FELIETONY

Komu jest potrzebna beatyfikacja?

Wyniesienie na ołtarze nie zmienia nic w niebiańskiej sytuacji nowego błogosławionego! To nie jest tak, że po uroczystości przesiądzie się w Niebie na wygodniejsze krzesło, albo – jak napisał jeden z internautów – dostanie +10 punktów w niebiańskich kartach mocy.

Agnieszka Huf
Agnieszka
Huf
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Nie minęło jeszcze pół godziny od zakończenia briefingu prasowego, podczas którego kard. Kazimierz Nycz ogłosił decyzję o bezterminowym przesunięciu beatyfikacji Prymasa Tysiąclecia, a już polscy katolicy zdążyli się pokłócić o zasadność tej decyzji. Z jednej strony to dobrze – przelewające się przez internet dyskusje pokazują, że sprawy Kościoła są dla wielu ludzi ważne, a podejmowane decyzje nie są im obojętne. Z drugiej – szkoda, że nawet wokół tego, który tak bardzo chciał zjednoczenia Polaków, muszą pojawiać się spory.

Pytanie, które nasuwa mi się od razu, brzmi: czy to naprawdę tak ważna w swoich skutkach decyzja? Owszem, nie będzie beatyfikacji 7 czerwca. Ale nie znaczy to, że uroczystość w ogóle się nie odbędzie, że pojawiły się jakieś nowe okoliczności związane z osobą samego Prymasa. Inaczej rzecz się miała w przypadku odłożenia beatyfikacji abp. Fultona Sheena – tam wyszły na jaw fakty, które domagały się głębszego zbadania, aby w przyszłości nikt nie mógł zarzucić Kościołowi podjęcia niewłaściwej decyzji. W przypadku kard. Wyszyńskiego problem sprowadza się tylko do możliwości zorganizowania publicznej uroczystości z udziałem papieskiego legata i wielu wiernych.

I właśnie o tę publiczną uroczystość toczy się najzacieklejszy spór. Bo czy można było przeprowadzić beatyfikację bez udziału wiernych? Tak, można. Do tej ceremonii nie jest wymagana obecność ludu. Legata ustanawia sam papież – w przypadku zamkniętych granic mógłby nim zostać kard. Nycz albo inny członek polskiego episkopatu.

Uroczysta beatyfikacja jest ogłoszeniem ludowi faktu, który już zaistniał, a Kościół tylko go potwierdza: dana osoba jest zbawiona.

Ale wydaje mi się, że w tym toku myślenia umyka jeden wątek. Beatyfikacja jest właśnie dla wiernych. Wyniesienie na ołtarze nie zmienia nic w niebiańskiej sytuacji nowego błogosławionego! To nie jest tak, że po uroczystości przesiądzie się w Niebie na wygodniejsze krzesło, albo – jak napisał jeden z internautów – dostanie +10 punktów w niebiańskich kartach mocy. Przecież on już nie może „bardziej być w Niebie”! Uroczysta beatyfikacja jest ogłoszeniem ludowi faktu, który już zaistniał, a Kościół tylko go potwierdza: dana osoba jest zbawiona. To się już stało. Proces beatyfikacyjny ma na celu jak najdokładniej zbadać życie, a cud niejako jest „pieczęcią z Góry”, która daje Kościołowi ostateczne potwierdzenie, wyrażone potem w uroczystości. Ale dla samego kandydata to, czy na ziemi nosi tytuł sługi Bożego, czy błogosławionego albo świętego, nie robi różnicy. Można się za jego wstawiennictwem modlić i wypraszać łaski. Owszem, nie można oddawać mu publicznego kultu, ale można modlić się indywidualnie, wcale nie mniej skutecznie. W końcu cud, potrzebny do wyniesienia na ołtarze, jest zawsze wymodlony właśnie przed oficjalną beatyfikacją…

Właśnie dziś, kiedy od tygodni zamknięci w domach coraz boleśniej doświadczamy skutków izolacji, potrzebujemy przekonać się, że nie jesteśmy pojedynczymi elektronami, krążącymi we wszechświecie, ale jesteśmy jednością.

Niektórzy krytycy przesunięcia beatyfikacji przywołują Jasnogórskie Śluby Narodu Polskiego, podczas których prymasowski tron pozostawał pusty – kardynał był wtedy więziony w Komańczy. „Może tamtą uroczystość też trzeba było odłożyć?” – pytają. Jest tylko jedna różnica. Podczas uroczystości nie było Prymasa, ale byli wierni, których nieprzebrany tłum zalał jasnogórski szczyt. Było poczucie jedności, które teraz jest nam tak bardzo potrzebne. Bo właśnie dziś, kiedy od tygodni zamknięci w domach coraz boleśniej doświadczamy skutków izolacji, potrzebujemy przekonać się, że nie jesteśmy pojedynczymi elektronami, krążącymi we wszechświecie, ale jesteśmy jednością. I ta fizyczna bliskość, stanie w tłumie ludzi z całej Polski i znoszenie niewygód, ścisku, tłoku, albo widok morza ludzkich głów na ekranie telewizora, jest potrzebne, żebyśmy na nowo przypomnieli sobie, że słowo Kościół – greckie ecclesia – oznacza „zwołanie”.

