Świadkowie Epoki/Youtube.com

„Byliśmy skazani na ich łaskę, a raczej niełaskę” – historia Ireny Godyń

Po obronie Grodna podczas II wojny światowej, Irena Godyń razem z rodziną zostali wywiezieni na Sybir. "Mundurowy wyciągnął nagana i skierował w stronę ojca, a ja jak automat zastawiłam go sobą" - wspomina.

Reklama

17 września Związek Radziecki napadł na Polskę. Wśród represji, które stosowali Sowieci na zajętych przez siebie ziemiach znalazły się m.in. masowe zsyłki ludności na Sybir. Po wojnie, mimo komunizmu, pamięć o Polakach wywiezionych w głąb Związku Sowieckiego nigdy nie zagasła. W 1988 roku udało się zarejestrować Związek Sybiraków, a rok później, oficjalnie zaczęto poruszać ten temat również w mediach. W 2004 zadecydowano, że 17 września będzie obchodzony dzień Sybiraka, który w 2013 nabrał rangi święta państwowego. Z tej okazji zachęcamy do zapoznania się ze świadectwem Ireny Godyń, która wraz z rodziną została wywieziona na Sybir podczas II wojny światowej.

„Czego szukacie na miłość boską?!”

We wrześniu 1939 roku, kiedy Polska została zaatakowana najpierw przez III Rzeszę, następnie przez Związek Radziecki, dotychczasowe życie 14-letniej Ireny Godyń dramatycznie zostało przerwane. Wraz z pozostałymi mieszkańcami Grodna, przygotowywała się do obrony miasta, która potrwała łącznie 3 doby. Wygrana Rosjan spowodowała masowy terror na uczestnikach walki: zaczęto wsadzać Polaków do więzień, rozstrzeliwano całe grupy, a resztę wywieziono na Sybir. W zemście transport z Grodna poszedł w taką głęboką tajgę, gdzie nie mieliśmy kontaktu w ogóle z żadną ludnością cywilną. (…) Byliśmy skazani na ich łaskę, a raczej niełaskę – wspomina Irena Godyń. Później opisuje moment aresztowania:

Wkroczyli w środku nocy, ustawili nas pod ścianą i zaczęli przeszukiwać dom. Mój ojciec zapytał czego szukają. „Broni”. (…) W końcu małego brata wyciągnęli z łóżeczka i jak zobaczył takiego „czubaryka”, jak ich nazywaliśmy, zaczął wrzeszczeć w niebogłosy. Ojciec się wtedy spytał czego szukają na miłość boską w łóżeczku dziecka, bomby, granatów? (…) Mundurowy wyciągnął nagana i skierował w stronę ojca, a ja jak automat zastawiłam go sobą. Byłby zastrzelił go w naszym własnym domu, na naszych oczach.

Reklama
Reklama
Świadkowie Epoki/Youtube.com

„Są rzeczy, które do końca życia idą z człowiekiem”

Wagony bydlęce z pryczami po obydwu stronach, żelazny piecyk po środku, kupa węgla przy nim na ogrzewanie. Tak wyruszyliśmy w podróż, która trwała 6 tygodni – opowiada pani Irena. Za ubikację służyła dziura w podłodze, a na świat można było wyjrzeć przez małe, zakratowane okienka. Zupę rozdawano raz na dzień-dwa, kiedy zatrzymywano się na stacji. Surowa zima o temperaturze dochodzącej do blisko -30 stopni powodowała, że niektórzy ginęli jeszcze w trakcie jazdy. W pamięci Ireny Godyń utkwiła historia dziewczynki, która umarła w drodze z powodu zapalenia płuc: To było pierwsze takie zetknięcie się ze śmiercią, bo potem się człowiek oswoił i już nie reagował tak mocno. Ale tutaj, gdzie to śliczne dziecko i matka kurczowo je tuliła do siebie… (Rosjanie) zatrzymali się w środku pola, wydarli matce tą dziewczynkę i wyrzucili w śnieg przy torach. I to są rzeczy, które do końca życia idą z człowiekiem, bo nie sposób tego zapomnieć.

„Ojciec pracował przy wyginaniu nart, a ja przy spojeniu”

W tajdze dorośli pracowali przy wycinaniu drzew, a młodzież oczyszczała pnie z gałęzi. Następnie pnie składało się w stos i mierzono. Porcję chleba dostawały osoby, które wyrobiły normę. Ojciec pani Ireny w czasie pracy doznał uszczerbku – spadające drzewo przygniotło mu nogę. Pani Irena natomiast miała odmrożone kolana i ręce do takiego stopnia, że prześwitywały przez nie kości. Z powodu niezdolności do pracy w lesie, skierowano ich obu do sąsiedniego obozu, gdzie zajęli się produkcją nart. Ojciec pracował przy wyginaniu nart, a ja przy spojeniu – wspomina.

