Nasze projekty
Parafia św. Józefa Oblubieńca w Warszawie

W tym kościele ciągła adoracja trwa już 35 lat

Jest w Warszawie taki kościół, w którym adoracja Najświętszego Sakramentu trwa nieprzerwanie dzień i noc już od 35 lat. Wokół zaś dzieją się cuda.

Reklama

Był mroźny styczeń 1986 roku. Ks. Jan Sikorski, dotychczasowy ojciec duchowny w warszawskim Seminarium Duchownym kilka godzin wcześniej otrzymał od kard. Józefa Glempa nominację na proboszcza parafii św. Józefa Oblubieńca NMP na Kole – rejonu warszawskiej Woli. Ponieważ była to jego pierwsza nominacja proboszczowska postanowił przed oficjalną przeprowadzką zobaczyć kościół, którym teraz miał się opiekować; choćby krótko pomodlić przed tabernakulum. I tu spotkało go pierwsze zdziwienie: kościół był zamknięty, a tabernakulum od pragnących się tam modlić oddzielała krata. Wychodząc spotkał kobietę, która również chciała się pomodlić i nie mogła. To skandal proszę księdza – powiedziała – żeby w kościele nie można się było modlić.

Proboszcz „traci” klucze

Nowy proboszcz podzielał jej zdanie. Już wtedy postanowił, że zrobi wszystko, by w ciągu dnia kościół był otwarty dla każdego, kto chce się tutaj modlić. Swój pomysł niedługo ogłosił w ogłoszeniach parafialnych pytając ludzi o zdanie, a przede wszystkim o to, czy znajdą się jacyś chętni do pełnienia dyżurów, tak, by świątynia nigdy nie pozostawała pusta. Miało to zapobiegać ewentualnej profanacji czy kradzieży.

Pomysł chwycił. Zgłosiło się wystarczająco dużo osób, by trzymać kościół otwarty od rana aż do północy. To wtedy ks. Jan dał owym pierwszym ochotnikom klucze do kościoła, które mieli sobie wzajemnie przekazywać. Potem żartował, że to był chyba ostatni moment, kiedy je widział na oczy.

Reklama
Reklama

Początki całej akcji były mocno spontaniczne, nie kontrolowałem parafian, miałem do nich zaufanie. Raz nawet podczas wizytacji biskupiej, gdy symbolicznie miałem przekazać biskupowi klucze kościoła, także ich nie miałem – ze śmiechem wspomina ks. Jan.

Ponieważ akcja wypaliła, proboszcz szybko poszedł za ciosem. Na rekolekcje parafialne zaprosił znanego już wtedy popularyzatora adoracji Najświętszego Sakramentu ks. Krzysztofa Małachowskiego. I to on w naukach proponował parafianom, by pomyśleli o całodobowych dyżurach przed Panem Jezusem.

Szybko spośród najbardziej zaangażowanych wyłonili się świeccy koordynatorzy, pilnujący, aby nie było takiej pory w ciągu doby, gdy nikt nie siedzi w kościele. Gdy zdarzały się jakieś braki, komuś coś wypadło czy zachorował – zaraz znajdowali się ci, którzy deklarowali zastępstwo.

Ku zaskoczeniu proboszcza odzew również był natychmiastowy. Od razu różne grupy parafialne, które już istniały w tym miejscu, zaczęły deklarować, że podejmą również dyżury nocne. Szybko spośród najbardziej zaangażowanych wyłonili się świeccy koordynatorzy, pilnujący, aby nie było takiej pory w ciągu doby, gdy nikt nie siedzi w kościele. Gdy zdarzały się jakieś braki, komuś coś wypadło czy zachorował – zaraz znajdowali się ci, którzy deklarowali zastępstwo. Kilka osób nie pełniących dyżuru na stałe zgłosiło chęć zastępstwa w razie potrzeby.

Reklama
Reklama

Gdy już zobaczyłem, że to się udaje, że funkcjonuje, napisałem prośbę do księdza kardynała, by zgodził się na całodobowe wystawienie do adoracji Najświętszego Sakramentu w Monstrancji. Dotychczas adorowaliśmy bowiem Pana Jezusa ukrytego w tabernakulum. Przyszła zgoda i tak to się zaczęło – wspomina ks. Jan. 

