Polityczna moralność

Pismo Święte nie jest traktatem politycznym, nie zawiera też wykładu katolickiej nauki społecznej. Niemniej co do celów takiej polityki dość łatwo zapewne można uzyskać powszechną zgodę. Będą nimi na przykład sprawiedliwość społeczna, ochrona własności prywatnej, budowanie etosu pracy, umacnianie rodziny, walka z aborcją i innymi patologiami społecznymi.

Maciej
Zięba OP
zobacz artykuly tego autora >

Trzeba jednak również zauważyć – czego czasem nie doceniają chrześcijańscy politycy – że oprócz chrześcijańskich treści również forma uprawiania polityki winna być chrześcijańska. Rozumiem przez to przede wszystkim, że powinna to być polityka kompetentna. Odwoływanie się do najwyższych wartości bez podawania konkretnych możliwości ich realizacji jest szkodliwym pustosłowiem. Jeżeli np. przez „sprawiedliwość społeczną” rozumie się „urawniłowkę” to jest to bolszewizm, a nie ewangeliczna sprawiedliwość. Adenauer, Erhard, de Gasperi czy Schuman zawdzięczali swój prestiż nie chrześcijańskiemu werbalizmowi, ale ekonomicznej i politycznej kompetencji kształtowanej przez ich mocną wiarę.

Polityczna moralność

Po wtóre, chrześcijański polityk, właśnie dlatego, że jest wsparty Prawdą Objawioną, winien szanować ludzką wolność i pluralizm opinii. Musi bowiem ominąć pułapkę fundamentalizmu[1].

Po trzecie wreszcie, polityka inspirowana przez wartości ewangeliczne winna być pełna szacunku dla przeciwników politycznych, wielkoduszna wobec pokonanych i przekraczająca partyjne animozje. Powinna więc wyróżniać się konstruowaniem twórczych i realistycznych kompromisów. Nie jest to bynajmniej zadanie łatwe. Od kompromisów bez porównania łatwiejsza jest zacietrzewiona bezkompromisowość. Jak trafnie zauważył kardynał Ratzinger:

"Głos rozsądku nie jest tak donośny jak krzyk nierozumności. Wołanie o to, co wielkie ma pozór czegoś moralnego; ograniczanie się do tego, co możliwe, wydaje się natomiast pragmatyzmem ludzi małodusznych, odwróceniem od namiętnego dążenia do rzeczy wielkich moralnie. W rzeczywistości jednak moralność polityczna polega właśnie na tym, by oprzeć się szermowaniu wielkimi hasłami, przez które zaprzepaszcza się ludzkość i jej szanse. Moralne jest nie awanturnicze moralizowanie, które chce samo czynić to, co należy do Boga, ale rzetelność, uczciwość, która przyjmuje miarę człowieka i zgodnie z nią czyni jego dzieło. W sprawach politycznych nie bezkompromisowość, lecz kompromis jest prawdziwą moralnością[2].

Polityczna moralność

Ta ostatnia uwaga Prefekta Kongregacji Nauki Wiary dodatkowo podkreśla, jak ważne jest maksymalnie wyraźne rozgraniczenie między sferą metapolityki i polityki.

Kościół czasem musi być znakiem sprzeciwu, musi być bezkompromisowy. W świecie przechowywanej jako depozyt Bożej Prawdy, w świecie obrony wartości kompromis może być niemoralny. Natomiast w świecie polityki niemoralny może być brak kompromisu.

Dlatego dobrze jest, gdy Kościół hierarchiczny porusza się wewnątrz sfery metapolitycznej, natomiast politycy chrześcijańscy budują dobro wspólne przez rozważne kompromisy.

Polityczna moralność

Demokracja powstaje z kompromisów, żywi się nimi, buduje się przez nieustanne uzgadnianie wspólnych racji. Z tego też względu jest i krucha, i nader labilna. Potrzebuje więc sprzyjającego środowiska – metapolityki. Potrzebuje też stabilizującego ją ponadpolitycznego autorytetu (stąd np. delikatna, lecz istotna rola monarchów w wielu krajach Europy Zachodniej).

