video-jav.net

Duch ‘44 – Duchowi przywódcy Powstania

W momencie wybuchu Powstania Warszawskiego stołeczni księża byli tam, gdzie być powinni – blisko ludzi. I pozostali z nimi aż do końca, mimo że dla wielu z nich oznaczało to męczeńską śmierć z rąk niemieckiego okupanta.

Andrzej Mitek
Andrzej
Mitek
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Ze stu pięćdziesięciu kapelanów Powstania czterdziestu zginęło w czasie walk. Książka Stanisława Zasady „Duch ‘44. Duchowi przywódcy Powstania Warszawskiego” portretuje losy dziesięciu z nich. Opisuje historię księży i ojców, którzy wśród przetaczającej się przez ulice i dzielnice Warszawy wojennej apokalipsy dawali ludziom Kościół, odprawiając Msze w zrujnowanych zaułkach kamienic, udzielając rozgrzeszenia w obliczu ryzyka śmierci, spowiadając, ale także opatrując chorych, ratując ciężko rannych, przemycając jedzenie czy negocjując ludzkie życia z nacierającymi Niemcami.

„Było ich około stu pięćdziesięciu. Prawie stu spośród nich działało wcześniej w konspiracji, byli zaprzysiężonymi członkami Armii Krajowej. Pozostali przyłączyli się do kapelańskiej służby, gdy wybuchło Powstanie. Uważali, że tak trzeba.”

 

 

Nie tylko okrucieństwo

Czy oprócz posługi w sakramentach duchowni z Powstania chwytali za broń? Co mówili żołnierzom, którzy pytali ich o zażycie śmiertelnej ampułki na wypadek schwytania i ryzyka wyjawienia towarzyszy podczas brutalnego śledztwa? Jak przekazywali Ewangelię i opowiadali o miłości, gdy wszędzie wokół była śmierć? Książka Zasady opisuje dylematy, które nam, ludziom żyjącym w czasach pokoju, po prostu nie mieszczą się w głowie.

Niemcy okupujący Warszawę podczas Powstania polowali na księży. Nienawidzili ich. Zdawali sobie sprawę, że ich duchowa praca pokrzepia powstańców bardziej niż dostawy żywności i amunicji. Bycie kapelanem Powstania, nawet ubranym po cywilnemu, wiązało się z ogromnym ryzykiem zostania potraktowanym w sposób „specjalny”. Pomimo dramatyzmu przedstawianych w książce historii, „Duch ‘44” nie jest jedynie przygnębiającym opisem okrucieństw, które spadły na mieszkańców Warszawy z rąk niemieckich oprawców. To również opowieść o oddaniu, służbie i codziennym poświęceniu.

 

 

Spowiadał niemieckich żołnierzy

Nie brakuje w niej też scen poruszających, takich, w których logika i ludzkie pojęcie sprawiedliwości zawodzi. Jak ta, w której ksiądz kapitan Jan Zieja wysłuchuje spowiedzi i próśb o rozgrzeszenie od niemieckich żołnierzy, ubranych w mundury ze swastyką. „Czy ksiądz, jako polski żołnierz, nie miał wahań? – pyta go czterdzieści lat później Jacek Moskwa. Odparł: – Dla mnie człowiek jest zawsze człowiekiem, czy to żołnierz niemiecki, czy nasz”.

Powstańcze pismo „Walka” podawało dwa symbole walczącej Warszawy: białego orła na czerwonym tle i księdza z biało-czerwoną opaską, który „wśród gryzącego dymu pożarów i trzasków walących się domów spieszy na swój kapłański posterunek”. O tym pierwszym symbolu, a także o samych walczących w Powstaniu obecnie mówi się dużo. O powstańczych kapelanach – mało, niewiele. Ich historie są dowodem na to, że Bóg działa wszędzie. Nawet, jeśli świat wokół płonie.

 

Kup książkę Duch ’44 na Dobroci.pl

 

Andrzej Mitek

Andrzej Mitek

Menadżer w Stacji7, odpowiedzialny za projekt Dobroci.pl oraz projekty marketingowe i promocyjne. Prywatnie szczęśliwy mąż i tata.

