Chrześcijanin didżejem!

Dwa dni, dwa kazania. Pierwsze w uroczystość świętych Piotra i Pawła. Pierwsza poranna msza, średnia wieku słuchaczy koło osiemdziesiątki. Treść: w Polsce są niewierzący, a my powinniśmy być wierzący. A jak będziemy wierzący to wreszcie uwierzymy, że związki partnerskie są złe i in vitro jest złe.

Szymon Hołownia
Szymon
Hołownia
zobacz artykuly tego autora >

Target kapłan określił idealnie. Audytorium było ożywione. Liczący sobie razem pewnie koło dwustu lat panowie Tadeusz i Józef nerwowo poprawiali aparaty słuchowe, wstrząśnięci i gotowi do nawrócenia: „a więc, Tadziu, związek partnerski – jednak nie!”. O dekadę świeższe pani Ryszarda z panią Eulalią wreszcie uwolniły się od dręczącej je myśli: robić in vitro, czy nie robić? Dobrą Nowinę poniosą teraz dalej. Ich koleżanki z kolejki do lekarza gorącym sercem uwierzą w Jezusa, który tak często tłumaczy ustami swoich kapłanów, co jest „be” i dlaczego jest „be”, i dlaczego wszyscy robią „be”, i że „be” jest teraz tyle, że już zaraz będzie koniec świata.

Nie pierwszy to raz, gdy doświadczenie słuchacza polskich wytworów homiletycznych (w ilości koło trzystu rocznie) skłania mnie do dwóch wniosków. Pierwszy: jeśli idzie o stan wiedzy – siedemdziesiąt procent tego co słyszę z ambony, byłby w stanie powiedzieć absolwent gimnazjalnej katechezy. Trudno wyczuć, po co niektórym księżom te pięć lat akademickiej teologii, może to, czego się na studiach dowiedzieli chowają na specjalne okazje, a może od lat nie używali i teraz wstydzą się pokazać – nie wiem.

Wniosek drugi: część naszych kapłanów (publicystów i działaczy zresztą też) na dobre utopiła kerygmat w moralinie. Nie jestem bowiem w stanie uwierzyć, że ktoś kto rzeczywiście spotyka żywego Jezusa, rozwija z nim relację, karmi się Nim, będzie później opowiadał o nim tak jakby po raz osiemset czwarty serwował flaki z olejem, albo melorecytował policyjny taryfikator. Ludzie, którzy spotkali Jezusa, „świecą” Nim. On w nich żyje i to da się wyczuć na odległość. Apostoł pociąga, a nie przestrasza. Przestrasza (i odstrasza) piąta woda po Apostole. Człowiek, któremu ktoś głuchym telefonem przekazał, że jest Jezus, a on, pozbawiony realnego doświadczenia spotkania z Mesjaszem, „klepie” zasłyszany od innych schemat: to wolno, a tego nie wolno. Czy tylko ja sądzę, że chrześcijanin nie może być bramkarzem na imprezie życia, bo on ma być tam didżejem!?

Chrześcijanin didżejem!

Zadawałem sobie to pytanie na drugiej, niedzielnej mszy (tym razem parafia w stu procentach rolnicza). Kazanie w pierwszej części nawet zgrabne, w drugiej – „jazda“ na „lewaków, liberałów“ i zwolenników eutanazji.

Jeśli święty Augustyn miał rację i zło jest wyłącznie brakiem dobra – OK. Ksiądz wytłumaczy ludziom jak nie być złymi i oni automatycznie staną się dobrzy. Ale co, jeśli staną się tylko przeciętni? Czy tępienie zła (in vitro w wieku emerytalnym, eutanazji w rolnictwie) to wystarczająca kwalifikacja, by trafić do nieba? Które jeśli jest miejscem, zagrodą dla grzecznych dzieci – to super. Ale, co jeśli (jak mówią) jest stanem – miłością? Co powiesz twojej miłości: nie byłem dla ciebie zły, skrupulatnie przestrzegałem Twoich zasad, daj mi teraz nagrodę? Co my ludziom głosimy: Dobrą Nowinę, czy regulamin konkursu na niebiańską pralkę?!

