ROZMOWY

“Długo przeżywałem dylemat”. Kard. Nycz o przełożeniu beatyfikacji Prymasa Wyszyńskiego

– Ten dylemat przeżywałem od początku pandemii. Ostatecznie podjęliśmy decyzję o przełożeniu beatyfikacji, ponieważ osoba Prymasa, jego wielkość i powszechna znajomość jest tak duża, że udział w beatyfikacji powinien być dostępny dla szerokiej rzeszy wiernych – mówi kard. Kazimierz Nycz w specjalnym wywiadzie dla Stacji7.

Aneta Liberacka
Aneta
Liberacka
zobacz artykuly tego autora >
Kard. Kazimierz Nycz
Kard. Kazimierz
Nycz
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

"Długo przeżywałem dylemat". Kard. Nycz o przełożeniu beatyfikacji Prymasa Wyszyńskiego
– Ten dylemat przeżywałem od początku pandemii. Ostatecznie podjęliśmy decyzję o przełożeniu beatyfikacji, ponieważ osoba Prymasa, jego wielkość i powszechna znajomość jest tak duża, że udział w beatyfikacji powinien być dostępny dla szerokiej rzeszy wiernych – mówi kard. Kazimierz Nycz w specjalnym wywiadzie dla Stacji7.

Aneta Liberacka: Kiedy Ksiądz Kardynał rozstrzygnął ten trudny dylemat: przełożyć beatyfikację albo utrzymać jej datę, organizując dużo skromniejszą uroczystość?

Ks. Kard. Kazimierz Nycz: Przeżywałem ten dylemat od początku pandemii, czyli od początku marca. Z jednej strony nie chciałem pogłębiać stanu paniki, że będzie trwać to bardzo długo. Sam miałem nadzieję, że ta pandemia szybko osiągnie szczyt i liczba zachorowań zacznie opadać, dlatego zwlekałem z podjęciem decyzji co do terminu beatyfikacji. Miałem przygotowane dwa warianty, ale uzyskawszy już pewność, jaka będzie sytuacja w czerwcu, dwa tygodnie temu z tym drugim wariantem, czyli z prośbą o przeniesienie beatyfikacji, zwróciłem się do Stolicy Apostolskiej. Watykan z całkowitym zrozumieniem ją zaakceptował. Ostatecznie zdecydowaliśmy ogłosić tę decyzję właśnie wczoraj – 28 kwietnia.

 

Osoba Prymasa, jego wielkość i powszechna znajomość w pokoleniu średnim i starszym jest tak duża, że wierni mają prawo – a również i on sam w swojej świętości – do tego, żeby udział w beatyfikacji był dla każdego dostępny.

Czy beatyfikacja w skromnej formie nie byłaby dobrym pomysłem? Sama mam w maju ślub syna i staramy się przygotowywać wszystko kameralnie, podobnie jak wiele innych rodzin. Dlaczego beatyfikację kard. Wyszyńskiego lepiej przenieść na inny termin? 

Myślę, że jest pewna analogia, jednak w przypadku ślubu, wesela, dotyczy to małej skali. Ślub można przecież zawrzeć nie zwlekając, a przyjęcie weselne przełożyć np. na pierwszą rocznicę ślubu. 

W przypadku beatyfikacji tak wielkiej postaci mamy jednak inną sytuację. Z jednej strony nie ma w tej chwili możliwości zorganizowania uroczystości bez narażenia zdrowia i życia ludzi. Z drugiej strony osoba Prymasa, jego wielkość i powszechna znajomość w pokoleniu średnim i starszym jest tak duża, że wierni mają prawo – a również i on sam w swojej świętości – do tego, żeby udział w beatyfikacji był dla każdego dostępny, dotyczy to również osób z zagranicy, bo z osobą takiego pokroju mamy do czynienia. Pamiętajmy, że jest wielka rzesza osób, które po prostu pragną w tej uroczystości bezpośrednio uczestniczyć. Jest jeszcze jeden argument: pandemia znacznie ograniczyła działalność Stolicy Apostolskiej poza granicami Watykanu, a przecież beatyfikacja to nie jest święto lokalne, ale całego Kościoła powszechnego. Wiemy, że wiele podobnych uroczystości kościelnych na całym świecie zostaje i zostanie przeniesionych na późniejszy termin.

