Biblijni przewodnicy po Adwencie. Józef

Nie lubimy chwilowości życia, która ciągle nas wypycha z ciepłych kapci. Na każdą stratę patrzymy z nostalgią, bo przecież właśnie zniknęła nam sprzed nosa jakaś szansa. Jak nauczyć się z tym żyć? O to dobrze zapytać Józefa, małomównego męża Maryi, ziemskiego opiekuna Pana Jezusa.

Zuzanna
Marek
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Czy nie jest tak, że nasze życie składa się z chwil, które wzajemnie się zbijają jak kule na bilardowym stole? Ile razy ucieszyliśmy się z kolejnej rocznicy swoich urodzin, czując jednak delikatnie (lub mocno) gorzki smak przemijania? Ile razy podziwialiśmy z zapartym tchem zachodzące słońce, by po chwili stwierdzić, że wystarczyło kilka minut, by to wielobarwne piękno zapadło się w ciemność? Ile razy, widząc na dłoni kryształowy płatek śniegu i szybko wypatrując jego unikatowości, z żalem stwierdziliśmy, że właśnie się rozpłynął? I chociaż to wszystko jest normalne i znane nam nie od dziś, to jednak nie lubimy chwilowości życia, która ciągle nas wypycha z ciepłych kapci, a na każdą stratę patrzymy z nostalgią, bo przecież właśnie zniknęła nam sprzed nosa jakaś szansa, zamknęła się jakaś ciekawa i cenna perspektywa, jakieś dobro przestało być na wyciągniecie ręki, a jakaś relacja, dotąd dostępna na odległość kciuka od ekranu telefonu, stała się niemożliwa. Trudno nam przyjąć, że to, co mamy jest kruche i wiecznie poddane pod młotek codziennych sytuacji. Choć i tak używamy „chwilowych” rzeczy, to wolimy zamieszkiwać i posiadać, a jeśli strata nas z tego wyrywa, to zwyczajnie się buntujemy. Jak nauczyć się z tym żyć? A może raczej: jak zmienić myślenie, by w tych negatywnych właściwościach naszej egzystencji zobaczyć jednak wartość dodaną życia?

O to wszystko dobrze zapytać Józefa, małomównego męża Maryi, ziemskiego opiekuna Pana Jezusa, którego historia to wieczne wyrywanie go z butów przez stratę, czyjeś słowo czy jakieś wydarzenia, na które zupełnie nie miał wpływu. Wiemy o nim, że pokornie wszystko przyjmował, ale czy w związku z tym nie był zwykłym pechowcem, który możliwie szybko odpuścił walkę z wiatrakami? Oczywiście, że nie! W przeciwnym razie nie słynąłby dziś z łączenia ludzi, załatwiania pracy, cudownego budowania domów czy znajdowania mieszkań, czyli nie byłby świętym tak bliskim wielu ludziom.

 

Mało znaczy wiele

Ewangelia nie mówi wiele o Józefie. Co prawda na kartach Biblii znajdziemy opisy wydarzeń, w których brał udział — narodzenie Jezusa, Jego obrzezanie, ofiarowanie w świątyni, ucieczka do Egiptu czy też odnalezienie dwunastoletniego Jezusa wśród uczonych — to bardzo rzadko, a raczej prawnie nigdy, Józef jest ich głównym bohaterem. Mąż Maryi to postać drugoplanowa z własnego wyboru i jednocześnie z Bożego zrządzenia. Co jednak było w nim tak bliskiego sercu Boga, że Wszechmogący wybrał Józefa na opiekuna swojego Syna? Jakie cechy, dary, a może i słabości posiadał Józef, które podpowiedziały Bogu, że nadaje się do takiej roboty? A może chodziło tylko to, że akurat ten ubogi cieśla spodobał się Maryi, a przecież Bóg był w niej nieziemsko zakochany i po prostu ufał Jej wyborom?

