video-jav.net

25 lat diecezji bielsko-żywieckiej

O efektach podziału administracyjnego sprzed 25 lat, w wyniku którego powstała m.in. diecezja bielsko-żywiecka, mówi ordynariusz biskup Roman Pindel. Duchowny zwraca uwagę w rozmowie z KAI na różnorodność religijną i kulturową, która składa się na bogactwo powołanej do życia ćwierć wieku temu diecezji, zauważa też, jak wydarzenie to wpłynęło na pobożność żyjących w tym regionie ludzi, powołania kapłańskie i dzieła kościelne.

Polub nas na Facebooku!

KAI: Jakie są realne efekty podziału administracyjnego wprowadzonego bullą „Totus Tuus Poloniae populus” w 1992 roku?

Nowy podział przyniósł bardzo realne efekty w odniesieniu do kontaktu z biskupem. 25 lat temu proboszcz ze Zwardonia miał do biskupa w Krakowie jakieś 130 km, co przy średniej prędkości ok. 40-50 km/h, przy ówczesnych drogach, wymagało około trzech godzin jazdy samochodem. Dziś od Zwardonia do kurii w Bielsku-Białej odległość wynosi nieco ponad 50 km, a jej pokonanie, przy nowych drogach, zajmuje mniej więcej 45 minut. W ciągu godziny biskup dociera do najodleglejszych stron diecezji bielsko-żywieckiej. Można powiedzieć, że w wyniku nowego podziału administracyjnego powstała diecezja „kompaktowa”. Wydaje się, że mający swoją specyfikę i odrębność Śląsk Cieszyński jest za mały dla utworzenia osobnej diecezji, zwłaszcza, że już po I wojnie światowej za granicami Polski znalazły się tereny zamieszkałe przez Polaków, które ewentualnie mogłyby tworzyć jednorodną diecezję, w tym przypadku jednak ze stolicą w Cieszynie.

 

Powstała więc diecezja złożona z terenów dwóch historycznych księstw, które niemal od zawsze graniczyły ze sobą, a rzeka Biała, leżąca między miastami Bielskiem i Białą, aż czterokrotnie stanowiła granicę dwóch światów. Jednakże te dwa światy, w tym i dwie sąsiadujące ze sobą diecezje, oddziaływały na siebie i przenikały się pod wieloma względami. W latach 1983-1985 byłem wikariuszem w Kozach i na odpustach bywał choćby ówczesny proboszcz ze śląskiej strony, a w samym Bielsku-Białej były podejmowane działania duszpasterskie „ponad granicami”, czy to wobec środowiska lekarzy lub nauczycieli, czy w ramach wspierania nowo powstałej wówczas „Solidarności”. Podział administracyjny wyznaczył tylko nowe centra i nowe punkty odniesienia, które się przyjęły.

 

KAI: Co się udało zrobić w wyniku tego podziału?

Każda diecezja ma swoje instytucje, jak katedra, siedziba biskupa, kuria z jej wydziałami i sąd biskupi, seminarium, domy dla księży seniorów, Caritas, ośrodki rekolekcyjne oraz specjalistyczne ośrodki duszpasterskie i pomocy w różnych potrzebach. W każdej funkcjonuje jakieś wydawnictwo czy media, istnieją sanktuaria. Ogromnym wysiłkiem kapłanów, którzy od początku stanęli przy biskupie Tadeuszu Rakoczym, udało się utworzyć niemal wszystko. Mamy więc katedrę i konkatedrę, konieczne wydziały kurii, a także Caritas. Możemy być dumni z naszego radia diecezjalnego „Anioł Beskidów”. Korzystamy z ogólnopolskich tygodników – „Gościa Niedzielnego” i „Niedzieli”, w których jest tzw. wkładka diecezjalna.