W związku z tym decyzja mogła być tylko jedna: przełożyć tę uroczystość, aż ustanie pandemia. A gdy zaistnieją odpowiednie warunki, z pewnym miesięcznym czy dwumiesięcznym terminem wyprzedzającym zostanie ogłoszony nowy termin i bezpośrednio przygotujemy się do beatyfikacji. Przeprowadzimy ją tak, jak była zamierzona pierwotnie, ale w sposób skromny. Nie będziemy ograniczali wiernym możliwości uczestnictwa w tej uroczystości, ale zorganizujemy ją tak, by sama uroczystość stała się symbolem i znakiem, że to czasy – bo takie pewnie niestety będą po pandemii – kiedy trzeba każdą złotówkę oglądać z obu stron, zanim się ją wyda. 

 

W obecnej sytuacji wszyscy chyba poczuliśmy (w jakimś małym stopniu), jakie myśli i uczucia mogły towarzyszyć kardynałowi Wyszyńskiemu, kiedy był izolowany, aresztowany. Czy można odczytywać opatrznościowo to podobieństwo, że Prymas tak bardzo chciał być na Ślubach Jasnogórskich i nie mógł, a my tak bardzo chcemy być na Jego beatyfikacji i nie możemy, musimy ją przekładać?

Jest wiele takich analogii do Prymasa i jego życia. Jest to kwestia jego nieobecności na Ślubach Jasnogórskich, na które go jeszcze nie puścili, jest to kwestia jego nieobecności na konsystorzu w Rzymie, gdy zostawał kardynałem, kwestia nieobecności w Rzymie, bo odmawiano mu paszportu, a działy się w tam rzeczy wielkie. Prymas wiele razy miał “pod górkę” w swoim życiu. 

Jeszcze pół roku temu nikt nie mógł przewidzieć, że takie przeszkody, jak pandemia, mogą zaistnieć. Ale w przeniesionej beatyfikacji Prymasa Tysiąclecia widać wielką analogię do realiów jego posługi. To “więzienie” kard. Wyszyńskiego miało też takie znaczenie, że Prymas miał zaplanowanych wiele rzeczy i nie mógł ich zrealizować, bo także jego plany, nie tylko on, były “uwięzione”. A jednak zrodziły się z tego rzeczy wielkie, dzieła jeszcze większe.

 

 

Paradoksalnie, kardynał Wyszyński staje się w tej chwili wzorem w takim wymiarze, który jeszcze kilka miesięcy temu do głowy by nam nie przyszedł: jak stawiać czoła przeciwnościom takim jak izolacja. 

Niewątpliwie, kiedy patrzymy na trzy lata uwięzienia Prymasa, to w pierwszym okresie, w Stoczku był trochę załamany tym, co się stało. Robił sobie wówczas wielki rachunek sumienia: czy czegoś nie zaniedbał, czy wszystko robił dobrze jako biskup Warszawy, biskup Gniezna, prymas Polski. Ale potem nastąpił przełom. Kiedy nastąpił Akt Oddania w Niewolę Matki Bożej, Akt 8 grudnia, zaczęły przychodzić nowe pomysły: i Wielka Nowenna, i peregrynacja obrazu Matki Bożej, i Śluby Jasnogórskie. Był to owoc odosobnienia. Były to wielkie projekty przewidziane nie na rok, na dwa, ale na kilkanaście, a nawet kilkadziesiąt lat. Wiemy o tym dzisiaj my, z perspektywy przyszłości. Te cztery wydarzenia: peregrynacja, Śluby Jasnogórskie, nowenna i obchody Millenium oczywiście rodziły się z udziałem ludzi, którzy się z nim spotykali, ale przede wszystkim rodziły się w jego umyśle, w jego głowie, w jego modlitwie, w jego spotkaniu z Panem Bogiem, w jego zdolności do dalekowzrocznego, dalekosiężnego myślenia właśnie podczas izolacji.

 

Prymas wiele razy miał “pod górkę” w swoim życiu. A jednak zrodziły się z tego rzeczy wielkie, dzieła jeszcze większe.

Spróbujmy w takim razie to określić: co dobrego może wyniknąć z przełożenia beatyfikacji, nam, dzisiaj? Jakie są pozytywne strony tej decyzji?

