Abp Hoser: Medjugorie – Apokalipsa toczy się teraz

- Tu nie proponuje się ludziom nadzwyczajnych cudowności. Odmawia się wspólnie różaniec, odprawia Eucharystię, czyli proponuje codzienny, powszedni chleb, który Kościół daje ludziom od stuleci. Po Eucharystii jest modlitwa o uzdrowienie, ale jest to zwyczajna modlitwa - mówi abp Henryk Hoser, wizytator apostolski w Medjugorie

Alina Petrowa-Wasilewicz
Alina
Petrowa-Wasilewicz
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Alina Petrowa-Wasilewicz: Jest ks. arcybiskup wizytatorem apostolskim o charakterze specjalnym, czyli specjalnym wysłannikiem Ojca Świętego w Medjugoriu. Jak to się zaczęło?

Abp Henryk Hoser: W 2017 Stolica Święta zwróciła się do mnie z prośbą o zbadanie, co się dzieje w Medjugoriu. Przyjechałem tu na przełomie marca i kwietnia, w maju napisałem raport wstępny, a na jesieni już pełny tekst. Ważył pięć kilogramów z dodatkami i aneksami. Wkrótce zostałem wezwany do Watykanu, rozmawiałem z kard. Pietro Parolinem, sekretarzem stanu Stolicy Apostolskiej, a on złożył mi propozycję nie do odrzucenia…

 

Jest więc ks. Arcybiskup specjalnym ambasadorem Ojca Świętego…

Tak, i mam nie tylko badać, ale też kształtować sytuację i rozwijać to miejsce pod kątem duszpasterskim. To jest wielka sprawa i zadanie, przekazano mi instrukcję, którą spisano na czterech stronach formatu A4.

 

Co właściwie dzieje się w Medjugoriu? Trzy lata to dość czasu, żeby dokładnie poznać fenomen tego miejsca.

Spowiednicy mówią, że gdy ktoś tu się dłużej spowiada, to prawie nie ma przypadku żeby nie nastąpiło radykalne nawrócenie.

Przyjeżdżają pielgrzymi z całego świata, wielu Polaków. Wszystkich pielgrzymów przybywa około dwóch milionów rocznie. Spowiednicy mówią, że gdy ktoś tu się dłużej spowiada, to prawie nie ma przypadku żeby nie nastąpiło radykalne nawrócenie. Przychodzi ktoś, ma sześćdziesiąt lat, ostatni raz spowiadał się przed przystąpieniem do Pierwszej Komunii świętej. Całe życie poza Kościołem, pokręcony los. I te spowiedzi są bardzo wyczerpujące. Ostatnio mi sygnalizują, że jest coraz więcej problemów bioetycznych w życiu ludzi. Dokonują wyborów, za które później żałują, a w końcu nie wiedzą, jak z tego wyjść…

Trzeba wykształcić księży, by wiedzieli, co odpowiedzieć tym ludziom. Załóżmy, że przychodzi kobieta, mówi, że miała zapłodnienie in vitro, że poroniła po tych zapłodnieniach kilka razy, że w laboratorium jest jeszcze 6-9 embrionów, które stworzyli. To są problemy, trzeba wiedzieć, co takim penitentom radzić. I to się coraz częściej pojawia, bo techniki zapłodnienia pozaustrojowego są już wszędzie stosowane. A ludzie, którzy w tym uczestniczyli, ex post odkrywają, że nie była to właściwa droga.

Wiele uwagi duszpasterze poświęcają ludziom uzależnionym od narkotyków, alkoholu i działań kryminogennych. W końcu oni nie są ministrantami ani chórzystami w kościele.

