video-jav.net

Berlińczycy

Pociąg jadący w kierunku Berlina, początek maja – straszny upał. Butelka Finlandii po babcinemu opatulona, niczym garnek z ryżem, w gazety i kocyki. Z i M, jak zawsze zaopatrzeni w komplet podróżnych kieliszków

Elżbieta
Konieczna
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Berlińczycy
Pociąg jadący w kierunku Berlina, początek maja – straszny upał. Butelka Finlandii po babcinemu opatulona, niczym garnek z ryżem, w gazety i kocyki. Z i M, jak zawsze zaopatrzeni w komplet podróżnych kieliszków

Trudne początki

Rok 1989, zmiana władzy, w Rozgłośni Radia Kraków ląduje „spadochroniarz”, prosto z Francji, Bronisław Wildstein, ze swoją zastępczynią, Danutą Skórą, o której nic nie wiadomo. Przejmują schedę po starej dyrekcji rozgłośni. Członkowie partii chodzą rozpłaszczeni przy ścianach.

Stugębne plotki głoszą, że….

Drzwi do Redakcji Literackiej z impetem otwierają się:

– Pani jest tą przewodniczącą Solidarności w radiu?

– Tak, a Pani pewnie tą zaufaną osobą Bronisława Wildsteina?

– Zgadza się, kiedy możemy porozmawiać? Głos brzmi twardo, bez powodu mało przyjaźnie. Klasyczne wejście smoka. Gorączkowo myślę – muszę odwlec o godzinę spotkanie, by zapewnić sobie obecność świadka. Na plecach czuję atmosferę rozgłośni, również bliską temperatury wrzenia!

Berlińczycy

Dalej już jest łagodniej. Uważne obwąchiwanie się dwóch światów – styropianowców i ludzi pracujących w reżimowym medium. Jednak, wbrew powszechnym krakaniom, sytuacja do tego stopnia normalizuje się, że za jakiś czas wyższe władze Solidarności ostro protestują o to, że dyrekcja do grona kolegium redakcyjnego zaprosiła osobę kompetentną, porządną, acz partyjną. Zresztą Danka towarzysko spotyka się z nią do dziś.

W ciągu tych kilku wspólnych lat przeżyłyśmy z Danusią w radiu to i owo. Gdy w sprawach zawodowych byłam ostro pod kreską, stała za mną murem w uznaniu racji merytorycznych, choć było to dla niej trudne.

Za jakiś czas odeszła z rozgłośni, choć nie musiała, również w geście protestu, tym razem za zwolnienie Bronisława Wildsteina.

Taka jest. Nie opuszcza przyjaciół.

Niedługo potem zaczęła pracę w Znaku.

Ostatnie dwadzieścia lat spędzamy ze sobą prywatnie. Też bywa ostro, bo Ona jest osobą mocno sformatowaną i zawsze upiera się walić prawdę na odlew. Czasem zdarza mi się zgrzytać zębami, choć w sprawach zawodowo – życiowych często –  jak niepyszna – słucham się jej. Natomiast jeśli chodzi o problemy szeroko rozumianej polityki – tu stosujemy protokół rozbieżności.

Nie znam jednak drugiej takiej osoby, która by z równie bezinteresowną pasją walczyła o swoją wizję świata. Nie bacząc na nic, nie kalkulując kosztów.

Berlińczycy

Etna

Święte chwile

Udaje się nam wspólnie celebrować przyjemniejsze chwile życia, z dala od świata ogarniętego szaleństwem pracy, jakże odpowiedzialnej!  Z dala od szarości codziennych obowiązków. Są to chwile święte.

Pociąg jadący w kierunku Berlina, początek maja –  straszny upał. Butelka Finlandii po babcinemu opatulona, niczym garnek z ryżem, w gazety i kocyki. Z i M, jak zawsze zaopatrzeni w komplet podróżnych kieliszków (o bylejakości w tym towarzystwie nie może być mowy). Jest nas ósemka, ściślej cztery pary. Przed nami zwiedzanie muzeów do upadu, pochłanianie w nieprzyzwoitych ilościach szparagów, bo wtedy w Niemczech jada się je pod każdą postacią. Od tego wyjazdu do naszej grupki przylgnie nazwa „Berlińczycy”.

