Medialna klapa

„Medialne konklawe” zakończyło się totalną klapą. Nie chodzi o to, że żaden watykanista nie przewidział wyboru kard. Bergoglio z Argentyny.

ks. Przemysław Śliwiński
ks. Przemysław
Śliwiński
zobacz artykuly tego autora >

Chodzi o scenariusz, według którego – jak przekonywali nas watykaniści – toczy się każde konklawe: dwie frakcje głosują na swych liderów. Któryś z nich wygrywa wtedy, gdy biały dym pojawia się drugiego bądź trzeciego dnia.

Jeśli konklawe się przedłuża, faworyci odpadają, a kardynałowie sięgają po kandydatów kompromisu. Mniejsza o nazwiska. Przegrał scenariusz, który – okazało się po raz kolejny – nie jest prawdziwy. Nie informowano nas o konklawe, nie było "lepiej poinformowanych", wiarygodność dziennikarska doznała uszczerbku.

Medialna klapa

Narracja równoległa

Do tej porażki nikt się nie przyzna, nie ogłosi jej na pierwszej stronie wysokonakładowego dziennika, nie wspomni w głównym wydaniu serwisu informacyjnego w telewizji. A przecież to z mediów czerpaliśmy wiedzę o tym, co kardynałowie robią wewnątrz, o czym rozmawiają, czym rządzi się konklawe.

Z jednej strony to nic dziwnego. Wskutek tajemnicy otaczającej wybory papieskie (ta tajemnica nie jest kaprysem kardynałów, ma swoje uzasadnienie), do mediów przedostaje się minimum informacji. Jakąś treścią trzeba wypełnić miejsce w gazetach i czas antenowy, a czasu i miejsca wiele, bo wydarzenie śledzą wszyscy na świecie.

Z drugiej strony, w tym roku dobitnie zobaczyliśmy, że dziennikarskie spekulacje powstające w miejsce brakującej informacji to po prostu fikcja. 

Było tak zawsze. Próby dzielenia kolegium kardynalskiego na frakcje, czyli przekonanie, że chociaż Duch Święty inspiruje, to jednak kardynałowie są ludźmi, a ludzie zachowują się jak posłowie albo deputowani w izbie parlamentu.

Czasem, przez przypadek, ta narracja się sprawdzała. Jak choćby w 1963, gdy konklawe wybrało kard. Montiniego. Ale nietrudno przewidzieć przebieg konklawe, gdy istnieje naprawdę mocna osobowość w Kościele. Nie potrzeba było "frakcji", by z dużym prawdopodobieństwem przewidzieć wybór kard. Montiniego, kard. Pacellego w 1939, czy kard. Ratzingera w 2005. Co więcej „frakcyjność” często te kandydatury torpedowała. 

 

Scenariusz okazuje się bezradny, gdy nie ma faworytów wśród „papabili”. Tak było teraz. W tym roku dziennikarze całego świata „ustalili” wspólną narrację, według której w kolegium kardynalskim istnieją dwie frakcje: kurialna wspierająca kard. Scherera oraz kardynałów – biskupów wielkich diecezji wspierająca kard. Scolę. I to on miał być faworytem.

Medialna klapa

Kluczowe było jednak przekonanie, że jeśli konklawe zakończy się szybko, wygra kard. Scola. Jeśli nie zdoła uzyskać 2/3 głosów w pierwszych dniach, trzeciego – czwartego dnia kardynałowie zwrócą się po kandydatury tak zwanych outsiderów, pośród których był też kard. Bergoglio.

 

Przekonanie to, niczym niepoparte, pozbawione jakiegokolwiek źródła, urosło do rangi pewności w środę, gdy biały dym obwieścił pomyślne popołudniowe skrutinium. Piotr Kraśko ogłosił w specjalnym wydaniu "Wiadomości", że tym wybranym musi być kard. Angelo Scola.

 

Konferencja Episkopatu Włoch też uwierzyła i posłała w świat depeszę gratulacyjną dla kardynała Scoli. Wszyscy, niemal wszyscy powtarzali, że krótkie konklawe oznacza wybór kardynała z Mediolanu. Bo tak od tygodni powtarzały scenariusze nakreślone przez "słynnych włoskich watykanistów". 

 

Mało kto powątpiewał w to, co oni mówili. Mało kto zwracał uwagę, że to przecież narracja równoległa, że to tylko próba analizy sytuacji, do której dziennikarze nie mają dostępu, a bez podstawowych danych, ze strzępów informacji nie da się utworzyć wiarygodnego przebiegu zdarzeń. Naiwną zdawała się prośba o źródła, przecież powinny być dwa – według reguł dziennikarskich.

Król jest nagi

Że król jest nagi, że narracja paralelna nie ma nic wspólnego z rzeczywistością, stało się jasne, gdy kard. Tauran obwieścił drżącym głosem wybór kardynała Bergoglio z Argentyny.

