video-jav.net

Duch czy litera. Co jest ważniejsze?

W dyskusjach z grupami nieprzychylnymi Kościołowi zdarza nam się nierzadko trafić na retoryczne wytrychy, przeciw którym niewiele można zdziałać. Wynikają one z przekonania, że jedno wyrwane z kontekstu i intencji zdanie udowadnia katolikom, jak bardzo się mylą.

Tomasz Adamski
Tomasz
Adamski
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Retoryczne pytanie: co jest ważniejsze, Duch czy Litera?, aksjomat: Pan Jezus się nie pogniewa, zarzuty o współczesny faryzeizm; wszystkie te chwyty wydają się blednąć przy nowym władcy dyskusji – to człowiek jest drogą Kościoła.

To na swój mroczny sposób zabawne, bo jeszcze niedawno przeżywaliśmy liturgiczne wspomnienie św. Jana Pawła II – autora tej myśli – co zbiegło się z zakończeniem Synodu i dyskusjami z tym związanymi. To właśnie w odniesieniu do tego wydarzenia teza o człowieku stojącym w centrum Kościoła paraduje najbardziej bezwstydnie w ustach i pod piórami niektórych samozwańczych znawców papieskiego dorobku. To piękny kolaż – filmowe laurki i łzawe wspomnienia o Papieżu Polaku połączone z pozbawionym zrozumienia cytatem z jego pierwszej encykliki.

W ciągu ostatnich tygodni przeczytałem w internecie dziesiątki wypowiedzi osób mniej lub bardziej anonimowych, które przekonywały, że drogą Kościoła jest człowiek i dlatego – oczywiście odrobinę spłycając – każdy zakaz ze względu na swą naturę odrzucania człowieka jest zły i nie przystoi Kościołowi, który ma przecież jednoczyć, nie dzielić. Włosy stają dęba.

A cóż właściwie znaczy w wyraźnej intencji Jana Pawła II to przez nich wypłowiałe z głębi i sensu zdanie, którymi lubią sobie wycierać kąciki ust? Oddajmy pole świętemu.

Jezus Chrystus jest tą zasadniczą drogą Kościoła. On sam jest naszą drogą „do domu Ojca”. Jest też drogą do każdego człowieka. (…) Chodzi więc tutaj o człowieka w całej jego prawdzie, w pełnym jego wymiarze. Nie chodzi o człowieka „abstrakcyjnego”, ale rzeczywistego, o człowieka „konkretnego”, „historycznego”. Chodzi o człowieka „każdego” — każdy bowiem jest ogarnięty Tajemnicą Odkupienia, z każdym Chrystus w tej tajemnicy raz na zawsze się zjednoczył (RH 13).

Drogą Kościoła jest Chrystus – Jego nauczanie i akt zbawczy dokonany na krzyżu, poprzedzony Wcieleniem. Tajemnica Boga stającego się człowiekiem przez miłość i dla miłości – oto, którędy Kościół biegnie w stronę Ojca. Dlatego w całej encyklice można ukazać dwie drogi, które ostatecznie okazują się jedną wspólną – Jezus Chrystus i człowiek, który idzie za Nim ku zbawieniu.

Prawda, że brzmi prawdziwiej niż imputowanie papieżowi prohomoseksualnych postulatów?

Owoce tej wielorakiej działalności człowieka zbyt rychło, i w sposób najczęściej nieprzewidywany, nie tylko i nie tyle podlegają „alienacji” w tym sensie, że zostają odebrane temu, kto je wytworzył, ile — przynajmniej częściowo, w jakimś pochodnym i pośrednim zakresie skutków — skierowują się przeciw człowiekowi (..). Czy człowiek jako człowiek w kontekście tego postępu staje się lepszy, duchowo dojrzalszy, bardziej świadomy godności swego człowieczeństwa, bardziej odpowiedzialny, bardziej otwarty na drugich (…)? (RH 15).

Chodzi zatem o duszpasterstwo skierowane do człowieka, gdy obawia się tego, co wytworzył, bo cele, do których dążył, miały uczynić jego życie bardziej ludzkim, a dzieje się zupełnie odwrotnie. Przez to świat dojrzewa szybciej niż człowiek, który nie potrafi za tym wzrostem nadążyć. Zresztą w podobnym kontekście została ta myśl powtórzona w encyklice Centesimus annus po 12 latach i jest to intuicja aktualna również później, gdy następca świętego papieża – Benedykt XVI – będzie pisał o ekonomicznym nadrozwoju pogłębiającym moralny niedorozwój (CV 29).

Prawda, że brzmi prawdziwiej niż imputowanie papieżowi postulatów kard. Kaspera?

Tymczasem internetowe dyskusje huczą od rzucanych na oślep zdań bez kontekstu i insynuacji bez pokrycia, jak to papież Polak pokazałby na Synodzie prawdziwą drogę Kościołowi. Owszem, pokazałby, ale zdzwienie nie byłoby mniejsze niż w ubiegłą niedzielę.

Oczywiście trywializuję. By oddać głębię encykliki należy napisać tekst przewyższający ją długością. Nie czas i miejsce na to. Lecz by wykazać, że antropocentryczne zatroskanie większości naszych rozmówców to w rzeczywistości życzeniowe bzdury wystarczy pobieżnie przejrzeć teksty, do których nawiązują.

I nie trzeba być wybitnym teologiem. Ot, wystarczy umiejętność czytania ze zrozumieniem oraz chęć dotarcia do sedna i prawdy. Ślepo szafujący diagnozą drogi Kościoła nie mają przynajmniej jednej z nich.