 

 

Medjugorie wydaje się światową stolicą synów marnotrawnych. Ale mam na myśli też młodych ludzi, np. Anglików z trójką, czwórką dzieci, którzy tu przyjeżdżają…

I tu odkrywają duchowość, której nie mają u siebie, w Kościołach lokalnych. Przystępują do spowiedzi, której u nich nie ma, bo na Zachodzie księża przestali już spowiadać. I mówię to z całą odpowiedzialnością, skoro pracowałem siedem lat w Paryżu i trzy lata w Brukseli. Księża nie spowiadają już wiernych, gdyż uważają, że spowiedź to „kulpabilizacja”, tzn. ludziom wmawia się, że są winni. A to źle wpływa na ich samopoczucie, powinni przecież iść do psychiatry, później się leczyć żeby nie czuli się winni. A tu w Medjugoriu ludzie uznają, że nie wszystko w ich życiu było dobre, proszą o przebaczenie i odkrywają duchowość. Ona jest bardzo prosta, a jednocześnie dzięki niej dokonują się wielkie rzeczy, zdarzają się spektakularne nawrócenia. Kiedyś szedłem przez dziedziniec przed kościołem, podchodzi do mnie ksiądz, mający czterdzieści, może czterdzieści pięć lat. Z Australii. I mówi, że on się tu nawrócił. „Ja byłem alkoholikiem i narkomanem. Przyjechałem tu i tu zostałem uzdrowiony. I teraz jestem szczęśliwym księdzem i pracuję u siebie”. I takich przypadków mamy dużo, co oznacza, że jest tu jakieś niesłychane działanie łaski. Bo to nie jest ludzkie – żeby tak ludzi przemieniać.

Jest tu jakieś niesłychane działanie łaski. Bo to nie jest ludzkie – żeby tak ludzi przemieniać.

Także ludzi show biznesu, celebrytów… Gdy kilka lat temu w lipcu mieliśmy Festiwal Młodych przyjechała ze Splitu Chorwatka, Blanka Vlasić, 193 cm wzrostu, mistrzyni świata w skoku wzwyż. I dała świadectwo, jak będąc lekkoatletką tu się nawróciła i odzyskała i sens życia, i działania, i modlitwy. Mówiła o tym przy tysiącach ludzi i to robiło ogromne wrażenie.

Tu nie proponuje się ludziom nadzwyczajnych cudowności. Odmawia się wspólnie różaniec, odprawia Eucharystię, czyli proponuje codzienny, powszedni chleb, który Kościół daje ludziom od stuleci. Po Eucharystii jest modlitwa o uzdrowienie, ale jest to zwyczajna modlitwa.

 

Nie ma emocjonalnych „odlotów”, niezwykłości, po prostu trzeba usłyszeć apel Gospy, przekazywany widzącym: Wracajcie do tego chleba, który wyrzuciliście. Można to tak określić?

Tak. Tu ludzie odkrywają adorację, której też nie znali. Przecież ile razy jest tak, że adorują przez godzinę, ludzie siedzą, nikt nie wychodzi, jest kompletna cisza. Jak się kończy, to ludzie klaszczą. To Włosi lubią klaskać, a tu wszyscy klaszczą. Po adoracji krzyża ludzie klaszczą. I to są rzeczy, których ludziom na Zachodzie brak. Nasze kościoły często są pustynią duchową, zwłaszcza na Zachodzie. panuje tam socjologizm. I psychologizm.

 

Jaka jest przyszłość takiego Kościoła?

Zostaną kępki trawy. Dlatego, że w tej chwili na Zachodzie wymiera ostatnie pokolenie księży, którzy tam pracują. I dlatego ja nie widzę perspektyw. Owszem, są elity, są gorliwe wspólnoty, ale to są ułamki. Francja pod tym względem jest szczególnym krajem. Ale w Niemczech rozwija się ruch Medjugorie, a także w Hiszpanii, która jest ogromnie zlaicyzowana, w Portugalii, która jest też ogromnie zlaicyzowana. I zaczynają się odradzać, ale równolegle mamy niesłychany napływ islamu.

 

 

Jakie są doświadczenia ks. Arcybiskupa z widzącymi?

– To są już dorosłe osoby. Założyli rodziny, mają dzieci, niektórzy z nich mają wnuki. Przede wszystkim są to normalni ludzie. Nie miałem wrażenia, że są psychicznie przetrąceni, mający objawy psychotyczne czy neurotyczne. Ci ludzie chodzą nogami po ziemi, mają swoje obowiązki – rodzinne, zawodowe i inne i mówią w sposób całkowicie pozbawiony egzaltacji. Ale mówią z taką pewnością siebie, że trudno negować ich doświadczenie. Gdy po raz pierwszy z nimi rozmawiałem, jedna z nich rozpłakała się i powiedziała, że minęło już trzydzieści siedem lat od objawień na Podbrdo w 1981 r., „a nas ciągle oskarżają o to, że jesteśmy oszustami, że jesteśmy manipulatorami”.

