Dialog? On niczego nie rozwiąże!

Nie potrafiłabym o dialogu pisać bezosobowo. Jak o zbiorze uniwersalnych zasad dla naszego społeczeństwa. Wolę opisać cud, cichy cud naszego małżeństwa, w którym choleryk z melancholikiem nieporadnie budują jedność.

Anna Hazuka
Anna
Hazuka
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Dialog to słowo odmieniane ostatnio w Polsce przez wszystkie przypadki. Mówimy o potrzebie dialogu, próbujemy go podejmować, powtarzamy, że tylko on nam pozostał, chcemy do niego usiąść. Ale o co w nim tak naprawdę chodzi? Z dialogiem jest trochę jak z łosiem z Puszczy Kampinoskiej – wszyscy o nim słyszeli, ale mało kto doświadczył z nim spotkania.

Był późny październikowy piątek. Podjechał na tyle blisko, żeby widzieć bramę wjazdową, ale jeszcze móc zawrócić. Wyłączył silnik, westchnął i ostatni raz spróbował ją przekonać: „Kochanie, a może jednak pojedziemy do jakiegoś spa, zamiast tutaj?”. Ona milczała, ale w środku cała była wątpliwością. Co ich czeka na tym tajemniczym Weekendzie Małżeńskim? Czy on nie zrazi się ostatecznie do Kościoła? A ona, czy nie wyjedzie stąd z bolesnym przeświadczeniem, że nie ma dla nich miejsca wśród wierzących? Prawdopodobnie czysta przyzwoitość (i wpłacona zaliczka) sprawiły, że jednak zaparkowali samochód i weszli do środka. Po dwóch dniach wyjeżdżali stamtąd z szeroko otwartymi ze zdziwienia oczami. Przecież znali się już tyle lat! Już mieli na koncie czwórkę dzieci, trzy przeprowadzki i jednego psa. I tyle kłótni i przeproszeń za nimi, i nieprzespanych nocy, i tych najgłupszych cichych dni. Oni się naprawdę już znali. A jednak czuli, jakby spotkali się po raz pierwszy. Co ich poprowadziło ku sobie? Dialog. Tak, ci dwoje rzeczywiście spotkali kampinoskiego łosia.

Dialog, którego nas wtedy nauczono, zamyka się w czterech zasadach. Mamy je wywieszone na lodówce i wyryte w sercach. Są dla nas ważnym sposobem komunikowania się nie tylko ze sobą i naszymi dziećmi, ale i ze światem. Są naszą definicją miłości:

1. Bardziej słuchać, niż mówić.
2. Bardziej rozumieć, niż oceniać.
3. Bardziej dzielić się, niż dyskutować.
4. Nade wszystko przebaczać.*

Pozwól drugiemu poprowadzić cię w jego świat i zadziw się nim.

O tych zasadach piszę bardzo często w moich tekstach, ale nigdy nie wyraziłam ich tak wprost. Pierwsza z nich jest jak port, przenoszący nas do innego świata. Shema! Słuchaj, zasłuchaj się w drugiego! Bez gotowych odpowiedzi, bez nerwowego potakiwania, bez czekania aż tylko skończy mówić, żeby móc powiedzieć swoje. Słuchaj i milcz. Pozwól drugiemu poprowadzić cię w jego świat i zadziw się nim. Na tamtym pamiętnym weekendzie odkryłam, jak bardzo przegadane i pełne mojej paplaniny było nasze małżeństwo. Wszystkie moje gotowe recepty, “zawsze celne” uwagi i “niezawodne” pomysły stanowiły dla Wojtka barierę, przez którą nie mógł się do mnie przebić. Dotrzeć do mnie ze sobą i z całym swoim światem. Ta jedna zasada – cisza, która na początku kosztowała mnie naprawdę dużo – pozwoliła mi po raz pierwszy usłyszeć mojego męża. A im bardziej go słuchałam, tym większe ogarniało mnie zdumienie. Wciąż odkrywam, jak wielką jest tajemnicą i chyba nigdy nie odważę się już powiedzieć, że go znam. Nie… Ja go wciąż poznaję. Ot, mały życiowy przewrót kopernikański, który zaczął się od słuchania.

