video-jav.net

Opcja z serduszka

Choć do naszej rodziny dołączyły od razu dwie dziewczynki, z których jedna była noworodkiem, druga miała 1,5 roku i autyzm, nie odczuwałam zupełnie trudu, jakim to było dla nas. Po prostu wszystko wreszcie wskoczyło na swoje miejsce - mówi Agnieszka Stasiak, mama dwóch dziewczynek „z serduszka”, nie z brzuszka.

Anna Druś
Anna
Druś
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Do Agnieszki i Krzysztofa telefon z ośrodka adopcyjnego „że są dzieci” zadzwonił po ok. 1,5 roku po skończeniu kursu na rodziców adopcyjnych. Był sierpień 2010 r. Na rozmowie dowiedzieli się, że mogą zaadoptować dwie dziewczynki, z których jedna dopiero się urodziła, druga ma półtora roczku. Młodszą mogli zobaczyć od razu, starszą – dopiero po tygodniu, bo ciągle czekała na wyniki badań. Agnieszka wspomina moment, gdy oczekiwali na lekarza, który miał przynieść im młodszą do specjalnego pokoiku w szpitalu.

 

– Natychmiast pojawiły się wielkie emocje: szczęście, euforia, płacz, musiało minąć kilka minut, zanim doszłam do względnej równowagi. A potem pojawiła się ona i informacja: tu jest butelka, zostajecie sami, nakarmcie ją. Zostaliśmy tylko my i to dziecko wpatrujące się w moje oczy – wspomina mama dziewczynek.

Możliwość zabrania obu córek do domu pojawiła się bardzo szybko, o co zatroszczył się ośrodek adopcyjny. I tu Stasiakowie wspominają ogromne tempo, w jakim zaczęli kompletować niezbędną wyprawkę dla dwójki dzieci. – Normalnie rodzice mają na to 9 miesięcy, do tego najczęściej znają płeć dziecka. My w ciągu jednego dnia musieliśmy zgromadzić wszystko: ubranka, wanienkę, wózek, przewijak, kosmetyki. To było istne szaleństwo! – mówi Agnieszka.

Ale najlepsze jej zdaniem zaczęło się dopiero po przyjściu obu dziewczynek do domu, mieli bowiem niewystępującą u naturalnych rodziców możliwość uczenia się na bieżąco całej obsługi dzieci przy dwójce – w różnym wieku – jednocześnie. To było wielkie wyzwanie logistyczne, ponieważ starsza córeczka miała zdiagnozowany autyzm i trzeba było od razu wozić ją na terapię. Do tego Stasiakowie nie mieli szczególnej wiedzy na temat tego zaburzenia: na czym ono polega, jak postępować z autystycznym dzieckiem, jak reagować, co jeść, jak oceniać poszczególne sytuacje.

– Z perspektywy czasu widzę, jakie to było wielkie wyzwanie dla nas, jaka trudność, ale pamiętam, że wcale tak tego wtedy nie postrzegałam! Nie odczuwałam tego trudu! Wszystko mi wynagradzało wielkie poczucie spełnienia, wskoczenia wszystkiego w życiu na swoje właściwe miejsce. I przede wszystkim ogromne szczęście – wspomina Agnieszka.

 

Co ciekawe od liceum już marzyła o tym, żeby w przyszłości zaadoptować dziecko. O własne, biologiczne starali się z mężem przez 5 lat. Nie naciskała go jednak na adopcję od razu. Pamięta, że gdy mu o tym wspomniała nie zareagował od razu entuzjastycznie, ale też nie powiedział nie. – Musiał to przemodlić – wyjaśnia. Dlatego gdy po przemodleniu i przemyśleniu wszystkich za i przeciw oznajmił, żeby jechać i zgłosić się do ośrodka adopcyjnego, żona Agnieszka była zaskoczona. A jeszcze bardziej zdumiało ją gdy usłyszała z ust męża deklarację, że zgadza się nawet na adopcję trójki dzieci naraz!