Tutejszy kult maryjny jest chrystocentryczny, Maryja zawsze odsyła do Jezusa, tak jak to było w Kanie Galilejskiej.

Różne sprawy są tutaj do załatwienia, wszyscy zauważyli, że infrastruktura w Medjugoriu jest skromna, a jak na taką liczbę pielgrzymów kościół pw. św. Jakuba jest za mały. Za mały i w lecie, i w zimie. I zaplecze rekolekcyjne i katechetyczne jest bardzo słabe, bardzo kiepskie. Zajmuję się tego typu sprawami, ale także tym, czy liturgia jest odpowiednia, czy coś trzeba zmienić, choć ja uważam, że na ogół liturgia jest poprawna, poza jakimiś drobnymi detalami. To, co mnie cieszy, to fakt, że tak jak jest u Ludwika Grignion de Montfort, tutejszy kult maryjny jest chrystocentryczny, Maryja zawsze odsyła do Jezusa, tak jak to było w Kanie Galilejskiej. I tak jest tu – w centrum jest Słowo Boże, jest Eucharystia, jest Droga Krzyżowa, różaniec, są tajemnice Jezusa Chrystusa i Matki Bożej. To ludzi przyciąga.

 

Szanując tajemnice watykańskie: jaka jest szansa na oficjalną wypowiedź Kościoła na temat objawień? Dotychczasowe stanowisko było i jest nadal sceptyczne. Ks. Arcybiskup powiedział, że atmosfera wokół Medjugoria jest przynajmniej przychylna i że to pozytywnie wpływa na liczbę pielgrzymów tu przybywających. Czy może ks. Arcybiskup uchylić rąbka tajemnicy?

– W ocenie objawień ważne jest żeby znać ich treść. Ta była badana na wszystkie strony, pracowała specjalna komisja kard. Camillo Ruiniego, powołana jeszcze przez Benedykta XVI. Obradowała do 2014 r. i złożyła wszystkie dokumenty, dość szczegółowo to robili, też przyjeżdżali tu na badania. Było już wiele ekip medycznych, które przebadały widzących również w czasie objawień i nie stwierdzili żadnych patologii.

Pani prof. Alina Midro, członkini Zespołu Bioetycznego KEP, ma tu niedaleko, w Mostarze, przyjaciółkę, profesora medycyny. I ona opowiadała, iż swego czasu przywozili tych młodych do szpitala w Mostarze na badania i tam żadnej patologii nie znaleźli – ani fizycznej, ani psychicznej. I to w czasach komunistycznych. A tutaj komunizm był bardzo twardy, dużo bardziej niż w Polsce.

Ta pani profesor z Mostaru była ateistką, choć była ochrzczona, należała do młodzieży komunistycznej, była działaczką. I z ciekawości przyjechała do Medjugoria w czasie, gdy były objawienia na Podbrdo, a tam była Vicka, jedna z widzących. I się pyta Vicki, czy może bliżej podejść? Więc Vicka spytała się Matki Bożej, a Matka Boża mówi, że pani profesor może podejść. A jak podeszła, to z kolei się pyta, czy może Matkę Bożą dotknąć? I znowu Vicka mówi, że ja się spytam Matki Bożej, czy możesz Jej dotknąć? I padła odpowiedź, że tak. I ona wyciągnęła ręce, w zasadzie nie czuła żadnego ciała, ale czuła, że się cała zmieniła. Od tego momentu stała się wierząca. Tę relację słyszałem w Białymstoku, w czasie seminarium bioetycznego z udziałem pani profesor z Mostaru.

 

Odwołano spotkanie z wizjonerką z Medjugorja - na prośbę Kongregacji Nauki Wiary

 

Kilka lat temu powstał polski film dokumentalny Leszka Dokowicza i Macieja Bodasińskiego pt. „Ostatnie wyzwanie”. Film kończy się sceną, w której Vicka podczas Mszy św. czyta fragment Apokalipsy św. Jana, jest więc mocna aluzja, że chodzi o czasy ostateczne, a w filmie była mowa o dziesięciu tajemnicach, które Matka Boża przekazała Mirjanie, były wypowiedzi księdza, który wcześniej ma ogłaszać światu treść tych tajemnic. Wiara w prawdziwość tych objawień do zbawienia nie jest koniecznie potrzebna, ale czy dzieją się tu niezwykłe rzeczy i jak do nich podchodzić?