Ach, te knedle z morelami w austriackim Krems! Te setki kilometrów stołów w piwiarni wielkości rynku, tysiące kilogramów golonek, wianki piwnych obwarzanków w Monachium na Oktoberfest…

Albo Znojmo na Morawach podczas święta młodego wina zwanego Burčok! Tak, wiem, że trudność opowiadania takich historii polega na tym, że to, co emocjonowało „Berlińczyków” w ich krainie beztroski, czytelnikom może wydawać się umiarkowanie ciekawe. Trudno, nieobecni tracą. Będzie jedna opowieść ze Znojmo.

W 1751 roku urodził się na Morawach św. Klemens. Był czeskim, katolickim duchownym, redemptorystą, z zawodu piekarzem (dlatego jest patronem piekarzy). Zawodu uczył się w Znojmo. Na kamieniczce, w której mieszkał jego piekarski mistrz, „Berlińczycy” odkrywają tabliczkę poświęconą świętemu uczniowi. Potem przenoszą się do nieczynnego już klasztoru, w którym niegdyś przebywał Klemens, a współcześnie degustuje się morawskie, młode, fermentującego wino. Spuśćmy zasłonę dyskrecji na ciąg dalszy obchodów święta tego trunku w zacnych murach klasztoru w Znojmo i wróćmy do historii świętego. Otóż Klemens został zawłaszczony przez Episkopat Polski, który w uznaniu jego ofiarnej, wieloletniej pracy duszpasterskiej w Warszawie, włączył go do katalogu polskich świętych. I krakowski ślad: w Kościele św. Krzyża znajduje się witraż przedstawiający wizerunek św. Klemensa, a przy furcie klasztoru Dominikanów wisi tablica upamiętniająca pobyt świętego piekarza w tym miejscu. O tym wszystkim „Berlińczycy” nie mieli by zielonego pojęcia, gdyby nie pobyt w Znojmo.

Berlińczycy

I jeszcze słynna, pamiętająca czasy Galicji lwowska cukiernia, przy Prospekcie Szewczenki. Zapach maślanych ciast, mokki, i czekolady. Na pewno tu jeszcze wrócimy, ale M, jak zwykle patrzy na zegarek, plan musi być dokładnie zrealizowany. Dopijamy kawę i mrużąc oczy w słońcu poszukujemy domu, w którym urodził się Kuroń. A potem jeszcze ten kościół, tamta cerkiew, ruiny synagogi…

Nie ma osoby, która by potulniej ulegała rozkazom M (jednomyślnie wybranego kierownika wypraw) od Danki.

Śniadanie o ósmej? – Świetnie.

Jeszcze jeden zaułek? – Proszę bardzo.

Piechotą na drugi koniec miasta? – Czemu nie.

Karna, wszystkiego ciekawa, beztroska. Bo nie musi wydawać poleceń, „obmyślać świata”. Przez te kilka dni dostaje go na tacy.

Szukasz wartościowych treści?

Zapisz się na cotygodniowy newsletter Stacji7


 

 

Elżbieta Konieczna

Zobacz inne artykuły tego autora >
Elżbieta
Konieczna
zobacz artykuly tego autora >

Energiczna woluntarystka

W życiu najważniejsze są sensowne priorytety. I lepiej się nie pomylić.

Liliana
Sonik
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Energiczna woluntarystka
W życiu najważniejsze są sensowne priorytety. I lepiej się nie pomylić.

Na pierwszym roku studiów już byli parą: Dana – energiczna woluntarystka, Zbyszek – małomówny, odpowiedzialny, poukładany. Razem chodzili do liceum i razem weszli w opozycję studencką. Gdy znaleziono zmasakrowanego Staszka Pyjasa i przygotowywaliśmy „czarny marsz” Danusia zadeklarowała, że zrobi czarne opaski. Nałożone na rękaw oznaczały żałobę. Same w sobie czarne opaski nie były w żadnej mierze polityczne, ale stały się niezwykle polityczne, ponieważ żałoba dotyczyła Pyjasa.  Nie znałam jeszcze Danusi bliżej, było nas jednak mało i trzeba było na kogoś się zdać.  Następnego dnia przyniosła opaski, setki opasek.