Na pewno pozytywnym elementem, który możemy wydobyć z tej koniecznej decyzji jest to, że lepiej się do tej beatyfikacji przygotujemy. Może właśnie po to został nam dany czas, żeby coś jeszcze przeczytać, dowiedzieć się o jego życiu. Może jest to też czas na to, aby w szkole, w oświacie więcej opowiedzieć młodemu pokoleniu, może po ty, by intensywniej modlić się o owoce beatyfikacji w naszym życiu osobistym, w życiu naszego kraju, Kościoła. Może będzie nam potrzebna taka uroczystość po zakończeniu pandemii, która pozostawi duże negatywne skutki społeczne – bo jednak dla ludzi to jest trud, wysiłek i pewien kłopot odosobnienia, ograniczenia wolności – kiedy zetkniemy się z realnymi problemami gospodarczymi i społecznymi. Kto wie, może właśnie wtedy modlitewna refleksja, dziękczynienie i wstawiennictwo wielkiego Prymasa będą nam potrzebne.

 

 

Jak ten czas, który nam został dany w oczekiwaniu na beatyfikację, możemy dobrze wykorzystać? Jakie jest główne przesłanie Księdza Kardynała dla nas, na czas tego przedłużonego oczekiwania na beatyfikację Prymasa?

W Archidiecezji Warszawskiej kontynuujemy to, czego zawieszać nie trzeba. Każdego 28. dnia miesiąca spotykamy się w Archikatedrze Warszawskiej, gdzie jest grób przyszłego błogosławionego, na Mszy świętej, modlitwie i wykładzie. Jeszcze miesiąc temu katedra była pusta, oprócz celebransów były dosłownie cztery osoby, bo więcej nie mogło być. Wczoraj wiernych było trochę więcej, ale dzięki transmisji internetowej można kontynuować te przygotowania nawet przy mniejszym udziale wiernych. 

To tylko przykład, ale tego typu przygotowania należy kontynuować na poziomie diecezji, parafii, na poziomie rodziny. Jeżeli jest prawdą, a jest prawdą, że mamy więcej czasu – zaglądamy do książek, czytamy, oglądamy telewizję, dłużej korzystamy z internetu – powinniśmy tym bardziej przeznaczyć czas na osobiste przygotowanie do tego wydarzenia. Zadaniem Stacji7 i wszystkich innych mediów jest to, żeby wśród tych propozycji, które dajecie Państwo swoim odbiorcom w takim trudnym czasie, zamieszczać teksty i materiały związane z kardynałem Wyszyńskim, z jego życiem, nauczaniem, z jego świętością, i w tym znaczeniu przygotowywać do beatyfikacji, nie zaprzestać tego.


KOŚCIÓŁ W CZASIE PANDEMII


Rozmawialiśmy już o skromniejszych w czasie pandemii uroczystościach, o sakramentach. Co ks. Kardynał doradzałby narzeczonym w sprawie ślubów, rodzinom w sprawie chrztów, uroczystości rodzinnych, rocznic? Jak obchodzić je pięknie i godnie mimo izolacji? A przede wszystkim: przygotowywać, czy przekładać?

Nie jest łatwo to powiedzieć, ale muszę mówić to młodym, przygotowującym się do ślubu, mówię to także diakonom, kandydatom do święceń prezbiteratu, dzieciom do Komunii, bierzmowanym: te uroczystości muszą być skromniejsze. 

Narzeczonym powiedziałbym jedną trudną, ale realnie ważną rzecz: może będzie łatwiej dostrzec i głębiej przeżyć to, co jest istotą ślubu. Jest nią to, co dokonuje się między dwiema osobami, bo to one udzielają sobie sakramentu małżeństwa. To zaledwie dwa zdania przysięgi małżeńskiej. Oprócz nich, młodych, do ślubu konieczni są tylko świadkowie oraz ksiądz. Pozostali goście, którzy uczestniczą w ślubie, dzielą wspólną radość nowożeńców, z punktu widzenia istoty sakramentu są w jakimś sensie elementem dodanym, mogłoby ich nie być, by sakrament zaistniał. A czasem zdarza się, że ich zbyt liczna, zbyt wielka i pompatyczna obecność może odwrócić uwagę od tej istoty, od tych dwóch zdań, dwóch fragmentów przysięgi małżeńskiej, którą sobie wypowiadają on i ona. Ta przysięga wraz ze znakiem podanych sobie dłoni i błogosławieństwem kapłana jest istotą sakramentu małżeństwa. 

