video-jav.net

Adhortacja Franciszka. Czego się spodziewać?

Z ogromną niecierpliwością wyczekuję adhortacji apostolskiej podsumowującej ostatnie dwa synody o rodzinie. Dlatego niezmiernie cieszy mnie informacja udzielona agencji Ecclesia przez kard. Paglię, że dokument ten ujrzy światło dzienne najpóźniej w marcu tego roku

Tomasz Adamski
Tomasz
Adamski
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Moje pełne napięcia oczekiwanie ma źródło dwojakiego rodzaju.

 

Po pierwsze, jestem ciekaw, co dokładnie ustalono i na czym się skupiono podczas obrad. Co prawda przestudiowanie dokumentów posynodalnych z 2014 i 2015 roku poniekąd zaspokaja tę ciekawość, ale należy zauważyć, że adhortacja apostolska jest dokumentem zupełnie innego rzędu. Jego redakcja może przynieść kilka zasadniczych nowości i przedstawić wnioski z dyskusji biskupów w całkowicie nowym świetle.

 

Po drugie – i na swój sposób ciekawsze – zastanawiają mnie komentarze i interpretacje dokumentu oraz reakcja mediów niekatolickich, która – jak się spodziewam – będzie plasować się gdzieś pomiędzy bolesnym rozczarowaniem, a zajadłą agresją.

 

Żadne z watykańskich wydarzeń ostatnich dziesięcioleci (może za wyjątkiem trzech konklawe) nie było relacjonowane i komentowane przez media z takim zainteresowaniem, z taką zaciekłością w promowaniu własnej narracji i koncertów życzeń, na co zresztą zwracałem już tutaj uwagę. Spoglądając bardziej humorystycznym okiem można było odnieść wrażenie, że lada moment nawet niewierzący zaczną pisać listy do ojców synodalnych niczym do św. Mikołaja w celu przedstawienia własnej wizji małżeństwa i rodziny. Tym bardziej, że pisma tego typu nie są niczym skrajnie wyjątkowym: w zeszłym roku list w obronie tradycyjnego nauczania o małżeństwie i rodzinie wystosowali amerykańscy konwertyci.

 

To zainteresowanie pokazuje z jednej strony, że u jego fundamentów nie stoi troska o rzetelne relacjonowanie życia Kościoła (gdzie byli dziennikarze i komentatorzy np. podczas Synodu Biskupów poświęconemu Pismu Świętemu w 2008 r.?), z drugiej – że w walce o forsowanie swojej wizji życia rodzinnego, a co za tym idzie również społecznego, media i wspierające ją interesy, mają dużo do ugrania. Pozorne zainteresowanie zbyt często przybierało bowiem formę presji (np. w formie publicznej krytyki polskich hierarchów), aby można było ten fakt zignorować.

 

O powyższym napisano już jednak niemal wszystko. Ciekawszy wydaje się dalszy ciąg tej historii, która – jak można się spodziewać – czeka tuż za rogiem.

 

Wspomniany we wstępie kard. Paglia, przewodniczący Papieskiej Rady ds. Rodziny, zapowiada bowiem drugą po Evangelii gaudium adhortację apostolską Franciszka dość nietypowo. Włoska La Stampa cytuje go następująco: Jestem przekonany, że adhortacja będzie hymnem o miłości, która pragnie wziąć dzieci pod opiekę i która może być świadectwem dla rodzin poranionych. Wezwaniem dla współczesnych chrześcijan jest bycie blisko rodzin, bez etykietowania. Musimy zawsze szukać pozytywnych cech rodziny i pozwalać jej wzrastać. Jakkolwiek by nie rozumieć tej enigmatycznej prognozy, trudno doszukiwać się w niej zapowiedzi wielkich reform, rewolucji i oczekiwanych przez niekatolickie media doktrynalnych fajerwerków. Jest to o tyle znaczące, że kard. Paglia jeszcze kilkanaście miesięcy temu konkludował pierwszy synod o rodzinie słowami: zmiany już się rozpoczęły, nie ma od nich odwrotu, co w niektórych kręgach zostało przyjęte z euforią, w innych – z konsternacją.