Na pewno wiemy (dzięki narracji świętego Mateusza), że z narodzeniem Jezusa było tak: Po zaślubinach Matki Jego, Maryi, z Józefem, wpierw nim zamieszkali razem, znalazła się brzemienną za sprawą Ducha Świętego. Mąż Jej, Józef, który był człowiekiem sprawiedliwym i nie chciał narazić Jej na zniesławienie, zamierzał oddalić Ją potajemnie. Gdy powziął tę myśl, oto anioł Pański ukazał mu się we śnie i rzekł: «Józefie, synu Dawida, nie bój się wziąć do siebie Maryi, twej Małżonki; albowiem z Ducha Świętego jest to, co się w Niej poczęło. Porodzi Syna, któremu nadasz imię Jezus, On bowiem zbawi swój lud od jego grzechów» (por. Mt 1,18-21). Wnioski są zatem proste: Boga w Józefie ujęła jego sprawiedliwość, która jednak nie była suchym egzekwowaniem prawa czy dochodzeniem racji, ale braniem w obronę tych, którzy sami się nie obronią, oraz kochaniem mimo niezrozumienia i groźby niesłusznej oceny. Mąż Maryi pojął, że ścieżki Boga to coś więcej niż kara za grzechy i nagroda za dobre uczynki. Prawdopodobnie, będąc pobożnym synem swojego narodu oraz mając w żyłach królewską krew swoich przodków, znał wszystkie przekręty, które w historii Izraela zrobił Bóg, by okazać ludziom miłosierdzie. Być może właśnie dlatego sam wymyślił dziwny fortel z potajemnym oddaleniem Maryi, bo wiedział, czyje spojrzenie jest ważniejsze — pochopnie oceniających sąsiadów czy Boga widzącego w ukryciu.

 

Słuchanie przez sen

Do Józefa Bóg przychodził przez sny. Ewangelia opisuje cztery z nich, w których po kolei Bóg przez swojego Anioła podpowiadał Józefowi, co mógłby zrobić w danej sytuacji. Najpierw chodziło o to, że ze spokojem może wziąć Maryję pod swój dach, ponieważ nie dopuściła się zdrady, a Dziecko pod jej sercem to sprawy natury duchowej (a raczej Ducha Świętego). Józef usłyszał wtedy od Anioła Pańskiego słowa: Józefie, synu Dawida, nie bój się wziąć do siebie Maryi, co zabrzmiało bardzo poważnie, ponieważ Józef nie tylko został wywołany z imienia, ale także zostało mu przypomniane, kim jest i z jakiego rodu pochodzi. Może był to pierwszy sygnał wezwania do Betlejem, jego rodzinnego miasta, miejsca, w którym wkrótce narodzi się Mesjasz, a może była to także podpowiedź dotycząca tego, jakiej natury lęk zrodził się w sercu Józefa.

W Drugiej Księdze Samuela możemy bowiem znaleźć opowieść o tym, jak jego praprapra…dziadek, a dokładniej król Dawid, sprowadzając Arkę Pańską do Miasta Dawidowego, przestraszył się, ponieważ zobaczył na własne oczy śmierć sługi, który przypadkowo dotknął Arki. Król pewnie uświadomił sobie swoją niegodność i uląkł się perspektywy bliskiej obecności Boga w jego domu, więc wysłał ją gdzieś indziej. Po jakimś czasie jednak okazało się, że dom Obed-Edoma z Gat doznaje wszelkiej obfitości i wielorakiego błogosławieństwa właśnie z powodu Arki. Dawid postanowił więc czym prędzej sprowadzić Arkę do siebie, by to jego dom był pełen Boga i Bożej chwały (por. 2 Sm 6,1-15). Być może zatem Anioł podpowiadał Józefowi, że rzeczywiście w jego domu zamieszka Ktoś niczym Arka Przymierza, ale jednocześnie pokazywał mu, że nad nim i jego rodziną Bóg już rozciągnął swoje błogosławieństwo, więc nie musi się niczego obawiać.

