video-jav.net

Miłosierdzie z życia wzięte. Głodnych nakarmić

Kiedy przychodzi listopad, na ulice Łodzi wieczorami wyjeżdża autobus – zwykły miejski, żółto-czerwony. Ale to nie jest autobus, na który czekają osoby zapracowane, spieszące się do domu, do rodzin. Takich kierowca nie zabiera. To autobus, z którego wolontariusze wydają ciepłe posiłki, przede wszystkim dla bezdomnych, ale nie tylko.

Polub nas na Facebooku!

Bo byłem głodny , a daliście Mi jeść
Mt 25,35

Kurs zaczyna się wieczorem ok. 21. i trwa do późnych godzin nocnych. – Podjeżdżamy na przystanek i wydajemy ciepłe posiłki, koce, lekarstwa – mówi jeden z wolontariuszy. Ale to nie koniec misji. W ekipie autobusowej są streetworkerzy, czyli ludzie, którzy przeglądają różne miejsca na dworcach, zrujnowane kamienice i szukają, tych, którzy nie mają siły przyjść, albo się wstydzą.

 

Kim są na co dzień pomagający? Część to pracownicy schroniska dla bezdomnych im. św. Alberta, są także wśród nich pracownicy tzw. MOPSU, Straży Miejskiej, ale i sami bezdomni. – To jest bezpośredni kontakt „swój ze swoim” – mówi jeden z bezdomnych wolontariuszy. My się znamy z ulicy, podwórka. Z tą różnicą, że dzieli nas stół. Bo każdy posiłek, na każdym przystanku, jest wydawany przy stole. Żeby było godnie. Spokojnie.

 

Kim są potrzebujący? Przychodzą nie tylko osoby bez dachu nad głową. – Opiekuję się przez cały dzień chorą matką – zwierza się jeden z potrzebujących. Mam mieszkanie, mam kuchnię, ale nie mam możliwości, żeby cokolwiek przygotować dla siebie.  Tutaj dostaję ciepłą zupę. I to często jedyny mój posiłek. Choroba matki zabiera mu cały wolny czas, w którym mógłby zadbać o siebie.

 

Na ciepłą zupę przychodzą również młodzi ludzie. Jest ich bardzo wielu, szczególnie kobiety.

 

Człowiek wobec człowieka. – Nie ma odczucia, że są lepsi i gorsi – zaznacza jeden z wolontariuszy. Cel jest oczywisty: Głodnych nakarmić. Autobus codziennie rozdaje około 300 porcji zupy.

Miłosierdzie z życia wzięte. Modlić się za żywych i umarłych

Tak niech świeci wasze światło przed ludźmi, aby widzieli wasze dobre uczynki i chwalili Ojca waszego, który jest w niebie (Mt 5, 16)

Polub nas na Facebooku!

To był zwyczajny dzień pracy. Taki przeciętny, bez afer, nerwów, stresu. Słońce za oknem. Nagle kolega wchodzi z plikiem takich samych przesyłek, dla wybranych redaktorów. Ciekawość ogromna, co dostaliśmy – małe białe koperty, niezbyt zapakowane. Otwieramy. W środku obrazki z informacją, że od tego dnia będą odprawiane wieczyste msze św. w naszej intencji. – „Kto to zamówił?! Dlaczego za mnie? Co jest grane?” – pytania padały jedno po drugim. Nazwiska nadawcy nie było, tylko podpis: „Sylwia”. Nikt z nas nie znał żadnej Sylwii. Zero skojarzeń.

 

Minęło kilka lat. Obrazki wylądowały, gdzieś w zakamarkach domowych biurek, niektórym w ogóle zaginęły. Każdy z nas szedł już inną drogą, zmienił pracę i… odniósł jakiś sukces. Niby zwykła kolej rzeczy. Kto pracuje, ten ma! Tak myślałam. Do czasu…

 

Spotkałyśmy się w chwili, kiedy odchodził mój duchowy ojciec – Joachim Badeni, dominikanin. Sylwia jest pielęgniarką. Opiekuje się chorymi ojcami w krakowskim klasztorze. Wtedy była obecna codziennie na życzenie ojca Joachima. Podawała lekarstwa, zmieniała opatrunki i modliła się. Dwa dni przed śmiercią modliłyśmy się razem. Spędziłyśmy tak w modlitwie kilka dobrych godzin. Kiedy zapadł zmrok, a ojciec Joachim już zasnął, chciałam odejść. I nagle zadała mi pytanie, czy dotarła do mnie przesyłka z obrazkiem w środku. Moje zdziwienie było ogromne, pamięć ożyła: „Sylwia?…. Poznałyśmy się wcześniej? Nie kojarzę, przepraszam”. Nie poznałyśmy się wcześniej. „Dlaczego więc za mnie? Za nas?”…. – dopytywałam. Odpowiedź była natychmiastowa. „Bo ja tak mam, że dostaję światło na daną osobą, którą mijam na ulicy, w kościele, w szpitalu… To dla mnie taki znak, że mam się za tę osobę pomodlić. Jednego dnia zobaczyłam Was na krużgankach u dominikanów. Dowiedziałam się od koleżanki, że pracujecie w jednym zespole…”. Zamówiła msze, które odprawiane będą za naszego życia i po śmierci. Poszła modlitwa, poszły jej dobre czyny przed nami. I każdemu z nas Pan Bóg błogosławi. Nie z powodu naszych zasług, bynajmniej.

 

Sylwia zamawia od wielu lat msze wieczyste, za dziennikarzy, polityków, wydawców, lekarzy, bezdomnych, chorych – Bóg sam wie, za kogo jeszcze. Nie zawsze musi widzieć tę osobę. Czasem o kimś tylko usłyszy, a światło przychodzi i zaczyna się modlić. Tak próbuje radować ludzkie serca. Tak wyprasza obfite łaski.


Przeczytaj także:

Nie bój się żyć: świadectwa ostatnich dni Ojca Joachima Badeniego


 


Książka “Nie bój się żyć. Biografia Ojca Joachima Badeniego” autorstwa Judyty Syrek

Potomek rycerza spod Grunwaldu i szwedzkiego pirata, oczko w głowie matki – Kazio Badeni. Był temperamentnym dzieckiem, guwernantki miały z nim wiele kłopotów. Podczas studiów w Krakowie, jak na arystokratę przystało, miał pieniądze, własny apartament, lokaja i samochód. A w tańcu uwodził niczym Fred Astaire.

Żył beztrosko i towarzysko. Aż do pewnego czerwcowego wieczoru, kiedy to poczuł na plecach łagodny dotyk. Pod jego wpływem zamiast do klubu nocnego, poszedł do kościoła. Kilka lat później wstąpił do dominikanów.