video-jav.net

JEZUS – zawsze SUPERSTAR

Wygląda na to, że laicyzacja nie dotyczy kina. W krótkich odstępach czasu na wielkim ekranie zagościły aż dwa filmy biblijne: nafaszerowane do granic możliwości efektami specjalnymi - „Noe - wybrany przez Boga” i „Syn Boży”.

Milena Kukla
Milena
Kukla
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Drugi tytuł opiera się na amerykańskim serialu „Biblia” – najszybciej sprzedającym się serialu na DVD w amerykańskiej historii i obejrzanym już przez 100 mln Amerykanów. Wyemitowany został także w Polsce. Telewizja chwaliła się wynikiem: 2,5 miliona oglądających.

Zachęceni sukcesem twórcy, postanowili z odcinków dotyczących Chrystusa zrobić pełnometrażowy film. Krytycy są jednak dla obrazu bezlitośni. Przykładowe opinie: „To ruchomy "święty obrazek", na którym Jezus czaruje białym uśmiechem i nieskazitelną fryzurą, a z niebios wystrzeliwują kolorowe, świetliste promienie. Rodzaj religijnego fetyszu, potwierdzający pewien zestaw schematów estetycznych i umożliwiający wspólną celebrację wiary” (Darek Arest) lub: „Syn Boży ateistów utwierdzi w niewierze, rezolutnym katolikom natomiast zasieje ziarno niepewności w sercach” (Stopklatka). Choć uważam, że szczególne drugi cytat jest trochę na wyrost, nie możemy w przypadku tego filmu, uzasadniać krytyki jedynie niechęcią do Kościoła. Problem jest głębszy. Powinniśmy zastanowić się raczej nad tym, czy Ewangelię w ogóle da się sensownie sfilmować? Dlaczego tak jest, że nawet w filmach, w których reżyser wcale nie przeinacza tekstu Pisma Świętego, często coś nam nie pasuje, coś „zgrzyta”. O ile jesteśmy w gronie ludzi wierzących, po obejrzeniu kolejnego biblijnego dzieła, np. z cyklu „kino biblijno-familijne na niedzielę”, możemy wzruszyć ramionami i przejść nad filmem do porządku dziennego. Gorzej, gdy ktoś sprowokowany obejrzanym dziełem zacznie stawiać pytania. Nie powiemy przecież, że „film jest głupi” skoro jest adaptacją Ewangelii.

JEZUS – zawsze SUPERSTAR

„Syn Boży”

Dystrybutorzy filmowi w Polsce, mając w pamięci sumy, które zarobili na „Pasji”, chętnie zainwestowali w wielkie banery reklamowe. Nie bez znaczenia była data premiery – tuż przed Wielkanocą. Możemy podejrzewać, że do kina udali się raczej ludzie wierzący, ale na forach internetowych pojawiły się opinie, że trochę nie wiadomo jak ten film odebrać. Czytałam komentarze, że Jezus pełen rozterek, pokus, mógłby być w sumie ciekawszy niż, jak określają niektórzy, „heros” prezentowany w amerykańskiej produkcji. Niestety w tym jest problem, że Jezus, którego oglądamy na ekranie, nie jest ani herosem, ani zgodnie z tytułem Synem Bożym. Więc kogo chce przedstawić reżyser Christopher Spencer?

Istnieje zasada łącząca większość nowszych ekranizacji Ewangelii, w którą wpisuje się tenże film. Reżyserzy starają się w nich podkreślić człowieczeństwo Chrystusa, marginalizując przy tym Jego boskość. W starszych filmach, na przykład w dwóch  uznawanych za najlepsze: „Ewangelia według św. Mateusza” z 1964 roku Pasoliniego, czy „Jezus z Nazaretu” z 1977 roku, Jezusa wyróżnia dostojeństwo i tajemniczość, nie ma On problemów z odparciem szatańskich pokus. Twórcy „Syna Bożego” starają się maksymalnie zatrzeć dystans między Jezusem a otaczającymi Go ludźmi. W obrazie Spencera uczniowie zwracają się do Jezusa per „Ty” i np. gdy Ten przewraca stoły kupców, starają się Go powstrzymywać. Gdybyśmy mieli snuć refleksję nad powołaniem Apostołów na podstawie samego filmu, można się zastanawiać, co skłoniło tych praktycznych mężczyzn, by rzucili wszystko i poszli za Nim. Zadecydowały uzdrowienia i cuda? Za sztandarowy przykład współczesnego ujęcia Jezusa niech posłuży scena kuszenia na pustyni, gdzie Chrystus jest bliski załamania nerwowego. Na marginesie warto zauważyć, że twórcy mieli kłopoty z tą sceną i dlatego ostatecznie nie weszła do kinowej wersji, ale możemy oglądać ją w serialu. W Stanach Zjednoczonych wybuchła afera, bo wielu doszło do wniosku, że szatan do złudzenia przypomina podstarzałego Barack”a Obamę! Reżyser musiał się tłumaczyć.