Objawienia maryjne XX wieku mają charakter apokaliptyczny. To jest Fatima i Kibeho w Rwandzie. I w jednym, i drugim przypadku, była wizja piekła. Również w Rwandzie dzieci widziały piekło. To jest swoisty dzwonek alarmowy o bardzo złym stanie ludzkości. Co do Apokalipsy, to nie jest tak, że ona się będzie realizować tylko przy końcu świata, bo ona już się realizuje w różnych epizodach. XX wiek, dwie wojny światowe, to były przeżycia apokaliptyczne, miliony niewinnych ludzi ginęły, wydarzyły się zbrodnie niesłychane, nieprawdopodobne. To się dzieje i to trwa. Widzę te objawienia w perspektywie eschatologicznej. Matka Boża nawołuje nas przede wszystkim do nawrócenia do Boga. W tej chwili sytuacja w świecie jest coraz gorsza. Trzeciej wojny światowej jeszcze nie ma, bo się nikomu nie opłaca, bo nie będzie zwycięzców, będą sami pokonani, będzie pustynia. Mocarstwa nie chcą używać broni atomowej, ale znowu zaczynają myśleć o tym. I w związku z tym pokój wisi na włosku.

Matka Boża nawołuje nas przede wszystkim do nawrócenia do Boga.

A także dekadencja, degradacja ludzkich relacji, jest coraz gorsza. Choćby małżeństwa, które się rozpadają. Po zakończeniu Festiwalu Młodych podeszła do mnie Hiszpanka, dwudziestoparoletnia dziewczyna z Barcelony. Mówiła o nowej kategorii młodzieży i ludzi, którzy są naznaczeni dożywotnio, stygmatyzowani, przez rozwód rodziców. To tak głęboko ich rani, tak rozchwiewa ich perspektywę życiową, że oni są już niezdolni do zakładania trwałych rodzin, bo w to nie wierzą. I ona mówiła, że jest najwyższy czas żeby Kościół się tymi dziećmi zajął, bo tylko Pan Bóg może ich wyleczyć. On jest ojcem, Matka Boża jest matką, najstarsza nazwa Kościoła brzmi: Ecclesia Mater – Matka Kościoła. Ale dzisiaj mamy atmosferę, którą symbolizuje film „Kler”, który pokazuje, że cały Kościół to instytucja zbrodnicza, kryminalna, kompletnie zdegenerowana i taki jest obraz Kościoła, który się sprzedaje i ludzie w to wierzą. Ta cała sytuacja pachnie Apokalipsą.

Ale nadziei nie można tracić. Bóg jest większy, to moja dewiza biskupia. Bóg jest większy i sobie z tym poradzi. Czekamy na inicjatywę Bożą. Teraz mnożą się rozmaite przepowiednie, jest ich podobno mnóstwo o trzech dniach ciemności, które mają ogarnąć ziemię. Święta Faustyna miała takie objawienie. Dla nas, wierzących, to oznacza mobilizację, nie możemy biernie przyglądać się złu, musimy reagować.

Alina Petrowa-Wasilewicz

Alina Petrowa-Wasilewicz

Zobacz inne artykuły tego autora >

Reklama

Szukasz wartościowych treści?

Zapisz się na cotygodniowy newsletter Stacji7


Reklama

 

 


Reklama

Alina Petrowa-Wasilewicz
Alina
Petrowa-Wasilewicz
zobacz artykuly tego autora >

O. Józef Witko: Wiara chroni nas przed utratą miłości

– Wiara nie chroni nas przed chorobami, problemami czy zranieniami, ale chroni nas przed tym, co może się zrodzić pod wpływem tego trudnego doświadczenia: rozpaczą, załamaniem się, utratą wiary czy utratą miłości – mówi o. Józef Witko, nawiązując do jednego z tematów swojej najnowszej książki „Dotyk Boga”.

