video-jav.net

Dzień Islamu w Kościele Katolickim. Czy warto?

Czy religia, której powszechnie znanym celem jest dżihad - niezależnie czy w psychopatycznej wersji bliskowschodniej, czy za pomocą spokojnego osiedlania się na europejskich ziemiach; czy ta religia, którą nie bez powodu straszą telewizje i gazety, może mieć swój Dzień w moim Kościele?

Tomasz Adamski
Tomasz
Adamski
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Już po raz szesnasty obchodzimy w Polsce Dzień Islamu. W kontekście bardzo napiętej i skomplikowanej sytuacji geopolitycznej, a nade wszystko w perspektywie wydarzeń ostatnich tygodni, refleksja nad sąsiadem statystycznym (druga pod kątem liczebności religia na świecie), a coraz częściej i geograficznym, wydaje się jak najbardziej uzasadniona.

Gwoli ścisłości, nie należałem nigdy do szczególnych zwolenników tej idei. Podobnie jak większość katolików mam bowiem mieszane uczucia i całą litanię wątpliwości: czy Dzień Islamu w chrześcijaństwie nie jest przypadkiem tym samym, co potencjalny Dzień Nazizmu w judaizmie?

Czy nie zakłamujemy prawdy o różnicach, gdy usilnie próbujemy znaleźć podobieństwa, aby tylko dać sobie pretekst do wspólnego westchnienia: wszystko się ułoży?

Islam jest mi całkowicie obcy. Do dziś jego Dzień w Kościele również takim był. Ale niejako w kontrze do własnych intuicji postanowiłem znaleźć sens, dla którego taki czas ma rację bytu również dla sceptyków.

Pierwszą pozytywną wskazówką jest dla mnie motywacja Konferencji Episkopatu Polski sprzed półtorej dekady. Dzień Islamu to dzień modlitw poświęcony islamowi. Ta lakoniczna definicja, choć wybitnie niepozorna zdaje się otwierać oczy i kiedy przyświeca jako rzeczywisty cel takich spotkań, nawet najwięksi sceptycy po katolickiej stronie barykady muszą przyznać: modlitwy nigdy za dużo.

Ten dzień nie jest bowiem czasem bezkrytycznego zbliżenia, usilnego zamazywania różnic, koniunkturalnych i pokazowych poklepywań po plecach ludzi, do których przez cały rok jest nam tak niezmiernie daleko. Jeśli ktoś tak go traktuje, jest w mojej opinii o krok od utraty własnej tożsamości, a nie o to chodzi organizatorom tego dnia ani po katolickiej ani po muzułmańskiej stronie. To czas szczególnej modlitwy za innowierców, którzy żyją nie tylko w krainach odległych o ekran telewizora. Żyją pośród nas. I w taki dzień modlimy się za nich i za siebie.

Dzień Islamu w Kościele Katolickim. Czy warto?

Nie mam śmiałości napisać, że jest to w Kościele niepotrzebne. Bo nie jest.

Drugą wskazówką są słowa kardynała Taurana, Przewodniczącego Papieskiej Rady ds. Dialogu Międzyreligijnego: “Oby nasza przyjaźń zawsze inspirowała nas do współpracy w mądrym i roztropnym stawianiu czoła tym licznym wyzwaniom. W ten sposób przyczynimy się do zmniejszenia napięć i konfliktów oraz do rozwijania dobra wspólnego. Pokażmy również, że religie mogą być źródłem zgody z pożytkiem dla całego społeczeństwa.”

W słowach kardynała dostrzegamy niezachwianą pewność o możliwości współpracy. Sam nie wyobrażam sobie świata, w którym ludzie o odmiennych poglądach i wiarach koniecznie muszą podrzynać sobie gardła. Warto o takich szansach pamiętać szczególnie w Polsce, gdzie jeszcze kilka wieków temu współpraca na terenie najbardziej tolerancyjnego (!) państwa bez stosów przebiegała wzorcowo.

Współcześnie wydaje się, że o tak zażyłe współistnienie jest dużo trudniej. Ale gdy w innych miejscach świata dłonie wyciągają się po to, aby zacisnąć się na wrogiej szyi, uważam, że warto samemu wyciągnąć dłoń w geście trudnego przebaczenia.

Tym bardziej, że możemy się od siebie sporo nauczyć. Muzułmanie katolickiej otwartości, a chrześcijanie – traktowania Boga na poważnie.