Ten cały przedstawiciel tego ośrodka, to była taka kreatura złośliwa potwornie, że gdzie mógł i w jaki sposób dokuczyć, to dokuczał. To był nieprawdopodobny sadysta zupełnie, ja pamiętam jego nazwisko do dzisiaj (…). Najpierw nie ogłosił w ogóle amnestii – wspomina bohaterka programu „Świadkowie Epoki”. Mimo ogłoszonej amnestii w lipcu 1941, pani Irena wraz z innymi dowiedziała się o tym dopiero w styczniu następnego roku. To jednak nie było największym problemem – właściciel odrzucił amnestię dla pracujących przy nartach. W uzasadnieniu podał, że Rosjanie są już aliantami i jest to już wspólny wysiłek wojenny.

Reklama
Reklama

Końcowo Irenie Godyń i jej rodzinie udało się wynieść. Trafili jednak do Buchary, ponieważ Rosjanie skierowali tam pociąg, w którym jechali. Tam mieli pracować przy uprawie bawełny.

Świadkowie Epoki/Youtube.com

„I tak umrzemy, umierajmy razem”

Jej ojciec zmarł w pierwszy dzień Wielkanocy 1942 roku. Tego samego dnia matka straciła pamięć. Razem z dwójką chorych dzieci zostali przewiezieni do szpitala zakaźnego w Bucharze. Irena została sama z okaleczoną siostrą: To dziecko walczyło dosłownie ze śmiercią tygodniami. Miała przy sobie w swoim płaszczu książeczkę z 1 komunii świętej. Ja mam wrażenie, że to ją przy życiu trzymało, bo ona bez przerwy ciągle z tej książeczki się modliła leżąc i cierpiąc na ten kręgosłup. W obawie przed chorobą, Rosjanie wypędzili Irenę z młodszą siostrą z obozu. Dziewczynki ruszyły w kierunku Buchary poszukać pomocy i dowiedzieć się co z ich rodziną.

Po drodze ta okaleczona 11-letnia dziewczynka ustała. Nie mogła po prostu iść dalej. Zostawiłam ją proszę sobie wyobrazić w obcym kraju przy drodze, pod krzewami. Trzymała się kurczowo mnie: „I tak umrzemy, umierajmy razem, nie zostawiaj mnie, nie zostawiaj”. Powiedziałam: „słuchaj, nie będziemy umierać. Czekaj tutaj, ja po ciebie wrócę, tylko nie ruszaj się z tego miejsca”. I zostawiłam ją na siłę dosłownie pod tymi krzakami i ruszyłam w kierunku Buchary – opowiada Irena Godyń. W Bucharze spotkała Polską Delegaturę, która umieściła ją w wynajętym pokoju. Odnaleźli również jej siostrę. O matce dowiedzieli się, że już nie żyje. Dwójka jej młodszego rodzeństwa trafiła do sierocińca, a ona z siostrą trafiły do Iranu.

Reklama
Świadkowie Epoki/Youtube.com

„Straciłam dom, straciłam ojczyznę, oboje rodziców, siostrę ukochaną”

Irena Godyń bardzo dobrze uczyła się języków. W 1946 roku zdała maturę i dostała się na medycynę. Niestety po niecałym roku z powodu gruźlicy umieszczono ją w szpitalu. Tam padła ofiarą molestowania ze strony reszty pacjentek, co spowodowało, że chciała umrzeć. Wtedy pojawił się kleryk, późniejszy kardynał Rubin.

Ja się nie będę spowiadać, niech mi ksiądz nie mówi, że Pan Bóg jest Ojcem dobrym i sprawiedliwym. Co ja mu zrobiłam? Straciłam wszystko co można stracić. Straciłam dom, straciłam ojczyznę, oboje rodziców, siostrę ukochaną”. (…) I proszę sobie wyobrazić, że ten młody ksiądz nie przerywał mi, nie krzyczał, że bluźnię, tylko pozwolił mi wyrzucić z siebie nagromadzony ten cały ból. Uścisnął moje obie ręce i powiedział „Długo tutaj nie zostaniesz, bądź cierpliwa” – opowiada bohaterka programu „Świadkowie Epoki”. Następnego dnia Irena Godyń zjadła przyniesione przez księdza barszcz i pierogi. Przeprosiła go wtedy, potem Pana Boga i wyspowiadała się. Przewieziono ją do sanatorium. Później, w latach 50 ubiegłego wieku trafiła do Anglii.

Świadkowie Epoki/Youtube.com

Materiały wideo zostały zrealizowane przez Instytut Pileckiego w ramach projektu Świadkowie Epoki.

ka/www.sejm.gov.pl/Stacja7

Reklama

Dołącz do naszych darczyńców. Wesprzyj nas!

Najciekawsze artykuły

co tydzień w Twojej skrzynce mailowej

Raz w tygodniu otrzymasz przegląd najważniejszych artykułów ze Stacji7

SKLEP DOBROCI

Reklama

PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ

PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ
Reklama
WIARA I MODLITWA
Wspieraj nas - złóż darowiznę