I zawsze było już podobnie: postanowienie – realizacja.  Bez rozdzielania włosa na czworo, bez straty czasu, odważnie i konsekwentnie. Gdy Danusia, dziś dyrektor Danuta Skóra, uzna, że ma rację, że coś zrobić powinna, nie wiem co mogłoby ją powstrzymać. Ma wewnętrzną busolę i bezwzględnie jej słucha.

Angażując się w Studencki Komitet Solidarności dużo ryzykowała. Nie miała zaplecza rodzinnego, które załatwiło by jej pracę, gdyby SB nie pozwoliła jej skończyć studiów. Musiała być znakomitą studentką z wysoką średnią. I była. Po studiach pracowała w szkole, co było sporym osiągnieciem, gdyż o pracę eskaesowcom było trudno. Urodziła synka. Gdy generał Jaruzelski ogłosił 13 grudnia wojnę z Solidarnością znalazłyśmy się w podobnej sytuacji: z maleńkim dzieckiem same; mąż, brat i większość przyjaciół – w więzieniu.

Energiczna woluntarystka

Bezpiece udało się tajną presją wyrzucić ją z pracy w szkole. Przyszły lata beznadziei, kompletnego braku perspektyw, zawodowo stracone, zmarnowane. Życiowe borykanie w pogłębiającym się kryzysie, walka o niedostępne pieluchy i kaszki dla dwójki już dzieci, o banalną infrastrukturę żywieniowo – odzieżową reglamentowaną na kartki. I oczywiście działalność w podziemiu wolnościowym. Ryzykowna w sytuacji ponurej i podłej jak gnilny staw. Wymagająca niesłychanej dyscypliny i wiary w sens oporu.

Pomagała religijność. Wiara, że Bóg w tym wszystkim przecież uczestniczy,  nawet jeśli ukryty, a coraz bardziej ukryty jeśli się Go nie wzywa.

Energiczna woluntarystka

Na placu św. Piotra

Odnoszę wrażenie, że dla niej świeckość i religijność nie muszą być w sporze. Przeciwnie: przy zachowaniu elementarnych reguł „dobrego współżycia” mogą uzupełniać się, czynić świat i ludzi lepszymi, bardziej spełnionymi i rzetelnymi. W tej perspektywie rygor katolickich obowiązków i towarzyszące im obyczaje nie jest nudnym i ograniczającym pancerzem, ale zbroją i kręgosłupem dla postawy wyprostowanej. Nawet w czasach trudnych, złych. Ale zwłaszcza w epoce rozchwiania i niepewności.

Wiele lat temu, gdy rzadko kto w Polsce ośmielał się mówić o katastrofalnych skutkach demograficznej zapaści rozmawiałyśmy o tym. Starała się by w Znaku kobiety nie obawiały się ciąży i wychowania dzieci, by były pewne, że firma będzie im pomagać, a nie przeszkadzać. Efektów jednak nie było. Znakowych dzieci nie przybywało. I chyba pierwszy raz widziałam dyrektor Skórę bezradną.

Nie wiem co robić by te zdolne, świetne dziewczyny, jakie zatrudniamy – mówiła – wśród swoich priorytetów umieściły również dzieci. Bo w życiu najważniejsze są sensowne priorytety. I lepiej się nie pomylić.

  ↵


Krzyszkowski_Pilecki_popr_500pcx

Polecamy książkę “Pilecki. Śladami mojego taty” – wywiad z Andrzejem Pileckim, która ukazała się nakładem wydawnictwa Znak.

 

Syn rotmistrza Pileckiego ma dziś 83 lata. Nie musi już i nie chce milczeć. Rusza śladami ojca. Trafia do miejsc, które pamiętają Witolda. I daje świadectwo o życiu jednego z największych polskich patriotów. Wszyscy powinniśmy towarzyszyć mu w tej podróży.

Szukasz wartościowych treści?

Zapisz się na cotygodniowy newsletter Stacji7


 

 

Liliana Sonik

Zobacz inne artykuły tego autora >
Liliana
Sonik
zobacz artykuly tego autora >
Share via