video-jav.net

Z Jasnej Góry na czarną wyspę

Fakt, że haitańskie bóstwo voodoo Erzulie Dantor wygląda niemal dokładnie jak Matka Boska Częstochowska, wydaje się szokujący. Jak zbuntowani niewolnicy przyswoili sobie Czarną Madonnę z Polski?

Adam
Węgłowski
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Do tego swoistego przeszczepienia wizerunku z Jasnej Góry na Karaiby doszło zapewne za sprawą polskich legionistów. Na początku XIX wieku zostali tam wysłani przez Napoleona Bonaparte do stłumienia powstania niewolników. Ci, zorientowawszy się, że Polacy – sami marzący o wolnej ojczyźnie – niechętnie z nimi wojują, zbliżyli się do przybyszy. Część legionistów zdezerterowała. Dewocjonalia z Matką Boską Częstochowską (ryngrafy, medaliki, obrazki), które mieli przy sobie, podziałały zapewne na wyobraźnię zbuntowanych Haitańczyków.

Tylko skąd możemy mieć pewność, skoro takich dewocjonaliów po legionistach nigdy na wyspie nie odnaleziono? Czyż nie ma innych Czarnych Madonn i krwawiących obrazów, które mogły zainspirować Haitańczyków?

Po pierwsze: czas

Z Jasnej Góry na czarną wyspę

Wizerunek haitańskiego bóstwa voodoo

Voodoo to religia wywodząca się z zachodniej Afryki, z terenów dzisiejszego Beninu. Jej zasady i mitologia trafiły z czarnymi niewolnikami na Karaiby, a tam zmieszały się z wpływami chrześcijańskimi i indiańskimi. Bóstwo voodoo, nazywane Erzulie Dantor, nie miało swojego fizycznego „kobiecego” wyobrażenia aż do XIX wieku. To pasuje do czasów, gdy na wyspie pojawili się polscy legioniści – a byli wśród nich i tacy, którzy na Haiti zostali na dłużej.

Ponadto wśród niewolników z Afryki świeża była pamięć o walecznych amazonkach w ich rodzinnym stronach. Dahomej (Benin) słynął z tysięcy wyszkolonych wojowniczek, stanowiących gwardię królewską. Matczyna twarz naznaczona bliznami była dla wyrugowanych z ojczyzny Afrykańczyków nie tylko metaforą cierpienia za świat, ale też symbolem walczących kobiet.

Po drugie: blizny

Faktem jest, że w świecie chrześcijańskim istnieje wiele opowieści o krwawiących, cudownych obrazach. Istnieją nawet wyobrażenia Madonn z bliznami. Jak wskazuje historyk sztuki Elliott D. Wise w eseju „Madonna dell'Arco and the Byzantine Interface in Southern Italy”, na szczególną uwagę zasługuje taki wizerunek z włoskiego sanktuarium Marii dell Arco. Podobnie jak w przypadku jasnogórskiego obrazu, rany na tym wizerunku „szybko stały się bardziej znaczące niż historyczne dowody na atak”. W wypadku Matki Boskiej Częstochowskiej mówiło się o napadzie husytów, ewentualnie Tatarów. W przypadku Marii dell Arco blizna powstała podczas… nieudanej zabawy. „W Poniedziałek Wielkanocny 1450 r. podczas ludowego festynu młody uczestnik zabawy w rzucanie drewnianą kulą przegrywając partię, począł bluźnić i ze złością cisnął kulą w wizerunek Matki Bożej, trafiając w lewy policzek Madonny. I stała się rzecz niezwykła: z uszkodzonego uderzeniem obrazu popłynęła krew, jakby żywa twarz została zraniona” – czytamy w opisie ze starosądeckiego magazynu religijnego „Z grodu Kingi”.

Lecz Maria dell Arco i zaczerwienienie na jej lewym policzku po prostu nie przypominają wizerunku Erzulie Dantor…

Po trzecie: kolor

Oczywiście także Francuzi, kolonizujący Haiti, znali z własnego kraju wizerunki rozmaitych Czarnych Madonn (np. z Chartres, z  Rocamadour, z Puy-en-Velay). Lecz żadna z nich nie ma widocznych ran na policzku. Brak także źródeł świadczących, aby za czasów kolonizacji Haiti kult takich francuskich madonn był na wyspie rozpowszechniony.

