Fot. Luana Azevedo/Unsplash

Czy nasze dzieci są bezpieczne? O prewencji wykorzystania seksualnego dzieci opowiada dr Ewa Kusz

"Pomagając osobom skrzywdzonym, nie wolno im wmawiać, że to, co się stało, jest zamkniętą historią. To tak nie działa, historia sama się nie zamyka. Trzeba też jednak uważać, by skrzywdzeni nie zostali na zawsze ofiarami" - mówi dr Ewa Kusz w rozmowie z Małgorzatą Terlikowską w książce "Ja ci wierzę. O zapobieganiu przemocy seksualnej wobec dzieci i adekwatnej reakcji na przypadki wykorzystywania".

Reklama

Małgorzata Terlikowska: Kogo trzeba edukować najpierw? Czy dzieci, żeby wiedziały, jak sobie radzić w sytuacji, kiedy staną oko w oko ze sprawcą wykorzystania seksualnego? Czy najpierw trzeba położyć akcent na edukację rodziców i opiekunów? A może to powinno odbywać się równolegle?

Dr Ewa Kusz:
Optymalna byłaby równoległa edukacja i dzieci, i rodziców. Kiedy jednak trzeba wybierać, to zawsze opowiadam się za edukacją dorosłych. W przypadku dzieci nie chodzi o to, żeby straszyć dorosłymi, tylko żeby je nauczyć chronić własnych granic. Fundacja „Dajemy Dzieciom Siłę” ma opracowany specjalny program dla dzieci zatytułowany „Gadki”. Na ich stronach są też rozmaite propozycje dla rodziców. Myślę jednak, że to wszystko są działania doraźne. Dopóki kwestia wykorzystywania dzieci nie stanie się społecznie ważna, dopóki nie uznamy, iż faktycznie jest to problem, na który należy odpowiedzieć w sposób całościowy, to wszelkie działania będą działaniami niewystarczającymi. Oczywiście warto z nich korzystać, ale trzeba mieć świadomość, że działając doraźnie, problemu się nie rozwiąże. Poza tym, świadomi wagi tej kwestii rodzice nie będą czekać na narodowe strategie, tylko sami będą szukać informacji, będą się szkolić i będą uwrażliwiać innych na przypadki wykorzystywania seksualnego dzieci.

Co musi się stać, żeby to społeczne podejście się zmieniło? Z czego się bierze takie przekonanie, że to jest kwestia marginalna, mało istotna?

Kiedy porównamy się ze Stanami Zjednoczonymi, zobaczymy, że w kwestii świadomości tego problemu, w kwestii rozwiązań prewencyjnych jesteśmy jakieś trzydzieści, a nawet czterdzieści lat za nimi. Kiedy dziesięć lat temu systemowo zaczęłam się zajmować tym zagadnieniem, miałam nadzieję, że ten proces u nas nastąpi szybciej. Mamy wzorce, mamy wytyczone ścieżki, wiemy, jak uniknąć błędów. I nic się nie dzieje, nic nie przyspiesza. W Stanach Zjednoczonych o tym problemie zaczęło być głośno w latach siedemdziesiątych XX wieku. W literaturze mamy opisane, jak społeczeństwo amerykańskie reagowało na kwestię wykorzystania i co z nią zrobiło. Każdy etap – od negacji, przez epidemię, po instytucjonalizację – został dokładnie przebadany i opisany. Miałam nadzieję, że w Polsce od razu przeskoczymy do tego ostatniego etapu. Z moich obserwacji wynika, że w Kościele jesteśmy na etapie epidemii, a społecznie to nawet do tego etapu nie doszliśmy. Pisze się dużo na ten temat, ukazuje się coraz więcej publikacji, ale nic się nie zmienia. Chyba musimy jako społeczeństwo powtórzyć doświadczenia wszystkich krajów, które przez to już przechodziły. Mam nadzieję, że nie będzie to trwało trzydzieści lat, może to pójdzie szybciej. Nie mam już jednak złudzeń, które miałam dziesięć lat temu, że uda się wskoczyć na ostatni etap.

(…)

Reklama
Reklama

Kiedy pojawiają się publikacje na temat wykorzystywania seksualnego, kiedy emitowane są kolejne filmy na ten temat, jak choćby te braci Sekielskich, zauważyć można pewną prawidłowość. Świadectwo jednej osoby daje odwagę innym do opowiedzenia swojej historii, do zmierzenia się z bolesną, nierzadko wiele lat ukrywaną traumą. Ofiary ośmielają się mówić. Coś w nich się odblokuje. Nagle widzą, że nie są same. Czy w sytuacji, kiedy mamy coraz więcej informacji o przypadkach wykorzystywania, kiedy mamy więcej narzędzi radzenia sobie z tą całą sytuacją, możemy się spodziewać, że coraz więcej ofiar odważy się mówić?