Od stuleci, również dziś, w zdewastowanej ekonomicznie i moralnie Polsce, najważniejszym społecznym autorytetem jest Kościół. Także polskiemu państwu, polskiej demokracji potrzebny jest jego autorytet. Z tego faktu powinni wyciągnąć wnioski także i niekatoliccy politycy.


[1] Por. Gaudium et spes, 17, 75 oraz Centesimus annus, 46.

[2] Józef kard. Ratzinger, Kościół-Ekumenizm-Polityka, Pallottinum, Poznań-Warszawa 1990.

Maciej Zięba OP

Zobacz inne artykuły tego autora >
Maciej
Zięba OP
zobacz artykuly tego autora >

Słownik przedsiębiorczego katolika

„Wszystko przekazał Mi Ojciec mój” – tak powiedział Jezus w Ewangelii. I można powiedzieć, że to najbogatszy człowiek świata. Był też najbardziej przedsiębiorczy.

Maciej Chanaka OP
Maciej
Chanaka OP
zobacz artykuly tego autora >

Bóg Ojciec wszystko daje Synowi, ale równocześnie wszystko zachowuje. I Syn to przyjmuje, a jak już wszystko ma, to znowu oddaje Ojcu. Wzajemna miłość, która ich łączy jest zawarta w relacji Trójcy Świętej (wspólnocie Boga, Syna i Ducha Świętego). Gdyby Bóg był pojedynczy, to by znaczyło, że jest samotnością. Jasne, że byłaby w Nim siła, potęga, moc,… ale tak naprawdę byłby samotny.

Bóg jest Trójcą, a my jesteśmy stworzeni na Jego obraz. Jesteśmy z tej prawdy, według niej wymyśleni. To Bóg, w sposób doskonały i dla nas niedościgniony, jest wzorcem wymiany. Zechciał jednak nam ujawnić ją w przykazaniu miłości: „Będziesz miłował bliźniego swego jak siebie samego”. W tym jednym zdaniu zawiera się całe Nauczanie Społeczne Kościoła. Ono jedno wystarczy, by uczyć się myśleć kategoriami społecznymi.

Przejdźmy do konkretów. Niżej kilka kluczowych pojęć, które przedsiębiorczy katolik może dobrze wykorzystać, pod warunkiem, że je dobrze rozumie.

Słownik przedsiębiorczego katolika


Pieniądze  

Pieniądze szczęścia nie dają, mówi stare przysłowie, ale lepiej je jednak mieć, niż nie mieć. Powiem więcej, lepiej mieć dużo, niż mało (w końcu Jezus dostał wszystko). Jeżeli potrzeby materialne człowieka nie są zabezpieczone przez posiadanie tego, co potrzebne do życia, wówczas trudno skupić się na tym, co duchowe.

Dobra materialne są źródłem części ludzkiego szczęścia. Pozwalają nam godnie żyć, a więc są dobre i nie należy się wstydzić tego, że ich pragniemy, że chcemy otrzymywać uczciwe wynagrodzenie, za naszą pracę.

Słownik przedsiębiorczego katolika


Uczciwość

To słowo kluczowe. Uczciwość jest fundamentem wspólnego życia. Jeżeli nie ma uczciwości, nie ma zaufania, a w konsekwencji nie ma pokoju serca, ani pokoju społecznego. Ufamy sobie w takim stopniu, w jakim jesteśmy uczciwi wobec siebie.