Polub nas na Facebooku!

Co powiedziałby Ojciec takim osobom, które czują się w jakiś sposób niesprawiedliwie oskarżone, zdradzone czy oczernione? Jaką postawę powinny przyjąć wobec Pana Boga, wobec ludzi, wobec samych siebie? Co powinno być dla nich najważniejsze w takiej sytuacji?

O. Józef Witko OFM: Takie sytuacje są bardzo trudne. Trudno mi cokolwiek powiedzieć o osobach, które nie mają relacji z Bogiem. Na pewno jest to bardzo trudne i myślę, że w takich sytuacjach muszą oprzeć się na psychologu, bo zranienie może być tak głębokie i tak bolesne, że sami sobie nie poradzą. Natomiast dla nas, ludzi wiary najważniejsze jest słowo, które zapewnia nas, że Bóg jest z nami. Trzeba sobie uświadomić, że takie doświadczenia spotykają wszystkich: wierzących i niewierzących. Nikt tu na ziemi nie jest wolny od takich trudnych, bolesnych relacji, od zranień, niesprawiedliwości czy krzywdy. Życie ludzkie po grzechu pierworodnym jest takie a nie inne, a zło wykorzystuje każdego – szczególnie tych, którzy dają się wykorzystać – po to, żeby niszczyć czy ranić innych, czasem nawet wydaje się, że w słusznej sprawie.

Jeśli żyję tym słowem, to będę miał siłę, żeby przebaczyć, będę miał siłę się ostać. Nie utracę wiary, nie popadnę w rozpacz, nie załamię się. Będę cierpiał podobnie jak wszyscy ludzie, ale to nie będzie miało wpływu na moje życie. Być może wyjdę z tego wręcz umocniony

Zatem nikt nie jest wolny od tej rzeczywistości, ale właśnie wiara może przyjść nam tu z pomocą. Warto sobie uświadomić, że wiara nie chroni nas przed chorobami, problemami czy zranieniami, ale chroni nas przed tym, co może się zrodzić pod wpływem tego trudnego doświadczenia, czyli przed rozpaczą, załamaniem się, utratą wiary czy utratą miłości. Jezus w Ewangelii mówi o dwóch budowlach. Ten, kto słucha Jego słowa i zachowuje je, czyli żyje tym słowem, podobny jest do człowieka, który zbudował dom na skale. Przyszła ulewa, zerwał się wicher, uderzyły w ten dom – ale on nie runął. Ten zaś, który słucha, a nie żyje tym słowem, podobny jest do człowieka, który zbudował dom na piasku. Przyszła ulewa, zerwał się wicher, uderzyły w ten dom i on runął, bo na piasku był zbudowany.

Ta przypowieść jest dla mnie bardzo ważna, bo uświadamia mi, że jeżeli słowa, które Jezus kieruje w kościele czy przez Biblię, nie zapadają mi w sercu, jeżeli nie żyję tymi słowami, to w tych trudnych sytuacjach, które są doświadczeniem wszystkich ludzi, załamię się. Popadnę w rozpacz, utracę wiarę albo zerwę wszelkie relację z tymi, którzy ranią. Natomiast jeśli żyję tym słowem, to będę miał siłę, żeby przebaczyć, będę miał siłę się ostać. Nie utracę wiary, nie popadnę w rozpacz, nie załamię się. Będę cierpiał podobnie jak wszyscy ludzie, ale to nie będzie miało wpływu na moje życie. Być może wyjdę z tego wręcz umocniony, bo doświadczenie cierpienia też w jakiś sposób wzmacnia moją wiarę, moją relację z Bogiem.

 

Czym jest pokój Chrystusa, o którym pisze Ojciec w książce? Na czym polega dążenie do niego?

Pokój, który przynosi nam Jezus jest pokojem Chrystusa zmartwychwstałego. Gdy po zmartwychwstaniu Jezus przyszedł – pomimo drzwi zamkniętych – do swoich uczniów zgromadzonych w wieczerniku, pierwszym darem, jaki im przyniósł, był pokój. “Pokój wam”. Dopiero później tchnął na nich, mówiąc: „przyjmijcie Ducha Świętego”. Ten pokój jakby warunkuje otrzymanie Ducha Świętego.