Zobacz inne artykuły tego autora >
Andrzej Mitek
Andrzej
Mitek
zobacz artykuly tego autora >

Niepokalane Serce Maryi

Wielu liderów bluźnierczych zespołów to bardzo inteligentni ludzie, którzy potrafią zapędzić swoją ofiarę w tzw. kozi róg. Dlatego podczas wywiadów rozmawiałem o ich wierze. Pytałem basistę amerykańskiego zespołu Misfits, Jerry’ego Only, o Matkę Bożą i okazało się, że ma figurki Niepokalanej

Grzegorz Kasjaniuk
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Mocne świadectwo Grzegorza Kasjaniuka, dziennikarza Polskiego Radia, wieloletniego promotora muzyki heavymetalowej. Właśnie ukazała się jego książka “Serce w serce”, Stacja7 jako patron medialny udostępnia fragmenty tej publikacji.

 

Pierwsze soboty miesiąca

Widzieliście piekło, do którego idą dusze biednych grzeszników.

Bóg chce je uratować, Bóg chce rozpowszechnić na świecie

nabożeństwo do mego Niepokalanego Serca. Jeżeli uczyni się

to, co wam powiem, wielu zostanie przed piekłem uratowanych

i nastanie pokój na świecie.

Matka Boża w Fatimie (13 lipca 1917)

 

Nie jestem neofitą, pochodzę z katolickiej rodziny, przyjąłem sakramenty, zawsze uczęszczałem do kościoła i nigdy w słowie nie zaparłem się Boga. A jednak coś się stało, że oczy zaszły mi mgłą. Może to kwestia przysłowia opartego na Dziejach Apostolskich, że kto z kim przestaje, takim się staje? Otrzymałem jednak łaskę i przejrzałem. W konsekwencji z własnej woli zawierzyłem się Niepokalanemu Sercu Maryi i Przenajświętszemu Sercu jej Syna Jezusa Chrystusa. Pokazałem Bogu swoją dziecięcą bezradność i powiedziałem: Działaj w moim życiu! Już w latach osiemdziesiątych XX wieku byłem mocno zaangażowany w muzykę i cały ruch muzyczny. Kontestacja. To była reakcja na cały ten PRL. Nie było żadnych perspektyw na przyszłość.

Nie wyobrażałem sobie jakiejkolwiek szansy na rozwój osobisty i zawodowy. Tylko muzyka dawała mi siłę, pokazanie rockowej pięści jako wyrazu buntu. To był mój świat nieskażony indoktrynacją. Identyfikowałem się z nim, nosiłem się jak heavy metalowiec, chciałem być jak moi muzyczni idole. Niezależność i swoboda. Widziałem podczas Festiwalu Muzyków Rockowych w Jarocinie prawdziwą siłę subkultury. Ta siła była wielka. Pociągająca i wciągająca. To tam oddałem się cały muzyce. Nie byłem w stanie wtedy pojąć, że oddawałem się muzyce bożkowi. Przed bramą wejściową na stadion, na którym odbywały się koncerty, zebrała się kilkusetosobowa grupa fanów heavy metalu. Razem miała wejść na stadion w zwartej grupie.

Miałem wpięty znaczek z nazwą zespołu TSA. Podszedł do mnie chłopak, który miał na kurtce logo satanistycznego zespołu i powiedział, że nie mogę z nimi iść, bo noszę symbol zespołu hipisowskiego.

– Musisz wiedzieć, z kim idziesz i kim jesteś – powiedział.

– Wyrzuć to, bądź jednym z nas.

Znaczek schowałem, choć paradoksalnie podczas wspólnego przemarszu wszyscy śpiewaliśmy fragment utworu TSA: kto nie idzie z nami, ten przeciwko nam, kto nie idzie z nami, ten wróg.

Potem na koncercie TSA fani satanistycznego zespołu KAT wykrzykiwali bluźnierstwa, a fani TSA skandowali Jezus Chrystus.

Choć nie akceptowałem satanistycznych zespołów, to przestała mi przeszkadzać obecność ich logotypów i przynależność do subkultury metalowców, którzy w przewadze właśnie tej muzyki słuchali.

