Nasze projekty
Tomasz Adamski

Jak wyglądał Jezus?

Takie pytanie zadały sobie kilka dni temu media w Polsce. Oczywiście to trudne zagadnienie nie zostałoby podjęte, gdyby odpowiedź nie była autorom wcześniej znana, przygotowana do opisania i - przede wszystkim - sensacyjna.

Reklama

Richard Neave, związany z Uniwersytetem w Manchesterze emerytowany naukowiec, określany przez część mediów jako artysta medyczny (cokolwiek to znaczy), za pomocą programów komputerowych stworzył trójwymiarowy model twarzy Jezusa. Ponieważ odbiega on od standardów sztuki chrześcijańskiej, widzeń mistycznych, opisów i dotychczasowych wyobrażeń, odkrycie zostało uznane za rewolucyjne. Zdjęcia obiegły polskie i zagraniczne media. Historia tej euforii jest jednak szyta grubymi nićmi.

Pierwszą wątpliwość budzi przede wszystkim proces badawczy. W rzeczywistości, zespół Neave’a dotarł do trzech męskich czaszek pochodzących z epoki i terenów Palestyny i na podstawie ich analiz, skupiając się na cechach wspólnych stworzono twarz statystycznego członka semickiej grupy etnicznej. Zatem przekonanie, że model, który powstał w wyniku przeprowadzonych badań, opiera się na – słusznym skądinąd – przekonaniu, że fizycznie Jezus był podobny do ludzi swojej epoki. Problem polega na tym, że nawet to prawidłowe założenie nie czyni z wizerunku stworzonego przez Neave’a nic ponad obraz statystycznego Izraelity sprzed 2000 lat. A jak doskonale wiemy, statystyczni ludzie nie istnieją.

Reklama

Drugi temat, który pojawia się mimochodem przy analizie polskich medialnych zachwytów nad brytyjską dekonstrukcją pobożnych wyobrażeń, dotyczy podejścia do historyczności Jezusa i wiarygodności Biblii. Okazuje się bowiem, że te same media, które cyklicznie publikują – w swoim mniemaniu kontrowersyjne – artykuły podważające historyczność Jezusa, dziś są przekonane, że oto mamy dowód na to, jak wyglądał Syn Boży. Taki dowód jest jednak na marginesie rozważań tożsamy z potwierdzeniem prawdziwości historii o Wcieleniu!

Reklama

Zastanawiające jest to, że wielu dziennikarzom taka niekonsekwencja nie przeszkadza. Nie jest to jednak zjawisko nowe. Identyczne mechanizmy można było zaobserwować przy okazji znalezisk archeologicznych rzekomo potwierdzających małżeństwo i potomstwo Jezusa (skoro miał żonę i dzieci to istniał, prawda?) albo przy okazji komentowania apokryfu zwanego Ewangelią Judasza.

To zresztą też ciekawe, że dziennikarze antykatolickich mediów lubują się w podważaniu wiarygodności Biblii ze względu na subiektywność autorów lub nieznane pochodzenie, ale wystarczy jedno znalezisko, które stoi w sprzeczności z dotychczasową nauką o Jezusie i z miejsca staje się dogmatem racjonalizmu. Nie jest to bez znaczenia przy okazji komentowania odkrycia zespołu badaczy z Manchesteru, ponieważ, jak sami stwierdzają w raporcie – dużo informacji na temat wyglądu Jezusa zaczerpnęli… z Biblii. Okazuje się zatem, że przy odpowiednim użyciu wyśmiewane na co dzień Pismo święte staje się niepodważalnym dowodem naukowym! Co równie ciekawe, w raporcie badaczy czytamy ponoć o odwołaniu się np. do opisu św. Mateusza dotyczącego modlitwy w Ogrójcu, ale nie ma tam zgoła żadnej (!) wskazówki dotyczącej wyglądu Jezusa. Również w Biblii znaleziono argumenty za tym, że Jezus nie miał długich włosów, ale krótkie, czarne i kręcone. W którym miejscu Pisma świętego znaleziono tak szczegółowy opis fryzury Jezusa – nie wiadomo.

Reklama

Wreszcie trzecia kwestia, czyli celowość tekstu. Wyniki badań Neave’a kilka dni temu odbiły się dość szerokim echem w mediach uznawanych w Polsce za opiniotwórcze, ale warto zauważyć rzecz zdumiewającą: badanie zostało ukończone w 2001 r.! To oznacza, że dzisiejsza przedświąteczną sensacja i sposób na klikalność w internecie w rzeczywistości jest wydmuszką. Co więcej, docierając do komentarzy sprzed lat dowiadujemy się, że wizualizacja stworzona przez zespół przedstawia… twarz przeciętnego Judejczyka. Nie ma mowy o Synu Bożym.

Powstaje zatem pytanie: po co wprowadzać w błąd w imię taniej sensacyjności? Czy jest w tym cel inny niż komercyjny sukces? Wydaje się, że tak.

Popularna narracja przedstawia bowiem wyniki badań na zasadzie triumfalnej dekonstrukcji: chrześcijanie wierzą, że Jezus wygląda jak na obrazach, a tymczasem wygląda inaczej. Jak współczesny uchodźca. W mojej opinii jest jasne, że przywoływanie starych, zapomnianych wyników badań, które nigdy nie zyskały aprobaty świata naukowego, ma na celu wpłynięcie na postawę katolików wobec uchodźców. To po prostu dalsza część narracji porównującej współczesną migrację do desperackich poszukiwań miejsca porodu przez Świętą Rodzinę.

I tylko szkoda, że w tym celu próbuje się sięgać po tak jałową sensacyjność. W tym miejscu aż żal nie zacytować Chestertona: Jeśli człowiek ma słabe struny głosowe, wychodzi to na jaw, gdy próbuje krzyczeć. Tak też i umysłowość beznadziejnie daleka od rewelacyjnej ujawnia się u takich dziennikarzy właśnie wtedy, gdy próbują wymyślić rewelację.

I niech to pozostanie puentą tej historii.

Najciekawsze artykuły

co tydzień w Twojej skrzynce mailowej

Raz w tygodniu otrzymasz przegląd najważniejszych artykułów ze Stacji7

Reklama

PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ

PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ
Reklama
WIARA I MODLITWA
Wspieraj nas na Patronite