Życie Duchem Świętym i pokój, jaki daje Jezus, to nie jest pokój, który ogranicza się tylko do braku jakiegoś konfliktu. To pokój, który zawiera w sobie jakby pełnię szczęścia. Ten pokój chrystusowy zawiera w sobie wszystko – jest czymś nie tylko dla duszy, ale także dla ciała. Wiemy, że człowiek to nie tylko dusza, ale również ciało. Jeżeli nie mam w sobie wewnętrznego pokoju, tylko jest jakiś konflikt, to w moim ciele też zachodzą negatywne reakcje chemiczne. Z kolei kiedy mam pokój, wówczas w moim ciele zachodzą reakcje pozytywne. Zatem ten pokój chrystusowy zawiera wszystko, co jest potrzebne do szczęścia –  i to jest dar.

Powiedziałbym, że ten dar jest jakby w formie ziarenka gorczycy, które Bóg daje do mojego serca. Ode mnie zależy, czy to ziarno pokoju będzie się rozwijać i promieniować ze mnie, czy nie. Ten pokój nie sprawi, że ja nie będę cierpiał, że nie będzie problemów czy trudnych sytuacji, ale sprawi, że będę miał pewność, że nad tym wszystkim jest Pan Bóg i nie muszę się już tym martwić, przejmować. Nie muszę się lękać, bo jest Pan Bóg. I nawet, jeśli coś mnie spotyka, ostatecznie poprowadzi to do dobra.

 

Święty spokój polega na tym, że człowiek się wycofuje. Natomiast pokój, jaki daje Chrystus, to pokój, z którym jest odwrotnie. Człowiek angażuje się, idzie naprzód – nawet jeśli to kosztuje go cierpienie.

Czym taki pokój różni się od tzw. „świętego spokoju”, którego tak często jesteśmy spragnieni?

Święty spokój polega na tym, że człowiek się wycofuje: „nie będę się angażował, będę miał święty spokój”; „jak zaangażuję się, to będą jakieś problemy, trudne sytuacje – dam sobie z tym spokój”; „nie będę szedł do sąsiada, z którym jestem w konflikcie, no bo jak się znowu pokłócimy… Dam sobie spokój”. I wtedy mam taki święty spokój, nie angażuję się, wycofuję się.

Natomiast pokój, jaki daje Chrystus, to pokój, z którym jest odwrotnie. Człowiek angażuje się, idzie naprzód – nawet jeśli to kosztuje go cierpienie. W sercu ma pokój, ma pewność obecności Boga i wszelkich łask, a to otwiera go na działanie Ducha Świętego. Apostołowie po zesłaniu Ducha Świętego nie byli wolni od prześladowań, a jednak w sercu mieli pokój, pewność, że Bóg jest z nimi, że wszystko będzie dobrze. I to jest owoc właśnie Chrystusa zmartwychwstałego. W czasie każdej Mszy Świętej, gdy przed komunią świętą kapłan mówi: „pokój pański, niech będzie z wami”, odpowiadając „i z duchem twoim” godzę się na ten pokój.

Niestety, nie jesteśmy tego świadomi, a bez świadomości nic się nie zmieni. To tak jakbym wziął coś np. jakieś pieniądze, a potem zapomniał, że je mam. Co z tego, że mam np. milion złotych, skoro zapomniałem, że je mam i będę żył w biedzie – bo nie jestem świadomy, że je posiadam, zapomniałem. Ten brak świadomości sprawia, że tracę – dużo tracę. Nie zyskuję, tylko tracę.

 


o. Józef Witko – franciszkanin, znany kaznodzieja i rekolekcjonista. Od wielu lat odprawia Msze Święte z modlitwą o uzdrowienie i uwolnienie duchowe. Każdego roku uczestniczy w nich kilkadziesiąt tysięcy osób. Autor bestsellerowych książek (m.in. “Uzdrawiająca moc Ducha Świętego”, “Wołaj do mnie, a odpowiem ci”, “Jabes. Modlitwa i błogosławieństwo, które zmieniają życie”).


 

 

Reklama

Szukasz wartościowych treści?

Zapisz się na cotygodniowy newsletter Stacji7


Reklama

 

 


Reklama

Copy link
Powered by Social Snap