„Kto? Kto to jest?” – pytali ludzie w tłumie na Placu św. Piotra, a wśród dziennikarzy doszło do popłochu: nie mieli jego biografii w listach możliwych „zwycięzców” konklawe. "Co ja mam powiedzieć, byłem przygotowany na Scolę" – westchnął załamany prezenter amerykańskiej telewizji tuż przed powrotem na antenę.

 

W czym tkwił błąd słynnych dziennikarskich scenariuszy? Błędów jest przynajmniej kilka. Ale o trzech warto tu wspomnieć.

Medialna klapa

Po pierwsze, natura konklawe.

 

Nawet jeśli watykaniści często przypominają o odmiennej specyfice konklawe, które jest liturgią bardziej niż głosowaniem demokratycznym, które jest czasem modlitwy a nie czasem sporu – nie biorą oni tych słów na serio. 

 

Po drugie, frakcje.

 

Nawet jeśli istnieją kardynałowie, których można sobie przeciwstawić, nawet jeśli da się wyodrębnić pewne grupy kardynałów mających podobne wypowiedzi, gesty, znajomości, programy duszpasterskie, wspólną wizję problemów w Kościele – błędem jest ekstrapolacja takiego podziału na całe kolegium kardynałów. Innymi słowy, pomija się istnienie "centrum", kardynałów nie będących w żadnej z tych grup, nie wypowiadających się, bo nie chcą tego robić, a którym mimowolnie dopisuje się partię, poglądy i preferencje wyborcze. Ilu ich jest? wystarczy wspomnieć, że ogólnoświatowa prasa nie przedstawiła szerzej grupy około 60 – 70 kardynałów, w rzeczywistości nie biorąc ich też pod uwagę w układaniu słynnych "frakcji".

 

Po trzecie, pierwsze głosowanie.

 

To kardynalny błąd watykanistów, którzy twierdzą, że w pierwszym głosowaniu oddaje się głos na dwóch liderów frakcji zwanych po włosku „candidati di bandiera”. Oparta na takim rozumowaniu symulacja zmieniającej się tendencji  doprowadza do przekonania, że po dwóch – trzech dniach dopiero sięga się po kandydatów kompromisowych, gdy już wiadomo, że ci liderzy nie zdobędą poparcia, zablokowani przez krzyżujące się weta. 

Głosowanie na dwie najbardziej wyraziste osobowości w pierwszym skrutinium to niczym niepoparte twierdzenie. Równie prawdopodobne, a nawet o wiele bardziej, jest inne rozumowanie: że pierwsze głosowanie kończy się wynikiem, w którym wielu lub bardzo wielu kardynałów otrzymuje dość niewielkie poparcie. A takie założenie diametralnie zmienia logikę "faworytów", "outsiderów" oraz regułę, że w pierwszych dniach głosuje się na tych pierwszych.

Medialna klapa

Istnieje również czwarty argument, by uważać ze spekulacjami. To historia.

 

Scenariusz „frakcyjny” watykaniści próbowali aplikować od niemal stu lat. Kończył się porażką w 1958, dwa razy w 1978. W sierpniu 1978 porażka watykanistów była bliźniaczo podobna do tej, z jaką do czynienia mamy w tym roku: gdy po niecałej dobie od rozpoczęcia konklawe z komina wydobywał się biały dym, wszyscy zastanawiali się, który z dwóch faworytów został wybrany.

 

Jakim szokiem było "Habemus papam"! Okazało się, że po pierwszym dniu wybrano outsidera, kardynała Lucianiego z Wenecji! Dlaczego kardynałowie sięgneli po outsidera tak szybko? – zastanawiano się gorączkowo. Jedyną odpowiedzią watykanistów było wówczas przekonanie, że kardynałowie już podczas wstępnych kongregacji przygotowali „pakt”, a konklawe było już tylko formalnością. Porażka jednej spekulacji musiała zrodzić kolejną, równie niesprawdzalną, absurdalną.

Medialna klapa

Zaadoptuj watykanistę

Kochani Czytelnicy, postawmy sobie szczere pytanie: kogo interesowałaby prognoza pogody, jeśli jej wiarygodność wynosiłaby 4%? Albo nawet 20%? Zdaje się, że niewielu byłoby takich telemaniaków. Gdy chodzi o pogodę, wymagamy dobrych prognoz, lecz gdy chodzi o konklawe, wbijamy wzrok w prognozy, których sprawdzalność wynosi właśnie 4% (licząc całą historię Kościoła) albo 20% (licząc XX i XXI wiek). 

Jednak tym razem były i dobre strony. Pozytywną stroną tegorocznego konklawe, również jego medialnego odpowiednika, jest akcja opieki duchowej nad kardynałami.