Gdy ktoś przy mnie biadoli, że ludzie odpływają z polskich kościołów, namawiam go by wraz ze mną śpiewał raczej dziękczynne „alleluja”: jak dla mnie to autentyczny cud i dowód Bożego działania, że oni tam wciąż w tak ogromnej liczbie są! Jasne, że Jezus przestrzega uczniów przed podstępnym (i realnym dziś) działaniem złego: ale dlaczego oni idą za Nim? Bo – jak milion innych mistrzów – straszy ich konsekwencjami grzechu, czy dlatego, że – jako jedyny – pokazuje im drogę wyjścia na światło, uzdrawia, leczy, daje nadzieję, zachwyca byciem (o in vitro też można przecież powiedzieć rewolucyjną „metodą Jezusa”: pokazując nie tyle dlaczego robienie zła jest złe, ale dlaczego nie robienie go jest dobre)?

Jakich trzeba studiów tudzież święceń, by człowiek zrozumiał (Panie Jezu wybacz mi to porównanie), że od powtarzania „nie wolno ci kochać Zuzi”, nikt jeszcze nie zakochał się w Marysi?!

Czasem, słowo daję, mam wrażenia, że księża mają nas, świeckich, za debili. Jak nam się nie da nakazu i zakazu, to nie zrozumiemy. Jak się nas nie przestraszy, to nadal będziemy zamiast modlić się – gapić się na telewizję. Hola, hola, czy na pewno tylko świeccy mają dzisiaj ten wstydliwy kłopot?

Chrześcijanin didżejem!

Kilka tygodni wcześniej w pierwszym z wymienionych kościołów usłyszałem kazanie tej treści (cytuję w całości): „ Człowiek człowieka gnębi. Od Kaina i Abla po dziś dzień – ludzie ludzi gnębią i końca temu nie widać!“. Porcja beznadziei saute. A może ksiądz też przestałby oglądać telewizję (i czytać wieszczące Armagedon polityczne felietony w kościelnych gazetach)? Zaoszczędzony czas można poświęcić na adorację Najświętszego Sakramentu. Niezbędną, bo od chrześcijanina (i od księdza i od siebie) oczekuję, że będzie nie tyle specem od medycyny czy politologii, a specjalistą od Jezusa. I to fachowcem tej klasy, że każdy kto go spotka, sam będzie wiedział co zgadza się z Bożym prawem, a co mu się sprzeciwia.

No, to się powkurzałem, a teraz będzie happy end. Życie, również kościelne, nie jest przecież czarne albo białe.

W drugiej z opisanych parafii kazanie głosił dziś gość. Miejscowy proboszcz miał ogłoszenia. I w nich pokazał Jezusa, o którym tamten próbował mówić: życzył wszystkim pokoju, poprosił o słowo proboszcza prawosławnej parafii („dawaj, Józef, bracia, czy nie bracia?!”), powiedział dwa zdania z duchowości, które poszły w pięty, a na koniec zaprosił wszystkich do swojej stodoły na przyjęcie („zamówiłem zespół, panie niech wezmą coś na talerzykach, a panowie – w reklamówkach”).

Na własne oczy widzę, jak ten mały wiejski Kościółek staje się bramą do nieba dla ludzi, którzy dotąd nie narzucali się Bogu. Bo jest organizmem, nie organizacją.


Jeśli podobają Ci się nasze artykuły, możesz nas wesprzeć:

Wesprzyj nas
Szymon Hołownia

Szymon Hołownia

Zobacz inne artykuły tego autora >
Szymon Hołownia
Szymon
Hołownia
zobacz artykuly tego autora >

Papież – wcielenie elegancji

Kto ubierał papieża Benedykta XVI i czy nowe elementy jego stroju to inwencja któregoś z krawców, czy ceremoniarzy sięgających do przepastnych zasobów watykańskich szaf? Benedykt XVI w nakryciu głowy przypominającym czapkę św. Mikołaja - ta papieska stylizacja stała się jedną z modowych ikon minionego pontyfikatu.

