video-jav.net

Jak wyglądał Jezus?

Takie pytanie zadały sobie kilka dni temu media w Polsce. Oczywiście to trudne zagadnienie nie zostałoby podjęte, gdyby odpowiedź nie była autorom wcześniej znana, przygotowana do opisania i - przede wszystkim - sensacyjna.

Tomasz Adamski
Tomasz
Adamski
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Richard Neave, związany z Uniwersytetem w Manchesterze emerytowany naukowiec, określany przez część mediów jako artysta medyczny (cokolwiek to znaczy), za pomocą programów komputerowych stworzył trójwymiarowy model twarzy Jezusa. Ponieważ odbiega on od standardów sztuki chrześcijańskiej, widzeń mistycznych, opisów i dotychczasowych wyobrażeń, odkrycie zostało uznane za rewolucyjne. Zdjęcia obiegły polskie i zagraniczne media. Historia tej euforii jest jednak szyta grubymi nićmi.

 

Pierwszą wątpliwość budzi przede wszystkim proces badawczy. W rzeczywistości, zespół Neave’a dotarł do trzech męskich czaszek pochodzących z epoki i terenów Palestyny i na podstawie ich analiz, skupiając się na cechach wspólnych stworzono twarz statystycznego członka semickiej grupy etnicznej. Zatem przekonanie, że model, który powstał w wyniku przeprowadzonych badań, opiera się na – słusznym skądinąd – przekonaniu, że fizycznie Jezus był podobny do ludzi swojej epoki. Problem polega na tym, że nawet to prawidłowe założenie nie czyni z wizerunku stworzonego przez Neave’a nic ponad obraz statystycznego Izraelity sprzed 2000 lat. A jak doskonale wiemy, statystyczni ludzie nie istnieją.

 

Drugi temat, który pojawia się mimochodem przy analizie polskich medialnych zachwytów nad brytyjską dekonstrukcją pobożnych wyobrażeń, dotyczy podejścia do historyczności Jezusa i wiarygodności Biblii. Okazuje się bowiem, że te same media, które cyklicznie publikują – w swoim mniemaniu kontrowersyjne – artykuły podważające historyczność Jezusa, dziś są przekonane, że oto mamy dowód na to, jak wyglądał Syn Boży. Taki dowód jest jednak na marginesie rozważań tożsamy z potwierdzeniem prawdziwości historii o Wcieleniu!

 

Zastanawiające jest to, że wielu dziennikarzom taka niekonsekwencja nie przeszkadza. Nie jest to jednak zjawisko nowe. Identyczne mechanizmy można było zaobserwować przy okazji znalezisk archeologicznych rzekomo potwierdzających małżeństwo i potomstwo Jezusa (skoro miał żonę i dzieci to istniał, prawda?) albo przy okazji komentowania apokryfu zwanego Ewangelią Judasza.

 

To zresztą też ciekawe, że dziennikarze antykatolickich mediów lubują się w podważaniu wiarygodności Biblii ze względu na subiektywność autorów lub nieznane pochodzenie, ale wystarczy jedno znalezisko, które stoi w sprzeczności z dotychczasową nauką o Jezusie i z miejsca staje się dogmatem racjonalizmu. Nie jest to bez znaczenia przy okazji komentowania odkrycia zespołu badaczy z Manchesteru, ponieważ, jak sami stwierdzają w raporcie – dużo informacji na temat wyglądu Jezusa zaczerpnęli… z Biblii. Okazuje się zatem, że przy odpowiednim użyciu wyśmiewane na co dzień Pismo święte staje się niepodważalnym dowodem naukowym! Co równie ciekawe, w raporcie badaczy czytamy ponoć o odwołaniu się np. do opisu św. Mateusza dotyczącego modlitwy w Ogrójcu, ale nie ma tam zgoła żadnej (!) wskazówki dotyczącej wyglądu Jezusa. Również w Biblii znaleziono argumenty za tym, że Jezus nie miał długich włosów, ale krótkie, czarne i kręcone. W którym miejscu Pisma świętego znaleziono tak szczegółowy opis fryzury Jezusa – nie wiadomo.