Akcja "Zaadoptuj kardynała" polegała na tym, że każdy modlił się za jednego z grona niemal 120 elektorów, odpowiedzialnych za wybór papieża. Wielu z nas uświadomiło sobie, że konklawe nie jest wyłączną domeną purpuratów zamkniętych w Kaplicy Sykstyńskiej. Każdy z nas bierze udział w konklawe, wspierając kardynałów modlitwą.

Skoro tym razem zajęliśmy się duchowo kardynałami, w przyszłości trzeba otoczyć podobną opieką dziennikarzy. To przecież z mediów czerpiemy informacje o konklawe. To ich "narracja" sprawi, czy świat dowie się o liturgii konklawe, czy o Parlamencie Purpuratów. To w końcu od profesjonalizmu dziennikarskiego zależy, czy watykaniści przyznają się, że przewidywanie nie ma sensu, skoro niemal zawsze przegrywa, czy brnąć będą w rozpisywanie scenariuszy, które i tak się nie sprawdzą, ale cel – oglądalność – osiągną. 

Czas, byśmy następnym razem zajęli się watykanistami. „Wpłyń na obraz konklawe w mediach. Zaadoptuj watykanistę" – oto akcja na przyszłe konklawe.

Wesprzyj nas
ks. Przemysław Śliwiński

ks. Przemysław Śliwiński

Kapłan Archidiecezji Warszawskiej. Pochodzi z Lubawy. Ukończył studia specjalistyczne na Wydziale Komunikacji Społecznej Uniwersytetu Santa Croce w Rzymie. Jesienią 2013 roku, objął stanowisko rzecznika prasowego Archidiecezji Warszawskiej oraz dyrektora Archidiecezjalnego Centrum Informacji. Wykłada edukację medialną w Wyższym Metropolitalnym Seminarium Duchownym w Warszawie. Na Stacji7.pl jest autorem wielu artykułów oraz popularnego cyklu Jutro Niedziela.

Zobacz inne artykuły tego autora >
ks. Przemysław Śliwiński
ks. Przemysław
Śliwiński
zobacz artykuly tego autora >

Lekcja wiary Franciszka

Franciszek mówi językiem zrozumiałym dla każdego. A jego przesłanie przemawia nie mniej niż proste gesty, którymi podbija serca.

Beata
Zajączkowska
zobacz artykuly tego autora >

Każdy z papieży na początku pontyfikatu wybiera swoje papieskie zawołanie. Nie są to puste słowa. Ukazują one drogę, którą do tej pory szedł i z pewnością tą, którą pójdzie dalej. Wymowne jest to, że Papież Franciszek został przy swoim starym biskupim zawołaniu, w centrum którego jest miłosierdzie.

Miserando atque eligendo – „Okazując miłosierdzie i wybierając”.

„Bądźcie miłosierni w konfesjonale, ludzie bardzo tego potrzebują” – Franciszek prosił o to księży spowiadających w bazylice Matki Bożej Większej. Właśnie tam pojechał w pierwszych godzinach swego pontyfikatu. Zanim uklęknął na modlitwie przed ikoną Patronki Rzymu Salus Populi Romani, ofiarował Maryi prosty bukiet kwiatów. Głęboka maryjność to kolejny rys duchowości Franciszka.

Lekcja wiary Franciszka

„Zaczynamy wspólną drogę Kościoła, oby była ona owocna dla ewangelizacji”

– te słowa Papież wypowiedział kilka minut po tym, jak usłyszeliśmy: Habemus Papam!

A jego droga zaczęła się, gdy miał 17 lat. Wówczas, jak sam wyznaje, po raz pierwszy prawdziwe doświadczył żywej obecności kochającego Boga.

Zamiast na spotkanie z kolegami poszedł do kościoła i w odruchu serca uklęknął przy kratkach konfesjonału.

„Doświadczyłem tam w swoim sercu namacalnie Bożego miłosierdzia i zrozumiałem, że Bóg mnie powołuje”

– wyznał Jorge. Po tym wydarzeniu postanowił zostać jezuitą.

Tym swoim doświadczeniem spotkania z żywym Bogiem i Jego miłosierdziem dzieli się dzisiaj z nami i nie jest to mądrość wyczytana z książek, ale jego życie.

„Budowanie czegokolwiek bez Boga jest próżną robotą, czy wręcz działaniem na chwałę diabła”

– te mocne słowa zabrzmiały w czasie pierwszej Mszy. Odprawił ją  w Kaplicy Sykstyńskiej z kardynałami, którzy wybrali go na papieża.

„Sam Piotr, który wyznał wiarę w Jezusa Chrystusa, powiedział: Ty jesteś Synem Boga żywego, idę za Tobą, ale nie wspominajmy o krzyżu”

– mówił Ojciec Święty w czasie homilii do kardynałów.

