Nasze projekty
Reklama
fot. Kanał Zero (youtube, print screen)

Muszą sprzedać łódź, która ratuje życie. Mazurskie ratownictwo na skraju załamania [WIDEO]

Mazurskie Ochotnicze Pogotowie Ratunkowe zmaga się z poważnymi problemami finansowymi. Ratownicy zarabiają najniższą krajową, a żeby przetrwać do wakacji i opłacić podstawowe rachunki, organizacja zmuszona jest sprzedać swoją specjalistyczną łódź ratunkową. O sytuacji w "Kanale Zero" opowiedział Jakub Szymczuk.

Jakub Szymczuk, w materiale „Kanału Zero” odwiedził Mazurskie Ochotnicze Pogotowie Ratunkowe. Jak mówi prezes MOPR, Jarosław Sroka sytuacja, która obecnie panuje w organizacji jest trudna. Zostali właściwie zmuszeni do podjęcia decyzji o sprzedaży jednej z łódź ratunkowych.

Łódź ratująca życie na sprzedaż

Łódź, którą MOPR musi sprzedać, to specjalistyczna, dziewięciometrowa łódź ratunkowa, przystosowana do trudnych warunków na Mazurach (silny wiatr, wysokie fale). Zapewnia ona bezpieczeństwo ratownikom i umożliwia skuteczne niesienie pomocy. Bez niej akcje ratunkowe będą znacznie trudniejsze i mniej bezpieczne.

MOPR, czyli Mazurskie Ochotnicze Pogotowie Ratunkowe to zatrudnionych na etatach stałych, etatach całorocznych na podstawie umowy o pracę 22 ratowników zawodowych, którzy wokół siebie skupiają młodych adeptów sztuki ratowniczej. Żeby pokryć pensje, wypłaty dla tych ludzi potrzebna jest kwota około dwóch milionów złotych rocznie, a przypomnę, że ratownicy mazurscy zarabiają najniższą krajową z małymi dodatkami, a współfinansowanie z środków rządowych, które są nam przekazywane w ramach konkursu przez wojewodę warmińsko-mazurskiego, to w tym roku kwota 538 tysięcy złotych plus nasz co najmniej 20% wkład własny finansowy – podkreśla Jarosław Sroka w rozmowie z „Kanałem Zero”.

Reklama

System, który nie domyka budżetu

Jak zaznacza, jeśli zestawimy tę kwotę nieco ponad 500 tys. złotych z liczbą zatrudnionych pracowników, to do „kwoty dwóch milionów troszeczkę nam brakuje”. Prezes MOPR dodaje, że takie finansowanie wystarcza na około 7-8 miesięcy, a ratownicy pracują cały rok. Naszą służbę pełnimy całodobowo, całorocznie, a o tym świadczą chociażby statystyki, bo biorąc pod uwagę tylko tamten rok, to jest ok. 313 wypłynięć, udzieliliśmy pomocy prawie tysiącom ludzi – mówi.

Przy liczbach warto też wspomnieć, że w szczycie sezonu na Mazurach pływa nawet kilkanaście tysięcy różnych jednostek. Przy założeniu, że na każdej z nich znajduje się kilka osób, „to mamy do czynienia z tym, że na wodzie każdego dnia przebywa średniej wielkości miasto, a w takim średniej wielkości mieście, tak jak w mieście, może zdarzyć się wszystko”.

Prezes MOPR podkreśla, że największy problem to sposób finansowania z jakim mają do czynienia. Obecnie polega to na tym, że organizacja otrzymuje pieniądze w ramach konkursu ogłaszanego przez Urząd Marszałkowski. Jak dodaje, jego zdaniem największy spokój i płynność finansową, zapewniłoby bezpośrednie finansowanie przez ministerstwo, ze środków rządowych.

Reklama

Pomoc, która nie może się spóźnić

Jeżeli chodzi o ratowanie zdrowia i życia na wodzie, w wodzie, różni się to tym od ratowania w górach, że np. jak Pan wędrując po górach, złamie sobie nogę, skręci kostkę, to może Pan na pomoc ratowników czekać pół godziny, godzinę, dwie, trzy, nawet cztery. Zabezpieczy ktoś to Panu, Pan sam zabezpieczy, Pan czeka. Natomiast jeżeli Pan potrzebuje pomocy w wodzie, na wodzie, to ta pomoc musi do Pana dopłynąć w ciągu kilku, maksymalnie, zależy od sytuacji, kilkunastu minut, bo inaczej to po prostu skończy się źle – tłumaczy Jarosław Sroka.

Warto również zwrócić uwagę na różnice, jakie występują między organizacją mazurską, a tymi w górach. TOPR czy GOPR, otrzymują systemowe wsparcie liczone w dziesiątkach milionów złotych. Nikt mi nie powie, że w górach jest niebezpieczniej niż w wakacjach nad wodą. Dlatego domagamy się zmian legislacyjnych – mówi mieszkaniec Giżycka i radny wojewódzki Piotr Andruszkiewicz.

Pracownicy MOPR: „Czasami brakuje na chleb”

Pracownicy MOPR podkreślają, że „sam sprzęt nie ratuje, są potrzebni do tego ludzie, a żeby utrzymać ludzi trzeba mieć na to odpowiednie finansowanie”. Pracujemy po to, żeby jak najbezpieczniej było na Mazurach. Dlatego też pracujemy w systemie 24-godzinnym, żeby przez cały dzień, przez całą dobę nieść pomoc tym osobom, które są zagrożone utratą życia lub zdrowia. Jednak pracujemy za najniższą krajową, więc jest to związane z tym, że czasami brakuje na chleb – mówi w rozmowie z Jakubem Szymczukiem jeden z ratowników.

Reklama

Do codziennej służby w sytuacjach zagrożenia dochodzą także godziny prac serwisowych i przygotowań. W związku z tym, że MOPR pracuje ze sprzętem często kilkunastoletnim, wymaga on częstych napraw, co także wiąże się z kosztami. O cały nasz sprzęt dbamy tak naprawdę sami. Niejednokrotnie noce są zarwane, żeby po jakiejś drobnej czy większej awarii sprzęt doprowadzić do porządku – mówi pracownik.

MOPR pilnuje trzydziestu jezior i jedenastu kanałów o łączeń długości 170 kilometrów i powierzchni ponad 320 kilometrów kwadratowych. To jest więcej niż ma na przykład Malta. I MOPR pilnuje tego obszaru przez cały rok. 24 godziny na dobę. Ratownicy pełnią dyżury w pięciu bazach, w tym jednej sezonowej. Czy potrzeba więcej, żeby pokazać tą skalę? – pyta w swoim materiale Jakub Szymczuk.

Zobacz cały materiał:

Kanał Zero/ Stacja7

Reklama

PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ

PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ
WIARA I MODLITWA
Zatrudnij nas