video-jav.net

Adopcja. Uwierzyć, że jest w tym jakiś sens

Zbliżały się Światowe Dni Młodzieży, śródmieście Krakowa pęczniało od gromadzących się młodych, rozśpiewanych ludzi, w powietrzu czuć było, że w mieście i w ludziach dzieją się rzeczy piękne i wielkie. Nam właśnie w tym czasie udało się zgromadzić dokumenty niezbędne do ubiegania się o przyjęcie na kurs dla rodzin adopcyjnych

Polub nas na Facebooku!

Artykuł napisany przez parę oczekującą na zakończenie procedury adopcyjnej

 

Pobierając się, marzyliśmy z mężem o dwójce wspaniałych dzieci, które mogłyby biegać i psocić w naszym domu. Obydwoje przypominaliśmy sobie, jakimi dziećmi byliśmy, i chcieliśmy przekazać życie i wychowywać kiedyś nasze dzieci, widząc w nich cząstkę siebie. Naszym wielkim pragnieniem było podzielić się tym, co mamy najcenniejszego – miłością i dobrem. Biorąc ślub, nie byliśmy już najmłodsi, mieliśmy po 40 lat i pełną świadomość, że to nie najlepszy, ale też nie najgorszy wiek na rozpoczęcie wspólnego życia. Długo szukaliśmy, by w końcu znaleźć siebie nawzajem. Gdy spotkaliśmy się, wiedzieliśmy jednak, że to właśnie na siebie czekaliśmy przez wszystkie te lata. Wiedzieliśmy również, że czas – zwłaszcza ten biologiczny – ucieka nam dość szybko.

Lekarze, pod opieką których staraliśmy się o potomstwo, mimo naszego wieku nie widzieli powodów do obaw, nasza kondycja i wyniki badań dawały nadzieję, że szybko doczekamy się dziecka. Mijały jednak miesiące, a nasza frustracja pogłębiała się coraz bardziej. Podczas wizyt w gabinetach lekarskich otrzymywaliśmy coraz to różniejsze propozycje. Wreszcie otrzymaliśmy i tę „najłatwiejszą” w naszej sytuacji z medycznego punktu widzenia – in vitro.

Żyjąc przez rok pod dyktando wskazówek lekarzy, widząc, jak bardzo wpływa to na nasz związek, nie chcieliśmy przystać na takie rozwiązanie. Po pięciu latach studiów biologicznych doskonale zdawałam sobie też sprawę z niedoskonałości tej metody. Trudno było nam jako ludziom wierzącym zgodzić się na życie ze świadomością zamrożonych w ciekłym azocie embrionów, których nigdy nie wychowamy, bo z całej puli wybierzemy tylko te 2 lub 3, którym pozwolimy się urodzić. Daleka jestem od oceny kogokolwiek, ale wiem, jak bardzo w swoim wielkim pragnieniu dawania miłości można zapędzić się i stracić moralną czujność.

 

Wiedzieliśmy z mężem, że nie możemy dać się zwariować, że nie stawiając sobie i lekarzom granic, zniszczymy naszą relację, bliskość i miłość, którą można rozwijać, patrząc rzeczywiście w tę samą stronę, żyjąc w jedności i szczerości.

 

 

Jedna z koleżanek w pracy właśnie adoptowała siedmiomiesięcznego chłopca. Wiedząc o naszych staraniach, zadała mi kiedyś pytanie: „Dlaczego nie spróbujecie iść tą drogą? Niczego nie tracicie, niczego nie przekreślacie w swoim życiu, a możecie zyskać wspaniałą szansę na miłość i rodzicielstwo”. Pamiętam, że poczułam wtedy, jakby pomogła mi wyrazić to, czego do tej pory nie wypowiedziałam słowami. Nie wiedziałam również, jak na taki pomysł zareaguje mój mąż. Z drżeniem serca zapytałam go o pogląd na temat adopcji. Mimo że podobnie myślimy, postrzegamy świat i mamy podobne pragnienia, zawsze istniało ryzyko, że ten temat będzie dla niego trudny, a decyzja o otwarciu się na przyjęcie i pokochanie adoptowanego dziecka niemożliwa. Po pierwszej rozmowie daliśmy sobie czas na przemyślenie, zmierzenie się z własnymi obawami i znalezienie w sobie odwagi i chęci do podjęcia takiej drogi rodzicielstwa.