Druga zasada nakłada na nas obowiązek rozumienia, które wyprzedza osąd, a tak naprawdę go niweluje. W naszej małżeńskiej relacji w praktyce oznacza to przede wszystkim zakaz używania komunikatów zaczynających się od słów “jesteś taki, a taki”, “zrobiłaś to i to”, “zachowujesz się tak, a tak”. Kiedy mój wspaniały mąż zamyka się w swojej emocjonalnej skorupie i burczy na mnie i na dzieci z odległości kilometra, mam zawsze dwa wyjścia. Mogę dać się ponieść emocjom i solidnie go ochrzanić, zrównując z błotem i wyzywając od nieczułych drani, albo mogę “zasłuchać się” w ten jego stan i spróbować go zrozumieć. Mogę podejść i powiedzieć: “Czuję się zraniona Twoim zachowaniem, pomóż mi Ciebie zrozumieć. Co się dzieje?”. Gdy chowam moje powierzchowne i gwałtowne sądy, pojawia się we mnie przestrzeń do zrozumienia. Ile to już razy łapałam się na tym, że tam, gdzie ja widziałam tylko gbura i chama, był głęboko sfrustrowany facet, któremu świat nadepnął tego dnia bardzo boleśnie na odcisk. Który został przez kogoś poniżony, niezrozumiany, zwyczajnie zraniony. Ostatnią rzeczą, jakiej wtedy potrzebował, była moja złość i agresja.

Dialog przenika przebaczenie, które rządzi się tylko jedną zasadą – tym więcej we mnie przebaczenia, im więcej we mnie pokory. Nie jestem bezgrzesznym, perfekcyjnym orłem szybującym wysoko ponad światem marności. Jestem z tego świata. Z tego pyłu, z tego kurzu. I nieraz zawiodłam, i nieraz zraniłam. „Dlatego, kiedy ukoję już w sobie ból po Twojej zbyt kąśliwej uwadze, uśmiechnę się do Ciebie oczami pełnymi spokoju. Jakoś sobie poradzimy – my dwa głupiutkie nieloty”.

Wreszcie ostatnia zasada – bardziej dzielić się sobą niż dyskutować – jest tym, czego nasz kraj łaknie dzisiaj bardziej niż kania dżdżu. Co to znaczy dzielić się sobą? Przyda się nam porządna metafora i kilka dodatkowych akapitów.

 

Wędrówka na szczyt

Droga dialogu prowadzi przez ciche i cierpliwe nazywanie naszych emocji. Przez prawdę o tym, że uczucia – nawet najtrudniejsze – nie są ani moim, ani twoim wrogiem.

Kiedy rozpoznajemy, że istnieje między nami jakiś problem, dysonans, spór – nie krzyczmy do siebie argumentami, nie wojujmy szablą naszych racji, bo odejdziemy z niczym. Poranimy się tylko i wzajemnie upokorzymy. Zamiast tego – wyruszmy w góry, to znaczy wejdźmy na wyższy poziom rozmowy. “Odkładam przed tobą, mężu, całą moją zbroję argumentów. Rezygnuję już na wstępie z mojej racji i staję przed tobą bezbronna. Jedyne, co mam, to moje uczucia. Te kochane, a czasem niekochane anioły, które przynoszą mi z głębi mojego serca jakąś ważną informację o mnie samej. Jeżeli mi pozwolisz, wyleję przed tobą moje serce, ufając, że je przyjmiesz takim, jakim jest. A potem poproszę ciebie, byś opowiedział mi, co czujesz”. Pierwszy poziom naszej wspinaczki to uczucia. Droga dialogu prowadzi przez ciche i cierpliwe nazywanie naszych emocji. Przez prawdę o tym, że uczucia – nawet najtrudniejsze – nie są ani moim, ani twoim wrogiem. Nazywając nasze stany emocjonalne zaczynamy rozumieć siebie. Walka na argumenty wydaje się być igraszką w porównaniu z odkrywaniem serca przed sobą nawzajem. Tylko ten, kto próbował tak rozmawiać, wie jakie to trudne. To nie jest łatwa droga. Dialog jest dla odważnych.

