkowanie” śpiewów, treści itd. Tak to ja to odczułem. Oczywiście, nie osądzam nikogo, komu to odpowiada, ludzie mają różne potrzeby i wrażliwość. Tu, w wierze, jest miejsce na naszą indywidualność. Co mam do tego, że ktoś ma inne poglądy, czy inaczej dochodzi do Boga, inaczej realizuje swoją duchowość. Bóg stworzył nas różnymi i pozwala dochodzić do siebie na różne sposoby.

Przyznam, że mi bardzo ulżyło, gdy oglądałem serial, że nie zastałem takiego sztucznego przesłodzenia. Dialogi wydają autentyczne i życiowe, po prostu znane z relacji z różnymi ludźmi. Urzekła mnie np. przeurocza scena z babcią bohatera, która wyraża prosto z mostu swój sceptycyzm do Kościoła…

Ile razy w domu słyszałem, jak ojciec żartował z Kościoła, czy przychodził wkurzony po kościele. Albo sam znam swoje emocje i pamiętam czasem burzliwe dyskusje po spotykaniu księdza, który na Kościół czy może politykę patrzy inaczej niż ja… I nie ma w tym oczywiście żadnego braku szacunku do Kościoła. Ta wiara jest po prostu żywa, tak to się przejawia.

Zawsze mnie ciekawi, jeśli chodzi o aktorstwo, jak to jest z granicami. Grał Pan w produkcjach z wartościami, wprost chrześcijańskich, grywał Pan też dobrych księży. Ale np. w najnowszym filmie „W lesie dziś nie zaśnie nikt” wciela się Pan w rolę księdza, cóż, niezbyt pozytywnego…

Rzeczywiście, zdarzyło mi się zagrać trzech dobrych księży i ostatnio właśnie jednego złego. Musi się to jakoś wyrównywać… W swoim życiu spotkałem samych wspaniałych księży.

Zazdroszczę.

Naprawdę. Moich proboszczów w Waksmundzie, ks. prof. Józefa Tischnera, o. Jana Górę, abp. Grzegorza Rysia. Mógłbym wymieniać i wymieniać znanych i mniej znanych.

Kiedy Bartek Kowalski, reżyser filmu „W lesie dziś nie zaśnie nikt”, dał mi to zadanie, nawet dwa razy odmówiłem. Wydawało mi się, że to jest zbyt wprost, za mocne. Bardzo jest mi ciężko, jeszcze w tych czasach, kiedy ludzie mylą filmy z rzeczywistością. Ja sam przez to przeszedłem, przez mój pierwszy serial, że ludzie już nie wiedzieli, czy jestem aktorem, czy tą postacią. Tak więc sam też „zwariowałem” na tym punkcie. Ale to jest gra. To powiedział mi też Bartek –ty będziesz grał.
Dla mnie ważne jest, żeby sztuka niosła nadzieję. Film musi być „nadziejny”. Tak samo Ewangelia jest Dobrą Nowiną. Kiedyś poznałem kolegę, który sobie wypisywał z Pisma Świętego wszystko, co w jego rozumieniu Pan Bóg źle zrobił. Można i tak podchodzić do nawet świętych tekstów. I wracając do tego filmu – jeżeli tak to sobie odczytamy, jeżeli wyjmiemy z kontekstu moją rolę, to też można powiedzieć, że ten Cyrwus teraz w księży uderza. Nie – ten ksiądz, jako człowiek, postąpił źle. Zresztą bardzo szybko wymierzona mu została całkiem dotkliwa kara… Także jakby od razu jest to zło widoczne, wprost.
Bartek, kształcony we Francji, bardzo zdolny młody twórca, słusznie się wkurza, że nie potrafimy zrozumieć pewnych symboli, gry znaczeń, tylko wszystko tak łopatologicznie interpretujemy, nie szukając konwencji filmu, nie zastanawiając się, czy coś więcej ten obraz do nas może powiedzieć… A przede wszystkim nie potrafimy rozmawiać, słuchać się, zakładamy złą wolę drugiego. Bardzo boli jak widzę, że potrafimy szykanować się wzajemnie nawet jako bracia w wierze – kto ma lepszą pobożność, prawdziwszą naukę… Modlę się, żebym sam tego nie robił, bo też mi się zdarza.

Aktualnie jesteśmy trochę uziemieni w swoich mieszkaniach. Co by Pan radził robić z czasem, żeby nie zwariować w czterech ścianach?

Jako katolik mam prostą odpowiedź – modlitwa. Mogę się modlić, to jest nadziejne, daje wiarę, nadzieję. Nie szukajmy w tym wszystkim jakiejś kary Boskiej, bo to jest beznadziejne. Skupmy się na pozytywach. Mamy co jeść. Jest to też wielka szansa spojrzeć na żonę, dziecko, teściową, teścia… Próbować cieszyć się drobnymi rzeczami. Żona mi dała np. taką radę, żeby zacząć dzień tak, by dla każdego był dobry, można zrobić coś miłego czy fajnego, co ucieszy domowników. Może wydaje się proste, ale proszę próbować, to się okaże wyzwaniem. Jako ludzie inteligentni nie tylko mamy „internety” i „netflixy”, ale mamy książki, przypomnijmy sobie o nich. Teraz mamy piękny czas przedświąteczny. Jest tyle fajnych książek np. na temat życia Jezusa, np. pięknie opisane przez Brandstaettera. Teraz czytam bardzo dobrą książkę amerykańskiego jezuity Jamesa Martina „Jezus”. Róbmy rzeczy nadziejne. Bo przyjdzie czas, Pan Bóg da, że to wszystko minie i będziemy musieli się spotkać. I myślę, że będziemy dla siebie lepsi. Polecimy też do kościołów z wielką radością, żeby spotkać tych naszych proboszczów, wikarych, o których może wcześniej różne rzeczy się myślało. I to będzie takie dobro z bieżącej smutnej sytuacji. Po prostu szukajmy teraz wokół możliwości robienia rzeczy dających nadzieję.

 


Piotr Cyrwus – aktor filmowy i teatralny. Związany od 1992 roku z Teatrem Starym w Krakowie. Grał w wielu serialach i filmach, m.in.: “Pan Tadeusz”, “Karolina”, “Bóg w Krakowie”, “Legiony”, “W lesie dziś nie zaśnie nikt”.


KAI

Szukasz wartościowych treści?

Zapisz się na cotygodniowy newsletter Stacji7


 

 



Copy link
Powered by Social Snap