Niech wszyscy, którzy mają w czasie pandemii ślub, podchodzą do tego z przekonaniem poddania się – nie chcę powiedzieć Opatrzności Bożej – pewnemu losowi, który sprawił, że ten ślub musi taki właśnie być. Niech koncentrują się na tym, co jest najważniejsze. Najważniejsze jest to, co dokona się jako sakrament, jako pieczęć na całe życie. Natomiast czy będą obsypani złotówkami, czy płatkami przed kościołem, to jest naprawdę element dodany i można do tego kiedyś wrócić. Podobnie w przypadku innych uroczystości, jak święcenia kapłańskie, bierzmowanie, Komunia św. Powtórzę: dzięki temu, że te wydarzenia będą skromniejsze, możemy dostrzec to, co najważniejsze.

 

 

Nie ustają pytania o Msze św. transmitowane w telewizji czy w internecie. Czy w obecnej sytuacji, kiedy zwiększone są już limity osób, które mogą jednocześnie być w kościele, choć nadal można korzystać z dyspens, Ksiądz Kardynał zachęcałby już do normalnego uczestnictwa we Mszy św. w kościele, czy wciąż do pozostania w domach?

Na miarę możliwości, które, jak ufam, będą się poszerzać, wracajmy do kościołów. Nic nie zastąpi realnego uczestnictwa w Eucharystii, w liturgii Kościoła, w liturgii sakramentów roku liturgicznego. Transmisje to pewien erzac, który Bogu dzięki dostajemy za sprawą rozwiniętej technologii i dzięki temu możemy być z innymi w pewnej łączności. Ale nie dają tego, co najważniejsze: Komunii świętej. Dlatego zachęcam, jak najbardziej, do powolnego i odpowiedzialnego powrotu do prawdziwego uczestnictwa w Eucharystii. 

Myślę, że ostatnie złagodzone obostrzenia umożliwiają – przy dobrej organizacji w parafii – uczestnictwo w Eucharystii właściwie wszystkim parafianom w ciągu tygodnia. Rozumiem i podzielam obawy o zdrowie i bezpieczeństwo, natomiast każdy, kto może i uważa, że to zabezpieczenie jest wystarczające, to powinien przychodzić do kościoła: nawet jeśli nie w niedzielę, to w tygodniu, nie łamiąc oczywiście przepisów, prawa oraz indywidualnej i społecznej odpowiedzialności. W każdej parafii, gdzie jest limit 40-50 osób, a mszy w tygodniu jest kilka, tym bardziej warto pójść. Oczywiście w maseczkach, zachowując od siebie odpowiednie odległości i nie narażając innych w imię dziwnie pojętej odwagi. 

 

Rozbudzajmy w sobie głęboką tęsknotę za prawdziwym przeżyciem Eucharystii w kościele, przy ołtarzu, w prawdziwej wspólnocie, tęsknotę za przyjęciem Komunii Świętej i słuchaniem żywego Słowa Bożego.

Papież Franciszek apelował, byśmy nie “wirtualizowali” wiary. Czy ma Ksiądz Kardynał taką obawę, że po tak długim okresie dyspensy z powodu pandemii część z nas przyzwyczai się do modlitwy w domu, do zdalnych transmisji i przestanie chodzić do kościoła?

Ważne jest, żebyśmy nie przyzwyczaili się do wygody medialnego uczestnictwa w nabożeństwach. Myślę, że im dłużej trwa kwarantanna, tym ta obawa jest większa. Tę obawę można udowodnić postawą papieża. Na początku Franciszek zachęcał i sam dawał tego przykład, odprawiając nabożeństwa na pustym placu św. Piotra, w pustej bazylice, bo przecież nie było innej możliwości, zresztą to był mocny znak, mocny symbol. Ale w pewnym momencie rzeczywiście powiedział, że nie ma wirtualnych sakramentów, a wśród nich wirtualnej Eucharystii. 