Drugi sen Józefa to wezwanie do Egiptu. Po bezpiecznym dotarciu do Betlejem, po szczęśliwym porodzie, po dziwnej wizycie pasterzy i jeszcze bardziej nietypowych odwiedzinach magów ze Wschodu Józef znów został wytrącony z rzeczywistości, którą zdążył już zbudować dla swojej rodziny. Usłyszał we śnie, że ma wziąć Dziecko i Jego Matkę (nie odwrotnie!), a następnie udać się do Egiptu (por. Mt 2, 13-15). Tak, chodziło o ten Egipt, czyli o miejsce kojarzące się każdemu Żydowi z czterechsetletnią niewolą, z której ostatecznie Bóg wyzwolił swój lud, ale po której jednak niesmak w sercach Jego wybranych pozostał. Może w obliczu tej decyzji Józef pomyślał o swoim biblijnym imienniku, który kiedyś też odbył tę samą drogę z ziemi nad Jordanem do ziemi nad Nilem. Józef egipski co prawda był sprzedany przez swoich braci i siłą tam zaprowadzony, ale w sercu miał z pewnością (tę samą co mąż Maryi) ufność w to, że wędrówka do Egiptu nie jest ostatnim słowem Pana Boga. Może Józef z Nazaretu przypomniał sobie też myśl proroka Ozeasza: Z Egiptu wezwałem Syna mego (por. Oz 11,1) oraz Boże wyznanie, że wszystko, co Bóg robi względem swoich dzieci, jest niczym innym jak przyciąganiem ich do siebie więzami miłości (por. Oz 11,4). Może zatem Józef senną propozycję Anioła odczytał po prostu jak „zwykłą” troskę Boga. Do Egiptu zaś pociągnęła go miłość, która jednocześnie była odpowiedzią na zobaczoną Miłość z góry i sposobem kochania tych, których mu powierzono.

Kolejne dwa sny Józefa wydarzyły się tuż po sobie. I choć do ich zrozumienia Józef nie potrzebował znajomości Pism i Prawa, bo były prostymi instrukcjami typu: „Wracaj do ziemi Izraela” oraz „Nie idź jednak do Betlejem, tylko do Nazaretu”, to za każdym z nich krył się o wiele głębszy sens. Gdy Anioł mówił Józefowi: Wstań, weź Dziecię i Jego Matkę i idź do ziemi Izraela, bo już umarli ci, którzy czyhali na życie Dziecięcia (Mt 2,20), odwoływał się gdzieś w tle do historii Mojżesza, a dokładniej do momentu, gdy Bóg kazał mu opuścić ziemię Madianitów i w końcu pozwolić stać się Jego narzędziem w dziele wyzwolenia Izraela (por. Wj 4, 19-20). A gdy Józef posłuszny Bożym wskazówkom dotyczącym miejsca zamieszkania osiadł ze swoją rodziną w Nazarecie, świadomie lub nieświadomie wypełnił słowa Proroków: Nazwany będzie Nazarejczykiem (Mt 2,23). Mąż Maryi miał więc też w sobie coś na kształt wewnętrznej potulności wobec Słów Boga. Niczego do nich nie dodawał, niczego z nich nie odejmował, nie interpretował ich nadmiernie, tylko w prostocie wykonywał.

 

Ten sam charyzmat

Józef nie był wyjątkowy w tym, że Bóg mówił do niego przez sny. Jak to już wiemy, jego imiennik, czyli syn Jakuba, a brat Judy, dalekiego przodka męża Maryi, był tym, o którym mówiono, że miewa sny (por. Rdz 37,19). Józef Egipski wiele nacierpiał się z tego powodu, że Bóg dał mu łaskę rozumienia snów, ale jednocześnie to, co wydawało się trudem i brzemieniem, okazało się także błogosławieństwem. Gdyby bowiem bracia nie sprzedali Józefa do niewoli, nie trafiłby on do Egiptu, potem nie wyjaśniłby snów faraona, nie zapowiedziałby siedmiu lat obfitości i siedmiu lat głodu, a na koniec nie zostałby zarządcą spichlerzy faraona oraz nie uratowałby całego Egiptu i rodu swego ojca od śmierci.