Z kolei poza Francją, słynną „okaleczoną” Czarną Madonną jest średniowieczna „Panagia Esphagmeni” z monasteru Vatopedi na Górze Athos. Jednak jej ewentualna droga na Haiti wydaje się zdecydowanie bardziej nieprawdopodobna niż jasnogórskiej ikony.

Możemy więc podejść do tej tajemniczej sprawy niczym Sherlock Holmes, który mówił: „Jeśli odrzucimy to, co niemożliwe, cokolwiek pozostanie, nieważne jak wydaje się nieprawdopodobne, jest prawdą”. A prawda jest taka, że Erzulie Dantor ma rysy jasnogórskiej Czarnej Madonny.

Z Jasnej Góry na czarną wyspę


Adam Węgłowski jest autorem książki "Bardzo polska historia wszystkiego", która ukazała się nakładem Wydawnictwa Znak Horyzont.


Adam Węgłowski

Zobacz inne artykuły tego autora >
Adam
Węgłowski
zobacz artykuly tego autora >

Pokusa sztucznej skromności

Nie znam chyba lepszego przykładu pychy niż sztuczna skromność.

Mateusz Ochman
Mateusz
Ochman
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Dawno temu wygrałem jakiś maleńki konkurs recytatorski organizowany przez jedną z filii biblioteki w moim mieście. Podczas wywiadu dla lokalnej telewizji spytano mnie dlaczego wygrałem. Dziwne pytanie, na pewno pod złym adresem, ale skoro padło, to odpowiedziałem. Stwierdziłem, że skoro wygrałem, to pewnie dlatego, że byłem najlepszy. Pani reporter trochę się skrzywiła, zakończyła wywiad, a po emisji programu zostałem uznany za małego buca. A przecież trzymałem w rękach dowód na to, że wtedy byłem najlepszy: dyplom wydrukowany na igłowej drukarce, opatrzony podpisem Pani bibliotekarki.

Wciska nam się kit, że mówienie o sobie samych dobrze jest czymś złym. Że publicznie możemy się spowiadać tylko ze swoich wad, nigdy zalet. Że nasze sukcesy zawdzięczamy przeważnie “a jakoś tak wyszło”, nigdy “ciężko na nie pracowałem”.

Jeśli ktoś uważa, że ściemniam i stwarzam sztuczne problemy niech przypomni sobie sytuację, kiedy pochwalił – dajmy na to – buty koleżanki na jakiejś imprezie. W ośmiu na dziesięć przypadków koleżanka obleje się rumieńcem w kolorze wielkopiątkowego ornatu, spuści wzrok i zacznie wymijająco opowiadać o jakichś tam promocjach i o tym, że szukała zupełnie innych szpilek. Nie odpowie – zgodnie z prawdą – że spędziła pół soboty w centrach handlowych, a jeszcze wcześniej tydzień w internecie, na znalezienie tych butów. Ale zawsze te buty będą „jakieś takie” zamiast „dziękuję, wiem, że są świetne; sama wybierałam”.

Sztuczna skromność rozwala nasze życie duchowe, sprawia, że w pewnym momencie nie potrafimy opuścić królestwa fałszu, które sami zbudowaliśmy. Obniżając sztucznie swoją wartość w oczach innych, licząc przy tym na pochwały („jaki on skromny”) tarzamy się w błocie pychy.

To paradoks, ale nie znam lepszego przykładu pychy niż sztuczna skromność. Sztuczna skromność, która każe zaniżać wartość własnej pracy, zajmować ostatnie miejsce przy stole i tłumaczyć wszystkie swoje osiągnięscia przypadkiem. Robiąc to wszystko oczywiście w świetle reflektorów.

Mateusz Ochman

Mateusz Ochman

Specjalista ds. social media. Autor bloga "Bóg, honor & rock`n`roll" oraz programu "Brzytwa Ochmana".

Zobacz inne artykuły tego autora >
Mateusz Ochman
Mateusz
Ochman
zobacz artykuly tego autora >