 

Zbliżały się Światowe Dni Młodzieży, śródmieście Krakowa pęczniało od gromadzących się młodych, rozśpiewanych ludzi, w powietrzu czuć było, że w mieście i w ludziach dzieją się rzeczy piękne i wielkie. Nam właśnie w tym czasie udało się zgromadzić dokumenty niezbędne do ubiegania się o przyjęcie na kurs dla rodzin adopcyjnych. Gdy tłumy młodzieży zmierzały na krakowskie Błonia, my z kołaczącym sercem szliśmy na Rajską do Ośrodka Adopcyjnego, by złożyć nasze papiery. Czuliśmy wielką radość i ulgę zarazem. Mając przekonanie, że nie wszystko od nas zależy, ze spokojem postanowiliśmy czekać na to, co przyniesie czas. Łatwo powiedzieć, trudniej zrealizować – zwłaszcza mnie, ze względu na to, że jestem osobą dość żywiołową i niecierpliwą. Mąż był jak żeglarz czekający na dobry wiatr, ja trochę jak majtek, który chce płynąć, wiosłując przez środek oceanu.

 

We wrześniu 2016 roku koleżanka, która wcześniej poddała nam pomysł kursu adopcyjnego, zaproponowała, byśmy wybrali się z jej rodziną na wizytę do Żmiącej, do ośrodka prowadzonego przez Fundację Dzieło Pomocy Dzieciom z ulicy Rajskiej. Tam wbrew naszym obawom nie zobaczyliśmy stereotypowego domu dziecka, jaki pewnie każdy ma przed oczami, słysząc o takiej placówce. Naszym oczom ukazał się piękny dom na wzgórzu, a w nim trzydzieścioro cudownych dzieci, utalentowanych, chętnych do zabawy i ufnych – mimo wcześniejszych doświadczeń – w to, że świat i ludzie nie są źli.

 

 

Od listopada zaczęliśmy brać udział w tak zwanych grupach wsparcia dla rodziców adopcyjnych i rodzin przygotowujących się do kursu. Wizyta w ośrodku na Rajskiej stała się oczekiwanym i obowiązkowym punktem dnia w każdy pierwszy wtorek miesiąca. Oprócz wiedzy, z jakimi sytuacjami możemy się zderzyć, spotkania te dawały nam też kontakt z parami, które adoptowały już dzieciaki. Przez kolejne miesiące mogliśmy obserwować, jak rozwijają się dzieci, które trafiły do nowych rodzin, mieliśmy możliwość wysłuchania porad, jak radzić sobie w różnych życiowych sytuacjach. Staliśmy się mocniejsi i jeszcze bardziej utwierdziliśmy się w naszej decyzji. Ja zyskiwałam dodatkowo pewność i wewnętrzny spokój, że nie siedzimy bezczynnie, czekając na zaproszenie na kurs.

 

Nadszedł maj, po jednym ze spotkań grupy wsparcia dowiedzieliśmy się od pani dyrektor Ośrodka Adopcyjnego, że prawdopodobnie na przełomie września i października zostaniemy zakwalifikowani na kurs dla rodzin adopcyjnych. Udział w kursie musiał być poprzedzony testami psychologicznymi i rozmową sprawdzającą naszą motywację, które miały odbyć się w czerwcu. Termin testów przypadkowo wypadł w rocznicę naszego ślubu, tym bardziej cieszyliśmy się, że mogliśmy ją tak właśnie świętować. Założyliśmy z mężem, że podczas procesu kwalifikacji będziemy totalnie szczerzy i naturalni, bez upiększania czegokolwiek i umawiania się co do odpowiedzi na potencjalne pytania. Opłaciło się. Testy i rozmowa były dla nas wartością dodaną, potraktowaliśmy je jako okazję do pogłębienia wiedzy o sobie samych i o naszym małżeństwie.

 

Jesień przywitała nas w Beskidzie Wyspowym. Przez kolejnych 5 tygodni jeździliśmy do ośrodka w Żmiącej, gdzie od soboty rano do niedzielnego popołudnia uczestniczyliśmy w zajęciach: spotkaniach ze specjalistami, rodzinami adopcyjnymi, i konfrontowaliśmy nasze oczekiwania sprzed kursu z tym, czego możemy doświadczyć w bezpośrednim kontakcie z dziećmi, które nie mogą dorastać w swoich biologicznych rodzinach. Niesamowite było obserwować, jaką siłę ma dobro ofiarowane drugiemu człowiekowi, zwłaszcza dzieciom. Myśleliśmy, że trudno będzie nam przejść przez te tygodnie wypełnione pracą, zajęciami domowymi i wyjazdami na kurs. Czas minął jednak w mgnieniu oka, zmęczenie rekompensowała radość dzieci i poczucie dobrze wybranej drogi.