Grający Jezusa, portugalski aktor Diogo Morgado uznał, że przez nieustanny uśmiech i poklepywanie wszystkich po ramieniu najlepiej ukaże miłość Jezusa do ludzi. Jest bardzo wesoły nawet wtedy, gdy mówi o tym, że ze Świątyni Jerozolimskiej nie zostanie kamień na kamieniu. Jezus w tym wydaniu przypomina bardziej wędrownego, miłego kaznodzieję, a nie kogoś, kto ma do przekazania coś naprawdę wyjątkowego. Co prawda Jezus uzdrawia, rozmnaża ryby i chleb i zmartwychwstaje, ale wydaje się to bardziej kwestią jakiegoś daru, a nie czymś, co naturalnie pasuje do Jego postaci. Jezus ma też dziwne podzieloną świadomość. Wystarczy przywołać scenę w czasie Ostatniej Wieczerzy. Jezus jest szczęśliwy i uśmiechnięty dopóki jak grom z jasnego nieba nie spada na Niego wizja męki. Gdy wychodzi zgnębiony z wieczernika biegnie za nim Piotr i mówi do Niego: „Panie, ja w Ciebie nigdy nie zwątpię, życie moje oddam za Ciebie”. Wtedy Jezus, wręcz zszokowany pozytywnie tymi słowami, rzuca mu się w ramiona. Ale gdy następuje kolejny przebłysk przyszłości, zdrady Piotra, atmosfera się psuje i przygnębiony Jezus odchodzi na modlitwę.   

Nie ma potrzeby przywoływać często bardzo skomplikowanych dyskusji teologicznych dotyczących tego, co to znaczy, że Jezus był jednocześnie Bogiem i człowiekiem. Zastanawiające jest jednak, że twórcy filmów ze znanych tylko sobie powodów nie biorą pod uwagę wersetów, w których jest mowa, że Jezus „uczył ich bowiem jak ten, który ma władzę, a nie jak uczeni w Piśmie”. Może dlatego, pojawia się jakieś dziwne poczucie dysharmonii. Obraz Chrystusa jest w tym filmie po prostu niespójny. Wyrzućmy wszystkie cuda a uzyskamy logiczny, nawet i przyjemny obraz starożytnego hipisa i pacyfisty. Zgrałoby się to z bardzo mocnym i częstym akcentowaniem sytuacji politycznej Żydów. Rzymianie ukazani są jako bezwzględni, okrutni ciemiężyciele narodu żydowskiego i taki rodzaj zła jest wysuwany na pierwszy plan. Postawa Jezusa jako wzywającego do pokoju ma być idealnym kontrastem. Czy taki obraz powinien nam wystarczyć?

Biblia niefilmowana

Tekst Ewangelii nie jest filmowym scenariuszem. Za zdaniami kryje się przecież coś więcej, i od talentu reżysera zależy jak wypełni to „więcej”. Nie jest to powieść z dokładnymi opisami, dzięki którym nawet mniej zdolni twórcy jakoś sobie poradzą. Reżyserzy podejmujący tematy związane z Biblią dzielą się na tych, którzy podchodzą do tej historii indywidualnie i mają coś do powiedzenia (inna kwestia dobrego czy złego), i tych, którzy trzymają się literalnie tekstu i paradoksalnie mówią mniej, niż mówi Pismo Święte. Oto przykład. W serialu „Biblia”, Adam i Ewa, w topornej scenie wychodzą z piachu i na tym kończy się interpretacja początków ludzkości. Mamy oczywiście biblijną egzegezę, która nam rozjaśnia, tłumaczy, poszerza. Ale filmowcy to nie naukowcy i generalnie nie interesuje ich to, czy Matka Boża mogła powiedzieć Magnificat w takiej formie, jak zostało to zapisane w Ewangelii. Film z założenia ma być artystycznym odzwierciedleniem tego, jak twórca odczytuje jej sens.

