Być albo nie być

Jezus w kluczowych trzech dniach ziemskiego życia w centrum uwagi stawia pytanie, które wprawia dziś ludzi w popłoch.

Szymon Hołownia
Szymon
Hołownia
zobacz artykuly tego autora >

Religijnemu pracoholikowi te trzy dni najbardziej dają w kość tym, że nic nie można zrobić. Próbuję wyobrazić sobie, jak trudne musiało to być dla Jezusa – zrezygnować z dalszego prostowania ludzkich dróg, dawania nadziei, uzdrawiania, wskrzeszania.

Przecież byłoby rewelacyjnie (czyli: objawiająco), powoli, krok po kroku, sączyłby w ten świat zdrowie. Jednym dałoby to do myślenia, innym nie (jak świątynnemu ORMO, które przyszło Go aresztować – Jezus dokonuje tu przecież ostatniego uzdrowienia, przywraca jednemu ze strażników odcięte przez Piotra ucho, ale na nikim zdaje się to nie robić wrażenia). Bóg odpowiadałby na potrzeby ludzi.

A On rezygnuje z mesjańskich czynów na rzecz pełni mesjańskiej tożsamości. Tyle razy w tych dniach chciałoby się Nim potrząsnąć i powiedzieć: "rób!".

Być albo nie być

Wskrzesił Łazarza więc co to byłby za kłopot – jakiś mocny znak przed tym głupim jak but Herodem, albo przed wyraźnie mu sprzyjającym Piłatem?

Chwilę wcześniej – czy nie miałoby sensu milczenie przed Sanhedrynem? Przecież gdyby Jezus sam nie przyznał im, że jest królem, musieliby go pewnie zwolnić dając czas uczniom by zebrali rozproszonych zwolenników, którzy mogliby w Jego obronie zrobić dym.

Ale On tego – dziwne – nie chciał.

Jezus w kluczowych trzech dniach ziemskiego życia w centrum uwagi stawia pytanie, które wprawia dziś ludzi w taki popłoch.

Pokręćcie się w otoczeniu dopytując: "co robisz w swoim życiu?", posłuchajcie wielowątkowych odpowiedzi, następnie pokontemplujcie milczenie i totalną bezradność, gdy zastrzelicie tego samego rozmówcę pytaniem "a kim jesteś?".

W tych dniach musimy na poważnie skonfrontować się z faktem, że Bóg, który działał tak, że Izraelitom spadały kapcie przedstawił się im nie jako „Robię”, ale jako „Jestem”.

I dlatego od środy wszystkie liczydła uczynków zawodzą. Prymusi okazują się łachudrami, kombinatorzy porządnymi ludźmi. Ci, co bronili zdradzają, ci, co zostawiali dla Niego wszystko uciekają, ci co nosili na rękach opluwają, ci co mieli być sprawiedliwi łamią prawo (bo Sanhedryn złamał prawie wszystkie zasady procesu, Piłat – prawa rzymskiego).

Z Człowiekiem na Golgocie zostają nie ci, którzy z nim robili, ale ci którzy Go kochali.

Po śmierci godny pogrzeb zapewnią mu faryzeusz i saduceusz (Nikodem i Józef z Arymatei, niektórzy twierdzą, że on też był jednak faryzeuszem) i poganin (czyli Piłat), a nie Ci, co deklarowali, że oddadzą za niego życie.

Być albo nie być

Popełniając odwieczny błąd religijnych gorliwców – oddając się Panu Bogu hurtem, ale niekoniecznie w detalu.

W Wielkim Tygodniu nabieram dystansu do tego, co wydaje mi się że zrobiłem, co jeszcze w życiu mam zrobić. Daję sobie związać ręce trzem długim, mozolnym liturgiom.

Długiemu staniu w zatłoczonym kościele, byciu niesionym przez prąd kolejnych czytań, gestów, pieśni, których w żaden sposób nie możesz przyspieszyć, możesz tylko z nimi płynąć.

W tym czasie nie zaciskam oczu przypominając sobie jak to było, nie proszę, nie przepraszam.

Jestem i oddycham tym, że On jest.

Być albo nie być

Dziś nic mnie już nie denerwuje – Grób Pański o wymowie felietonu, mający swoje show ceremoniarze i schole, które zmieniają liturgie w koncerty, kazania o Katyniu i Smoleńsku (sam słyszałem rok temu). Czuję jak zawiesza się czas, totalne ogołocenie i totalna pustka.

Aż spod zwałów prowadzonej skrupulatnie moralnej buchalterii, znów wychynie człowiek.

Te trzy dni dają jedyne skuteczne lekarstwo na wszystkie ludzkie poplątania, w które okresowo popadamy, czasem do granic obłędu, tonąc w pytaniach: jaki to wszystko ma sens, skoro tyle kosztuje?

Przypominają, że nie jesteś (ani bliźni nie jest) bilansem, ale Tajemnicą. Że zabiją cię kiedyś za to kim jesteś, i przez to kim jesteś (a nie co zrobiłeś) zmartwychwstaniesz.