Prymas Wyszyński potrafił czekać. Trzy lata uwięzienia było jednym wielkim czekaniem, aż znowu będzie mógł chwycić ster Kościoła w swoje ręce. Ale to czekanie nie było bezczynnością, przeciwnie – gdyby nie lata w Stoczku, Prudniku i Komańczy, prawdopodobnie nie byłoby Wielkiej Nowenny czy Jasnogórskich Ślubów Narodu. Teraz nam pozostaje czekać na beatyfikację Prymasa Tysiąclecia. Czy to czekanie wykorzystamy na bliższe poznanie jego samego i tego, co nam zostawił?

 

Tekst opublikowany na blogowni Stacji7.

 

Agnieszka Huf

Agnieszka Huf

Z urodzenia (i przekonania!) – Ślązaczka. Z zawodu – psycholog. Z pasji – bibliofil, człowiekolub, autostopowiczka. A to wszystko traci na znaczeniu wobec najważniejszego: z woli Ojca – dziecko Boże. Uczestniczka Akademii Dziennikarstwa 2017/18.

Zobacz inne artykuły tego autora >

Reklama

Szukasz wartościowych treści?

Zapisz się na cotygodniowy newsletter Stacji7


Reklama

 

 


Reklama

Agnieszka Huf
Agnieszka
Huf
zobacz artykuly tego autora >

Koronawirus. Egzamin z duszpasterstwa

Co roku w Wielkim Poście księża z ambon nawoływali do tego, żeby choć na chwilę się zatrzymać i zastanowić nad swoim życiem. W tym roku jest inaczej. Cały świat sam się zatrzymał i wszyscy się zastanawiają, co będzie jutro. Czym jest duszpasterstwo w dobie koronawirusa?

Ks. Marcin Filar
Ks. Marcin
Filar
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Szybka zmiana

Mówi się czasem, że żeby w Kościele zaszła jakakolwiek zmiana, trzeba dziesięcioleci. Tym razem mieliśmy kilka dni. W czwartek nie poszedłem do szkoły i odwoływałem spotkania wspólnot. W piątek przeżywałem drogę krzyżową bardziej niż zwykle… bo było nas dużo mniej. W sobotę dowiedziałem się, że czeka mnie prawdopodobnie najtrudniejsza niedziela w moim dotychczasowym kapłańskim życiu. Wiadomości i telefony od przyjaciół i parafian uświadomiły mi, że nie znając jutra, musimy szybko znaleźć odpowiedzi. Wobec zmian zachodzących w naszym otoczeniu – których kierunku nie mogliśmy przewidzieć – konieczne stało się odkrycie na nowo tego, co niezmienne.

To niezwykłe, jak szybko bogata stała się dotychczasowa, alternatywna oferta Kościoła wobec tradycyjnych spotkań “na żywo”. Jedno za drugim zaczęły pojawiać się ogłoszenia o rekolekcjach internetowych, inicjatywach modlitewnych, spotkaniach grup online. Media społecznościowe zapełniły się zestawieniami transmisji internetowych Mszy świętej niedzielnej i dyskusjami, czy do uczestnictwa w niej trzeba się elegancko ubrać, i jak przygotować mieszkanie. Swoją drogą, to niezwykłe, w jak wielu parafiach nagle możliwa stała się transmisja internetowa. Po tygodniu od nagłej zmiany rzeczywistości wydaje mi się, że możemy powiedzieć, że jako duszpasterze zdaliśmy ten pierwszy egzamin.

 

Teraz, gdy mamy czas się zatrzymać, możemy to porównać z tym, jaki kierunek miały nasze działania duszpasterskie przed epidemią. Czy zawsze istotą naszych działań duszpasterskich było doprowadzenie powierzonych nam ludzi do jak najbardziej świadomego uczestnictwa w Eucharystii i zgłębiania Słowa Bożego?

Duszpasterskie oczyszczenie

Stan wyjątkowy trwa jednak dalej, a my w związku z tym musimy sobie zadać szereg pytań, wśród których pierwsze i najważniejsze brzmi – czym właściwie jest duszpasterstwo? Jako ksiądz odkrywam w tych dniach z niezwykłą mocą prawdę o tym, że duszpasterstwo jest budowaniem relacji. Duszpasterz buduje relacje z ludźmi po to, żeby wspólnie móc budować relację z Bogiem. Pan Bóg odpowiada na nasze starania i swoją łaską umacnia nasze więzi. Paradoksalnie ten czas, w którym nie spotykamy się na żywo, może być pięknym czasem pogłębienia relacji.