Nie pozwólmy sobie przyzwyczaić się do tego, co jest tylko przejściowe i niekoniecznie najważniejsze. Rozbudzajmy w sobie głęboką tęsknotę za prawdziwym przeżyciem Eucharystii w kościele, przy ołtarzu, w prawdziwej wspólnocie, tęsknotę za przyjęciem Komunii Świętej i słuchaniem żywego Słowa Bożego.

 

FOT. Beata Zawrzel/REPORTER

 

Zdaniem Księdza Kardynała Kościół, księża, zakonnicy, zakonnice dobrze sobie radzą z nową, tak trudną sytuacją? Jakie są problemy?

Psychologicznie, ale także duchowo, czas pandemii jest mocnym przeżyciem dla księży, zakonnic i zakonników. Mnie samemu brakuje ludzi, brakuje kontaktu, zarówno przy okazji liturgii, sakramentów, ale także przy okazji spotkań, rozmów, wizytacji. 

Obyśmy wyszli mądrzejsi i bardziej pragnący tego, za co może nie zawsze byliśmy do końca wdzięczni. 

Uświadomiłem sobie, cóż znaczyłby ksiądz bez ludzi. Cóż by znaczyło moje hasło, które trzydzieści dwa lata temu wybrałem sobie jako biskup: “Z ludzi i dla ludzi”, jeżeli tego “dla ludzi” – poza tym, że człowiek oczywiście modli się za nich i jest dla ludzi – właściwie nie ma. Myślę, że w tym znaczeniu każdy ksiądz, a na pewno znakomita większość księży, uświadomił sobie, jak ważną rzeczą jest, żeby spotkania z ludźmi były przez nas cenione, szanowane, byśmy do wiernych szli z posłaniem, ze Słowem Bożym i nadzieją. Żebyśmy cieszyli się z tego, że przychodzą, a nie martwili się, że przyszli – a tak czasem bywa. Nam księżom, biskupom, ta sytuacja z pewnością to uświadamia i obyśmy z tego wyciągnęli wnioski, gdy pandemia się skończy. 

Myślę, że również wiernym brakuje w tej chwili kapłana, który odprawia Eucharystię, który mówi kazanie, którego można słuchać i z nim porozmawiać, brakuje spotkania w konfesjonale, ale także tego pasterskiego, duszpasterskiego spotkania na poziomie parafii, w grupach. Obyśmy wyszli mądrzejsi i bardziej pragnący tego, za co może nie zawsze byliśmy do końca wdzięczni. 

 

Papież Franciszek polecił ostatnio modlić się za polityków, za tych którzy podejmują decyzje. Widzimy, że w Polsce ta modlitwa jest bardzo potrzebna. Zwłaszcza, że mamy polityczne wydarzenia, które ciągle dzielą. Jakie jest przesłanie Księdza Kardynała w tej sprawie? 

Podpisałbym się pod apelem Papieża. Jako Rada Stała Episkopatu przygotowaliśmy dokument, opublikowany wczoraj w związku z sytuacją pandemii, ale także w kontekście wyborów, których termin w czasie tej pandemii wypada. Nie tylko podpisujemy się pod tym, co powiedział Papież, ale zacytowaliśmy te istotne słowa Franciszka, w których proponuje modlitwę za polityków.

Dlatego wszystkich nas zachęcam do modlitwy za polityków, a polityków zachęcam do tego, by w tej trudnej sytuacji, wręcz niebezpiecznej dla ludzi, której skutki mogą być wielkie, potrafili wznieść się ponad podziały – nie na żarty, ale na serio – i działali dla tego dobra, które nazywamy wspólnym dobrem, dla naszej Ojczyzny.

 

 

Szukasz wartościowych treści?

Zapisz się na cotygodniowy newsletter Stacji7


 

 



Aneta Liberacka

Aneta Liberacka

Redaktor naczelny portalu Stacja7.pl, prezes Fundacji Medialnej 7. Z wykształcenia matematyk, doświadczenie zawodowe jako manager zdobywała w takich miejscach jak Comarch, czy HP, prowadząc projekty w Europie, Ameryce Środkowej i krajach arabskich. Mama czwórki dzieci, chętnie zabierająca głos w sprawach: kobiet, dzieci, rodziny, edukacji. Bliska jej sercu jest nauka społeczna Jana Pawła II. Na Stacji 7 od kilku lat prowadzi cykl "Rozmowy z Janem Pawłem II" oraz podejmuje tematy społeczne.