Lekcja wiary Franciszka

Św. Franciszek obejmujący Jezusa na krzyżu. Bartolomé Esteban Murillo 1668

„Pójdę za Tobą innymi drogami, bez krzyża. Lecz kiedy idziemy bez krzyża, kiedy budujemy bez krzyża, i kiedy wyznajemy Chrystusa bez krzyża, nie jesteśmy uczniami Pana. Jesteśmy światowi, możemy być biskupami, księżmi, kardynałami, papieżami, kimkolwiek, ale nie uczniami Pana.

Chciałbym, abyśmy wszyscy, po tych dniach łaski, mięli odwagę chodzić w obecności Pana, z Jego krzyżem. I budować Kościół na krwi Pana, która została przelana na krzyżu. I wyznawać jedyną chwałę: Chrystusa ukrzyżowanego. W ten sposób Kościół będzie się rozwijać. Życzę tego nam wszystkim, abyśmy za sprawą Ducha Świętego i modlitwy Maryi, naszej Matki, otrzymali tę łaskę: Iść, budować i wyznawać Jezusa Chrystusa, ukrzyżowanego”.

Dzień później Papież Franciszek przypomniał już wszystkim kardynałom, a nie tylko elektorom, że to Chrystus przez swego Ducha prowadzi Kościół.

„Nie wolno poddawać się pesymizmowi, rozgoryczeniu i zniechęceniu, lecz trzeba poszukiwać nowych metod ewangelizacji w dzisiejszym świecie.

Drodzy bracia, odwagi! Połowa z nas przeżywa już starość. A starość – podoba mi się to określenie – jest ostoją życiowej mądrości.

Starcy mają w sobie mądrość przebytej drogi życia, niczym Symeon i Anna ze świątyni jerozolimskiej. I właśnie ta mądrość pozwoliła im rozpoznać Jezusa. Dawajmy tę mądrość młodym, niczym dobre wino, które z latami staje się lepsze. Dajmy młodym życiową mądrość.

Lekcja wiary Franciszka

Przypomina mi się to, co niemiecki poeta mówił o starości: Es ist ruhig das Alter und fromm, to czas spokoju i modlitwy, ale i przekazywania młodym tej mądrości”

– wskazał Ojciec Święty.

W czasie spotkania z dziennikarzami z całego świata Franciszek nie tylko wyjaśnił tajemnicę swego imienia, ale wskazał na coś o wiele bardziej istotnego, że bez Chrystusa Papież nie miałby najmniejszej racji bytu.

„Chrystus jest Pasterzem Kościoła, ale jego obecność w historii realizuje się poprzez wolność ludzi: spośród nich wybiera się jednego, aby służył jako Jego Wikariusz, Następca Apostoła Piotra, ale Chrystus jest centrum, nie Następca Piotra: Chrystus jest centrum. Chrystus jest fundamentalnym punktem odniesienia, sercem Kościoła. Bez Niego Piotr i Kościół nie istniałby i nie miałby racji istnienia”.

„Bóg nigdy nie męczy się przebaczaniem” – to, jak dotąd, jest dla mnie najpiękniejsze przesłanie Franciszka. Papieża który z serca wyznał:

„Najmocniejszym przesłaniem Boga jest dla mnie miłosierdzie”.

Lekcja wiary Franciszka

Wygłoszone z pamięci kazanie w watykańskim kościele św. Anny i pierwszy Anioł Pański to kipiąca treścią encyklika o miłosiernym Bogu Papieża Franciszka.

„Miłosierdzie zmienia wszystko. To najlepsze, co możemy usłyszeć: że zmienia świat. Trochę miłosierdzia czyni świat mniej zimnym i bardziej sprawiedliwym. Musimy zrozumieć dobrze to miłosierdzie Boga, tego miłosiernego Ojca, który ma tak wiele cierpliwości…”

– mówił jak zwykły proboszcz do swych parafian.

W niedzielne południe, z okna swej prywatnej biblioteki, aż dwukrotnie powtórzył słowa, które rano wypowiedział na parafialnej Mszy. A z mocy tego przekazu zdawał sobie sprawę. Plac św. Piotra, był tak nabity wiernymi w czasie modlitwy „Anioł Pański”, że nie można było tam wetknąć szpilki, ale dzięki rejestrującym to wtedy mediom, miał wymiary świata.

„Nie zapominajcie, że Bóg nigdy nie męczy się przebaczaniem nam. To nas męczy proszenie Go o wybaczenie. Prośmy o tę łaskę, byśmy nigdy nie nużyli się tą naszą prośbą o przebaczenie”.

Wesprzyj nas

Beata Zajączkowska

Zobacz inne artykuły tego autora >
Beata
Zajączkowska
zobacz artykuly tego autora >