Tomasz Adamski

Tomasz Adamski

Zobacz inne artykuły tego autora >
Tomasz Adamski
Tomasz
Adamski
zobacz artykuly tego autora >

Posynodalna parada ekspertów

Ktokolwiek wierzy, że po Synodzie znikną albo przynajmniej zamilkną medialni eksperci od Kościoła, ten najwyraźniej nie wyciągnął wniosków z cyrku, który fundowano nam w ciągu ostatnich kilku tygodni.

Tomasz Adamski
Tomasz
Adamski
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Festiwal domysłów i dyskusji dopiero się zaczął. To, że jest ona prowadzona – kolokwialnie mówiąc – pod siebie, to również nihil novi.

O nieuczciwości dziennikarskich autorytetów zabierajacych głos w sprawie dopiero co zakończonego Synodu niech świadczy fakt, że na opublikowane 62 punkty relatio, zajęto się tylko trzema, których nie przyjęto. Innymi słowy, mamy 59 ciężko przepracowanych punktów, którymi będzie żył teraz Kościół, a na których prawie nie zawieszono medialnego spojrzenia, za to całą uwagę skierowano w stronę akapitów, których nie przyjęto. I to nimi dziennikarze biją nas po głowach od kilkudziesięciu godzin, wietrząc podział i watykański rozłam.

Ich prawdziwe intencje w świetle tych zachowań świecą po oczach aż do bólu źrenic. Jeżeli ktoś uwierzył, że celem – jak nas wielokrotnie przekonywano – jest dobro Kościoła, troska o to, by wierni od niego nie odpływali, ma przed oczyma dowód, że nie o eklezjalne korzyści chodzi. Więc o co?

fot. Jorge from Brazil, Municipal Archives of Trondheim,  Karl-Ludwig Poggemann,  europeana newspapers,  Nacho,  El cromaticôm

Bardzo klarownie można to wychwycić między wierszami wypowiedzi poszczególnych komentatorów. Wielu z nich wskazuje na ogromny plus opublikowania posynodalnego dokumentu, jako wstępu do dyskusji, do jakiej zachęcił papież Franciszek. Tym samym uratowano medialny obraz Następcy św. Piotra – mesjasza reform, który w końcu uczyni Kościół prawdziwie ludzkim, tolerancyjnym i demokratycznym. Przy okazji użyto tej samej metody, do jakiej już przyzwyczaili nas rodzimi szermierze retoryki – to metoda półprawdy. Papież Franciszek zachęcił bowiem do dyskusji, ale nie aktywistów gejowskich, lewicowych polityków, antyklerykałów i apostatów, ale episkopaty i ewentualnie teologów. Cóż jednak z tego, gdy media lepiej wiedzą, co Wikariusz Chrystusa miał na myśli?

Na marginesie: zawsze uważałem, że umiejętność okłamania kogoś tak, aby się nie zorientował, to sztuka. Zła, ale sztuka. Zrobienie tego samego z tłumem ludzi – tym bardziej. Ale oszukać tak, aby samemu szczerze i spontanicznie w to uwierzyć? Zabójcza umiejętność.

Pojawiają się zatem filipiki przeciw zawistnemu Polakowi, abp. Gądeckiemu i laurki dla kard. Schönborna, który jest przecież tak otwarty i prosty i tak bardzo franciszkowy, choć akurat ten termin jest w mediach wyrazem życzeniowego myślenia, synonimem raczej pluszowej maskotki niż przystawalności autentycznych poglądów. Ponoć to dzięki takim osobom na Synodzie Kościół się zmienia. A że obaj hierarchowie mówili w ostatnich tygodniach to samo? Że jeszcze niedawno te same media właśnie Przewodniczącego KEP opisywały jako franciszkowego? Któż by się tym przejął?

Przy okazji dostrzegamy, jak domniemane (bo na jakiej podstawie uznać to za pewnik?) uchylanie drzwi homoseksualistom nazywa się aktem ekumenicznym, jak co rusz nowi znawcy klauzuli mateuszowej i prawosławia zabierają głos, wreszcie, że teza: polski katolicyzm i watykański diametralnie się różnią święci niezasłużone triumfy.

Posynodalna parada ekspertów

Czytamy też teksty o tym, czego polski Kościół może uczyć się od niemieckiego – głównie otwartości, liberalizmu, podatku kościelnego. Autorzy tych analiz sami przyznają, że ten rodzaj przystępności jest podyktowany troską o pustoszejące (z jego powodu!) świątynie i że jest to metoda nieskuteczna. Tymczasem dyktuje się ją jako panaceum na problemy polskiego Kościoła, z którego ponoć również ubywa wiernych. Czemu zaszczepienie nieskutecznej metody z państwa, gdzie problem jest ogromny – nie istnieje marginalnie, jak u nas – miałoby ten nasz znikomy szkopuł usunąć, tego nie wiemy i eksperci nie raczą tłumaczyć.

Przykłady można mnożyć, ale są do bólu nudne i przewidywalne w swojej nieuświadomionej niekonsekwencji. Bo medialni eksperci wcale nie stali się dzięki Synodowi  mniejszymi dyletantami. Przeciwnie. Wyzbyli się tylko poczucia przyzwoitości.

Tomasz Adamski

Tomasz Adamski

Zobacz inne artykuły tego autora >
Tomasz Adamski
Tomasz
Adamski
zobacz artykuly tego autora >