Zobacz inne artykuły tego autora >
Kard. Kazimierz Nycz

Kard. Kazimierz Nycz

Zobacz inne artykuły tego autora >
Aneta Liberacka
Aneta
Liberacka
zobacz artykuly tego autora >
Kard. Kazimierz Nycz
Kard. Kazimierz
Nycz
zobacz artykuly tego autora >

Nie bój się prosić o pomoc. O grupach wsparcia dla rodziców

W zamkniętych domach często dzieje się wiele złego, ale my niestety ciągle próbujemy udowadniać, że poradzimy sobie z tym sami, co tylko potęguje problemy - mówi Maria Turek, terapeutka, trenerka grup wsparcia i jedna z założycielek Ośrodka Psychoterapii i Wsparcia dla rodzin Plaster Miodu, prowadząca grupy dla rodziców.

Maria Turek
Maria
Turek
zobacz artykuly tego autora >
Anna Druś
Anna
Druś
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Nie bój się prosić o pomoc. O grupach wsparcia dla rodziców
W zamkniętych domach często dzieje się wiele złego, ale my niestety ciągle próbujemy udowadniać, że poradzimy sobie z tym sami, co tylko potęguje problemy - mówi Maria Turek, terapeutka, trenerka grup wsparcia i jedna z założycielek Ośrodka Psychoterapii i Wsparcia dla rodzin Plaster Miodu, prowadząca grupy dla rodziców.

Zanim wybuchła epidemia koronawirusa prowadziłaś w Warszawie warsztaty i grupy wsparcia dla rodziców. Czy to jest nadal możliwe?

Tak, teraz spotykamy się online. Raz w tygodniu łączymy się przez platformę Zoom i na dwie godziny wyłączamy z naszych zwykłych zajęć w domu, aby się spotkać w tej nowej formie. Przyznam, że miałam sporo wątpliwości, jak to będzie funkcjonować, przecież spotkanie twarzą w twarz to jednak inna jakość, ale okazuje się, że działa to zaskakująco dobrze. Bardzo często jest tak, że przy pierwszym pytaniu “Jak się masz, jak minął tydzień?” jest już się gotowość do dzielenia się i tym co dobre i tym, co trudne, czasem pojawia się płacz, napięcia z tygodnia puszczają, a po tych dwóch godzinach rozmowy, wymiany doświadczeń, słuchania innych – wychodzimy silniejsze, spokojniejsze. Uczestniczki mówią o wdzięczności, o uldze, o tym, że odczuwają jakby jakiś ciężar spadł im z ramion…

 

No właśnie, powiedz więcej: jak mamy, które spotykasz radzą sobie z tym obecnym zamknięciem? Bycie z rodziną w domu non stop stwarza dodatkowe problemy?

Przede wszystkim trudnością jest to, że w zasadzie straciłyśmy przestrzeń dla siebie, którą wcześniej miałyśmy. Wiele matek zostało ograniczonych do jednej jedynej roli domowego „ogarniacza” wszystkiego. Przed epidemią miałyśmy oprócz domu jeszcze inne zajęcia, inne role, w których mogłyśmy funkcjonować, teraz to zniknęło. Nie mówię nawet o jakimś wielkim “samorealizowaniu”, ale o takich zwykłych rzeczach, które w codzienności pozwalają kobietom “odetchnąć”: krótkie zakupy, fryzjer, kosmetyczka, spotkanie z koleżanką, zajęcia z Zumby, książka w autobusie. Teraz to wszystko zniknęło zupełnie, powodując, że z problemami dnia codziennego zostajemy bez żadnego “wentyla bezpieczeństwa”, bez choćby krótkich chwil samotności. Wiadomo przecież, że jako matki najczęściej swoje własne potrzeby zaspokajamy na samym końcu albo wcale. Gdy jeszcze dodatkowo teraz jednocześnie i pracujemy z domu i pilnujemy szkoły dzieci, uczących się zdalnie – obciążenie jest naprawdę duże. Nie mówię zresztą tylko o kobietach, ale w zasadzie o wszystkich domownikach, bo u wszystkich poziom stresu może być wyższy, gdyż wszystkim odpadły te aktywności, chwile dla siebie, które mieli. To powoduje, że frustracja wzrasta i w niektórych domach może być naprawdę nieciekawie. 