Czy byli gotowi na dzieci chore? Tak, choć wyobrażała to sobie w ten sposób, że o chore dziecko zadbają, zapewnią mu terapię i ono wyzdrowieje. Tymczasem ich córka ma autyzm, którego tak po prostu „wyleczyć” się nie da. Nie myślą jednak o tym jako powodzie do „żałowania” decyzji adopcyjnej. – To w ogóle nie te kategorie! To jest moje dziecko, nie ważne czy z brzuszka, czy z serduszka! A dziecko kocha się i przyjmuje takim, jakie jest! Tak samo w naturalnym, jak i w adoptowanym rodzicielstwie nie wiadomo, czy dziecko urodzi się zdrowe czy chore. Nie odrzuca się tego chorego, wręcz przeciwnie! – podkreśla Agnieszka.

 

Niezwykłym momentem w ich historii jest również moment odnalezienia rodzonej siostry ich córek. – Wiedzieliśmy, że mają starszą siostrę, również adoptowaną. Zgłosiliśmy się więc do naszego ośrodka adopcyjnego z prośbą o pomoc w skontaktowaniu się z jej adopcyjną rodziną mieszkającą w innej części Polski. Spotkaliśmy się i… bardzo polubiliśmy! Dziś obchodzimy wspólnie wszystkie urodziny, imieniny, jeździmy razem na wakacje. A gdy okazało się, że pani, która urodziła nasze córki urodziła kolejne dziecko i także przeznacza je do adopcji – tamta rodzina przyjęła je do siebie, a my jesteśmy rodzicami chrzestnymi!

Jak zawiłości tej historii przedstawiają swoim dzieciom? – Zwyczajnie – mówi Agnieszka. – Powiedziałyśmy im od razu, że dzieci się biorą z dwóch „opcji”: z brzuszka lub z serduszka. U nas jest opcja z serduszka, ponieważ mamie nie mógł wyrosnąć brzuszek. Przyjmują to jako coś oczywistego, naturalnie. Nie wyobrażam sobie, żeby ten temat mógł być w naszych rozmowach tabu – mówi Agnieszka Stasiak.

Anna Druś

Anna Druś

dziennikarka i redaktor sekcji news, w Stacji7 od marca 2018. Wcześniej pracowała w "Pulsie Biznesu", "Newsweeku" i Katolickiej Agencji Informacyjnej. Z wykształcenia teolog i dziennikarz

Zobacz inne artykuły tego autora >
Anna Druś
Anna
Druś
zobacz artykuly tego autora >

Rodzice doskonali

Czy istnieje model rodzica doskonałego? Każdy w odruchu zacznie pewnie zaprzeczać. A jednak nie mogę się uwolnić od przeświadczenia, że taki model jednak istnieje; zaczyna i kończy się na miłosierdziu.

Anna Hazuka
Anna
Hazuka
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Żyjemy w czasach nieustannego rodzicielskiego coachingu. Dosłownie z każdego kąta wyskakują specjaliści gotowi udzielać nam porad jak wychowywać nasze dzieci. I z jednej strony chwała im za to! Mają dyplomy psychologiczne, pedagogiczne. Mają akademicką wiedzę, doświadczenie i kilkanaście kursów NVC za sobą. Ale mają też niestety czasem coś jeszcze – przekonanie, że ich porady są więcej warte od mojej, rodzicielskiej intuicji i, że warto ich słuchać w każdym wypadku. Nawet jeżeli ten wypadek nazywa się MOJE dziecko. No właśnie. Moje. Ze mnie zrodzone, moim trudem niesione. Moje dziecko. Nie jestem głucha na świat rodzicielskiego coachingu. Niesłuchanie dobrych, inspirujących ekspertów i zamykanie się na współczesną wiedzę psychologiczną, byłoby, w moim wypadku, oczywistym przejawem pychy. Nie zmienia to jednak faktu, że po pierwszą i ostateczną radę w sprawie dzieci idę zawsze do Boga. 

Podczas ostatnich ŚDM zasłuchiwałam się w hymn „Błogosławieni miłosierni”. Rekompensowałam sobie chyba w ten sposób niemożność osobistego uczestniczenia w tym wielkim święcie Kościoła. I kiedyś, pewnie po sto czterdziestym piątym odsłuchaniu refrenu, zadałam sobie pytanie: „Czy ja jestem miłosierna?”. Czy ja – mama czwórki (już prawie piątki) dzieci – taka jestem? Od tamtego czasu, nie mogę uwolnić się nie tyle od tego pytania, ale od przeświadczenia, że istnieje model doskonałego rodzica. Ten model zaczyna i kończy się na miłosierdziu.