Wchodząc z takim impetem w działalność internetową musimy zrobić rachunek sumienia z tego, jak nasze duszpasterstwo wyglądało na co dzień. W internecie wybieramy to, co jest najważniejsze: transmisja Mszy świętej, wspólny różaniec, koronka do Miłosierdzia Bożego, później nauki rekolekcyjne, komentarze do Pisma Świętego, lektura dokumentów papieskich, dzielenie się Słowem. Teraz, gdy mamy czas się zatrzymać, możemy to porównać z tym, jaki kierunek miały nasze działania duszpasterskie przed epidemią. Czy zawsze istotą naszych działań duszpasterskich było doprowadzenie powierzonych nam ludzi do jak najbardziej świadomego uczestnictwa w Eucharystii i zgłębiania Słowa Bożego? Czy wystarczająco czasu poświęcaliśmy w naszych wspólnotach na modlitwę? Czy przypadkiem to wszystko nie było dodatkiem do jakichś spektakularnych „akcji duszpasterskich” – dobrze wyglądających, ale niekoniecznie prowadzących do Najważniejszego?

Sam szukając oferty dla młodzieży na te dni uświadomiłem sobie, że często modliliśmy się przy okazji, a choć trwa Wielki Post – nie poruszaliśmy tematu wspólnego postu. Zrozumiałem, że dla mnie w obecnej sytuacji największą szansą jest odkrycie na nowo mocy modlitwy i postu, nie jako alternatywnych aktywności, ale jako podstawy wszelkich inicjatyw duszpasterskich.

 

Za czasem epidemii nie będziemy tęsknić – postarajmy się, żebyśmy nie musieli tęsknić za jednością, która nas teraz połączyła.

To nie jest na zawsze, ale…

Niektórzy zarzucają, że teraz, gdy nie ma ludzi w kościele, a księża przenieśli się do internetu, to wierni już nie wrócą. Jestem głęboko przekonany, że tak nie będzie. Po pierwsze – przede wszystkim jestem księdzem na żywo. Codziennie sprawuję Eucharystię, a w tych dniach w miarę możliwości spowiadam dużo więcej niż zwykle, doświadczając niezwykłych nawróceń. Jako ksiądz biorąc codziennie do rąk brewiarz i różaniec jestem z tymi, do których zostałem posłany – nie jesteśmy fizycznie obok siebie, ale czy to nie jest szansa na to, żeby lepiej zrozumieć Kościół? W Kościele gwarantem bliskości nie jest odległość, ale Duch Święty, który nas czyni jednym. Odkrycie głębi naszych relacji w Chrystusie może tylko zaowocować.

Po drugie – my się nie przenieśliśmy do internetu. W trudnych chwilach wykorzystujemy możliwości, które daje nam dzisiejszy świat, dzięki czemu – cytując św. Pawła – „Słowo Boże nie uległo skrępowaniu” (2 Tm 2, 9). Osobiście już tęsknię za momentem, gdy kościół, w którym obecnie ze wspólnotą kapłanów i osób konsekrowanych codziennie o 20:30 odmawiam różaniec, w pierwszym możliwym dniu wypełni się po brzegi, abyśmy mogli na żywo odmówić różaniec z tymi, którzy na razie towarzyszyć nam mogą tylko przez transmisję internetową. Chcę uścisnąć ręce tym, którzy zdalnie towarzyszą mi w ogarnianiu inicjatyw duszpasterstwa młodzieży i zgromadzić się wokół ołtarza z duszpasterzami i młodzieżą ruchów młodzieżowych archidiecezji krakowskiej. Wiem, że dzięki temu, co teraz się dzieje, będziemy sobie wszyscy o wiele bliżsi.

Pozostaje jednak jedno „ale”. Te dni poza budowaniem relacji pokazały nam, że potrafimy korzystać z nowych technologii, aby Ewangelia była głoszona i docierała coraz dalej. Wyzwaniem dla nas będzie dzień, gdy tą wiedzę przyjdzie nam zastosować już nie jako alternatywę, ale jako dopełnienie tradycyjnych, ale głęboko przez Ducha Świętego oczyszczonych działań duszpasterskich. Za czasem epidemii nie będziemy tęsknić – postarajmy się, żebyśmy nie musieli tęsknić za jednością, która nas teraz połączyła.

 

Ks. Marcin Filar

Ks. Marcin Filar

Kapłan Archidiecezji Krakowskiej, pochodzi z Rabki-Zdroju,
od lat związany z Ruchem Apostolstwa Młodzieży.
Obecnie duszpasterz w Sanktuarium Matki Bożej Myślenickiej
oraz katecheta w technikum i szkołach zawodowych.
Pomysłodawca i koordynator akcji modlitewnej #panamska10,
pracuje w zespole medialnym ŚDM Archidiecezji Krakowskiej.

Zobacz inne artykuły tego autora >

Reklama

Szukasz wartościowych treści?

Zapisz się na cotygodniowy newsletter Stacji7


Reklama

 

 


Reklama

Ks. Marcin Filar
Ks. Marcin
Filar
zobacz artykuly tego autora >
Copy link
Powered by Social Snap