Dlaczego tak łatwo mnie wchłonęło? To środowisko skupiało ludzi szczególnie z małych miast i wsi, gdzie rządziło disco i akceptacja socjalizmu. Człowiek, który miał inne zapatrywania na muzykę i świat, a do tego wyglądał inaczej, musiał czuć się wyalienowany. I tu nagle właśnie tacy ludzie, odmieńcy, zebrali się razem w Jarocinie. Wsiąknąłem w to, by mieć poczucie przynależności do grupy ludzi mających takie same zapatrywania na muzykę, noszących długie włosy, za posiadanie których groziły kary w szkole. Faktem jest, że odporny byłem na chłonięcie muzycznego satanizmu, a to tylko dlatego, że byłem wychowany w katolickiej wierze. Jeśli jednak młody człowiek nie miał zaszczepionej w sobie tradycji czy religijności, to był łatwo podatny na manipulację. A taka manipulacja padała ze sceny. W 1986 roku wokalista zespołu Test Fobii Kreon, w mnisim kapturze, w trakcie wykonywania utworu „Kapłan” rozbił na scenie krzyż w oparach dymu i przy okrzykach na cześć Złego, a publiczność dostała dawkę agresji. Czułem to, bo byłem w tłumie przed sceną.

Dawka nienawiści zamiast muzycznych wrażeń. Coś wisiało w powietrzu i wybuchło późniejszą czarną mszą na jarocińskim cmentarzu. Podobno jeden z muzycznych idoli powiedział, że o północy przyjdzie na pole namiotowe i oczekuje tam obecności swoich fanów. Przyszli. Gdy się okazało, że znanego muzyka tam nie ma, młodzież udała się na cmentarz i sprofanowała kilka grobów. Byłem w tym tłumie metalowców, którzy nie wiedzieli, co zrobić, chcieli pogadać z idolem, a zamiast tego jakaś grupa ze Śląska powiodła kilkadziesiąt osób na cmentarz.

Historie opowiadane przez Ślązaków były paskudne, dotyczyły rożnych rytuałów, które urządzali u siebie. Tu tylko wybrali czarownicę, której kazali usiąść na grobie i założyć wieniec żałobny na szyję. Bluźnili Jezusowi i dokonali profanacji krzyży, tak jak na scenie zrobił Test Fobii Kreon, a później zespół KAT, który w trakcie występu odgrywał inscenizację czarnej mszy.

Wtedy też otrzymałem znak, tak to teraz rozumiem – znalazłem pod sceną Krzyż Jerozolimski symbolizujący Pięć Ran Chrystusa Ukrzyżowanego. Z jednej strony był wizerunek Jezusa, z drugiej Jego Matki. Mam go do tej pory.

Kilka lat potem, też w Jarocinie, w 1992 roku, zakwaterowany byłem z zaprzyjaźnionym zespołem w sali szkolnej. Jako dziennikarz obserwator. Bytowaliśmy tam w kilka grup, m.in. z zespołem Hey. Pewnego poranka przyszedł do naszej sali jeden z organizatorów festiwalowego dnia pod nazwą „Noc w Hucie”, wydawca i menedżer. Zobaczył krzyż wiszący w sali na ścianie i zaśmiał się: Co ten akrobata tu robi? Zaczął namawiać muzyków, żeby wyszli do miasta pod kościół i krzyczeli przeciw Jezusowi. Kilka osób poszło, ale okazało się, że pan menedżer się ulotnił – po prostu chciał tylko zrobić zadymę. Wiedziałem, że to nie ma sensu i mam wewnętrzny bunt przeciw takiemu zachowaniu, ale się nie sprzeciwiłem. Nie przeszkadzało mi to też potem promować bluźnierczych zespołów muzycznych, których menedżerem był wspomniany organizator-zadymiarz. Tolerancja dla takich zachowań i muzyki stała się dla mnie furtką dla działania Złego, zmiękczania mojej wiary, tłumaczenia satanistycznego przekazu artystycznym performance’em lub niezauważania go w twórczości wielu kapel. Stałem się letni.