Jak ognia boimy się doskonałości. I słusznie. Perfekcjonizm jest drugim imieniem diabła. Wszyscy jak jeden mąż należymy do klubu nielotów; małych i nieporadnych istot. Nie jesteśmy w stanie o własnych siłach zrobić nawet kroku, a jednak Chrystus mówi właśnie do nas – „Doskonałymi bądźcie, jak doskonały jest wasz Ojciec Niebieski” (Mt 5,48). Żart? Naigrywanie się z naszej słabości? Oczywiście, że nie. To zdanie wyrwane z kontekstu może tak wyglądać, ale kiedy spojrzymy w którym momencie zostaje wypowiedziane, staje się jasne, że o jedno tylko Chrystusowi chodziło. Nie o bezgrzeszność, nie o moce cuda czyniące, nie o wzorową religijność, ale o miłosierdzie. O to, żeby moje serce nabierało szerokości, długości i głębokości serca Boga. Boga, który sprawia, że słońce Jego wschodzi nas złymi i nad dobrymi. Boga, który zsyła deszcz na sprawiedliwych i niesprawiedliwych. Tak, jestem nielotem. Sama z siebie mogę tylko upaść, ale codziennie doświadczam przeogromnej Mocy z wysoka, która czyni moje serce coraz bardziej łagodnym i coraz bardziej spokojnym.

 

 

Co znaczy dla mnie być doskonałym rodzicem? Po pierwsze – uczyć się odpuszczać. Odpuszczać swój plan dnia, kiedy ktoś z katarem potrzebuje moich kolan i dłoni. Odpuszczać kazania wychowawcze na rzecz spokojnego wysłuchania winowajcy aż do końca. Odpuszczać – wreszcie – wszystko to, co nie jest potrzebne moim dzieciom, ale mojemu choremu ego: wyprasowane bluzeczki, równo zaczesane włoski, wysoki połysk w domu i nieskazitelny makijaż na mym licu. Dla mnie być miłosierną mamą, to znać hierarchię, na której szczycie jest miłość.

Po drugie mieć wzrok snajpera. Daleki, sięgający ponad horyzont. Wzrok, który każe patrzeć na dziecko w perspektywie całego jego życia. Dzisiaj możesz być skończonym nieznośnikiem, wystawiającym moje nerwy po wielokroć na krańce wytrzymałości, ale kiedyś pokonasz swoje wady, kiedyś stawisz im czoła i przekłujesz je w swój największy sukces, a moją rolą – jako rodzica – jest widzieć to w tobie już teraz. Widzieć i pomagać ci stawać się lepszym, ale w sposób łagodny i cierpliwy. Ja naprawdę mogę sobie pozwolić na to, żeby moje dziecko było tylko (i aż!) dzieckiem. Nie chcę, żeby rosło z bolesnym pęknięciem w sercu, bo kiedyś domagano się od niego zbyt wiele i zbyt szybko. W jego gniewie, w jego nadmiernej złości, w jego nieuporządkowaniu, w jego zapominalstwie widzę siebie sprzed 30 lat. Cnota, jak mała roślinka, potrzebuje czasu do wzrostu. A moje spojrzenie jest gwarantem tego, że kiedyś ta mała, czasem trudna, istotka jeszcze nas wszystkich zadziwi.