Beata
Zajączkowska
zobacz artykuly tego autora >

Zanim o trzech krawcach, z których każdy mówi, że ubiera Papieża wyjaśnijmy tajemnicę camauro, bo tak nazywa się zimowe nakrycie głowy z czerwonego atłasu obszytego gronostajem. Znane jest ono z portretów Papieży epoki renesansu, czyli było wówczas w modzie. Wydobyte z zapomnienia przez bł. Jana XXIII, nie było noszone przez biskupów Rzymu od jego śmierci w 1963 r. Ceremoniarze odnaleźli je po dziesięcioleciach w magazynach z papieskimi szatami. Benedykt XVI pojawił się w nim tylko raz w grudniu 2005 r., ale to wystarczyło, by stało się modowym hitem pontyfikatu.

„Było po prostu zimno, a ja mam wrażliwą głowę – wyznaje sam Benedykt XVI w wywiadzie rzece «Światło świata». – Powiedziałem wtedy, jeśli już mamy camauro to nałóżmy go. Ale była to naprawdę tylko próba ochrony przed zimnem. Od tego czasu nie założyłem go więcej”.

Benedykt XVI został uznany przez amerykańskie pismo «Esquire» za wcielenie elegancji i mężczyznę, który najlepiej dobiera dodatki do swej garderoby. Zaczęto nawet spekulować, że jego charakterystyczne czerwone buty zostały zaprojektowane przez Pradę, słynny mediolański dom mody.

Papież - wcielenie elegancji

Tymczasem w dniu swego wyboru na papieża, Benedykt XVI ukazał wiernym zgromadzonym na Placu św. Piotra i całemu światu… mankiety skromnego czarnego sweterka. Nie udało się ich ukryć pod białą sutanną. Wielu mówiło, że kard. Ratzinger do końca liczył, iż nie zostanie wybrany. Co bardziej spostrzegawczy dostrzegli wówczas noszony po dziś dzień przez Papieża emeryta zegarek. Jest to pamiątka po siostrze Marii, marki „Junghans” z lat ‘70 ubiegłego wieku.

Papież - wcielenie elegancji

„Zawsze cechowała go prostota i skromność. Nigdy nie prosił o sutanny z drogiego materiału, mawiał tylko, że mają być praktyczne i wygodne

– mówi 75-letni Raniero Mancinelli. Jego zakład krawiecki mieści się przy Borgo Pio, uliczce leżącej kilkanaście metrów od miejsca gdzie przez lata mieszkał kard. Joseph Ratzinger. O wieloletniej współpracy świadczą zdjęcia wiszące na ścianie pracowni. Poznali się zaraz po tym gdy kardynał przyjechał do Rzymu.

Z daleka można było go rozpoznać po nieodłącznym charakterystycznym czarnym berecie– wyznaje papieski krawiec. To u niego, a nie w słynnej pracowni krawieckiej rodziny Gammarelli ubierał się w czasie swego pontyfikatu Benedykt XVI. Jak mówią źródła watykańskie: tak było wygodniej i… taniej.

Słynny czerwony kapelusz, który nosił w gorące dni, by chronić się w czasie audiencji generalnych przed słońcem dostał jednak w prezencie właśnie od tych papieskich krawców z wielowiekowymi tradycjami. Jako Prefekt Kongregacji Nauki Wiary zachodził też do leżącego opodal jego biura sklepu Euroclero, który można nazwać „księżowską sieciówką”. Po wyborze nie chciał całkiem zdradzić swej firmy i zamawiał w niej elementy papieskiego stroju. Papież wśród klientów, to jednak gwarantowana reklama!

Papież - wcielenie elegancji

Nie wiadomo kto uszył ciepłą białą czapkę z daszkiem dla Benedykta XVI.  Właśnie w takim nakryciu głowy Papież emeryt został uwieczniony przez paparazzich, gdy spaceruje ze swym sekretarzem po ogrodach w Castel Gandolfo. Zdjęcie zrobiono z ukrycia i jest jak dotąd jedynym ukazującym Benedykta XVI na emeryturze. Stylistami Papieża byli też wierni. To od nich otrzymał kask strażacki, czapkę dni młodzieży czy meksykańskie sombrero…

Co będą skrywały szafy nowego papieża? Czy pozostanie on wierny prostocie?


Jeśli podobają Ci się nasze artykuły, możesz nas wesprzeć:

Wesprzyj nas

Beata Zajączkowska

Zobacz inne artykuły tego autora >
Beata
Zajączkowska
zobacz artykuly tego autora >