Spencer, jako swoją „wariację” wyeksponował postać Marii Magdaleny. Jest ona z Apostołami rano, we dnie, wieczorem, w nocy i na łodzi podczas burzy. Reżyser nie miał niestety innego pomysłu, by docenić kobiety. Chciał też wybielić nieco Judasza. Ów uczeń bowiem jest nieświadomy, co grozi Jezusowi, jeśli zdradzi arcykapłanom miejsce Jego pobytu. Wierzy ich słowom, że „chcą z Nim tylko porozmawiać”. Do zdrady przekonują Judasza argumenty patriotyczne, czyli, że ma obowiązek chronić naród przed zamieszkami. Na tym kończą się autorskie pomysły Spencera.

Czy jacyś twórcy radzili sobie z tematem? Chciałabym przywołać tu kilka przykładów. Pier Paolo Pasolini to postać kontrowersyjna. Włoski reżyser uważał się za ateistę i marksistę, ale to właśnie jego czarnobiała „Ewangelia według św. Mateusza” z 1964 roku znalazła się na watykańskiej liście 45 filmów fabularnych, które w szczególny sposób propagują wartości religijne, moralne lub artystyczne. Z jednej strony chciał, by jego dzieło było wierną adaptacją, z drugiej przepuścił ją przez artystyczną wrażliwość i możliwości, jakie daje język filmu. Podkreślał, że nie wierzy w Jezusa jako Syna Bożego, ale jak mówił, wierzy w Jego wyjątkowość. Być może to, że reżyser chciał się zmierzyć z tematem nurtującym jego samego, sprawiło, że film jest nieprzeciętny. Pasolini muzyką i kadrami mówi niekiedy więcej niż są w stanie wyrazić słowa. Jest tam kilka sławnych scen, jak na przykład ta, gdy mędrcy ze Wschodu przychodzą, by pokłonić się Jezusowi. Maryja oddaje im na moment Nowonarodzonego. Oni je z czułością przytulają i całują, jakby od dawna czekali na ten właśnie moment. Józef i Maryja nie mówią przez cały film ani słowa, a ich postacie są wspaniale wyeksponowane. Ich „nieme” porozumienie, wyrażone przez spojrzenia i gesty mówi bardzo dużo. Tak samo jak wzruszająca scena, gdy kilkuletni Jezus idzie pewnym krokiem i z radością wprost w otwarte ramiona Józefa. Charakterystyczne w filmie są również odniesienia do dzieł malarskich (obrazy Giotta, freski Pietro della Franceski) w połączeniu z bogactwem oprawy muzycznej (Bach, Mozart, Prokofiew) czynią film Pasoliniego dziełem sztuki, nawet jeśli jego Jezus jest daleki od naszych wyobrażeń.  

Inny tytuł, który można przywołać jako przykład oryginalnego podejścia do tematu to obraz „Jezus” z 1999 roku w reżyserii Rogera Younga. Generalnie film do arcydzieł nie należy, ale jest tam ciekawy pomysł, by w niektórych scenach odwołać się także do współczesności. Szatan jest na przykład eleganckim panem w garniturze. W scenie kuszenia na pustyni czy modlitwy w Ogrójcu diabeł pokazuje Jezusowi sceny z historii świata na przestrzeni dziejów. Są więc „przebitki” wypraw krzyżowych, ludzie mordujący drugich ze słowem „Jezus” na ustach, są okopy wojny światowej i wzywający Boga żołnierze. Autor dokonuje interpretacji, używa możliwości jakie daje montaż i chce zachęcić widza do myślenia.

Mel Gibson w „Pasji” ukazał tylko Misterium Męki Pańskiej. Jest kilka scen retrospekcyjnych, które reżyser uznał za najważniejsze i jest to jedną z zalet filmu. Zachował konsekwencję w budowaniu wizji Jezusa, jednocześnie nie chcąc tłumaczyć wszystkiego. U niego sprawdziła się zasada, że lepiej pokazać mniej, a coś naświetlić, niż starać się pokazać wszystko i tym samym w efekcie nie pokazać nic. Pamiętamy, że „Pasja” została ciepło przejęta przez wielu krytyków, nawet tych niekoniecznie związanych z Kościołem. Jako pierwszy też (i na razie jako ostatni) zdecydował się na wprowadzenie języków starożytnych, co pomogło wywołać w widzu poczucie autentyzmu wydarzeń.