 

Na pewno lepiej jest, że nasi kandydaci do święceń są alumnami Krakowskiego Seminarium Duchownego, choćby ze względu na bardzo dobry Wydział Teologiczny, w którym mogą także dalej się kształcić. Powstaje sąd biskupi, buduje się drugi dom dla naszych księży seniorów. Trzeba byłoby pomyśleć o jakimś wydawnictwie i jednostce gospodarczej. Szkoda, że nie ma ani jednego diecezjalnego domu rekolekcyjnego z prawdziwego zdarzenia. Nie odziedziczyliśmy go po żadnej z macierzystych diecezji, ani też nie zbudowano nowego. Trzeba zapewne myśleć o takich punktach, w których – obok nowych ośrodków prowadzonych przez Caritas – oferowana byłaby pomoc duchowa, psychologiczna, medyczna, czy prawna.

 

KAI: Czy podział ten miał wpływ m.in. na powołania kapłańskie, różne dzieła kościelne i apostolskie?

Religijność danego regionu pozostaje w swej specyfice i dynamice pomimo podziałów administracyjnych. Dlatego też w aktualnych danych odnośnie powołań odbija się to, co specyficzne dla różnych części naszej diecezji, jak i tendencje ogólnopolskie. Do tego dodać należy bezcenny wkład naszych kapłanów odpowiedzialnych za pomoc w odkrywaniu powołania, jak i za towarzyszenie kandydatom do kapłaństwa w okresie pierwszego rozeznawania. Tradycyjnie więc Żywiecczyzna pozostaje zagłębiem powołań, podobnie jak była nim w okresie jej przynależności do archidiecezji krakowskiej. Równocześnie rośnie liczba powołań ze średnich i dużych ośrodków miejskich.

 

Religijność i różne formy pobożności, odmienne melodie i specyficzne pieśni pozostają w tych częściach diecezji, gdzie utrwaliły się w pamięci ludzkiej, czy w drukowanych modlitewnikach. Dla mnie to bogactwo, którego szkoda byłoby utracić. Wręcz aż prosi się, by ktoś, na podobieństwo Kolberga, zebrał to, co zostało zapisane lub zachowało się jedynie w ludzkiej pamięci. Można byłoby ukazać w ten sposób – dla zachowania dla potomności – całe bogactwo różnorodności religijnej i ludowej z terenów naszej diecezji. To z tego powodu chcemy wydać zasłużony dla polskości i dla katolicyzmu na Śląsku Cieszyńskim modlitewnik, by – po koniecznych korektach – mógł służyć także dzisiaj dzieciom i dorosłym.

 

Równocześnie obserwuje się pewne przenikanie form pobożności, które były specyficzne dla jednego regionu, do kolejnych parafii innej jego części. Jeżeli służy to wierze i formowaniu wiernych, trzeba się tylko cieszyć. Mam nadzieję, że nie będzie jakiejś „ciasnoty”, jaką spotykałem w parafiach prowadzonych przez księży z Polski w niektórych krajach Zachodu. W jednej z nich, na obrzeżach dużego miasta w Niemczech, polscy zakonnicy zaproponowali wprowadzenie raz w tygodniu adoracji Najświętszego Sakramentu. Rada parafialna zdecydowała, że w ich parafii nie będzie żadnych nabożeństw polskich. Nie dali się przekonać, nawet gdy nasi zakonnicy tłumaczyli, że nie jest to „polski wymysł”, i że wystarczy pojechać do kilku krajów Europy, by się przekonać, że jest to praktyka katolicka i powszechna.

 

KAI: Czy są także jakieś mankamenty tego podziału, czy są rzeczy do poprawy?

O ile wiem, korekta granic diecezji, czy zmiana siedziby katedry, to sprawa Stolicy Apostolskiej. Trzeba byłoby bardzo mocnych argumentów, by występować o tego typu zmiany. O ile dobrze słyszałem, to zastanawiano się, co do tego, czy nie lepiej byłoby, gdyby katedra mieściła się w kościele Najświętszego Serca Pana Jezusa przy bielskim dworcu. Ktoś zwracał uwagę na bliskość granic diecezji do konkatedry w Żywcu. To są absolutne drobiazgi w porównaniu do naprawdę poważnych mankamentów odnośnie integralności i granic przy powstawaniu diecezji pelplińskiej. Szło o podziały w obrębie bardzo utrwalonych już krain starej diecezji chełmińskiej, która – mimo swej długiej, bo liczącej prawie 750 lat historii – została rozparcelowana pomiędzy diecezję pelplińską, gdańską, toruńską i gnieźnieńską.