Pracując w Polskim Radiu, już na początku lat dziewięćdziesiątych, miałem intensywny kontakt z wieloma firmami fonograficznymi, które promowały muzykę bluźnierczą. Rozumowali w taki sam sposób: grajcie naszą muzykę w radiu – ona jest najważniejsza, a teksty nie, bo są w języku angielskim i nikt tego w Polsce i tak nie zrozumie. Aby mieć kontakty z firmami, zacząłem w to brnąć do tego stopnia, że zapraszałem do udziału w audycjach radiowych muzyków satanistów. Rozmawiałem z egzotycznymi wykonawcami tej muzyki z Chile, Peru i Meksyku, gdzie ich koncerty mają olbrzymie wzięcie! Nie uciekałem od wywiadów z satanistami, poznawałem tych ludzi, starałem się zrozumieć istotę ich muzyki, odróżnić oryginalność od fałszywego muzycznego przekazu i doszedłem do jednego wniosku – przekaz ich muzyki jest prawdziwy. Jest to robione z pełnym zapałem, z pełną wiarygodnością, ponieważ oni naprawdę wierzą w to, co robią. Oddają się Złemu z pełną wolą.

Jednak ta konstatacja nie spowodowała, że zaprzestałem promować tę muzykę. Zaczęło dochodzić nawet do dziwnych zdarzeń. Kiedy w radiu byłem przy stanowisku do nagrywania rozmów telefonicznych, dzwoniły z zagranicy zespoły, z którymi nie umawiałem się na wywiady, i pytali o mnie. Ponieważ byłem akurat przypadkowo obecny, to od razu takie wywiady przeprowadzałem. (…)

Z pełną znajomością tematu. Nigdy też w takich wypadkach nie miałem problemów językowych. Zawsze były to zespoły bluźniercze – czołówka światowa. W pewnym momencie stałem się osobą bardzo popularną w środowisku muzycznym w Polsce. Otrzymywałem propozycje zagranicznych wyjazdów na spotkania z muzykami, prowadzenia festiwali muzycznych, współpracy z pismami zajmującymi się taką muzyką. Nawet z mediami z tzw. mainstreamu. Nie wszystkie z tych propozycji byłem w stanie przyjąć z ich nadmiaru.

Zostałem też jurorem i w rezultacie dyrektorem artystycznym festiwalu rockowego w Węgorzewie, jak i innych imprez muzycznych.

Po samobójstwie jednego z moich znajomych, organizatora metalowych koncertów, zacząłem się zastanawiać, po co prezentować tę muzykę. Prowadzi ona do realnego zagrożenia życia. Do samobójstwa. Czary goryczy dopełniła inna samobójcza śmierć muzyka – Piotra. Znaliśmy się z branży. Piotr postanowił nagrać płytę swojego zespołu, przyszedł z gotowym materiałem do mnie i opowiedział mi swoją historię. Straszną. Wąż, który był wytatuowany na jego ramieniu, ożył i ział w niego ogniem. Musiał wypalić go kwasem. W pracownikach swojej firmy widział demony. Zaczął ich zwalniać. Samochód, którym jechał, rozpadł się w trakcie jazdy. Wszystko to zawarł w tekstach materiału muzycznego, który mi dał do oceny. Uznałem jednak, że to schizofreniczne. Nie dałem wiary. Był tam też tekst o samobójstwie, ale wtedy nie interpretowałem tego jako zapowiedzi nieszczęścia. A jednak. Stało się. Odebrał sobie życie. Kolejna śmierć przyszła kilka lat później, po festiwalu Hunter Fest w Szczytnie – wtedy widziałem i rozmawiałem po raz ostatni z Krzysztofem Raczkowskim, byłym perkusistą mrocznego zespołu Vader, grającym podczas wspomnianego festiwalu z grupą Hunter. Nie poradził sobie z uzależnieniem. Podczas festiwalu muzycznego Hunter Fest w 2005 roku na scenie instalował się zespół Adama Darskiego. Nie chciałem zapowiadać tej grupy, choć wcześniej niejeden wywiad przeprowadzałem z jego liderem. Tu zbuntowałem się. Wiedziałem, że jako katolik nie mogę tego zrobić. Byłem jednak konferansjerem. Praca zawodowa zwyciężyła z sumieniem. Wszedłem na scenę i wyczułem Zło. Publiczność, w większości z twarzami wymalowanymi na biało, skandująca demoniczną nazwę zespołu. To było wzywanie demona. Zespół wyszedł na scenę i zaczęło się swoiste misterium. Okazałem bezradność, powinienem odmówić prowadzenia festiwalu, jednak tego nie zrobiłem.