Słownik przedsiębiorczego katolika


Dostatek

Dążenie do dobrobytu samo w sobie nie jest niczym złym. Dlaczego jednak pieniądze tak całkiem szczęścia nie dają? Dlatego, że zasoby materialne, dostatek, dobrobyt, to może być tylko środek, natomiast nie sprawdzają się jako cel sam w sobie. Jeżeli są środkiem – to dobrze, wówczas odgrywają w naszym życiu prawidłową rolę. Żeby jednak stały się środkiem, musimy wiedzieć, jaki jest nasz cel, do czego ich potrzebujemy, bo bywa, że mylimy szczęście z komfortem życiowym. Budujemy sobie wygodny świat i, oczywiście, mamy do tego prawo, ale łatwo w tym względzie o przesadę.

Bardzo często zaczynamy utożsamiać szczęście z wygodą, ze standardem życia, z dobrymi zarobkami. Ludzie potrafią składać ogromne ofiary na ołtarzu tak pojętego szczęścia. Dokąd to zmierza? Czy na pewno warto żyć i męczyć się dla tego celu? Dobra materialne są źródłem części ludzkiego szczęścia, ale pod warunkiem, że wiemy, po co je zbieramy. W takim razie po co?

Słownik przedsiębiorczego katolika


Obowiązek

Benedykt XVI pisze: „Nie jesteśmy właścicielami, lecz zarządcami dóbr, które posiadamy, nie można ich zatem traktować jako wyłącznej własności, lecz trzeba je uznać za środki, którymi posługuje się Pan, wzywając każdego z nas, by stał się pośrednikiem Jego Opatrzności względem bliźniego”. Mówiąc inaczej, w to, co posiadamy wpisane jest nasze powołanie (tak komentuje ten fragment bp Grzegorz Ryś). Do czego to powołanie? By stać się Opatrznością Boga wobec ludzi, którzy tego potrzebują. Jeśli Bóg dał nam pieniądze, to trzeba z wdzięcznością powiedzieć: „dziękuję za taki los”, ale uwaga: one nie są tylko dla nas, są również dla naszych bliźnich. Nie jesteśmy właścicielami, my nimi tylko zarządzamy. Przypominają nam o tym konkretne fragmenty Pisma Świętego: Łk 16, 1-3 i Mk 12, 1-12. Warto zaznaczyć, że to nie jest zachęta, jakaś opcja, ale reguła miłości. Jeśli nikt nie ma prawa do tego, co posiadam, to nie ma miłości.

Słownik przedsiębiorczego katolika


Wzruszenie

Jakie są granice mojego obowiązku wobec bliźniego? O to samo pyta Pana Jezusa uczony w Piśmie w przypowieści o miłosiernym Samarytaninie: „Kto jest moim bliźnim?”. Tę odpowiedź zgrabnie streszcza jeden z naszych dominikańskich wykładowców, Marian Grabowski: „Jeśli pytasz o granicę swego obowiązku, zamień role, wczuj się w sytuację człowieka nieszczęśliwego, a odpowiedź będzie prosta: dla przykazania miłości nie ma takiej granicy”.

Początkiem działania jest wzruszenie. „Samarytanin wzruszył się głęboko”. Pan Jezus zwraca naszą uwagę na to, by nie przegapić wzruszenia wobec potrzeby drugiego człowieka, ale za tym wzruszeniem iść na wzór Samarytanina. Trzeba sobie o tym przypominać, bo zamożność bywa niebezpieczna, bardzo łatwo rodzi egoizm, czyli zamknięcie się w swoim własnym, komfortowym świecie. Przestajemy widzieć tych ludzi biednych, odtrąconych i zmarginalizowanych.

Słownik przedsiębiorczego katolika


Sponsoring

Jeśli uda nam się uchronić przed egocentryzmem, a odnajdziemy w sobie wzruszenie, to warto przejść do konkretów. Z pomocą przychodzi, popsute w naszej kulturze słowo: „sponsoring”. Doskonałym przykładem jest św. Katarzyna ze Sieny, która organizowała ludziom pieniądze, nie posiadając ich. W jej listach znajdujemy takie zdanie skierowane do jej znajomego: „Dowiedz się, bracie, czy Pani Lippa zapisała coś w testamencie dla klasztoru św. Agnieszki. Jeżeli nic im nie dała, zajmij się tymi zakonnicami, gdyż są naprawdę w wielkiej potrzebie”. Święta Katarzyna nie wstydziła się prosić o coś, co dziś nazywany sponsoringiem.