Po trzecie, miłosierny rodzic to dla mnie człowiek nieustannego rozwoju. Papież Franciszek w Amoris Laetitia pisze o tym, że nie ma miłości bez rozwoju. Rozwój jest immanentną cechą miłości. Jeśli jestem kochana naprawdę, będę chciała dla tego, kto mnie kocha się rozwijać, zmieniać na lepsze. Jeśli kocham, będę mieć odwagę stawiać wymagania. A przecież ja – skończony nielot – jestem kochana przez mojego Boga miłością nieskończoną, Codziennie doświadczam Jego wiary we mnie, Jego spojrzenia sięgającego dalej niż mój grzech i słabość. Dlatego dla Niego, dla mojego męża, a przede wszystkim moich dzieci wymagam od siebie. Bo dzieci są nieustanną prowokacją do rozwoju. One całym swoim cudownym, nieporadnym, rozbrajającym, szczerym do bólu byciem wyrywają mnie z moich stref komfortu. I każą walczyć o jeszcze większą uważność, jeszcze większą cierpliwość, jeszcze większą ofiarność.  Ale czasem ta prowokacja do rozwoju przychodzi też z niespodziewanej strony…

 

 

W pierwszą niedzielę Wielkiego Postu, dzieci zafundowały nam Mszę, jakiej długo nie zapomnimy. Wszelkie kataklizmy od pilnej potrzeby fizjologicznej, przez przenikliwy lament nad niezabraniem zabawki, po kluczowe pytanie „Mamusiu, kiedy będzie koniec?” zadane w czasie konsekracji, kosztowały nas bardzo, bardzo dużo. Kiedy szłam do komunii musiałam wyglądać jak wypluty Irysek. Miałam ochotę uciec przed moimi dziećmi na drzewo i nigdy już z niego nie schodzić. Kiedy padłam na kolana i jedyne co przychodziło mi do głowy, to zacząć płakać nad sobą i moim pożałowania godnym położeniem (jedno na ręku, drugie wykorzystało maminą bliskość podłogi i postanowiło przytulić się z impetem omal nie przewracając mnie na plecy), usłyszałam w głębi serca cichą prośbę „Podziękuj im. Podziękuj, że przychodzą do Mnie”.

Odebraliśmy to z mężem jako program dla naszej rodziny, nie tylko na Wielki Post. I chociaż nie zawsze nam wychodzi i czasem nerwy biorą górę, cel jest jeden – miłosierdzie. Szerokie serce, szerokie ręce i spokój ponad wszystko. Ktoś mnie niedawno zapytał jak wygląda nasza rodzinna modlitwa z 7,6,4 i 2-latką, a ja odpowiedziałam, zgodnie z prawdą, że często przedkładamy nad rodzinny różaniec, wspólną piosenkę z pokazywaniem, zakończoną wielkim rodzinnym „tuliakiem”. Jakoś tak nam się wydaje, że o to mogło chodzić Panu Jezusowi. Że ponad wszystko ma nas przenikać miłość i wyrozumiałość. Nie oznacza to, że w naszym domu nie ma obowiązków, zasad ani wymagań i, że nasze dzieci mają przyzwolenie na zachowywanie się w kościele jak mali Jeźdźcy Apokalipsy. Nic z tych rzeczy.

Zapewniam, że i zasady i obowiązki w naszym domu są, ale wymuszanie respektowania ich na dzieciach za wszelką cenę, jest na dłuższą metę pozbawione sensu. Jeżeli nie sprawię, że moje dzieci same będą chciały zrobić coś dobrego, skażę się na porażkę. Bo może dla zadowolenia mamy, będą wykonywać wszystko bez szemrania, ale kiedy tylko pozwoli im na to wiek, zrzucą z ulgą wszelki nałożony na ramiona balast. Łącznie ze ścieleniem łóżka i…. wymuszaną od najmłodszych lat modlitwą. Nie, porażką nie jest głośne „Siusiu!!!” w czasie Ewangelii, porażką jest mój gniew wylany na biednego dwulatka, który zapamięta z tej sceny tylko jedno – Kościół to niemiłe miejsce, gdzie mama się na mnie strasznie denerwuje. I to – w ostatecznym rozrachunku – będzie moją największą przegraną.

Anna Hazuka

Anna Hazuka

Żona Wojtka, mama Marysi, Ulci, Elenki, Basi i Jasia. Z życiowej pomyłki - prawnik, z naprawionego błędu - dziennikarz. Absolwentka pierwszej edycji Akademii Dziennikarstwa i autorka bloga budujemymosty.pl

Zobacz inne artykuły tego autora >
Anna Hazuka
Anna
Hazuka
zobacz artykuly tego autora >