Nasze projekty

Adopcja. Uwierzyć, że jest w tym jakiś sens

Zbliżały się Światowe Dni Młodzieży, śródmieście Krakowa pęczniało od gromadzących się młodych, rozśpiewanych ludzi, w powietrzu czuć było, że w mieście i w ludziach dzieją się rzeczy piękne i wielkie. Nam właśnie w tym czasie udało się zgromadzić dokumenty niezbędne do ubiegania się o przyjęcie na kurs dla rodzin adopcyjnych

Reklama

Artykuł napisany przez parę oczekującą na zakończenie procedury adopcyjnej

Pobierając się, marzyliśmy z mężem o dwójce wspaniałych dzieci, które mogłyby biegać i psocić w naszym domu. Obydwoje przypominaliśmy sobie, jakimi dziećmi byliśmy, i chcieliśmy przekazać życie i wychowywać kiedyś nasze dzieci, widząc w nich cząstkę siebie. Naszym wielkim pragnieniem było podzielić się tym, co mamy najcenniejszego – miłością i dobrem. Biorąc ślub, nie byliśmy już najmłodsi, mieliśmy po 40 lat i pełną świadomość, że to nie najlepszy, ale też nie najgorszy wiek na rozpoczęcie wspólnego życia. Długo szukaliśmy, by w końcu znaleźć siebie nawzajem. Gdy spotkaliśmy się, wiedzieliśmy jednak, że to właśnie na siebie czekaliśmy przez wszystkie te lata. Wiedzieliśmy również, że czas – zwłaszcza ten biologiczny – ucieka nam dość szybko.

Reklama
Reklama

Lekarze, pod opieką których staraliśmy się o potomstwo, mimo naszego wieku nie widzieli powodów do obaw, nasza kondycja i wyniki badań dawały nadzieję, że szybko doczekamy się dziecka. Mijały jednak miesiące, a nasza frustracja pogłębiała się coraz bardziej. Podczas wizyt w gabinetach lekarskich otrzymywaliśmy coraz to różniejsze propozycje. Wreszcie otrzymaliśmy i tę „najłatwiejszą” w naszej sytuacji z medycznego punktu widzenia – in vitro.

Żyjąc przez rok pod dyktando wskazówek lekarzy, widząc, jak bardzo wpływa to na nasz związek, nie chcieliśmy przystać na takie rozwiązanie. Po pięciu latach studiów biologicznych doskonale zdawałam sobie też sprawę z niedoskonałości tej metody. Trudno było nam jako ludziom wierzącym zgodzić się na życie ze świadomością zamrożonych w ciekłym azocie embrionów, których nigdy nie wychowamy, bo z całej puli wybierzemy tylko te 2 lub 3, którym pozwolimy się urodzić. Daleka jestem od oceny kogokolwiek, ale wiem, jak bardzo w swoim wielkim pragnieniu dawania miłości można zapędzić się i stracić moralną czujność.

Reklama
Reklama

Wiedzieliśmy z mężem, że nie możemy dać się zwariować, że nie stawiając sobie i lekarzom granic, zniszczymy naszą relację, bliskość i miłość, którą można rozwijać, patrząc rzeczywiście w tę samą stronę, żyjąc w jedności i szczerości.

Reklama

Jedna z koleżanek w pracy właśnie adoptowała siedmiomiesięcznego chłopca. Wiedząc o naszych staraniach, zadała mi kiedyś pytanie: „Dlaczego nie spróbujecie iść tą drogą? Niczego nie tracicie, niczego nie przekreślacie w swoim życiu, a możecie zyskać wspaniałą szansę na miłość i rodzicielstwo”. Pamiętam, że poczułam wtedy, jakby pomogła mi wyrazić to, czego do tej pory nie wypowiedziałam słowami. Nie wiedziałam również, jak na taki pomysł zareaguje mój mąż. Z drżeniem serca zapytałam go o pogląd na temat adopcji. Mimo że podobnie myślimy, postrzegamy świat i mamy podobne pragnienia, zawsze istniało ryzyko, że ten temat będzie dla niego trudny, a decyzja o otwarciu się na przyjęcie i pokochanie adoptowanego dziecka niemożliwa. Po pierwszej rozmowie daliśmy sobie czas na przemyślenie, zmierzenie się z własnymi obawami i znalezienie w sobie odwagi i chęci do podjęcia takiej drogi rodzicielstwa.

Zbliżały się Światowe Dni Młodzieży, śródmieście Krakowa pęczniało od gromadzących się młodych, rozśpiewanych ludzi, w powietrzu czuć było, że w mieście i w ludziach dzieją się rzeczy piękne i wielkie. Nam właśnie w tym czasie udało się zgromadzić dokumenty niezbędne do ubiegania się o przyjęcie na kurs dla rodzin adopcyjnych. Gdy tłumy młodzieży zmierzały na krakowskie Błonia, my z kołaczącym sercem szliśmy na Rajską do Ośrodka Adopcyjnego, by złożyć nasze papiery. Czuliśmy wielką radość i ulgę zarazem. Mając przekonanie, że nie wszystko od nas zależy, ze spokojem postanowiliśmy czekać na to, co przyniesie czas. Łatwo powiedzieć, trudniej zrealizować – zwłaszcza mnie, ze względu na to, że jestem osobą dość żywiołową i niecierpliwą. Mąż był jak żeglarz czekający na dobry wiatr, ja trochę jak majtek, który chce płynąć, wiosłując przez środek oceanu.