Był marzec 1987 r.

Prezbiterium kościoła św. Józefa Oblubieńca NMP na Kole | fot. Archiwum parafii

Sztafeta pokoleń

Miejscem stałej adoracji stała się kaplica Matki Bożej w lewej nawie bocznej kościoła. Od początku modlitwa miała głównie formę milczącą, indywidualną, ale zdarzało się, że jakaś grupa na „swojej” godzinie odmawia Różaniec, Koronkę do Miłosierdzia Bożego o 15 czy wspólny Anioł Pański w południe albo o północy. Wieść o tym pierwszym w Warszawie kościele, gdzie na modlitwę można wpaść bez zapowiedzi o dowolnej porze dnia i nocy rozchodziła się szybko. Coraz częściej zaczęli wpadać ludzie z innych parafii czy dzielnic. Czasem samotnie, czasem w większych grupach. Do tego w szczególnych momentach historii Kościoła, takich jak choćby odchodzenie papieża Jana Pawła II czy obecny czas pandemii było ich więcej niż w czasach “zwykłych”. Trudno jednak policzyć ile osób łącznie podjęło tę niezwykłą sztafetę.

Reklama
Wieść o tym pierwszym w Warszawie kościele, gdzie na modlitwę można wpaść bez zapowiedzi o dowolnej porze dnia i nocy rozchodziła się szybko. Coraz częściej zaczęli wpadać ludzie z innych parafii czy dzielnic.

Osoby dyżurujące stale utworzyły coś w rodzaju nieformalnego Bractwa, a proboszcz wpadł na pomysł, by wystawiać im „legitymacje”. I tak z kilkuset osób tworzących Bractwo na początku dziś tworzy je ich już ponad tysiąc – tyle wydano legitymacji. 

Byli i starsi i młodzi, niezamężni i całe rodziny. Często z pokolenia na pokolenie, ponieważ jeśli powiedzmy mama kilka lat przychodziła na jakąś godzinę adoracji, potem zdrowie zaczęło jej już na to nie pozwalać, „pałeczkę” przejmowały jej dzieci lub wnuki. Najczęściej jedna osoba ma dyżur raz w tygodniu, ale zdarzało się, że ktoś wpisuje się na więcej – wspomina ks. Jan Sikorski.  

Ciekawy jest też aspekt wspólnototwórczy tej niezwykłej modlitewnej sztafety. Powstawały przyjaźnie, znajomości, a nawet pary. Proboszcz nie ukrywa, że dzięki wspólnej adoracji narodziło się też kilka małżeństw.

Wystarczyło, że ktoś kogoś zaczął odprowadzać po skończonej późną porą modlitwie i tak się jakoś zaczynało – tłumaczy emerytowany już proboszcz.

Efekt uboczny – cuda

Innym „skutkiem ubocznym” tak wytrwałej modlitwy były również oczywiście cuda: niezwykłe wydarzenia, które ich świadkowie przypisywali mocy Adoracji. W pewnym momencie trzeba było już założyć adoracyjną Księgę Łask, aby wszyscy czujący taką potrzebę mogli tam wpisywać swoje świadectwa czy dziękczynienie Panu Bogu. 

Mogę powiedzieć o jednym takim ewidentnym przypadku, ponieważ jego bohaterka sama o tym często publicznie opowiada. Jedna z pań stale dyżurujących na Adoracji miała mieć poważną operację guza. W drodze do szpitala na izbę przyjęć poprosiła męża, by zatrzymał się przy naszym kościele, tak aby mogła choć kilka chwil pomodlić się przed Najświętszym Sakramentem, bo akurat wypadała „jej” godzina. Dopiero potem pojechali. Mąż nie zdążył dobrze wrócić do domu a już miał telefon by po nią zawracać. Wstępne badanie na izbie przyjęć wykazało, że nie ma żadnego guza, tajemniczo zniknął, więc operacja odwołana – opowiada ks. Jan Sikorski.

