video-jav.net

Kościół nie odda

Niewiele ponad tydzień temu Polskę obiegła informacja, że pewna krakowska katechetka straciła misję kanoniczną, czyli de facto prawo do wykonywania zawodu. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby w jej obronie nie stanęli... przeciwnicy religii w szkołach.

Tomasz Adamski
Tomasz
Adamski
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

W telegraficznym skrócie: katechetka z prawie 20-letnim doświadczeniem zaczęła po rozwodzie (o którym wiedzieli w Kurii) żyć w konkubinacie. Właśnie jest w ciąży z trzecim dzieckiem i zadeklarowała, że po urodzeniu nie chce już uczyć religii. W bieżącym roku szkolnym odebrano jej pół etatu, które oddano miejscowemu wikaremu, w wyniku czego katechetka traci ubezpieczenie.

Pewnie ugryzłbym się w palce przed napisaniem tego tekstu, gdyby chodziło tylko o hipokryzję, gdyby swędziała mnie piana, jaką w walce o prawa katechetki do nauki religii toczą z ust te same autorytety, które klaszczą z zachwytem nad podpisaniem apelu o deklerykalizację kraju.

Podobnie nie wściekałbym się, gdyby był to enty z rzędu przykład na mentalność Kalego – ocena kradzieży krowy zależy od tego, kto był owej rogacizny właścicielem. Ot, signum temporis, że Kościół wtrąca się do polityki, bo biskup w katolickim medium śmiał być komuś nieprzychylny, ale już próba wywarcia medialnego nacisku na decyzję zgoła należącą do kompetencji Kościoła jest uczciwa i stanowi przejaw odważnego dziennikarstwa.

O cóż więc chodzi? Jak zwykle. O nieuczciwość.

Na marginesie: w pamiętnej scenie filmu Kiler komisarzowi Rybie wykładany jest ciąg myślowy przestępców: Jak chcesz dać komuś po mordzie, to najlepiej policjantowi. Nie odda. Całe to odważne dziennikarstwo antykatolickie jest właśnie czymś takim – nikt nie będzie domagał się  sprostowań, a nawet jeśli, to niewielu o nich usłyszy. Dziennikarzy nie rozlicza się z rzetelności, więc o Kościele można pisać do woli. Kościół nie odda.

Jako żywo staje mi przed oczami sytuacja z Intymnym dziennikiem kleryka z Wyborczej, opisywana już w Stacji 7 przeze mnie (czytaj) i przez ks. Krzysztofa Cebulę (czytaj). Zmanipulowane wypowiedzi, z których stworzono abstrakcyjny kolaż – wypaczenie formacji seminaryjnej, odbiło się w Polsce szerokim echem. Ale gdy artykuł już się wyklikał, pojawiły się głosy krytyczne, a autorowi udowodniono, że buja w obłokach. Podobnie jak dziś, sprostowań się nie doczekaliśmy.

A ja żywię tę naiwną nadzieję, że doczekam czasów, w których dziennikarz, powiedziawszy A, znajdzie w sobie wystarczającą siłę, by wydukać dalszą część alfabetu, choćby do połowy. Sytuacja krakowskiej katechetki i relacje medialne w tym temacie stanowią jednak w tej materii nie lada utrudnienie.

Okazuje się bowiem, że dziennikarze, opisujący sprawę katechetki, podnoszący tak ogromne larum i wypinający dumnie pierś do orderów za wierną służbę w wirtualnym Ministerstwie Prawdy, dziwnym trafem zapomnieli o dwóch kwestiach.

Po pierwsze, część mediów bardzo mocno uderzyła w delikatne struny kumoterstwa – oto Kościół zostawia katechetkę na lodzie, a swojemu księżulkowi daje pracę i pieniądze. Inna sprawa, że gdyby historia katechetki dotyczyła prawdziwego skandalu, narracja oburzonych mówiłaby, że i ona jest dla Kościoła swoja. Dziś to niepotrzebne.

Prawda prezentuje się inaczej. Z końcem sierpnia wygasła katechetce misja kanoniczna, a dokumenty, które miały pozwolić na jej przedłużenie, dostarczono 22 dni po upływie terminu. Tym samym kobieta nie stawiła się w szkole 1 września gotowa do pracy, w związku z czym dyrekcja szkoły (a nie Kuria!) podjęła decyzję o zastępstwie.

Druga sprawa. Katechetka miała być wg relacji zostawiona na pastwę losu i – sądząc po dramatycznym uniesieniu części mediów – umrzeć z głodu po tygodniu. Tymczasem od kilku dni wiadomo, że będzie pracowała w Katolickim Centrum Edukacyjnym Caritas.

Przykre, że o powyższym nie zająknęli się obrońcy katechetki, którzy chcieli wyglądać jak kowboje sprawiedliwości, a jawią się jako Don Kichot wobec wiatraków. Informacja poszła w świat, nie ma o co kruszyć kopii. Jutro kolejny dzień, w którym Kościół nie odda.

Tomasz Adamski

Tomasz Adamski

Zobacz inne artykuły tego autora >
Tomasz Adamski
Tomasz
Adamski
zobacz artykuly tego autora >

Nieprzejednani

Z pokolenia na pokolenie walczyli o wolność

Wojciech
Lada
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Nieprzejednani

Walery Sławek

11 listopada 1918 roku Polska odzyskała niepodległość. Tego też dnia Polacy, zwyczajni cywile, podchodzili na ulicach do uzbrojonych po zęby i zaprawionych na wojnie żołnierzy niemieckich i odbierali im karabiny. Tak bez obaw? Bez odrobiny strachu? To całkiem możliwe, bo w Królestwie na jesieni 1918 roku tak naprawdę niewielu było zwyczajnych cywili. Większość Polaków była już wówczas całkiem nieźle obyta z bronią i walką.