Józef, opiekun Jezusa, też miał charyzmat bycia dobrym gospodarzem. Swoją codzienną pracą i prostą pobożnością stworzył bezpieczną przestrzeń do życia i rozwoju młodemu Jezusowi. Tak jak Józefowi Egipskiemu dobrze się wiodło, bo Bóg był z nim (por. Rdz 39,2), tak i na dom w Nazarecie obficie wylewało się Boże błogosławieństwo, bo rzeczywiście (dosłownie i w przenośni) Bóg tam przebywał. Gdy jednak Maryja w Kanie Galilejskiej wypowiedziała słowa: Zróbcie wszystko, cokolwiek wam powie (J 2,5), będące parafrazą rozkazu faraona: Udajcie się do Józefa i, co on wam powie, czyńcie (Rdz 41,55), jej męża już nie było, z ich trzyosobowej świętej rodziny zostali „tylko” Maryja i Jezus.

Może więc Józef przeżył też w końcu taki sen, który przeniósł go poza granicę śmierci. Sen, który uchronił go od niezręcznych pytań o pochodzenie Jezusa zadawanych przez faryzeuszy szemrających: Czyż to nie jest Jezus, syn Józefa, którego ojca i matkę my znamy? Jakżeż może On teraz mówić: «Z nieba zstąpiłem»? (J 6,42). Sen, w którym Bóg cicho zamknął na nim historię jego  rodu, bo przecież tak jak z rodu Józefa Egipskiego nie wyszedł Mesjasz, tak i Józef nie był ojcem Tego Syna, który zbawił swój lud od jego grzechów (por. Mt 1,21). Sen, który, odsuwając w cień Józefa, robił miejsce wstającemu coraz jaśniej Światłu. 

 

Zrobić miejsce

Jezus wypełnił to, na co Józef zrobił miejsce. W Jezusie zaowocowało wszystko, co Jego ziemski opiekun poświęcił w swoim życiu Bogu. To, co w działaniu Józefa było znakiem i nadzieją przyszłych dóbr, w Synu Maryi się po prostu wydarzyło — On wyprowadził swój lud z niewoli grzechu, przyciągnął nas do siebie więzami miłości oraz odkupił nas przez swoje człowieczeństwo złączone z bóstwem.

Na kartach Ewangelii nie ma zapisanego ani jednego słowa, które wypowiedział Józef. Gdy w snach słyszał Bożych posłańców, nie odpowiadał im, nie dyskutował z nimi, nie pytał, tylko budził się i od razu działał. Z pewnością jednak powiedział w swoim życiu jedno słowo — Jezus, ponieważ zgodnie z nakazem Anioła (Porodzi Syna, któremu nadasz imię Jezus. Mt 1,21) i żydowskimi zwyczajami miał jako ojciec podczas obrzezania nadać Dziecku imię.

Może zatem to jedno słowo — Jezus — wystarczy i nam na te ostatnie dni, godziny Adwentu. I choć jest ono słodkie, gdy się je powtarza, to ma tak samo ogromną moc, gdy się je wypowie tylko raz. Gdy więc brakuje nam już sił w przedświątecznej krzątaninie, gdy z zawrotną prędkością znikają pełne nadziei roratnie poranki i gdy w końcu nie mamy słów, by opowiedzieć swoje stęsknione Boga serce, warto odnaleźć ciszę, a w niej usłyszeć to jedno słowo — Jezus. Warto ciszę (choćby tylko kilkuminutową) uczynić swoim codziennym sposobem czekania na święta, na drugiego człowieka, na Boga. Ona naprawdę kiedyś rozbłyśnie Światłem.