 

 

Teraz jesteśmy po kursie i kwalifikacji. Znajomi i rodzina powtarzają: „Najtrudniejsze już za wami”, my jednak mamy świadomość, że czas przed nami – próby naszej cierpliwości w oczekiwaniu na propozycję adopcji, podejmowania decyzji i otwierania się na życie – będzie o wiele trudniejszy i wymagający większej odpowiedzialności niż wszystkie działania, które podejmowaliśmy do tej pory. Mamy jednak pewność, że warto było uwierzyć, że to wszystko w naszym życiu ma sens i nie dziej się bez przyczyny!

 

Iwona i Przemek

 


 

Serdecznie zapraszamy na

XII Małopolskie Spotkanie Rodzin Adopcyjnych

pod honorowym patronatem Pana Jacka Krupy Marszałka Województwa Małopolskiego
i Arcybiskupa Marka Jędraszewskiego Metropolity Krakowskiego

 

Spotkanie odbędzie się w niedzielę 3 grudnia 2017 r. przy ul. Kopernika 26 w Krakowie. Tradycyjnie rozpocznie się Mszą Św. w intencji rodzin w Bazylice Najświętszego Serca Pana Jezusa oo. Jezuitów o godz. 14.00

Oprawa muzyczna i krótki koncert po Mszy św. – Krakowski Chór Akademicki pod dyrygenturą Janusza Wierzgacza.

 

Następnie w auli im. G. Piramowicza SJ Akademii Ignatianum zapraszamy na wykład  „Rodzicielstwo adopcyjne – krok po kroku”. Prelegentami będą Państwo Maria i Robert Kowalscy.

Poza częścią wykładową uczestnicy będą mogli zrelaksować się podczas występu Gościa specjalnego – Pana Karola Dziedzica. Będzie też okazja do nieformalnych, indywidualnych spotkań uczestników przy poczęstunku.

Bardzo serdecznie zapraszamy do udziału i skorzystania ze wszystkich lub wybranych punktów programu XII Małopolskich Spotkań Rodzin Adopcyjnych.

Wystrzałowe dzieciaki czyli jak posłać owce między wilki

Nasze dzieci mogą wejść w życie z impetem i mocą lecącej strzały. I to nie pomimo naszych wartości, ale dzięki nim.

Anna Hazuka
Anna
Hazuka
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Jakie myśli towarzyszą zwykle nam – wierzącym rodzicom – przed wypuszczeniem w świat naszych dzieci? I nie chodzi tu o to ostateczne wyfrunięcie piskląt z gniazda w wieku dorosłym, ale nasze pierwsze przedszkolne kroki. Co myślimy, wybierając worek na gimnastykę i zanosząc ukochany jasiek do spania? Nie wiem jak Wy, ale kiedy nasza najstarsza Marynia przekraczała próg przedszkola, jej mama miała przed oczyma neon wielkości boiska futbolowego z jednym, w kółko wyświetlanym napisem „Przecież mi ją tam zjedzą”. Te wilki. Te rozpychające się, wykłócające o wszystko dzieciory. Moją małą, nieumiejącą walczyć o swoje owieczkę. Zjedzą. Schrupią. Kostki pogruchocą. Oj mamuś, mamuś. Chowaj ty ją szybko z powrotem pod kiecę. Wywieź w las głuchy i głęboki, postaw mur, wykop fosę, wznieś barykady, przebierz za amisza, zainwestuj w kozy i będzie spokój.

Kiedy dzisiaj przypominam sobie tamto moje rozgorączkowanie uśmiecham się do siebie litościwie. I wcale nie dlatego, że życie pokazało jak bezpodstawne były moje obawy, a dziecię dało sobie świetnie radę. Ale dlatego, że ten neon mówił tak naprawdę o mnie. To ja miałam poczucie, że cały świat jest wrogi moim wartościom. Że tylko dybie, jakby im łeb ukręcić i z triumfem ogłosić moje nieprzystosowanie.