Film biblijny jest skazany na to, że o ile temat podejmie wrażliwy twórca, będzie on artystycznym dziełem, a jeśli talentu zabraknie, pobożnym teatrzykiem; dobrze zrobionymi technicznie jasełkami. Ale filmy biblijne, nawet te dobre, nie powinny zaspokajać naszego głodu „wizualizacji” Pisma Świętego, ale jeszcze bardziej ten głód pobudzać i odsyłać do oryginału, by szukać w wersetach coraz głębszego sensu. Znam osoby, które wychodzą z takiego założenia: nie czytam Pisma Świętego, ale na święta Wielkanocne zrobię sobie prezent i puszczę sobie „Pasję” w Wielki Piątek, jak tylko uwinę się z odkurzaniem. Ot takie szybkie rekolekcje. Nie chcę lekceważyć filmu, który wielu skłonił do przemyśleń i do autentycznego pragnienia zadumy nad własną wiarą, ale nie można się zatrzymywać na filmowych wyobrażeniach. Medytacja nad Ewangelią pozwoli nam i dobrze oceniać filmy biblijne i być może ułatwi dyskusję z tymi, których prowokują one często do szydzenia z naszej wiary.

Milena Kukla

Milena Kukla

Zobacz inne artykuły tego autora >
Milena Kukla
Milena
Kukla
zobacz artykuly tego autora >

Mistrz, pasjonat, pokorny człowiek

Rozmowa z biskupem Grzegorzem Rysiem o niezwykłym człowieku, ks. prof. Janie Kraciku

Iwona Podgórska
Iwona
Podgórska
zobacz artykuly tego autora >
Bp Grzegorz Ryś
Bp Grzegorz
Ryś
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Rozmowę przeprowadziła Iwona Podgórska

Księże Biskupie był ksiądz magistrantem i pierwszym doktorantem księdza Profesora Jana Kracika. Czy ma Ksiądz przed oczami jakiś obraz Profesora z czasów studenckich?

Mam. To obraz sprzed ostatnich trzech tygodni – Księdza Profesora, który stał się dla mnie nauczycielem wiary. Wiary radykalnie pewnej tego, co jest po drugiej stronie, a jednocześnie niesamowicie prostej i posłusznej do końca Kościołowi. Znałem Księdza Jana 32 lata i to co poznałem w nim przez ostatnie trzy tygodnie, jest wręcz niesamowite.

Natomiast, najważniejsze w obrazie ks. Jana, który wyłania się z tych lat, gdy byłem jego magistrantem, a potem doktorantem, to jego autentyczna pokora i szacunek dla studentów. Pokora wyrażała się na przykład w tym, że poprawiał nam prace z tygodnia na tydzień – nigdy nie potrafiłem go naśladować, kiedy zostałem sam wykładowcą. Tyle prac ile od nas dostał, tyle poprawił w ciągu tygodnia, żeby przynieść na następne zajęcia. Poprawiał je zawsze ołówkiem, nie narzucał swojego toku rozumowania, jeśli ktoś chciał, mógł te poprawki wymazać gumką i trwać przy swoim zdaniu.

To przykład niesłychanego zaufania do studenta.

To rewelacyjne zaufanie. Profesor miał zwyczaj mówić, że on nie pomaga w studiowaniu. On tylko nie przeszkadza. A prawda jest taka, że żadna z prac nie powstałaby bez niego, ponieważ on tak na prawdę uczył nas zadawania pytań tekstom źródłowym. I potrafił jednym swoim pytaniem zburzyć wszystko to, co się napisało, czego było się absolutnie pewnym idąc na seminarium. Po wykładach i seminariach z nim, trzeba było nieraz wszystko przemyśleć od nowa.

Ksiądz Kracik był profesorem łagodnym. Czy czuło się respekt w kontakcie z nim?

Był przede wszystkim bardzo partnerski. Nigdy nie wymagał obecności obowiązkowej na seminarium naukowym – w tym go akurat naśladuję – wychodził z założenia, że jeśli kogoś nie ma na seminarium, to siedzi w bibliotece i studiuje. Jego zaufanie było bezgranicznym zaufaniem w dojrzałość studentów. Ksiądz Kracik, nie był profesorem, który namawiałby studentów do czegokolwiek, jeśli ktoś chciał, to studiował, pisał, pracował. Jeśli ktoś nie chciał – to nie chciał. Mistrz ks. Jan nigdy nie bawił się w dobrego tatę, który stoi nad człowiekiem i prosi, by wreszcie się zdecydował coś zrobić. Natomiast, bardzo piękne było to, że na każdym seminarium naukowym, w którym wiadomo, uczestniczą ludzie o różnym stopniu zdolności, ci którzy potrzebowali więcej czasu na zrozumienie pewnych zagadnień „dostawali Profesora po godzinach”. Naprawdę bywało tak, że po seminarium ks. Jan siedział godzinę ze studentem, który pisał wolniej i wspólnie wypracowywał w bólu kolejny fragment refleksji. Za tydzień znowu razem z tym studentem siedział i cierpliwie wspólnie wyciągali wnioski z nowo napisanego fragmentu tekstu, by dobrnąć wreszcie do końca pracy. Nie wiem czy obecnie są tacy profesorowie, którzy byli by w stanie pracować tak dużo ze studentami.

