Nasze projekty

Opcja z serduszka

Choć do naszej rodziny dołączyły od razu dwie dziewczynki, z których jedna była noworodkiem, druga miała 1,5 roku i autyzm, nie odczuwałam zupełnie trudu, jakim to było dla nas. Po prostu wszystko wreszcie wskoczyło na swoje miejsce - mówi Agnieszka Stasiak, mama dwóch dziewczynek „z serduszka”, nie z brzuszka.

Reklama

Do Agnieszki i Krzysztofa telefon z ośrodka adopcyjnego „że są dzieci” zadzwonił po ok. 1,5 roku po skończeniu kursu na rodziców adopcyjnych. Był sierpień 2010 r. Na rozmowie dowiedzieli się, że mogą zaadoptować dwie dziewczynki, z których jedna dopiero się urodziła, druga ma półtora roczku. Młodszą mogli zobaczyć od razu, starszą – dopiero po tygodniu, bo ciągle czekała na wyniki badań. Agnieszka wspomina moment, gdy oczekiwali na lekarza, który miał przynieść im młodszą do specjalnego pokoiku w szpitalu.

– Natychmiast pojawiły się wielkie emocje: szczęście, euforia, płacz, musiało minąć kilka minut, zanim doszłam do względnej równowagi. A potem pojawiła się ona i informacja: tu jest butelka, zostajecie sami, nakarmcie ją. Zostaliśmy tylko my i to dziecko wpatrujące się w moje oczy – wspomina mama dziewczynek.

Możliwość zabrania obu córek do domu pojawiła się bardzo szybko, o co zatroszczył się ośrodek adopcyjny. I tu Stasiakowie wspominają ogromne tempo, w jakim zaczęli kompletować niezbędną wyprawkę dla dwójki dzieci. – Normalnie rodzice mają na to 9 miesięcy, do tego najczęściej znają płeć dziecka. My w ciągu jednego dnia musieliśmy zgromadzić wszystko: ubranka, wanienkę, wózek, przewijak, kosmetyki. To było istne szaleństwo! – mówi Agnieszka.

Reklama
Reklama

Ale najlepsze jej zdaniem zaczęło się dopiero po przyjściu obu dziewczynek do domu, mieli bowiem niewystępującą u naturalnych rodziców możliwość uczenia się na bieżąco całej obsługi dzieci przy dwójce – w różnym wieku – jednocześnie. To było wielkie wyzwanie logistyczne, ponieważ starsza córeczka miała zdiagnozowany autyzm i trzeba było od razu wozić ją na terapię. Do tego Stasiakowie nie mieli szczególnej wiedzy na temat tego zaburzenia: na czym ono polega, jak postępować z autystycznym dzieckiem, jak reagować, co jeść, jak oceniać poszczególne sytuacje.

– Z perspektywy czasu widzę, jakie to było wielkie wyzwanie dla nas, jaka trudność, ale pamiętam, że wcale tak tego wtedy nie postrzegałam! Nie odczuwałam tego trudu! Wszystko mi wynagradzało wielkie poczucie spełnienia, wskoczenia wszystkiego w życiu na swoje właściwe miejsce. I przede wszystkim ogromne szczęście – wspomina Agnieszka.

Co ciekawe od liceum już marzyła o tym, żeby w przyszłości zaadoptować dziecko. O własne, biologiczne starali się z mężem przez 5 lat. Nie naciskała go jednak na adopcję od razu. Pamięta, że gdy mu o tym wspomniała nie zareagował od razu entuzjastycznie, ale też nie powiedział nie. – Musiał to przemodlić – wyjaśnia. Dlatego gdy po przemodleniu i przemyśleniu wszystkich za i przeciw oznajmił, żeby jechać i zgłosić się do ośrodka adopcyjnego, żona Agnieszka była zaskoczona. A jeszcze bardziej zdumiało ją gdy usłyszała z ust męża deklarację, że zgadza się nawet na adopcję trójki dzieci naraz!

Reklama
Reklama

Czy byli gotowi na dzieci chore? Tak, choć wyobrażała to sobie w ten sposób, że o chore dziecko zadbają, zapewnią mu terapię i ono wyzdrowieje. Tymczasem ich córka ma autyzm, którego tak po prostu „wyleczyć” się nie da. Nie myślą jednak o tym jako powodzie do „żałowania” decyzji adopcyjnej. – To w ogóle nie te kategorie! To jest moje dziecko, nie ważne czy z brzuszka, czy z serduszka! A dziecko kocha się i przyjmuje takim, jakie jest! Tak samo w naturalnym, jak i w adoptowanym rodzicielstwie nie wiadomo, czy dziecko urodzi się zdrowe czy chore. Nie odrzuca się tego chorego, wręcz przeciwnie! – podkreśla Agnieszka.

Niezwykłym momentem w ich historii jest również moment odnalezienia rodzonej siostry ich córek. – Wiedzieliśmy, że mają starszą siostrę, również adoptowaną. Zgłosiliśmy się więc do naszego ośrodka adopcyjnego z prośbą o pomoc w skontaktowaniu się z jej adopcyjną rodziną mieszkającą w innej części Polski. Spotkaliśmy się i… bardzo polubiliśmy! Dziś obchodzimy wspólnie wszystkie urodziny, imieniny, jeździmy razem na wakacje. A gdy okazało się, że pani, która urodziła nasze córki urodziła kolejne dziecko i także przeznacza je do adopcji – tamta rodzina przyjęła je do siebie, a my jesteśmy rodzicami chrzestnymi!

Jak zawiłości tej historii przedstawiają swoim dzieciom? – Zwyczajnie – mówi Agnieszka. – Powiedziałyśmy im od razu, że dzieci się biorą z dwóch „opcji”: z brzuszka lub z serduszka. U nas jest opcja z serduszka, ponieważ mamie nie mógł wyrosnąć brzuszek. Przyjmują to jako coś oczywistego, naturalnie. Nie wyobrażam sobie, żeby ten temat mógł być w naszych rozmowach tabu – mówi Agnieszka Stasiak.

Reklama
Reklama

Dołącz do naszych darczyńców. Wesprzyj nas!

Najciekawsze artykuły

co tydzień w Twojej skrzynce mailowej

Raz w tygodniu otrzymasz przegląd najważniejszych artykułów ze Stacji7

PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ

PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ
Reklama
WIARA I MODLITWA
Wspieraj nas - złóż darowiznę