 

Wreszcie trzecia kwestia, czyli celowość tekstu. Wyniki badań Neave’a kilka dni temu odbiły się dość szerokim echem w mediach uznawanych w Polsce za opiniotwórcze, ale warto zauważyć rzecz zdumiewającą: badanie zostało ukończone w 2001 r.! To oznacza, że dzisiejsza przedświąteczną sensacja i sposób na klikalność w internecie w rzeczywistości jest wydmuszką. Co więcej, docierając do komentarzy sprzed lat dowiadujemy się, że wizualizacja stworzona przez zespół przedstawia… twarz przeciętnego Judejczyka. Nie ma mowy o Synu Bożym.

 

Powstaje zatem pytanie: po co wprowadzać w błąd w imię taniej sensacyjności? Czy jest w tym cel inny niż komercyjny sukces? Wydaje się, że tak.

 

Popularna narracja przedstawia bowiem wyniki badań na zasadzie triumfalnej dekonstrukcji: chrześcijanie wierzą, że Jezus wygląda jak na obrazach, a tymczasem wygląda inaczej. Jak współczesny uchodźca. W mojej opinii jest jasne, że przywoływanie starych, zapomnianych wyników badań, które nigdy nie zyskały aprobaty świata naukowego, ma na celu wpłynięcie na postawę katolików wobec uchodźców. To po prostu dalsza część narracji porównującej współczesną migrację do desperackich poszukiwań miejsca porodu przez Świętą Rodzinę.

 

I tylko szkoda, że w tym celu próbuje się sięgać po tak jałową sensacyjność. W tym miejscu aż żal nie zacytować Chestertona: Jeśli człowiek ma słabe struny głosowe, wychodzi to na jaw, gdy próbuje krzyczeć. Tak też i umysłowość beznadziejnie daleka od rewelacyjnej ujawnia się u takich dziennikarzy właśnie wtedy, gdy próbują wymyślić rewelację.

 

I niech to pozostanie puentą tej historii.

Tomasz Adamski

Tomasz Adamski

Zobacz inne artykuły tego autora >
Tomasz Adamski
Tomasz
Adamski
zobacz artykuly tego autora >

Kto wybierze przyszłego papieża?

Na to pytanie nie sposób dać jednoznaczną odpowiedź. Pontyfikat Franciszka jest bowiem - jak zresztą każdy inny - w rękach Boga, a zatem nie nam wiedzieć, w jaki sposób i kiedy zostanie zakończony

Tomasz Adamski
Tomasz
Adamski
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Warto jednak zwrócić uwagę na głośne słowa papieża, który przewiduje, że swoją misję będzie sprawował bardzo krótko i idące za tym przekonaniem decyzje. Również personalne.

 

Najbardziej czytelnym i oczywistym przejawem kształtowania Kościoła na przyszłość przez urzędującego papieża jest powoływanie kardynałów. Doskonałym przykładem są tu najstarsi przedstawiciele tego grona: prawie połowa żyjących dziś Książąt Kościoła została powołana przez Jana Pawła II, a kard. Arms został nominowany przez zmarłego przed prawie 38 laty Pawła VI! Jak widać, dzięki takim wyborom Następcy św. Piotra mają olbrzymi wpływ na kierunek, w którym podąża Kościół na długo po swojej śmierci nie tylko dzięki nauczaniu, ale również poprzez decyzje personalne i ich dalekosiężne konsekwencje.