 

Dostajecie takie sygnały?

Tak, potwierdzają to zarówno uczestniczki grupy, mówią o tym, że szybciej wybuchają, że mają mniej spokoju, cierpliwości, zdarzają się nawet agresywne reakcje wobec domowników. Jedna z terapeutek z naszego Ośrodka pracuje również na Niebieskiej Linii i wiem, że rzeczywiście zgłoszeń o przemocy domowej teraz jest dużo więcej. W zamkniętych domach czasem dzieje się wiele złego.

 

 

Z czego dokładniej to może wynikać?

Z tego, o czym mówiłam przed chwilą: braku pewnych wentyli bezpieczeństwa, które pozwalają nam rozładować jakieś napięcia, stres czy po prostu odpocząć. Ale też z tego, że ludzie nie umieją nazywać czy uświadamiać sobie swoich emocji, a gdy sobie z nimi nie radzą – nie próbują szukać pomocy na zewnątrz. Wtedy zaś mogą uruchomić się pewne niebezpieczne mechanizmy: część osób odreagowuje na innych, na przykład przemocą, agresją słowną czy fizyczną, a część – na samych sobie, co może prowadzić do trudnych stanów, nawet do depresji. Niestety w naszym społeczeństwie pokutuje ciągle takie przekonanie, że własnym zdrowiem psychicznym najlepiej zajmiemy się sami, że nie powinno się prosić tu nikogo o pomoc. Tak ma też wielu rodziców, którzy – nawet gdy im ciężko – ze wszystkim starają się radzić sobie sami. Wstydzą się mówić o swoim zmęczeniu, o tym, że nie są idealnymi rodzicami, że czasem sobie nie radzą. Nawet gdy widzą, że im się nie udaje, że nie dają już rady, jest im trudno o tym rozmawiać, sięgać po pomoc. Popularne jest wciąż chwalenie się swoimi dziećmi i tym, jak dobrze je wychowujemy, a nie bycie autentycznym i otwartym na wsparcie od innych.  Tymczasem kryzysy są normalnym elementem życia i jeśli sobie z nimi nie radzimy, to nie wstyd zwrócić się do kogoś po pomoc. Zresztą lepiej zrobić to na początkowym etapie, na przykład zgłaszając się do grupy wsparcia dla rodziców, gdzie otrzymujemy wzmocnienie w naszej rodzicielskiej roli, niż potem gasić jakieś “pożary” za pomocą terapii. To trochę jak w tym haśle „Zapobiegać zamiast leczyć”.

 

Jak działają takie grupy, na przykład ta, którą teraz prowadzisz?

Nazywa się ona “Matczyna reanimacja” i są w niej głównie mamy dzieci ze specjalnymi potrzebami edukacyjnymi, czyli te, które mają jeszcze inne wyzwania związane z wychowaniem. Jesteśmy grupą zamkniętą, to znaczy w trakcie trwania danego cyklu spotkań nikt nowy do nas nie dołącza. Dzięki temu mamy poczucie bezpieczeństwa i klimat wzajemnego zaufania. Gdy są kolejne zgłoszenia chętnych mam – uruchamiamy kolejne grupy. Spotykamy się raz w tygodniu na dwie godziny, w trakcie których opowiadamy o naszych trudnościach minionego tygodnia, dzielimy się radościami, sukcesami. Nie mamy jakiegoś narzuconego tematu przewodniego, rozmawiamy o tym, czym aktualnie żyjemy. Temat wyłania się z naszych przeżyć, potrzeb, wydarzeń ostatniego czasu. Nie udzielamy sobie jednak rad ani nie oceniamy. Raczej: wymieniamy się doświadczeniami, dzielimy tym, co nam pomaga, co się u nas sprawdziło.

 

Na przykład?

Na przykład jeśli jakaś mama ma problem choćby z tym obecnym zamknięciem, z brakiem chwili wytchnienia czy czasu dla siebie, inne dzielą się jak sobie z tym radzą, mówią po prostu co im pomaga, co działa. U jednej mamy będzie to na przykład kąpiel, spacer czy ćwiczenia gimnastyczne, u innej – modlitwa, posłuchanie jakiejś konferencji przez Internet, lektura Pisma Świętego. Czasem powstaje nawet taka lista sposobów, strategii. Właśnie to jest niesamowite w tych naszych spotkaniach, że wytwarza się coś w rodzaju takiej wspólnoty doświadczeń, wzajemnego wzbogacenia. 