Mistrz, pasjonat, pokorny człowiek

Profesor Kracik to historyk, czy historyk i pasjonat w jednym?

Pasjonat historii, który był zawodowym historykiem. Pasja była w nim znacznie wcześniejsza niż zawodowstwo. Od czasów szkoły średniej, zbierał wszystkie numery czasopisma „Mówią wieki”, to była jego podstawowa lektura. Nie jest to oczywiście cecha zawodowego historyka, ale cecha kogoś, kto był absolutnie zakręcony na punkcie historii. Najpierw była pasja, potem była nauka, a nauka przeradzała się w kolejne pasje.

Dlaczego ksiądz Biskup wybrał ks. prof. Jana Kracika na swego promotora?

Ponieważ u mnie też najpierw była pasja, a wykłady ks. Profesora były rewelacyjne. Siedziałem zawsze w pierwszej ławce. Czasami nawet nie notowałem zbyt wiele, bo wykłady były tak pełne rozmaitych dygresji, próbowały pokazać szersze procesy dziejowe, że zafascynowany chłonąłem, a nie notowałem. To była próba zrozumienia człowieka w historii. I ta jego zdolność zadawania pytań tekstom źródłowym, na przykład w studiach nad średniowieczem, w pewnym momencie ilość źródeł historycznych się kończy, a Profesor imponował nam wszystkim umiejętnością dociekania do nowych wątków w starych źródłach – to było naprawdę fascynujące.

Niesłychanie ważnym rysem ks. Kracika jako profesora była jego niesłychana pokora przy porażająco dużej wiedzy. Żartobliwie nie raz mówiłem, że gdyby jego wiedza spadła na człowieka, to by go zabiła. Znam całe grono jego doktorantów, jest ono niesłychanie różnorodne, i każdy z nas ma inne zdolności, cechy charakteru.

fot. Tadeusz Warczak

W jednym z wywiadów wspomniał Ksiądz Biskup o tym, że Ksiądz Profesor Kracik wychował około 40 roczników księży krakowskiego seminarium. Czy to jest tak, że Profesor wychowywał do dobrego pojmowania teraźniejszości i przyszłości przez zrozumienie przeszłości?

Nie wiem na ile rozumieliśmy wtedy, co tak naprawdę te wykłady nam dają. Profesorowi nigdy nie chodziło o wykład schematyczny, typowo podręcznikowy. Jego wykłady były pełne dygresji, które gdzieś dotykały rzeczywistości, tego co się dzieje dookoła. Jego nieustannie interesowało to jak przeszłość przekłada się na to z czym mamy do czynienia dzisiaj.

Patrząc na listę publikacji Księdza Profesora, uświadomiłam sobie że tytuły sporej części prac takich jak np. „Żarty niepoświęcone”; „Święty Kościół grzesznych ludzi”; „Pokonać czarną śmierć. Staropolskie postawy wobec zarazy”; „Święci wielcy i pomniejsi. Żywoty nielukrowane”, dotyczą historii Kościoła przez pryzmat ludzi i czasem ich „nielukrowanych” spraw.

Mistrza zawsze interesowali ludzie i to jak się zachowuje się człowiek w sytuacji granicznej. Interesowało go pokazanie człowieka, które rozbija pewne schematy. Był zawsze przekonany, że liczba świętych jest znacznie większa niż liczba kanonizowanych, dlatego pokazywał tych, którzy nie zostali wyniesieni na ołtarze.  Czaszami pokazywał również na ile obraz świętych kanonizowanych jest pewnym schematem hagiograficznym, który nie zawsze oddaje w pełni osobę.

Ks. prof. Jan Kracik zmarł 24 kwietnia w wieku 73 lat. Msza św. pogrzebowa została odprawiona 2 maja o godz. 10.00 w bazylice św. Floriana w Krakowie.

Iwona Podgórska

Iwona Podgórska

Zobacz inne artykuły tego autora >
Bp Grzegorz Ryś

Bp Grzegorz Ryś

Zobacz inne artykuły tego autora >
Iwona Podgórska
Iwona
Podgórska
zobacz artykuly tego autora >
Bp Grzegorz Ryś
Bp Grzegorz
Ryś
zobacz artykuly tego autora >