Wszyscy adorujący mówią, jak niezwykłą moc ma taka modlitwa milczącego trwania przed Bogiem. Doceniają ją również niektórzy księża: kościoła otwartego cały czas nie trzeba co chwilę zamykać i otwierać. Ponadto można wpaść na choćby krótką modlitwę nawet w środku nocy. 

To jest ogromne umocnienie, bardzo to widzę. Przez tą nieustanną modlitwę dzieje się dużo dobra, najwięcej zaś w sercach osób, które tu się modlą. Wiemy przecież, jak wielką wartość ma czas ofiarowany przez nas komuś, na kim nam zależy. A ofiarowanie swojego czasu Panu Bogu rozwiązuje wiele ludzkich problemów – przyznaje ks. Sikorski.

Dzieło rozpoczęte przez ks. Sikorskiego podjął w 2006 r. jego następca, obecny proboszcz ks. Zbigniew Godlewski. 

Adoracja w kościele św. Józefa Oblubieńca NMP na Kole | fot. Archiwum parafii
W ciągu tych 35 lat nie było ani jednego dnia, ani jednej godziny, w której nikt tu nie siedział przed Panem Jezusem Eucharystycznym. Do dziś jest to jedyny kościół w Warszawie otwarty dla wiernych całą dobę.

Fenomen, który zaraża dobrem

Ks. Sikorski zauważa też, że taka mnogość różnych grup w parafii, intensywne życie, jakie można tu zaobserwować to również jeden z owoców owej Nieustannej Adoracji.

W tym roku mija dokładnie 35 lat, odkąd się zaczęła. W ciągu tych 35 lat nie było ani jednego dnia, ani jednej godziny, w której nikt tu nie siedział przed Panem Jezusem Eucharystycznym. Do dziś jest to jedyny kościół w Warszawie otwarty dla wiernych całą dobę oraz najstarsza nieustanna Adoracja w kraju. Ale podobnych pomysłów jest już więcej. Według informacji obecnego opiekuna Bractwa Adoracyjnego w parafii na Kole ks. Bolesława Szewca obecnie w 20 miejscach całej Polski działają całodobowe adoracje odstępne dla ogółu wiernych. Z inicjatywy parafii na Kole ich uczestnicy wraz z księżmi opiekunami spotykają się na Krajowych Forach Wieczystej Adoracji. Dotychczas odbyło się takich spotkań 8, w różnych miejscach kraju.

Nie jest możliwe trwanie wieczystej adoracji bez paru setek zaangażowanych wiernych, którzy z czasem tworzą środowisko, które podtrzymuje w wierze i pozwala przezwyciężać trudności. Jest w Polsce dwadzieścia dwa znanych nam takich środowisk, w dwudziestu trwa całodobowa adoracja. Tam też znaleźli się duszpasterze, którzy za łaską Bożą potrafili ten potencjał zagospodarować – zauważa ks. Bolesław Szewc z parafii św. Józefa na Kole, obecnie opiekujący się Bractwem Adoracyjnym.

Jako najstarsza taka inicjatywa w Polsce parafia św. Józefa na Kole gościła również jeden raz biskupów z całego Episkopatu, zgromadzonych na zebraniu plenarnym.

Podobno potem poszczególni biskupi opowiadali u siebie o tym fenomenie nieustannej Adoracji, licząc, że zachęcą do pomysłu także i „swoich” – wspomina ks. Jan Sikorski.

W ciągu tych 35 lat nie było również żadnego przykrego incydentu, który poddałby w wątpliwość bezpieczeństwo tego pomysłu. Raz tylko zginął świecznik, ale czy to jest tak duży koszt wobec ogromu dobra, jakie stało się dzięki tej nieustannej modlitwie?

Reklama

Dołącz do naszych darczyńców. Wesprzyj nas!

Najciekawsze artykuły

co tydzień w Twojej skrzynce mailowej

Raz w tygodniu otrzymasz przegląd najważniejszych artykułów ze Stacji7

PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ

PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ
Reklama
WIARA I MODLITWA
Wspieraj nas - złóż darowiznę