 

Trochę tak jak przy spotkaniu przyjaciółek…

To podobieństwo może być mylące, ponieważ w sumie na początku jesteśmy dla siebie obcymi osobami, co daje możliwość pewnej szczerości, otwartości. Między znajomymi czy koleżankami bardzo często uruchamiają się mechanizmy rywalizacji, udowadniania innym czegoś, lęk przed oceną, w związku z tym – zakładamy pewne “maski”, udajemy siłę czy samowystarczalność. Tutaj tego nie ma, tu nie musimy udawać, możemy spokojniej przyznać się do porażek czy błędów. Jednocześnie między uczestniczkami budują się prawdziwe relacje, może nawet czasem przyjaźnie, to przestrzeń na nawiązanie dobrych kontaktów.

 

Modlitwa nastolatków

 

Powiedziałaś, że rozmawiacie też o sprawach duchowych

Tak, to nie jest dla nas temat tabu. W naszym Ośrodku Plaster Miodu, w ramach którego działają prowadzone przeze mnie grupy wsparcia, otwarcie mówimy, że wartości chrześcijańskie są dla nas ważne. Przyjmujemy człowieka w całym jego bogactwie, również z tą sferą duchową. Nie wymagamy oczywiście wiary od osób, które do nas przychodzą, ale bardzo często przychodzą do nas ci, którzy wiarą żyją, angażują się w życie Kościoła. Świadomość, że dla nas to jest normalny element życia może pomóc w skorzystaniu z naszej pomocy.  

 

No właśnie, wydaje się, że ciągle wiele osób wierzących boi się psychologów

Zgadza się. Części wierzących wydaje się, że sama modlitwa załatwi wszystkie problemy – także te z traumami, relacjami, kryzysami w rodzinie. Inni z kolei boją się skorzystać z pomocy psychologa, bo boją się zdewaluowania przez niego swojej wiary, wyznawanych wartości. Tymczasem dbanie o własne zdrowie psychiczne jest elementem dbania o swoje zdrowie w ogóle. Gdy boli nas gardło raczej nie uważamy, że wystarczy się porządnie pomodlić, a przestanie, jak mówił ksiądz Kaczkowski. Wiemy, że to byłoby trochę wystawianie Pana Boga na próbę. Raczej idziemy więc do lekarza, bierzemy przepisane leki. Podobnie z tą dziedziną. Jeśli mamy problem, nie radzimy sobie – trzeba o to zadbać, poszukać kompetentnej pomocy. Pan Bóg przecież także tym może się posłużyć, aby nas uleczyć.

 

Powiedziałaś, że Wasza grupa dla mam już jest zamknięta. Gdzie jeszcze można szukać nowych?

Właśnie uruchamiamy kolejne, do których – z racji funkcjonowania przez Internet – mogą dołączać praktycznie ludzie z całej Polski albo i świata. Będą to grupy dla mam oraz dla rodziców, również ojców. Prowadzić je będą terapeuci i trenerzy przygotowani do pracy z grupami, a jednocześnie rodzice znający temat od podszewki. Zbieramy obecnie dwie takie grupy Matczyna Reanimacja i Rodzicielskie BHP szczegóły na naszej stronie internetowej.

 

Rozmawiała Anna Druś

 

Szukasz wartościowych treści?

Zapisz się na cotygodniowy newsletter Stacji7


 

 



Maria Turek

Maria Turek

Zobacz inne artykuły tego autora >
Anna Druś

Anna Druś

dziennikarka i redaktor sekcji news, w Stacji7 od marca 2018. Wcześniej pracowała w "Pulsie Biznesu", "Newsweeku" i Katolickiej Agencji Informacyjnej. Z wykształcenia teolog i dziennikarz

Zobacz inne artykuły tego autora >
Maria Turek
Maria
Turek
zobacz artykuly tego autora >
Anna Druś
Anna
Druś
zobacz artykuly tego autora >
Copy link
Powered by Social Snap