 

Na szczęście, kiedy przestałam zajmować się swoim lękiem, odkryłam, że w tym obrazie owcy i wilka kryje się dla nas – chrześcijan – źródło największej siły. I, że z tego źródła mogą także pić nasze dzieci.

Owca jest wątła i krucha i nie ma szans w starciu nawet z ledwie wilczym podrostkiem, ale przecież o to chodzi! Właśnie o to. Moc może się doskonalić tylko w słabości. Każda sensowna owca wreszcie kiedyś usłyszy, Kto ją posłał między te wilki. Jeżeli jeszcze do tego doda Ostateczne Zwycięstwo Posyłającego nad wszelkiej maści potworami – o wilkach nie wspominając – to z Psalmem 23 na ustach może śmiało ruszać do najciemniejszej wilczarni. Bo nic, ale to nic nie mogą jej zrobić.

Kiedy już zatem matka – oślica – zrozumiała, gdzie ma szukać siły i mocy, doczytała jaką koncepcję naszych latorośli przedstawia samo Pismo Święte. I tu dopiero się zdziwiła.

 

Psalm 127 nazywany jest solą w oku ateisty. Zasadniczy wydźwięk: ty harujesz – mówi Bóg – siedzisz w korpo po godzinach, a Ja moim wierzącym, kiedy słodką śpią w łóżeczkach wszystko na talerzu wykładam. Ale kiedy miniemy te powszechnie znane pierwsze wersety natkniemy się na obraz dzieci, które są tam przedstawione jako „strzały w ręku wojownika” (Ps 127, 4a). Nasze dziecko, dziecko wierzących, ufających Bogu rodzicom jest strzałą. I to w ręku wojownika. Myśleliście kiedyś tak o waszych pociechach?

Nie da się ukryć, że zasadniczą rolę odgrywa tu rodzic wojownik. Kiedy jestem wojownikiem Pana? Kiedy walczę do krwi o miłość, o cierpliwość. Kiedy gryzę się w jęzor, żeby nie osądzać mojej sąsiadki. Kiedy nie wykorzystuję męża jako darmowej pocieszanki. Kiedy myślę najpierw, jak być dla niego pomocą i wsparciem. Kiedy nie dopuszczam myśli o tym, że nikt nie szanuje takich mam, jak ja. Kiedy wierzę, że Bóg jest większy od kryzysu ekonomicznego w naszym domu i całego rynku pracy. Wtedy walczę jak wojownik, a moje dziecko może być strzałą.

Co mam z nią zrobić? Najpierw trzeba ją w kołczanie trochę ponosić, wytarmosić, wytulić. Potem pozwolić podpatrzeć jak żyją rodzice. Czasem zostawić uchylone drzwi na czas małżeńskiej modlitwy, czasem pozwolić uczestniczyć w rozmowie jak pomóc niani, której spłonął dom. A potem wziąć strzałę w swoje ręce i – ze świadomością, że nie jest i nigdy nie była moją własnością – wypuścić ją z łuku, którym jest nasz dom.

 

Moje dziecko jest owieczką, ale od maleńkości wyposażaną w moc z wysoka. Jego wrażliwe, ufne serce pozwoli mu przebić się przez każdy mur, jaki napotka na swojej drodze. Jego czujne oczy wypatrzą z daleka zbliżającą się przeszkodę zniewolenia i pozwolą mu poszybować nad nią.

Nie, nie programuję dziecka na sukces bez upadków. Programuję na miłość, a w nią wpisane są wątpliwości i potknięcia. Ten obraz strzały daje jednak ogromną nadzieję, że moje dziecko może wejść w życie z impetem i mocą. I to nie pomimo naszych wartości, ale właśnie dzięki nim. I że jego zadaniem nie jest pójść w moje ślady, ale przegonić mnie o cały lot strzały.

 

Anna Hazuka

Anna Hazuka

Żona Wojtka, mama Marysi, Ulci, Elenki, Basi i Jasia. Z życiowej pomyłki - prawnik, z naprawionego błędu - dziennikarz. Absolwentka pierwszej edycji Akademii Dziennikarstwa i autorka bloga budujemymosty.pl

Zobacz inne artykuły tego autora >
Anna Hazuka
Anna
Hazuka
zobacz artykuly tego autora >