 

Zuzanna Marek

Zobacz inne artykuły tego autora >

Reklama

Szukasz wartościowych treści?

Zapisz się na cotygodniowy newsletter Stacji7


Reklama

 

 


Reklama

Zuzanna
Marek
zobacz artykuly tego autora >

Maryja. Biblijna przewodniczka po Adwencie

Relacje nasycone niezrozumieniem, słowa pełne nieumiejętności opowiedzenia wszystkiego, ciągłe natrafianie w sobie i w innych na nieznane ziemie — czy to wystarczające argumenty przemawiające za porzuceniem syzyfowej pracy szukania innych? Słów kilka o kontaktach międzyludzkich z perspektywy Maryi.

Zuzanna
Marek
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Nasza codzienność przeniknięta jest tajemnicą. Tajemnicza jest otaczająca nas natura, tajemniczy jest rozciągnięty nad nami kosmos, tajemnicze są głębiny ziemi bulgoczące lawą i dna oceanów rozsadzane ciśnieniem. Tajemniczy jest też w końcu człowiek, który stoi obok nas — jego ciało i dusza, jego myśli, wyobraźnia, uczucia i emocje, tajemniczy jest też ten człowiek, którym my sami dla siebie jesteśmy. Łatwo się więc domyślić (co też z pewnością znamy z własnych doświadczeń), że relacje, które budujemy, nasycone są niezrozumieniem i niemożnością opowiedzenia wszystkiego, co chciałoby się wyrazić i nazwać. Nawet, jeśli jesteśmy z kimś bardzo blisko, intymnie i przyjacielsko, to i tak dochodzimy w różnych momentach budowania tej więzi do granicy „niewyrażalności”, ponieważ trudno nam opowiedzieć o tym, co czujemy, co myślimy, jak wyobrażamy sobie pewne rzeczy, co w nas rodzi to czy inne wydarzenie i skąd się biorą nasze spontaniczne reakcje. Co więcej, poznając innych (szczerze i uczciwie), ucząc się ich, ciągle natrafiamy na coś niespodziewanego, odmiennego od naszych myśli, innego od naszych dróg. Czy jednak jest to argument za tym, by porzucić tę syzyfową pracę szukania innych? Czy w związku z tym, że i tak nigdy do końca nie poznamy drugiego człowieka, że ktoś „mój” i tak na zawsze pozostanie „nie-mój”, trzeba przestać być z ludźmi?

 

Poplątane życie

Bardzo konkretną odpowiedź na te pytania można znaleźć w życiorysie kobiety, która doświadczyła „niewyrażalności” chyba w każdej możliwej odsłonie życia — od Maryi. Choć ewangelie podają wiele faktów z jej życia, to o jej narodzinach i śmierci nie mówią ani słowa. Jak widać, te podstawowe informacje o Maryi, dla ewangelistów wcale nie były jednak takie ważne. Apokryfy, pobudzające wyobraźnię, ale stawiające umysł w stan gotowości do krytyki i zaprzeczeń, próbują wypełnić owe „luki” kronikarskie, opowiadając na przykład o jej niepokalanym poczęciu, o ofiarowaniu Bogu na własność jeszcze w dzieciństwie lub zaśnięciu zamiast śmierci. Na szczęście Kościół nie boi się tajemnic i próbując uwierzyć w to, co niezrozumiałe, ostatecznie dostaje z nieba łaskę wiary, a razem z nią dar poznania części prawdy o tajemnicach Boga.