Dzielenie ma wiele etapów. Nasza wspinaczka dopiero się zaczęła. Kolejny poziom to rozpoznawanie i nazywanie naszych potrzeb. Najpierw tych fundamentalnych z piramidy Maslowa, a potem tych mniej oczywistych jak potrzeba siły, sprawczości, intymności, twórczego działania. Za każdym moim przyjemnym uczuciem kryje się jakaś zaspokojona potrzeba, a za każdym trudnym uczuciem ukrywa się jakiś brak. Czegoś w sobie nie rozumiem, jakiejś potrzeby nie widzę. Albo widzę ją od dawna, ale nie daję sobie do niej prawa.

Czy w dzieleniu można iść jeszcze wyżej? Już prawie jesteśmy na szczycie. Tu kryją się nasze lęki. Tutaj wieje halny naszego życia. “Kochanie, pomóż mi. Podtrzymaj mnie, bo chcę stawić czoła temu wszystkiemu, przed czym uciekam całe życie. Temu, co mnie dopada w środku nocy, co czyni mój oddech płytkim. Jeśli tylko będziesz przy mnie – z tobą przy boku stawię czoła całemu piekłu, które w sobie noszę. I uwolniona odetchnę wreszcie spokojnie”.

 

 

Spójrz w dół

Tuż przed szczytem wędrówki są jeszcze przekonania. Te cichutkie melodie, które podpowiadają nam czego mamy pragnąć i czego mamy się bać. Gdy uda nam się dojść tak wysoko, możemy posłuchać tych subtelnych dźwięków. Spróbujmy odkryć, które przekonania są zgodne z naszym systemem wartości, naszymi pragnieniami i potrzebami, a które są jak zatrute źródła. Które nas koją, a które powodują zamęt. Jesteśmy tak wysoko! Zadziwiające, dokąd może doprowadzić spokojna, ufna rozmowa, w której mam wyjątkową szansę przyglądać się sobie w oczach drugiego. Kiedy odkrywamy nasze fałszywe przekonania – utarte, nieuświadomione schematy myślenia, wyrosłe na krzywdzie, traumie, odziedziczonym sposobie pojmowania świata, stajemy jak uczniowie wobec Chrystusowego wołania “Nawróć się i uwierz w Ewangelię!”. Bo nawrócenie (metanoia) to wychwycenie tych fałszywych tonów rozumowania i zastąpienie ich właściwą melodią.

Dialog tworzy przestrzeń, gdzie ja coraz bardziej staję się sobą wobec Twojej coraz wyraźniejszej odrębności.

A co jest na szczycie? Dokąd prowadzi nas dialog? Tam, gdzie otworzyliśmy na oścież przed sobą serca, tam dzieje się spotkanie. Największa tajemnica jedności. “Spotykam ciebie, mój kochany Inny. Spójrz w dół – jak odległy teraz wydaje się nam nasz problem. Czy go rozwiązaliśmy? Nie. Dialog do tego nie służy. On ma prowadzić mnie do spotkania z Tobą, z radykalnie innym ode mnie człowiekiem. Dialog tworzy przestrzeń, gdzie ja coraz bardziej staję się sobą wobec Twojej coraz wyraźniejszej odrębności. Każdy z nas jest chodzącą tajemnicą, jest historią, która pisze się w ukryciu serca. Drogi Inny, nie mam prawa cię zmieniać i nie chcę tego robić. Chcę cię poznać, chcę zobaczyć świat Twoimi oczami. Jeżeli tylko mi pozwolisz i zasłuchasz się w moją inność, wtedy między nami wydarzy się tajemnica spotkania, która już na zawsze nas połączy. Z tej góry wrócimy przemienieni, gotowi tak rozwiązać spór, żeby ocalić naszą jedność”.