Nie ma takiej zależności, że im więcej się o problemie wykorzystywania mówi, tym więcej skrzywdzonych osób się zgłasza. Jest bardzo różnie. W psychologii nie ma reguł. Po pierwsze, sam zgłosić może się tylko dorosły. Po drugie, mamy zarówno osoby, które pod wpływem świadectw innych się ośmielają i zgłaszają sprawę odpowiednim organom, jak i takie, dla których tego tematu jest za dużo i jeszcze bardziej się zamykają. Jako biegła pracuję już od ponad ośmiu lat i mogę powiedzieć, że tych spraw jest coraz więcej. Być może także dlatego, że rodzice czy opiekunowie są bardziej czujni.

Coraz bardziej przebija się też prawda, że winny zawsze jest sprawca, nie osoba pokrzywdzona. Zaczyna się osobom skrzywdzonym wierzyć. Być może to sprawia, że w końcu decydują się coś ze swoim doświadczeniem zrobić.

Osoba skrzywdzona zawsze ma poczucie winy, ja to ciągle od nich słyszę. „Ja wiem, co jest mówione, ja wiem, co jest w książkach, ale ja czuję tak, a nie inaczej”. Za każdym razem musimy to indywidualnie przepracować. Wiedza i emocje przez długi czas się rozmijają.

Czy rodzice są już bardziej świadomi, że dziecko raczej nie kłamie i nie oszukuje?

Z własnego doświadczenia mogę powiedzieć, że rodzice czy opiekunowie coraz szybciej reagują na krzywdę. Wzrasta liczba zgłoszeń, widać to choćby w statystykach Komendy Głównej Policji. Ale to nie jest jakiś pik.

Reklama
Reklama

Czyli tak naprawdę wszystko jest jeszcze przed nami, biorąc pod uwagę to przesunięcie, o którym mówiłaś, w stosunku do krajów skandynawskich, anglosaskich czy Stanów Zjednoczonych.

Takie jest moje zdanie, choć oczywiście nie wiem, co przyniesie przyszłość. Swoją opinię opieram na obserwacji rzeczywistości. Procesy społeczne mają swoją dynamikę. Wydawało mi się, że można coś przyspieszyć, ale niestety to tak nie działa.

Bliska mi osoba spotkała się z młodym mężczyzną, rzutkim, na pierwszy rzut oka przebojowym. Jako nastolatek został wykorzystany przez księdza, ale nie doszło do kontaktu genitalnego. Został zaproszony na plebanię, żeby pomóc księdzu. W czasie wspólnej pracy kapłan zaczął tego chłopaka dotykać w miejsca intymne, przez ubranie. Chłopak wstał, szurnął krzesłem, uciekł z tego miejsca, poskarżył się mamie. Mama zareagowała właściwie, księdza przeniesiono na inną parafię. Kiedy ten dziś już mężczyzna opowiada o tym zdarzeniu, znika jego pewność siebie, robi się spięty, na czole pojawiają się kropelki potu. Nieraz słyszał: „Przecież nic takiego się nie stało. On cię tylko dotknął”. Dla niego to było tak traumatyczne, że nawet teraz po latach, kiedy wraca do tej sytuacji, trzęsie mu się broda, zaczyna się pocić, jego ciało tak reaguje na wspomnienie tej krzywdy.

Jedni będą reagować w taki nerwowy sposób, drudzy mogą reagować spokojnie. To jest bardzo indywidualna kwestia, dlatego nigdy nie powinniśmy osobie skrzywdzonej mówić: „Nic się nie stało”. Stało się, jeśli czyjaś granica intymności została przekroczona. Człowiek, o którym mówisz, otrzymał wsparcie, nie został z tym sam, miał pomoc mamy, a mimo wszystko jest to dla niego, mimo upływu lat, bardzo trudne doświadczenie.

Z tym potem trzeba żyć…

Pomagając osobom skrzywdzonym, nie wolno im wmawiać, że to, co się stało, jest zamkniętą historią. To tak nie działa, historia sama się nie zamyka. Trzeba też jednak uważać, by skrzywdzeni nie zostali na zawsze ofiarami. Ostatnio rozmawiałam z różnymi osobami skrzywdzonymi. Po latach terapii osoby te nie chcą już mówić świadectw, nie chcą do tego wracać. Chcieliby z swojej krzywdy wyprowadzić
jakieś dobro. Zależy im na tym, by ktoś, kto potrzebuje pomocy, mógł skorzystać ich doświadczeń.

