Nasze projekty
fot. MiędzyZiemiąaNiebem/screenshoot/Facebook.com

S. Alberta – malarka, scenografka i artystka, która swoje prawdziwe szczęście odnalazła w… zakonie!

Wychowała się w ateistycznej rodzinie przekonana, że Bóg nie istnieje. Absolwentka szkół artystycznych była spełnioną scenografką, a jej kariera powoli układała się w najpiękniejszy dla niej scenariusz. Pan Bóg miał dla niej jednak inne plany...

Reklama

Ateistyczny dom

Rodzice Grażyny Chorążyczewskiej spotkali się kilka lat po wojnie. Pochodzili z rodzin o tradycjach patriotycznych i katolickich. Jednak jej ojca po ślubie wysłano do szkoły podoficerskiej, potem oficerskiej i tam drastycznie zmieniły się jego poglądy.

Mama wraz z przyjaciółmi ochrzciła mnie potajemnie nocą, bez wiedzy taty, który by na to nie pozwolił, a byłam już trzecim dzieckiem. Do Komunii świętej w dzieciństwie nie przystąpiłam i nigdy nie uczestniczyłam w lekcjach religii. Nasz dom był ateistyczny – wspominała siostra.

Poszukiwanie prawdy

Pasją Grażyny od lat są sztuki plastyczne i teatr. Te zainteresowania zaprowadziły ją na Wydział Malarstwa Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie. Kiedy ukończyła studia, przygotowywała się do zdawania egzaminów na reżyserię w PWST w Krakowie.

Reklama
Reklama

Od dzieciństwa moją pasją były sztuki plastyczne i teatr. To powołanie zmuszało mnie jako artystkę do uporczywego poszukiwania prawdy, która przekraczała obszary sztuki. Moi przyjaciele, obecnie wybitni krakowscy profesorzy malarstwa, byli ludźmi wierzącymi i praktykującymi, uczestniczyliśmy zawsze w najważniejszych wydarzeniach kulturalnych Krakowa, opozycyjnych zgromadzeniach studenckich czy spotkaniach z Ojcem Świętym – mówiła.

To tak trzeba żyć

W 1979 r. Grażyna uczestniczyła w spotkaniu z Janem Pawłem II. Na spotkanie na Skałce każdy uczestnik przyniósł krzyż. Ona nie była na to przygotowana.

Nigdy w życiu nie miałam krzyża. Z jednego z moich lepszych pędzli zrobiłam krzyż, który zabrałam ze sobą. Mam go do dzisiaj. Słowa Ojca Świętego głęboko wchodziły w całą moją osobę. Wyrwało mi się wtedy głośno i bezwiednie: „tak, to tak trzeba żyć”.

Reklama
Reklama

Scenografka

Grażyna Chorążyczewska wyjechała do Warszawy na Podyplomowe Studium Scenografii Józefa Szajny – niezwykłego malarza i reżysera, naznaczonego przeszłością oświęcimskiego więźnia.

Jeszcze w czasie studiów zadebiutowałam w warszawskich teatrach jako scenografka, a wkrótce jako reżyserka w Teatrze Studio Józefa Szajny. Dwa tygodnie po premierze wybuchł stan wojenny. Spektakl na jakiś czas zniknął ze sceny – opowiada s. Alberta.

Będąc w szkole teatralnej, Grażyna trafiła na zupełnie nowe doświadczenie. Brała udział w wykładach z biblistyki prowadzonych przez ks. prof. Janusza Frankowskiego. Było to coś zupełnie nowego na tym wydziale, a dla mnie pierwsza w życiu możliwość bezpośredniej rozmowy z księdzem i pierwsze tak wnikliwe zetknięcie z Pismem Świętym – wspominała.

Reklama

Przewartościowanie

Drogi Grażyny zaprowadziły ją do Paryża, gdzie razem z kolegami reżyserami chciała poznać osiągnięcia teatru europejskiego. Tak się złożyło, że panowie zamieszkali u pallotynów, a panie – u sióstr nazaretanek na Rue de Vaugirard.

Przełożoną domu była późniejsza przełożona generalna sióstr nazaretanek s. Maria Teresa Jasionowicz, która otoczyła nas ogromną troską – wspomina s. Alberta. – Nikt nie wiedział, że jestem kompletną ignorantką i poganką, tak jak nikt nie wiedział, że dokonują się we mnie ogromne przewartościowania. Przed wyjazdem z Paryża dostałam biały, papieski różaniec i album z fotografią Ojca Świętego na okładce, ze spotkania na Skałce.

I wtedy zdarzył się cud!

Kiedy studenci wracali z Paryża, zatrzymali się w Berlinie Zachodnim. Mieli nadzieję spotkać wybitnego reżysera Petera Steina, by prosić go o możliwość stażu w jego teatrze. Udało się, a jako pierwsza staż podjęła… Grażyna!

Podczas pobytu w Berlinie, w czasie przerwy wakacyjnej teatru, poczułam, że bardzo potrzebuję spotkania i rozmowy z s. Teresą. Po wielu staraniach uzyskałam w konsulacie francuskim wizę i pojechałam do Paryża.

A wtedy zdarzył się cud! Dzięki s. Teresie, artystka przystąpiła do I Komunii świętej. Wtedy opanowało ją prawdziwe szczęście. Po powrocie do Polski została skierowana asystenturę reżyserską do Teatru Współczesnego w Warszawie. Wtedy też miała podjąć się realizacji własnego spektaklu.

„Odnalazłam swoje prawdziwe miejsce”

Codziennie uczestniczyłam we Mszy Świętej w kościele św. Marcina. Któregoś popołudnia po próbie Maja Komorowska, grająca wówczas jedną z głównych ról w przygotowywanym spektaklu, zabrała mnie na bierzmowanie niewidomej młodzieży do kaplicy Zakładu dla Niewidomych w Laskach. Wspólnego planowanego spektaklu już nie zrealizowałyśmy, zaprojektowałam jedynie scenografię do spektaklu Mai, bo po otrzymaniu bierzmowania zostałam przyjęta do Zgromadzenia Sióstr Franciszkanek Służebnic Krzyża z Lasek i rozpoczęłam postulat.

Rodzice początkowo nie mogli pogodzić się z decyzją s. Alberty, a ich córki Grażyny. W końcu oboje byli ateistami. Jednak wybór ich dziecka sprawiła, że oni sami odnaleźli drogę do Boga.

Nigdy nie czułam, że coś straciłam, a wręcz przeciwnie – że zyskałam. W Laskach odnalazłam swoje prawdziwe miejsce!

kw/idziemy.pl/Stacja7

Reklama

Dołącz do naszych darczyńców. Wesprzyj nas!

Najciekawsze artykuły

co tydzień w Twojej skrzynce mailowej

Raz w tygodniu otrzymasz przegląd najważniejszych artykułów ze Stacji7

PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ

PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ
Reklama
WIARA I MODLITWA
Wspieraj nas - złóż darowiznę