 

Cud zrozumienia

Nie potrafiłabym o dialogu pisać bezosobowo. Jak o zbiorze uniwersalnych zasad dla naszego społeczeństwa. Wolę opisać cud, cichy cud naszego małżeństwa, w którym choleryk z melancholikiem nieporadnie budują jedność. Cud zrozumienia, który dzieje się między osobnikami o tak radykalnie różnej wrażliwości, duchowości i zakresie potrzeb jak my. Codziennie doświadczamy tego cudu. Tylko dzięki temu wiemy, że dużo więcej możemy dać światu, gdy nie panoszymy się po nim z wypisaną na czole „świętą racją”. To małe małżeńskie laboratorium ofiarnej miłości otworzyło nam oczy na innych. Tak samo zranionych, ale i tak samo wyjątkowych jak my. Uratowanych przez Łagodnego Baranka.  Dialog popycha nas wciąż ku peryferiom. Ku ludziom bardzo dalekim od wiary, ale głodnym wysłuchania i zrozumienia. Tam, gdzie boi się podejść fundamentalizm, tam znajdziesz ludzi dialogu. Bezbronnych, z sercami na wierzchu. Jeśli nie rzucisz w naszym kierunku salwy swoich argumentów i oskarżeń, jeśli nie schowasz się za tarczą przekonań, tylko będziesz miał odwagę wyruszyć z nami w góry – to chodź! Nasz stół jest długi i pomieści nas wszystkich. 


*Zasady dialogu, ujęte w ten sposób, sformułował Jerzy Grzybowski, który wraz z żoną Ireną jest współzałożycielem międzynarodowego ruchu Spotkań Małżeńskich.

 

Anna Hazuka

Anna Hazuka

Żona Wojtka, mama Marysi, Ulci, Elenki, Basi i Jasia. Z życiowej pomyłki – prawnik, z naprawionego błędu – dziennikarz. Absolwentka pierwszej edycji Akademii Dziennikarstwa.

Zobacz inne artykuły tego autora >

Reklama

Szukasz wartościowych treści?

Zapisz się na cotygodniowy newsletter Stacji7


Reklama

Reklama

Anna Hazuka
Anna
Hazuka
zobacz artykuly tego autora >
MAŁŻEŃSTWO

4 pomysły na ślub z myślą o gościach

W przygotowaniach ślubu warto pomyśleć o tym, że goście, którzy na niego przyjdą, powinni także godnie i świadomie przeżyć Eucharystię.

Otylia Sałek
Otylia
Sałek
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Jest wiele sprawdzonych pomysłów, które pomogą gościom ślubnym dobrze przeżyć Mszę, a oni sami z pewnością to docenią. Są to propozycje do zrealizowania raczej w każdej parafii, nie wymagają praktycznie nakładu kosztów, ale trzeba im poświęcić czas i uwagę, a przede wszystkim mieć odwagę i szczere pragnienie, by nie stracić z oczu Tego, co najważniejsze w ślubie kościelnym – Pana Boga.

 

1. Spowiedź przed Mszą

Spójrzmy prawdzie w oczy – z tą bywa różnie. Goście przybywają z daleka, a być może ślub będzie dla nich jedną z niewielu okazji uczestnictwa w Mszy. Jeśli narzeczeni decydują się na ślub kościelny, jest to znakiem, że Pan Bóg jest dla nich ważny i to z Nim chcą rozpocząć swoją małżeńską przygodę. Idąc krok dalej – powinno być ważne dla nich także to, by goście, których zapraszają do udziału w ślubie, mogli się za nich modlić z czystym sercem i w pełni uczestnicząc we Mszy, czyli z możliwością przyjęcia Komunii w intencji nowożeńców. Ksiądz nie powinien robić kłopotu, gdy poprosi się go, by na pół godziny przed ślubem usiadł w konfesjonale.

Warto także o możliwości spowiedzi powiadomić wcześniej gości, czy to przy zaproszeniach, czy przed Mszą.