Reklama

Nieraz obserwuje się jednak, że osoby skrzywdzone mają potrzebę czy wręcz przymus dzielenia się swoim doświadczeniem, opowiadania każdemu, kogo spotkają, o tym, co ich spotkało. Czasem to zakrawa o ekshibicjonizm…

I tu jest zadanie dla osób, które wysłuchują skrzywdzonych oraz dla terapeutów. Dobrze jest opowiedzieć swoją historię więcej niż raz, ale nie można przekroczyć granicy, za którą to staje się już niepotrzebne. W pewnym momencie trzeba trudne doświadczenia zostawić. To jest normalny mechanizm, on nie dotyczy tylko ofiar wykorzystania seksualnego. To dotyczy osób, które mają za sobą każdą inną traumę. Niektórzy mają zysk z tego, że ciągle siedzą we własnej krzywdzie.

Co jest tym zyskiem?

Do tej pory te osoby na przykład były niezauważane, a teraz dostają zainteresowanie, współczucie, a czasami pieniądze. Takie tkwiące w krzywdzie osoby wprost przyznają, że status ofiary zwalnia je z odpowiedzialności za siebie. Uważają, że nie muszą nic robić, bo doświadczyły krzywdy.

Dobrze im jest być ofiarami?

Osoby, które chcą być blisko skrzywdzonych i im pomagać, muszą mieć wiedzę na temat pewnych mechanizmów. Muszą mieć odwagę, by w pewnym momencie powiedzieć skrzywdzonym „nie”. Może się to oczywiście wiązać z oburzeniem czy gniewem takiej osoby. Może ona nawet wyrzucać: „Skoro ty mnie nie chcesz słuchać, to pójdę gdzieś dalej”.

Jesteś moim wrogiem, bo mnie nie wspierasz…

Trzeba te mechanizmy dobrze poznać, żeby umieć to ocenić. W psychologii nie można niczego odmierzać od linijki. Do pewnego momentu opowiadanie o traumie jest dobre, ale przychodzi taki dzień, że trzeba z tym skończyć. Doświadczony terapeuta zauważy tę granicę, po przejściu której trzeba po prostu przestać mówić O tym, co się przeżyło, żeby móc ruszyć do przodu.

Chcesz powiedzieć, że ofiary mogą pielęgnować tę swoją krzywdę?

Tak, szczególnie jeśli ciągłe bycie ofiarą w jakikolwiek sposób im się opłaca.

Co zrobić, jeśli spotkamy się z taką osobą, która weźmie nas za tego dobrego słuchacza, która non stop wraca do tego tematu?

Można ograniczyć liczbę spotkań lub ich charakter. Rozmowy nie mogą kręcić się wokół traumy. Warto zachęcić taką osobę do działania i zapytać ją: „Co dalej z tym wszystkim? Co możesz z tym zrobić?”.


Ewa Kusz – psycholog, seksuolog, psychoterapeutka, biegła sądowa; wicedyrektor Centrum Ochrony Dziecka przy Akademii Ignatianum w Krakowie; autorka programów prewencyjnych oraz artykułów z zakresu profilaktyki wykorzystywania seksualnego dzieci i młodzieży.

Małgorzata Terlikowska
 – z wykształcenia etyk, z zawodu publicystka, dziennikarka i redaktorka. Mama pięciorga dzieci.


Fragmenty książki „Ja ci wierzę. O zapobieganiu przemocy seksualnej wobec dzieci i adekwatnej reakcji na przypadki wykorzystywania”


Ja ci wierzę.
O zapobieganiu przemocy seksualnej wobec dzieci
i adekwatnej reakcji na przypadki wykorzystywania

Trudno zmierzyć się z myślą, że statystycznie dwoje lub troje dzieci w każdej klasie doświadczyło jakiejś formy wykorzystania seksualnego. Społeczna świadomość, jak ogromnym ciężarem bywa trauma związana z wykorzystaniem, jest wciąż zbyt mała, by móc stworzyć skuteczny system ochrony dzieci i młodzieży. Mając na uwadze wagę tego tematu, autorki podejmują trudne wyzwanie uwrażliwienia rodziców, pedagogów i duszpasterzy na to zjawisko. Wyjaśniają, czym jest wykorzystanie seksualne, podpowiadają, jak adekwatnie reagować na sygnały płynące od dziecka, i wskazują skuteczne sposoby prewencji. 
KUP KSIĄŻKĘ>>>

Reklama

Dołącz do naszych darczyńców. Wesprzyj nas!

Najciekawsze artykuły

co tydzień w Twojej skrzynce mailowej

Raz w tygodniu otrzymasz przegląd najważniejszych artykułów ze Stacji7

SKLEP DOBROCI

Reklama

PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ

PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ
Reklama
WIARA I MODLITWA
Wspieraj nas - złóż darowiznę