Dlatego uczmy się, bo w tym niczego złego nie ma. I łączmy to z modlitwą, bo jej jest zawsze za mało. A im bardziej oburzamy się na tych, którzy w Dzień Islamu są szczególną intencją naszego Kościoła, tym usilniej musimy zdobywać się na modlitwę za nich. Być może to jest właśnie pierwszy krok do upragnionego, bezwarunkowego pokoju.

Nie mam wątpliwości, że nadzieja, którą żywię, jest kompletnie naiwna, prawie utopijna. Mam nadzieję na to, w co sam nie wierzę. Ale dzielę się nią, bo co nam jeszcze pozostało?

Tomasz Adamski

Tomasz Adamski

Zobacz inne artykuły tego autora >
Tomasz Adamski
Tomasz
Adamski
zobacz artykuly tego autora >

Chata. Gdzie tragedia zderza się z wiecznością

Książka Williama P. Younga pt. "Chata", to piękna, emocjonalna opowieść o samotności, wierze i zranionej miłości. Zawiera specyficzny, wydaje się, że bardzo nowatorski obraz Boga urzekający wielu czytelników i... zdradzający słaby warsztat teologiczny autora

Tomasz Adamski
Tomasz
Adamski
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Książka

Sprawia wrażenie, jakby nadrzędnym celem autora wobec napisania pięknej, prawdziwej historii o kochającym Bogu była zabawa schematem w imię zmiany myślenia o Trójcy Świętej, rewolucja całej teologicznej optyki.

W wielu elementach trudno nie być zaskoczonym – podobnie jak główny bohater powieści – bowiem Bóg, który mu się objawia wychodzi poza utarte ramy myślenia o Nim. Trójca Święta opisana jako rodzina o bliżej nieokreślonym pokrewieństwie składająca się z Taty – dużej murzynki, Jezusa – niespecjalnie urodziwego cieśli w jeansach i Ducha Świętego – eterycznej Azjatki o indyjsko brzmiącym imieniu Sarayu (co ma oznaczać wiatr) jest celnie wbitym klinem w klasycznie chrześcijańskie widzenie Boga. Z jednej strony pokazuje to, jak łatwo jest przywiązać się do schematów, wyobrażeń, co jest wartością samą w sobie, lecz taka innowacja niesie za sobą liczne konsekwencje.

Poza sformułowaniami celnymi, z reguły odnoszącymi się do relacji Bóg – stworzenie, w książce można napotkać ogrom nieścisłości, które – nawet przyjąwszy dobre intencje autora – zdradzają albo jego słaby warsztat teologiczny albo przyświecającą mu własną wizję Boga w wielu elementach sprzeczną z nauką Kościoła.

Pierwszym problemem jest tutaj kategoria płci. Objawienie się Boga Ojca jako kobiety (zwanej Tatą) jest w książce zabiegiem Boga, który próbuje wyjść z ram ustalonego sposobu myślenia bohatera i ominąć jego wyniesiony z dzieciństwa uraz wobec ojca. Pierwsza Osoba Trójcy Świętej jest oczywiście ponad kategorią płci, lecz poprzez relację z Wcielonym Synem według ewangelicznego opisu została nam Ona przedstawiona jako Ojciec i jako taka jest czczona. Jedyna modlitwa, jakiej naucza Jezus swoich uczniów zaczyna się od słów Ojcze nasz. Przełamanie tego schematu poprzez zmianę płci w objawianiu się Boga to podkreślenie Wszechmocy, ale też niebezpieczny wyłom w postrzeganiu Boga.

Większy problem stanowią nieścisłości, które wynikają ze słów wypowiadanych w powieści przez samego Boga. Jednym z przykładów jest deklaracja: Jezus jest w pełni człowiekiem i choć również jest w pełni Bogiem, nigdy nie odwoływał się do swojej boskiej natury, żeby dokonać cudu. A jednak tego dokonuje zawsze Bóg i, jeżeli zechce, może przy tym posłużyć się ludzkimi rękami. Przy czym zawsze pozostaje to działaniem boskim, a nie ludzkim. Kolejny błąd pojawia się w definiowaniu Ducha Świętego przez Jezusa: Jest moją Duszą. Duch Święty jest jedną z Osób w Trójcy Świętej, nie jest częścią, płaszczyzną żadnej z nich. Nie jest stworzeniem, jak dusza, ale Wieczną Istotą.