Walery Sławek, późniejszy trzykrotny premier Polski, współtwórca konstytucji kwietniowej i bodaj jedyny polityk, którego krystaliczną uczciwość potwierdzali nawet przeciwnicy, w pierwszych latach XX wieku miał na rękach całkiem sporo krwi. Podkładał bomby, strzelał ze swojego ulubionego browninga, niemal jak bohater hollywoodzkiego kryminału, uciekał z więzień przerzucając linę przez mur. Brzmi to sensacyjnie, ale w latach poprzedzających rok 1918, zachowania takie były codziennością dla wielu tysięcy Polaków, głównie tych mieszkających na terenie zaboru rosyjskiego.

„W rewolucyjnej atmosferze nastroje pchały ludzi do czynu, czemu i ja uległem – wspominał później. – Jeśli nawet zamachy na Nolkena czy Maksymowicza, jeśli rzucanie bomb w patrole kozackie uznać za mało celowe z punktu widzenia walki, tzn. dążenia do niepodległości, to odpowiadały one nastrojom całego społeczeństwa”.

Wszystko w tamtych latach wrzało. W momencie, kiedy Sławek ciskał kolejne bomby w przedstawicieli caratu, w zaborze pruskim trwał względny spokój, a o polskość dbano głównie metodami oświatowymi, za to w Galicji Piłsudski powoli rozpoczynał konkretną robotę, mającą doprowadzić go, do stworzenia Legionów. Najpierw zupełnie nielegalnie, później na wpół legalnie, w organizacjach „strzeleckich”, szkolił oddziały bojowców, i to na tyle skutecznie, że w momencie wybuchu I wojny światowej, był w stanie wystawić z nich siedmiotysięczną, bardzo sprawną już armię. Drugie tyle dołączyło spontanicznie, by spod Oleandrów dojść z Piłsudskim do przystanku niepodległość.

Nieprzejednani

Józef Piłsudski

Spontaniczność to słowo klucz do zrozumienia postaw ówczesnych Polaków.

Dlaczego w każdym pokoleniu począwszy od końca XVIII wieku do pierwszych dekad wieku XX Polacy tak łatwo, szybko, chętnie i sprawnie sięgali po broń, by walczyć z zaborcami? Jasne. Wrzała cała Europa. To właśnie wtedy rozsypywały się dopiero wielkie średniowieczne monarchie Habsburgów, czy Romanowów, a mapa kontynentu zaczynała przypominać mniej więcej tę dzisiejszą. Niemal każdy naród miał wówczas swoje powstanie – nawet jeśli nie z bronią w ręku, to na pewno pod względem świadomości. Ale przecież nawet na tle europejskim Polacy stanowili awangardę, a powstania listopadowe i styczniowe, były mitami założycielskimi dla wielu innych społeczności kontynentu. Dlaczego? Cóż, prawdopodobnie dlatego, że podsycany w rodzinach etos narodowy zderzył się z poczuciem całkiem osobistej krzywdy.

Wszystkie zrywy narodowe następowały po sobie w tak krótkich odstępach czasu, że niemal w każda rodzina pielęgnowała pamięć o ofierze któregoś z powstań, co w dzieciach i wnukach podsycało potrzebę odwetu. Dobrze ujął to Bronisław Żukowski, jeden z bojowców PPS, gdy wspominał swoje dzieciństwo: „Oto po całych dniach robiłem drewniane szable i bagnety, aby się odpowiednio dozbroić, kiedy przyjdzie znów powstanie, aby się pomścić za stryjka i krzywdę całego ludu i wygnać wroga z Polski”. Stryjek Żukowskiego zginął w powstaniu styczniowym.

Generał Kazimierz Sosnkowski – głównodowodzący Polskich Sił Zbrojnych pod koniec II wojny światowej, wcześniej zaś legionista i twórca Związku Walki Zbrojnej, miał większy bagaż rodzinnych doświadczeń – jego pradziad walczył w insurekcji kościuszkowskiej, a dziadek był weteranem wojen napoleońskich i powstania listopadowego. Nie inaczej było z samym Piłsudskim. Jak wspominał: „Matka, nieprzejednana patriotka, nie starała się nawet ukrywać przed nami bólu i zawodu z powodu upadku powstania, owszem wychowywała nas, robiąc właśnie nacisk na konieczność dalszej walki z wrogiem ojczyzny”.

Piłsudski urodzi się w 1867 roku, nie mógł więc pamiętać samych walk, choć atmosferę popowstaniowych represji na pewno odczuł. Bywało jednak często, że ludzie walczący w powstaniu listopadowym, zaangażowani byli też w styczniowe, ci z powstania styczniowego konspirowali w czasie rewolucji 1905-1907, zaś ówcześni zamachowcy walczyli  w szeregach Armii Krajowej, czego dowodem choćby wspomniany Sosnkowski.

Tak ukształtowani ludzie po prostu nie mogli nie walczyć. I choć sama data 11 listopada 1918 roku wynikła ze splotu wydarzeń o zasięgu globalnym, czyli przebiegu działań na frontach I wojny światowej, na co większego wpływu nie mieliśmy, to fakt, że niepodległość Polski była dla wszystkich ówczesnych mocarstw oczywistością, to już nasza zasługa. Bo przypominaliśmy o tym niemal bez przerwy, w każdym pokoleniu od czasów Kościuszki. A tacy ludzie jak Walery Sławek nie byli nikim wyjątkowym. Tak wyglądał niemal model Polaka w okresie zaborów, typ osobowości, który doprowadził do 11 listopada.

Nieprzejednani

Wojciech Lada

Zobacz inne artykuły tego autora >
Wojciech
Lada
zobacz artykuly tego autora >