Nie tylko jednak biblijni i starożytni skrybowie mieli problem w opowiedzeniu tajemniczego życia Maryi. Z pewnością i ona sama czuła niewyrażalność tego, co ją spotyka. Po zwiastowaniu, a raczej cudownym poczęciu się Mesjasza w jej łonie, z pewnością nie była w stanie znaleźć takich słów, którymi dałoby się tak opowiedzieć komuś to wydarzenie, by pojął nie tyle, czym ono w ogóle było, ale czym było dla niej. Pewnie nawet bliski jej Józef, który przez prostotę i prawość docierał w swym sercu do Bożych tajemnic, słuchając relacji Maryi, patrzył na nią z miłością, ale i z lekkim zakłopotaniem. A jej relacja z Jezusem? Teoretycznie prosta, bo ona matką, a On synem, ale w praktyce zupełnie skomplikowana, bo splatająca w sobie więzi mistrza i uczennicy, Boga i człowieka. Choć Maryja najbardziej z nas wszystkich miała prawo powiedzieć o Jezusie „mój”, to jednak nigdy On nie był całkiem jej (choć ciało wziął z Maryi), a raczej ona była kawałkiem Niego. Czego więc można się nauczyć od Miriam, Matki Jezusa, która całe życie tkwiła w tajemnicy, jednocześnie będąc przeźroczystą? Jak spojrzeć na nią w kontekście adwentowego szukania bliskości z Bogiem?

 

Słowa wrośnięte w życie

Maryja sama wyśpiewała odpowiedź na to pytanie kiedyś w Ein Karem, gdy po kilku dniach wędrówki dotarła do domu swojej kuzynki Elżbiety — z jednej strony tryskającej radością żony milczącego męża, z drugiej starej matki rozwijającego się pod jej sercem syna. Modlitwa Maryi, zwana dziś Magnificatem i codziennie wieczorem śpiewana w liturgii godzin, to jednak nic innego jak kolaż cytatów z Biblii, które z pewnością były dla niej ważne albo które po prostu lubiła. Czy nie jest tak i z nami, że to, co nas wewnętrznie porusza, wpada w naszą pamięć, a potem tak silnie kształtuje myśli, że po jakimś czasie nie jesteśmy w stanie odróżnić tego, co przyswojone, od tego, co przez nas wyprodukowane w procesie trawienia duchowego pokarmu? Prawdopodobnie i Maryja w ten sposób ułożyła swój hymn uwielbienia i być może, śpiewając go Bogu, poruszała w sobie wszystkie struny, które wcześniej On sam w niej nastroił różnymi wydarzeniami oraz usłyszanymi słowami.

Sam początek pieśni Magnificat to sparafrazowane słowa Anny, żony Elkany, których losy opisane są w Pierwszej Księdze Samuela. Może Maryja czuła więź z matką Samuela, ponieważ jej własna mama nosiła to imię i (jak podają apokryficzne źródła) Maryja sama była długo wyczekiwanym dzieckiem swoich rodziców. Być może Joachim i Anna w szabatowe wieczory i poranki, gdy zawieszano codzienną pracę, by uczestniczyć w Bożym zachwycie nad pięknem stworzenia, opowiadali swojej córce o niezwykłej imienniczce jej mamy, która choć była bardzo umiłowana przez męża, długo nie mogła cieszyć się potomstwem. Anna, nigdy nie zwątpiwszy w to, że Bóg jest panem życia, wylała przed Nim swą duszę tak obficie, że poruszyła Jego serce i uzyskała łaskę macierzyństwa. Mama Samuela śpiewała swój hymn uwielbienia, gdy oddawała syna na służbę do świątyni, wołała pełna wdzięczności i radości, mimo, że na zawsze traciła syna. Z pewnością i Maryja, w progach Elżbiety czując i radość narodzin Syna Bożego i konieczność oddania Go w końcu sprawom Jego Ojca, śpiewała podwójny hymn — wesela i straty, pieśń przyjęcia tego niezwykłego Daru i oddania Go, nawet jeszcze nie mając Jezusa w swoich rękach.