Dalej podobne stwierdzenia sprawiają wrażenie wymierzonych przeciwko Kościołowi. Np. Jezus mówiący: Ja nie tworzę instytucji. (…) Nigdy tego nie robiłem i nie będę robił. To zajęcie dla tych, którzy chcą odgrywać Boga. A więc owszem, nie przepadam za religią, podobnie jak za polityką czy ekonomią. Bóg jawi się tu jako Ten, który gardzi kultem zorganizowanego Kościoła. I dalej: Ci, którzy mnie kochają, wywodzą się ze wszystkich systemów, jakie istnieją. Byli buddystami, mormonami, baptystami albo muzułmanami, demokratami i republikanami. Niektórzy z nich nie głosują, nie chodzą na niedzielne msze (…). Bóg zdaje się tutaj usprawiedliwiać przede wszystkim indyferentyzm religijny, jeden z grzechów i po raz drugi uderza w publiczny kult Rzymskiego Kościoła.

Nie chcę, żebyś się kajał, Mack. Zależy mi tylko na tym, żebyśmy się do siebie zbliżyli – te pełne miłości słowa skierowane ku grzesznikowi, choć ujmujące, przeczą nauce Kościoła i przekazowi biblijnemu. Podobny wydźwięk ma wyrażenie: Biblia nie uczy, żebyś przestrzegał zasad. (…) Ona przedstawia obraz Jezusa. Przede wszystkim należy wspomniany obraz Jezusa zobaczyć w świetle prawa, zasad, których On przestrzega, aby dostrzec fałsz w powyższym sformułowaniu. Dopełniają go dalsze słowa: W Jezusie już nie podlegasz żadnemu prawu. Wszystko jest dozwolone. (…) Ono [prawo] daje wam moc sądzenia innych i poczucie wyższości nad nimi. Tymczasem to Bóg dał ludziom Prawo, aby go przestrzegali.

Kiedy my troje przybraliśmy postać Syna Bożego, staliśmy się w pełni ludźmi” to z kolei sformułowanie, które w moich oczach absolutnie przekreśla ortodoksyjność „Chaty”. Tylko Druga Osoba Trójcy Świętej wcieliła się w człowieka. I choć Jezus trwał w doskonałej jedności z Ojcem pozostał jedyną Osobą Boską w ludzkim ciele.

Aby dopełnić opisu, przytoczę jeszcze jeden z wielu obrazów, które mogą i powinny wzbudzać zastrzeżenia – główny bohater mówiący: To jest prawdziwy Bóg, mój sługa. Symptomatyczne określenie, biorąc pod uwagę całość książki. Bóg w swojej relacji do głównego bohatera jest ukazany jako bliski, dostępny, przyjazny, zupełnie inny od wyobrażeń głównego bohatera mającego w pamięci starotestamentalnego Boga, który w jego opinii trudnił się tylko karaniem ludzi za ich niewierność. Jednak ta przyjaźń, pełna pragnienia służby, dobra osoby kochanej nie może przeradzać się w twierdzenie o Bogu podległym, służącym człowiekowi. Jezus przez śmierć swoją odkupił człowieka, ale nigdy nie przestał być Bogiem.

Niniejszy tekst został napisany jeszcze przed odkryciem faktu, o którym pragnę wspomnieć w tym akapicie, co było moim założeniem od samego początku. Zgodnie z myślą, która raz po raz pojawiała się w mojej głowie podczas lektury Chaty – autor nie jest członkiem Kościoła. Tłumaczy to pewną specyficzną, subiektywną, w mojej opinii antykościelną (w sensie instytucjonalnym) optykę w opisie Boga, którą przedstawia autor.

Chata Younga jest książką, którą prawdopodobnie można polecić cierpiącym lub zmagającym się z brakiem zrozumienia dla Bożych wyroków jako głos w sprawie odnajdywania Boga w codziennych trudnych doświadczeniach. Zdecydowanie nie jest to jednak podręcznik dogmatyczny ani nawet jego fabularyzowane przedstawienie. Niestety nowatorstwo w formie – choć ujmujące także w materii literackiego warsztatu – przekraczając naukowy język mówienia o Bogu zdaje się przezwyciężać również granice ortodoksji.

Tomasz Adamski

Tomasz Adamski

Zobacz inne artykuły tego autora >
Tomasz Adamski
Tomasz
Adamski
zobacz artykuly tego autora >