(KAI) Rozmawiał Robert Karp / Bielsko-Biała

Rodziny ze wschodniej Ukrainy zamieszkają pod Krakowem

W Krzywaczce pod Krakowem powstaje dom dla pięciu rodzin przesiedlonych z ogarniętych wojną okolic Doniecka i Ługańska. Placówka przygotowywana przez fundację Pomoc Polakom Donbasu i Zespół Pomocy Kościołowi na Wschodzie KEP, to pierwsze tego typu miejsce w Polsce.

Polub nas na Facebooku!

Pilnej pomocy potrzebują zarówno te rodziny, którym udało się uciec za granicę, jak też ci, którzy wyjechali na zachodnią Ukrainę. Ci przesiedleńcy potrzebują przede wszystkim akceptacji, znaku tego, że ktoś ich chce. Na tę potrzebę odpowiedzieli mieszkańcy Krzywaczki, którzy zaprosili do siebie 5 rodzin ze Wschodu – mówi w rozmowie z KAI Wiktoria Harczenko z fundacji Pomoc Polakom Donbasu.

 

Inicjatywa pomocy zrodziła się wśród mieszkańców Krzywaczki, którzy 3 lata temu postanowili przekazać budynek dawnego przedszkola katolikom polskiego pochodzenia, przesiedlonym z ogarniętych wojną terenów wschodniej Ukrainy. Początkowo rodziny miały otrzymać jedynie możliwość wynajmu mieszkań. Jednak fundacji Pomoc Polakom Donbasu udało się pozyskać cały budynek, który, po przeprowadzeniu koniecznych remontów, zostanie przekazany rodzinom. Kwota potrzebna przeprowadzenia prac remontowo-adaptacyjnych, to ok. 260 tys. zł. Kolejnym wyzwaniem będzie pomoc w znalezieniu pracy dla przesiedleńców.

 

“Te rodziny przyjeżdżają często z jedną walizką, bez żadnych oszczędności. Nawet, jeśli ktoś przyjedzie samochodem i tutaj go sprzeda, pozyskana kwota na nic nie wystarczy” – wyjaśnia Hradczenk. Jak podkreśla, zorganizowanie pomocy w Krzywaczce nie byłoby możliwe, gdyby nie serdeczność i przedsiębiorczość mieszkańców, przedstawiciele lokalnych władz i Kościoła.

 

“Mam nadzieję, że tym rodzinom uda się tu znaleźć swój dom. Oni już teraz kochają Polskę i traktują ją jako swoją ojczyznę. W ich imieniu mogę powiedzieć: nie jesteśmy obcymi, jesteśmy Polakami i katolikami. Nic nas nie dzieli” – podkreśla Hradczenko, która sama pochodzi z Donbasu, gdzie przed wyjazdem do Polski angażowała się w życie Kościoła m.in. jako organistka w Ługańsku i Doniecku. Jak mówi, liczba katolików na wschodniej Ukrainie jest duża, jak na tamte warunki, ale na tle Polski stanowią niewielką grupę.

 

“Gdyby każda parafia w Polsce chciała zaopiekować się jedną katolicką rodziną z Ługańska, czy Doniecka, tych rodzin by nie wystarczyło” – mówi.

 

Projekt domu realizowany przez fundację Pomoc Polakom z Donbasu i Zespół Pomocy Kościołowi na Wschodzie, wsparła m.in. fundacja Narodowy Instytut Społeczny, a także wielu indywidualnych darczyńców, nie tylko z Polski, ale też m.in. z Anglii i Stanów Zjednoczonych. Przesiedleńcy mają przyjechać do Krzywaczki w kwietniu.


(KAI) abd / Krzywaczka