Słownik przedsiębiorczego katolika


Lobbing

Jeden z moich braci, o. Wojciech Prus OP, nazywa ją publicznie patronką „lobbingu”. Święta Katarzyna nie bała się takiego działania, które przywodzi na myśl kampanię wyborczą czy pozakulisowe negocjacje. Dotyczyło to przede wszystkim osób na wysokich stanowiskach. Miała świadomość, że od prawości i uczciwości przełożonych zależy los wielu ludzi. Nie miała skrupułów, by wpływać na nich w słusznej sprawie. Nie oszczędziła również naszych braci. W jednym ze swoich listów napisała, że zakon Dominikanów jest zdziczałym sadem i dzieją się w nim takie przerażające rzeczy. Kiedy dowiedziała się, że ma być zmieniony generał (najwyższy przełożony dominikanów), podyktowała następującej treści list do papieża: „Słyszałam, że nasz generał ma zostać biskupem, jeżeli to prawda to proszę pamiętaj, żeby jego następca spełniał takie kryteria…”. Wymienia konkretne cechy. Dalej pisze: „…w tej sprawie napiszę również do arcybiskupa, napiszę również do Rajmunda z Kapui i do pewnego notabla, prosząc żeby oni z tobą porozmawiali w tej sprawie”. Na tym kończy, a potem następują listy do tych osób, które Katarzyna wymieniła we wspomnianej korespondencji. „Słyszałam, że nasz generał ma zostać biskupem, a zatem będzie wakat na stanowisku przełożonego dominikanów. Napisałam papieżowi, że będziecie z nim rozmawiali. Napisałam mu jakie cechy powinien mieć nowy generał dominikanów”. Do wszystkich trzech adresatów pisze: „Czy słyszeliście o mistrzu Stefanie?”. Wymienia konkretne imię dodając: „Proszę żebyście o nim porozmawiali z papieżem”. Wyobraźni społecznej na pewno Katarzynie nie brakowało.

Słownik przedsiębiorczego katolika


Obietnica

Na koniec jeszcze jedno słowo i osobista historia. Kiedyś podszedłem do bezdomnego mężczyzny, dałem mu kilka złotych. Nie powiedział dziękuję. Popatrzył tylko na mnie i stwierdził, że „te pieniądze to mu nie pomogą”. Wtedy odszedłem, bo nie miałem odwagi zapytać, co chce przez to powiedzieć i długo tego nie rozumiałem. Byłem studentem finansów i bankowości, zastanawiałem się nad tematem pracy magisterskiej, a że bankowości nie zdążyłem polubić postanowiłem (po tym spotkaniu), że będzie ona traktować o całym systemie pomocy społecznej w Krakowie. Odwiedziłem wiele instytucji, które pomagały ludziom w potrzebie. Prosiłem o wypełnienie ankiet. Jednej nie zapomnę. Na pytanie: „Co jest przyczyną sytuacji, w której się znalazłem”, ktoś kilka razy (jakby chciał ją wydrapać) zakreślił odpowiedź: „Ja sam”.

Zajęło mi trochę czasu, by odkryć, że to nie bezdomność trapiła tego człowieka, którego wtedy spotkałem. On nie miał żadnej motywacji, by zmienić swoje życie, nie miał dla kogo żyć i nie wiedział, po co żyć. Te kilka złotych pewnie mu nie pomogły, ale mi pomogły nieco się przebudzić. Św. Augustyn pisze, że: „ubodzy są naszymi tragarzami” – czyli tymi, którzy nas dźwigają. Jak mu nie wierzyć?

Maciej Chanaka OP

Maciej Chanaka OP

Zobacz inne artykuły tego autora >
Maciej Chanaka OP
Maciej
Chanaka OP
zobacz artykuly tego autora >