 

Dziś trudno nie zauważyć, że ton zapowiedzi różni się znacznie od poprzednich. Szczególnie cieszy jeden wątek niedawnej wypowiedzi kardynała, który dotychczas albo umykał hierarsze albo cytującym go mediom – prezentowanie pozytywnych cech rodziny, pokazywanie jej jako pięknej wartości, której współcześnie rzuca się kłody pod nogi. Przegłosowany w październiku zeszłego roku dokument podsumowujący obrady wprost określa ją jako światło w ciemności, a ks. Lombardi, szef watykańskiego Biura Prasowego relacjonuje, że synod jednoznacznie podkreślił wartość rodziny, która jest nie jarzmem, ale darem Bożym, prawdą opartą na Chrystusie i na Jego więzi z Kościołem.

 

Relatio finale, bo tak nazywa się ten dokument był jednogłośnie uznawany przez ojców synodalnych i komentatorów za pozytywny, budujący i odznaczający się językiem delikatnym, unikającym jakichkolwiek potępień i kategoryzowania, a przy tym bardzo mocno podkreślający nierozerwalność małżeństwa sakramentalnego jako Bożego daru o określonym kształcie. Należy się spodziewać, że adhortacja Franciszka podąży w podobnym kierunku.

 

Tyle tylko, że – jak można oczekiwać – nie nasyci to apetytów niekatolickich komentatorów wyczekujących doktrynalnych rewolucji pod sztandarem papieża Franciszka. Adhortacja prawdopodobnie będzie odkrywcza, może nawet kontrowersyjna, ale trudno spodziewać się jakichkolwiek zmian o takiej skali, która zaspokoiłyby postulaty niektórych obserwatorów. Sądzę bowiem, że otrzymamy dokument udowadniający, iż Kościół broni swoich pryncypiów, wobec czego wciąż jest Kościołem a nie szafą grającą.

 

I dobrze.

Tomasz Adamski

Tomasz Adamski

Zobacz inne artykuły tego autora >
Tomasz Adamski
Tomasz
Adamski
zobacz artykuly tego autora >

Jak wyglądał Jezus?

Takie pytanie zadały sobie kilka dni temu media w Polsce. Oczywiście to trudne zagadnienie nie zostałoby podjęte, gdyby odpowiedź nie była autorom wcześniej znana, przygotowana do opisania i - przede wszystkim - sensacyjna.

Tomasz Adamski
Tomasz
Adamski
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Richard Neave, związany z Uniwersytetem w Manchesterze emerytowany naukowiec, określany przez część mediów jako artysta medyczny (cokolwiek to znaczy), za pomocą programów komputerowych stworzył trójwymiarowy model twarzy Jezusa. Ponieważ odbiega on od standardów sztuki chrześcijańskiej, widzeń mistycznych, opisów i dotychczasowych wyobrażeń, odkrycie zostało uznane za rewolucyjne. Zdjęcia obiegły polskie i zagraniczne media. Historia tej euforii jest jednak szyta grubymi nićmi.

 

Pierwszą wątpliwość budzi przede wszystkim proces badawczy. W rzeczywistości, zespół Neave’a dotarł do trzech męskich czaszek pochodzących z epoki i terenów Palestyny i na podstawie ich analiz, skupiając się na cechach wspólnych stworzono twarz statystycznego członka semickiej grupy etnicznej. Zatem przekonanie, że model, który powstał w wyniku przeprowadzonych badań, opiera się na – słusznym skądinąd – przekonaniu, że fizycznie Jezus był podobny do ludzi swojej epoki. Problem polega na tym, że nawet to prawidłowe założenie nie czyni z wizerunku stworzonego przez Neave’a nic ponad obraz statystycznego Izraelity sprzed 2000 lat. A jak doskonale wiemy, statystyczni ludzie nie istnieją.

 

Drugi temat, który pojawia się mimochodem przy analizie polskich medialnych zachwytów nad brytyjską dekonstrukcją pobożnych wyobrażeń, dotyczy podejścia do historyczności Jezusa i wiarygodności Biblii. Okazuje się bowiem, że te same media, które cyklicznie publikują – w swoim mniemaniu kontrowersyjne – artykuły podważające historyczność Jezusa, dziś są przekonane, że oto mamy dowód na to, jak wyglądał Syn Boży. Taki dowód jest jednak na marginesie rozważań tożsamy z potwierdzeniem prawdziwości historii o Wcieleniu!