 

2. Znane pieśni

Temat śpiewów na ślubach jest o tyleż dyskusyjny, co szalenie prosty. Jeśli decydujemy się na ślub kościelny, respektujemy zasady, jakimi rządzi się liturgia, a zatem wybieramy na ślub pieśni liturgiczne, ponieważ muzyka jest integralną jej częścią, a nie dodatkiem. Kilkadziesiąt propozycji pieśni możecie znaleźć tutaj razem z playlistą.

Jest ogrom pieśni liturgicznych o miłości, które pięknie wykonane mogą wzruszyć tak samo jak słynne “Alleluja” Cohena czy “Twoja miłość jak ciepły deszcz”. Wybór znanych pieśni, a takimi będą popularne pieśni kościelne, to także ukłon w stronę gości, którzy chętniej włączą się w psalmowe “Skosztujcie i zobaczcie” niż nawet najbardziej pięknie i koncertowo wykonane “Gdy drogi pomyli los zły”. Przy wyborze pieśni najlepiej kierować się tematem Mszy i czytaniami, jakie zostały wybrane przez nowożeńców.

 

3. Śpiewniki

Ten pomysł wiąże się z poprzednim. Nawet najbardziej znane pieśni nie są znane w całości, a Wasi goście – przynajmniej w części – chętnie je zaśpiewają. Warto więc pomyśleć o wykorzystaniu kościelnego rzutnika lub przygotowaniu śpiewnika. O tę kwestię można śmiało poprosić organistę lub zespół, który będzie dbał o śpiewy. Śpiewniki można rozłożyć na ławkach – nie zapomnijcie poprosić kogoś ze znajomych o pomoc w zebraniu ich po ślubie!

Warto też pamiętać, że jeśli samemu się w scholi nie śpiewa i żadnych znajomych w scholi się nie ma, to jeszcze nie znaczy, że trzeba koniecznie wynająć zespół lub profesjonalnych śpiewaków. Można zapytać o zaśpiewanie scholę z parafii, schole z kościołów akademickich podejmą się z radością takiej posługi – a Wy będziecie spokojni, że zrobią to ze smakiem i pięknie.

 

4. Dekoracja z umiarem

Absolutnie nie chodzi o to, żeby zrezygnować z marzeń o pięknym wystroju. Podczas Mszy goście powinni mieć możliwość skupienia się na… Mszy – na tym, co się dzieje na ołtarzu. Warto więc umożliwić im to poprzez dekorację, która nie będzie ich rozpraszać i nie zmieni ślubu w festyn. Bywały już i takie sytuacje, że w czasie Mszy niektóre panie ukradkiem ściągały z butów płatki róż, które w szaszłykowym stylu znalazły się na obcasach, gdy ich właścicielki kroczyły po puszystym dywanie obsypanym kwiatami. Są też goście wywracający się o piękne, białe szarfy, którymi opleciono ławki. Ryzykowne mogą też okazać się świeczniki, o które ludzie nierzadko potykają się, tłukąc ich szklane ścianki lub, co gorsza, rozlewając gorący wosk po posadzce i po kreacjach innych osób.

Dobrze jest i pod kątem takich ewentualności przemyśleć planowaną dekorację kościoła. Niech będzie ona piękna, niech odpowiada gustom młodych, ale niech też nie przeszkadza w przeżywaniu Eucharystii.

 

 

Otylia Sałek

Otylia Sałek

Z wykształcenia psycholog, z zamiłowania śpiewaczka, z Bożego (jak ufa) zamierzenia redaktor portalu Stacja7.pl. Wielbicielka muzyki liturgicznej, kawy i “Przyjaciół” oraz żywy dowód na to, że da się lubić Warszawę i Kraków jednocześnie.

Zobacz inne artykuły tego autora >

Reklama

Szukasz wartościowych treści?

Zapisz się na cotygodniowy newsletter Stacji7


Reklama

Reklama

Otylia Sałek
Otylia
Sałek
zobacz artykuly tego autora >
Copy link
Powered by Social Snap