We wrześniu 2016 roku koleżanka, która wcześniej poddała nam pomysł kursu adopcyjnego, zaproponowała, byśmy wybrali się z jej rodziną na wizytę do Żmiącej, do ośrodka prowadzonego przez Fundację Dzieło Pomocy Dzieciom z ulicy Rajskiej. Tam wbrew naszym obawom nie zobaczyliśmy stereotypowego domu dziecka, jaki pewnie każdy ma przed oczami, słysząc o takiej placówce. Naszym oczom ukazał się piękny dom na wzgórzu, a w nim trzydzieścioro cudownych dzieci, utalentowanych, chętnych do zabawy i ufnych – mimo wcześniejszych doświadczeń – w to, że świat i ludzie nie są źli.

Od listopada zaczęliśmy brać udział w tak zwanych grupach wsparcia dla rodziców adopcyjnych i rodzin przygotowujących się do kursu. Wizyta w ośrodku na Rajskiej stała się oczekiwanym i obowiązkowym punktem dnia w każdy pierwszy wtorek miesiąca. Oprócz wiedzy, z jakimi sytuacjami możemy się zderzyć, spotkania te dawały nam też kontakt z parami, które adoptowały już dzieciaki. Przez kolejne miesiące mogliśmy obserwować, jak rozwijają się dzieci, które trafiły do nowych rodzin, mieliśmy możliwość wysłuchania porad, jak radzić sobie w różnych życiowych sytuacjach. Staliśmy się mocniejsi i jeszcze bardziej utwierdziliśmy się w naszej decyzji. Ja zyskiwałam dodatkowo pewność i wewnętrzny spokój, że nie siedzimy bezczynnie, czekając na zaproszenie na kurs.

Nadszedł maj, po jednym ze spotkań grupy wsparcia dowiedzieliśmy się od pani dyrektor Ośrodka Adopcyjnego, że prawdopodobnie na przełomie września i października zostaniemy zakwalifikowani na kurs dla rodzin adopcyjnych. Udział w kursie musiał być poprzedzony testami psychologicznymi i rozmową sprawdzającą naszą motywację, które miały odbyć się w czerwcu. Termin testów przypadkowo wypadł w rocznicę naszego ślubu, tym bardziej cieszyliśmy się, że mogliśmy ją tak właśnie świętować. Założyliśmy z mężem, że podczas procesu kwalifikacji będziemy totalnie szczerzy i naturalni, bez upiększania czegokolwiek i umawiania się co do odpowiedzi na potencjalne pytania. Opłaciło się. Testy i rozmowa były dla nas wartością dodaną, potraktowaliśmy je jako okazję do pogłębienia wiedzy o sobie samych i o naszym małżeństwie.

Jesień przywitała nas w Beskidzie Wyspowym. Przez kolejnych 5 tygodni jeździliśmy do ośrodka w Żmiącej, gdzie od soboty rano do niedzielnego popołudnia uczestniczyliśmy w zajęciach: spotkaniach ze specjalistami, rodzinami adopcyjnymi, i konfrontowaliśmy nasze oczekiwania sprzed kursu z tym, czego możemy doświadczyć w bezpośrednim kontakcie z dziećmi, które nie mogą dorastać w swoich biologicznych rodzinach. Niesamowite było obserwować, jaką siłę ma dobro ofiarowane drugiemu człowiekowi, zwłaszcza dzieciom. Myśleliśmy, że trudno będzie nam przejść przez te tygodnie wypełnione pracą, zajęciami domowymi i wyjazdami na kurs. Czas minął jednak w mgnieniu oka, zmęczenie rekompensowała radość dzieci i poczucie dobrze wybranej drogi.

Teraz jesteśmy po kursie i kwalifikacji. Znajomi i rodzina powtarzają: „Najtrudniejsze już za wami”, my jednak mamy świadomość, że czas przed nami – próby naszej cierpliwości w oczekiwaniu na propozycję adopcji, podejmowania decyzji i otwierania się na życie – będzie o wiele trudniejszy i wymagający większej odpowiedzialności niż wszystkie działania, które podejmowaliśmy do tej pory. Mamy jednak pewność, że warto było uwierzyć, że to wszystko w naszym życiu ma sens i nie dziej się bez przyczyny!

Iwona i Przemek


Serdecznie zapraszamy na

XII Małopolskie Spotkanie Rodzin Adopcyjnych

pod honorowym patronatem Pana Jacka Krupy Marszałka Województwa Małopolskiego
i Arcybiskupa Marka Jędraszewskiego Metropolity Krakowskiego

Spotkanie odbędzie się w niedzielę 3 grudnia 2017 r. przy ul. Kopernika 26 w Krakowie. Tradycyjnie rozpocznie się Mszą Św. w intencji rodzin w Bazylice Najświętszego Serca Pana Jezusa oo. Jezuitów o godz. 14.00

Oprawa muzyczna i krótki koncert po Mszy św. – Krakowski Chór Akademicki pod dyrygenturą Janusza Wierzgacza.

Następnie w auli im. G. Piramowicza SJ Akademii Ignatianum zapraszamy na wykład  „Rodzicielstwo adopcyjne – krok po kroku”. Prelegentami będą Państwo Maria i Robert Kowalscy.

Poza częścią wykładową uczestnicy będą mogli zrelaksować się podczas występu Gościa specjalnego – Pana Karola Dziedzica. Będzie też okazja do nieformalnych, indywidualnych spotkań uczestników przy poczęstunku.

Bardzo serdecznie zapraszamy do udziału i skorzystania ze wszystkich lub wybranych punktów programu XII Małopolskich Spotkań Rodzin Adopcyjnych.

Reklama

Najciekawsze artykuły

co tydzień w Twojej skrzynce mailowej

Raz w tygodniu otrzymasz przegląd najważniejszych artykułów ze Stacji7

PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ

PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ
Reklama
WIARA I MODLITWA
Wspieraj nas na Patronite