Czym jeszcze wybrzmiewa Magnificat, czyli jakie jeszcze Boże słowa kształtowały wnętrze Maryi? Całe mnóstwo myśli proroków. Od Izajasza zaczerpnęła krzyk entuzjazmu z powodu tego, że Bóg przyodziewa swój lud w szaty zbawienia i zakłada klejnoty tym, którzy choć często nie wiedzą, to są Jego wybranymi (por. Iz 61,10). Od Habakuka usłyszała i wzięła sobie mocno do serca, że choć pozornie nic nie widać, nic nie wskazuje na dobro i błogosławieństwo, choć winnice nie wydają plonów, owce znikają z owczarni, a oliwki marnieją, to jest się z czego cieszyć, bo Bóg nie zapomniał i Jego siła objawi się w stosownym czasie (por. Ha 3, 18). Od króla Dawida, najsłynniejszego pieśniarza i lutnisty Starego Testamentu, nauczyła się żyć pomiędzy „już” i „jeszcze nie”, a co za tym idzie być wdzięczną za odkupienie, które jednocześnie przychodzi i już jest dostępne, za wierność Boga z pokolenia na pokolenie i za łaskawość Bożą nad synami synów, a także za troskliwość Wszechmocnego dotykającą wszystkich bez wyjątków, która głodnych syci, bogaczy uniża, a łaknących napełnia dobrami (por. Ps 111,9; Ps 103,17; Ps 89,11; Ps 107,9). Od swojej praprapra…babki Lei, żony patriarchy Jakuba, Maryja nauczyła się być prawdziwie szczęśliwą, żyjąc w cieniu i w drugim rzędzie. Inaczej nie posłużyłaby się w swojej modlitwie słowami kobiety, która choć pierwsza zaślubiona, to mniej kochana, a mimo to wierna i bliska, i nie wołałaby: Odtąd będą zwać mnie szczęśliwą wszystkie pokolenia (por. Łk 1,48; Rdz 30,13).

 

Osobność rozdana

Przy tym pięknie Maryi, przy jej niezwykłym oddaniu Bogu i przy cnotach będących dla niej czymś niemalże naturalnym można zwiesić głowę, smutno spojrzeć na swoje życie i pomyśleć: „To nie dla mnie”. To jednak nie jest myśl, za którą warto pójść. I choć oczywiście faktem jest, że Maryja miała bardzo osobną, wyjątkową i niepowtarzalną drogę, której (to pewne!) nikt z nas nie powtórzy, to jednak ona sama nie była osobna. Nie odcinała się od ludzi i ich spraw. Żyła zawsze z kimś, mając go albo na wyciągnięcie ręki albo na odległość myśli lecącej przyjaźnie do jego spraw i trosk. Nawet, gdy modliła się na osobności to nie była w tym osobna, bo jej modlitwy roiły się od ludzi.

Może zatem w ten grudniowy czas niesprzyjający wychodzeniu z domów przez marznące ręce i czerwieniejące od mrozu policzki warto jednak trochę się przełamać i jak Maryja być blisko ludzi, ich trosk, spraw i codzienności, mimo, że zawsze gdzieś między nami pojawią się punkty „niewyrażalności” i „nieopisywalności”. Miriam w swej tajemniczości ciągle powierzała się innym i jednocześnie nieustannie brała pod swój dach (ten dosłowny i ten wewnętrzny) ludzi, z którymi się spotykała. Czy zatem nie jest dobrym pomysłem adwentowo oddać trochę siebie innym? Czy nie warto wypić z kimś te (dostępne w kawiarniach tylko w grudniu) piernikowe i cynamonowe kawy? Czy nie czas zawiesić modlitwę za siebie i swoje sprawy, a stawać przed Bogiem choć samemu to jednak wspólnie — ze wszystkimi ludźmi wokół nas? Do tego nie potrzeba wiele, tylko odrobiny myśli, skrawka chęci i wiary niczym ziarnko, a także miłości dodanej do tych naszych okruchów przez samego Boga.

 

Zuzanna Marek

Zobacz inne artykuły tego autora >

Reklama

Szukasz wartościowych treści?

Zapisz się na cotygodniowy newsletter Stacji7


Reklama

 

 


Reklama

Zuzanna
Marek
zobacz artykuly tego autora >
Copy link
Powered by Social Snap