 

Zastanawiające jest to, że wielu dziennikarzom taka niekonsekwencja nie przeszkadza. Nie jest to jednak zjawisko nowe. Identyczne mechanizmy można było zaobserwować przy okazji znalezisk archeologicznych rzekomo potwierdzających małżeństwo i potomstwo Jezusa (skoro miał żonę i dzieci to istniał, prawda?) albo przy okazji komentowania apokryfu zwanego Ewangelią Judasza.

 

To zresztą też ciekawe, że dziennikarze antykatolickich mediów lubują się w podważaniu wiarygodności Biblii ze względu na subiektywność autorów lub nieznane pochodzenie, ale wystarczy jedno znalezisko, które stoi w sprzeczności z dotychczasową nauką o Jezusie i z miejsca staje się dogmatem racjonalizmu. Nie jest to bez znaczenia przy okazji komentowania odkrycia zespołu badaczy z Manchesteru, ponieważ, jak sami stwierdzają w raporcie – dużo informacji na temat wyglądu Jezusa zaczerpnęli… z Biblii. Okazuje się zatem, że przy odpowiednim użyciu wyśmiewane na co dzień Pismo święte staje się niepodważalnym dowodem naukowym! Co równie ciekawe, w raporcie badaczy czytamy ponoć o odwołaniu się np. do opisu św. Mateusza dotyczącego modlitwy w Ogrójcu, ale nie ma tam zgoła żadnej (!) wskazówki dotyczącej wyglądu Jezusa. Również w Biblii znaleziono argumenty za tym, że Jezus nie miał długich włosów, ale krótkie, czarne i kręcone. W którym miejscu Pisma świętego znaleziono tak szczegółowy opis fryzury Jezusa – nie wiadomo.

 

Wreszcie trzecia kwestia, czyli celowość tekstu. Wyniki badań Neave’a kilka dni temu odbiły się dość szerokim echem w mediach uznawanych w Polsce za opiniotwórcze, ale warto zauważyć rzecz zdumiewającą: badanie zostało ukończone w 2001 r.! To oznacza, że dzisiejsza przedświąteczną sensacja i sposób na klikalność w internecie w rzeczywistości jest wydmuszką. Co więcej, docierając do komentarzy sprzed lat dowiadujemy się, że wizualizacja stworzona przez zespół przedstawia… twarz przeciętnego Judejczyka. Nie ma mowy o Synu Bożym.

 

Powstaje zatem pytanie: po co wprowadzać w błąd w imię taniej sensacyjności? Czy jest w tym cel inny niż komercyjny sukces? Wydaje się, że tak.

 

Popularna narracja przedstawia bowiem wyniki badań na zasadzie triumfalnej dekonstrukcji: chrześcijanie wierzą, że Jezus wygląda jak na obrazach, a tymczasem wygląda inaczej. Jak współczesny uchodźca. W mojej opinii jest jasne, że przywoływanie starych, zapomnianych wyników badań, które nigdy nie zyskały aprobaty świata naukowego, ma na celu wpłynięcie na postawę katolików wobec uchodźców. To po prostu dalsza część narracji porównującej współczesną migrację do desperackich poszukiwań miejsca porodu przez Świętą Rodzinę.

 

I tylko szkoda, że w tym celu próbuje się sięgać po tak jałową sensacyjność. W tym miejscu aż żal nie zacytować Chestertona: Jeśli człowiek ma słabe struny głosowe, wychodzi to na jaw, gdy próbuje krzyczeć. Tak też i umysłowość beznadziejnie daleka od rewelacyjnej ujawnia się u takich dziennikarzy właśnie wtedy, gdy próbują wymyślić rewelację.

 

I niech to pozostanie puentą tej historii.

Tomasz Adamski

Tomasz Adamski

Zobacz inne artykuły tego autora >
Tomasz Adamski
Tomasz
Adamski
zobacz artykuly tego autora >