 

Franciszek nominował już 39 kardynałów na dwóch konsystorzach. Dla porównania Benedykt XVI powołał ich w liczbie 90 na pięciu konsystorzach, zaś Jan Paweł II 231 podczas dziewięciu takich spotkań. Na tle jego dwóch poprzedników u Franciszka można wyraźnie zaobserwować szczególną pozaeuropejską optykę, bowiem wśród jego nominacji na jednego kardynała z Europy przypada aż trzech spoza Starego Kontynentu, podczas gdy np. Benedykt XVI ponad połowę swoich nominacji zaczerpnął z grona duchownych europejskich.

 

Co więcej, spośród kardynałów spoza Europy Franciszek znajdował często przedstawicieli małych, niemal zapomnianych państw, w których społeczne, polityczne znaczenie chrześcijaństwa jest znikome. Tymczasem wśród pozaeuropejskich nominacji Benedykta XVI znalazło się miejsce dla kilku duchownych np. z USA. To również pokazuje, że wybory Franciszka są podporządkowane pewnemu klarownemu pomysłowi na Kościół.

 

W tym zestawieniu nie chodzi bowiem o przeciwstawianie sobie Poprzednika i Następcy, ale o pokazanie zasadniczej odmienności polityki personalnej i wizji Kościoła dwóch papieży, która dla bacznych obserwatorów nie jest zresztą żadną nowością.

 

Nie ulega wątpliwości, że papież Franciszek dalekosiężnie kształtuje Łódź Piotrową na przyszłość. Połowa z dziesięciu najmłodszych Książąt Kościoła znajduje się w tym gronie dzięki decyzji Argentyńczyka, a najmłodszy z nich (kard. Soane Patita Paini Mafi z Tonga & Niue) straci możliwość uczestnictwa w konklawe dopiero 19 grudnia 2041 roku!

 

Powstaje pytanie: jakie wnioski można z powyższych informacji wyciągnąć?

 

Poprzednie dwa konsystorze związane z kardynalskimi nominacjami Franciszka odbyły się w lutym (22 lutego 2014, 14 lutego 2015), lecz w tym roku trudno spodziewać się kontynuacji tej małej tradycji. Wynika to z wprowadzonego w 1973 r. przez papieża Pawła VI limitu kardynałów-elektorów. Jak wylicza Katolicka Agencja Informacyjna, spośród 216 kardynałów aktualnie 117 posiada wynikające z nieprzekroczenia wieku 80 lat prawo do udziału w konklawe. Tymczasem wspomniany limit wynosi 120 elektorów. A zatem w lutym powołanie mogłoby otrzymać jedynie trzech kardynałów mających wpływ na wybór kolejnego papieża (po 27 lutego, tj. po urodzinach kard. Mahony z USA, liczba ta wzrosłaby do czterech).

 

Franciszek wezwał do modlitw o pokój w Wenezueli

 

Oczywiście nie jest wykluczona większa liczba nominacji i to w każdym momencie pontyfikatu, ale musiałyby one dotyczyć duchownych bez uprawnień elektorskich w chwili powołania. Nie jest to zresztą nic niezwykłego: 8 z 39 kardynałów Franciszka już w trakcie konsystorza miało już za sobą 80 urodziny.

 

Zakładając jednak, że rok 2016 przyniesie nowe nominacje kardynalskie dla elektorów, konsystorza należałoby się spodziewać raczej w grudniu. Do tego czasu kolejnych 10 kardynałów przekroczy próg 80 lat, co oznacza, że powstanie szansa nominacji dla 14 przyszłych uczestników konklawe. Czy papież z niej skorzysta?

 

Nie znamy odpowiedzi na to pytanie. Nie ulega jednak wątpliwości, że tego rodzaju decyzje papieża warto śledzić bardzo uważnie, bo to one pozwalają papieżowi niejako kontynuować swój pontyfikat jeszcze długo po swojej śmierci.

 

Autor: Tomasz Adamski

 

Tomasz Adamski

Tomasz Adamski

Zobacz inne artykuły tego autora >
Tomasz Adamski
Tomasz
Adamski
zobacz artykuly tego autora >