Czy wierzyć snom? Św. Józef zawierzył i rozeznał. Św. Jan Bosko miał same znaczące sny, to nie były tylko wizje przyszłości, ale wskazówki w wychowaniu młodzieży, którą się zajmował. Też miałem sen. Czy przypadkowy? Mam pewność, że nie.

Na scenie stała gwiazda bluźnierczej muzyki, a pod sceną w chocholim tańcu byłem ja wśród kilku osób. Wszyscy mieliśmy na sobie czerwone płaszcze z wizerunkiem Jezusa w Koronie Cierniowej na piersiach. Nie chcieliśmy tańczyć w rytm tej muzyki, ale to robiliśmy. Sami nie mogliśmy przestać. Nie byliśmy do tego zdolni.

Prezentacja na falach radiowych muzyki heavymetalowej nie jest dobra. Ten przekaz oddziałuje negatywnie na świadomość i może być zaszczepieniem ideologii Zła. Dostrzegłem to wreszcie i postanowiłem zaprzestać prezentacji tego rodzaju muzyki, zacząłem tworzyć publicystykę muzyczną. Od razu zacząłem otrzymywać pogróżki związane z moim komentowaniem i ukazywaniem prawdy. W dyskusję zaczęli wdawać się muzycy okultyści, sataniści. W tym wypadku ma się bardzo inteligentnych rozmówców. Wielu liderów bluźnierczych zespołów to bardzo inteligentni ludzie, którzy potrafią zapędzić swoją ofiarę w tzw. kozi róg. Dlatego podczas wywiadów rozmawiałem o ich wierze. Pytałem basistę amerykańskiego zespołu Misfits, Jerry’ego Only, o Matkę Bożą i okazało się, że ma figurki Niepokalanej, ale traktuje je jako tradycję wyniesioną z rodzinnego domu. Jednak nie przeszkadza mu to tworzyć horror punku. Błądzi, jak wielu mu podobnych, utracił możliwość rozeznania. Bo nie modli się, nie potrafi. Ci muzycy, cała rzesza, są zdani na siebie i nie potrafią już się przełamać. Kiedy przychodzi refleksja na temat świata bez refleksji i wiary, widać, że jest poszukiwanie, ale po omacku, bo brakuje modlitwy.

Świat, który zacząłem komentować, był bardzo obciążający. Zacząłem zauważać na sobie dotyk ciemnej strony. Musiałem radykalnie z tym skończyć, bo dotyk był bardzo bolesny i mocny, jak uzależnienie. Nie mogłem pozbyć się z płytoteki tej muzyki. Zaczęła przedstawiać dla mnie wartość kolekcjonerską. Złapałem się na tym, że przedstawiałem na antenie muzykę bezwartościową. W momencie, gdy chciałem pozbyć się płyt zespołów satanistycznych, które do niczego nie były mi potrzebne, nie mogłem tego zrobić. Odkładałem je do szafki, setki razy przekładałem. Czułem ich zły dotyk. Czułem się niedobrze, gdy miałem zniszczyć te płyty. W końcu pozbyłem się wszystkiego.

Zacząłem toczyć walkę z samym sobą i okazała się zwycięska. A słuchacze? Znałem wielu osobiście, jak i muzyków. Znałem ich problemy związane z domem rodzinnym. Widziałem problem i jego rozwiązanie. Ta walka o człowieka jest możliwa na jednym polu – rodziny. Zauważyłem jednak, że tam, gdzie rola ojca jest podważona, albo tam, gdzie ojciec jest niewierzący, jest najwięcej duchowego spustoszenia. Nawet wiara matki nie potrafi tego przezwyciężyć. Trzeba się wtedy modlić o uwolnienie, o łaskę wiary, o cud.

fragment książki Grzegorza Kasjaniuka “Serce w serce”, patronat Stacja7.pl, polecam

Grzegorz Kasjaniuk

Zobacz inne artykuły tego autora >
Grzegorz Kasjaniuk
zobacz artykuly tego autora >