Wesprzyj nas
Szymon Hołownia

Szymon Hołownia

Zobacz inne artykuły tego autora >
Szymon Hołownia
Szymon
Hołownia
zobacz artykuly tego autora >

Niedziela Niezrozumienia

Niedziela Palmowa czyli Męki Pańskiej – już w nazwie schizofreniczne rozdarcie. Na początku liturgii triumfalny wjazd Jezusa do Jerozolimy, kwadrans później – lektura (bądź śpiew) detalicznych opisów Jego męki

Szymon Hołownia
Szymon
Hołownia
zobacz artykuly tego autora >

Gdybym to ja nadawał nazwy kościelnym świętom, nazwałbym ten dzień Niedzielą Niezrozumienia Jezusa. Wszyscy, którzy Go otaczali czasem rozumieli Go bardziej, czasem mniej (zwykle mniej, to kardynał Dolan podpowiada, że nawet gapiąc się na cuda i słuchając rozdzierających serca fraz, po chwili mówili pewnie: „no świetnie, świetnie, a kiedy właściwie zrobisz to powstanie i przegonisz Rzymian?”).

Nigdy jednak napięcie między rewolucją, którą przynosi Jezus, gdy idzie o myślenie o Bogu i Jego Królestwie, a powszechną i dziś koncepcją opartą na powątpiewaniu we wszystko, czego nie da się zważyć, policzyć, pomacać, nie osiągało takich wartości jakie ma tego właśnie dnia.

Niedziela Niezrozumienia

Król na osiołku, który zaraz da się zabić przekonanym, że ratują religię kapłanom oraz urzędnikom ratującym własne plecy, każe przedefiniować pojęcie władzy, służby, narodowej i kościelnej wspólnoty. Każe je odkleić od myślenia w kategoriach stanu posiadania.

W autentycznie pobożnym Sanhedrynie czy próbującym filozofii Piłacie, pokazuje nam lusterko. Ludzi, którym wydaje się, że mają zdrowy rozsądek, wyczucie religijnego i państwowego obowiązku, pieniądze, a w rzeczywistości nic nie mają.

Ba – mogą stać się zbrodniarzami, jeśli nie idą dalej, nie szukają Prawdy (a jeśli autentycznie jej szukają, muszą się upokorzyć myślą, że nikt, poza Bogiem, nie może być Prawdą czy jej mieć, my możemy się do niej tylko zbliżać).

To rachunek sumienia przejmujący do szpiku kości. Mocno wpisuje się weń papież przychodzący ze świata, w którym też wielu ludziom wydaje się, że żyją w ramach i całkiem porządnie, a skutkiem tego przekonania jest śmierć wielu innych ludzi.

Mówienie o ubóstwie to nie jego PR-owe zagranie, to uważna lektura Ewangelii, w której prawdziwy Król jeździ na ośle (chyba nie tylko dlatego by spełnić mesjańskie proroctwa), w pysznych konwojach (możemy się domyślać) podróżuje króliczyna Herod.

Najgorsze, co możemy teraz zrobić, to uznać, że papieżowi za to płacą, żeby krzyczał o chleb dla biednych, ale my też w sumie jesteśmy na wielu wymiarach trochę biedni, więc nas ta sprawa nie dotyczy.

Niedziela Niezrozumienia

Żywy Bóg na oślęciu każdego zmusza do zadania sobie pytania o jego osobisty wymiar ubóstwa. Nie chodzi o popadnięcie w nędzę, ale o praktyczne wyciągnięcie wniosków ze zdania: „cóż masz, czego byś nie otrzymał”. Chcesz być z Jezusem – innej drogi nie ma.

Czytam teraz wydany w Polsce już w latach 70. zbiór wystąpień słynnego brazylijskiego obrońcy praw biednych, biskupa Heldera Camary.

Ten jedzie po bandzie. Apeluje do braci biskupów by zaczęli od siebie, zrezygnowali z „ekscelencji i eminencji”, zamienili „pałace” na mieszkania. Zwraca też uwagę na to, że wychowanie do ewangelicznego ubóstwa nie może mieć logiki zrywu, akcji, czynu społecznego. Wymaga trwałego uświadomienia sobie faktu, że dotyczy nas na codzień nie tylko szóste, ale i siódme przykazanie.

„Trzeba zmienić mentalność. Konsekwentnie pogłębiać teologię ubóstwa. Nasze podręczniki marnują chyba zbyt dużo miejsca na traktat o czystości, a z pewnością mówią mniej (i to w sposób absolutnie nieaktualny i pozbawiony odwagi) o siódmym przykazaniu.

Słusznie powiedziano, że trzeba doktrynalnie pogłębić scenę Sądu Ostatecznego, podobnie jak pogłębione zostały takie fragmenty Pisma jak ty jesteś Piotr lub to jest ciało moje.

Czy – jak to sugerowano – można będzie skorzystać z mszy zamykającej Sobór, aby złożyć u stóp Ojca Świętego nasze krzyże biskupie ze złota lub srebra (otrzymalibyśmy w zamian inne, z drzewa lub brązu), w symbolicznym geście człowieka, który decyduje się przyjąć, przy pomocy Bożej, styl życia zgodny z ewangeliczną prostotą?

Być może będzie to dla nas, biskupów całego świata, sposób w jaki jeszcze tu pomożemy wikariuszowi Chrystusa w wyzwoleniu się. I miejmy też odwagę przyznać, że wspaniałość Watykanu jest wielkim kamieniem grobowym, który trzeba jutro usunąć.

Opatrzność wyzwoliła nas już od państw papieskich. Kiedyż wybije godzina Boga, który poprowadzi Kościół Chrystusa na spotkanie Pani Biedy?“

A może właśnie wybiła?

Wesprzyj nas
Szymon Hołownia

Szymon Hołownia

Zobacz inne artykuły tego autora >
Szymon Hołownia
Szymon
Hołownia
zobacz artykuly tego autora >