Ćwiczę dobrą śmierć

Czy da się zrozumieć śmierć, czy da się ją wytłumaczyć? – takie pytania ksiądz Maciej słyszał, pracując jako kapelan w Instytucie Hematologii. Dziś dzieli się z nami swoimi trudnymi doświadczeniami. Z ks. Maciejem Makułą z Salezjańskiego Ośrodka Misyjnego rozmawia Patrycja Michońska-Dynek.

Patrycja Michońska-Dynek
Patrycja
Michońska-Dynek
zobacz artykuly tego autora >

1 i 2 listopada to dni, w których intensywnie myślimy o naszych bliskich zmarłych. Odwiedzamy cmentarze, sprzątamy, stawiamy zapalone znicze. Kto tego bardziej potrzebuje – my czy oni?

Myślę, że to jest potrzebne i nam, i im. Nam, którzy żyjemy i tym, którzy są już po drugiej stronie. Kościół uczy nas o świętych obcowaniu oraz o tym, że zmarli potrzebują naszej modlitwy. Taka jest nauka Kościoła, ale dodatkowo zaspokaja to naszą potrzebę spotkania z tymi, których już nie ma… A dokładnie – z pamięcią o nich, ze wspomnieniem, wizerunkiem, zdjęciem, które jest na grobie albo w rodzinnym albumie. Jest w nas ogromne pragnienie wspominania naszych zmarłych.

Czy wynikiem tego jest dbałość o groby? Sprzątanie, pucowanie, szorowanie, kwiaty, znicze – wszystko musi pięknie wyglądać.

To jest bardzo potrzebne. W Polsce właśnie w ten sposób dbamy o groby. A na przykład na Madagaskarze bardzo żywa jest tradycja „przewijania zwłok” – co kilka lat wyjmuje się szczątki zmarłego z grobowca. Potem są myte i przewijane w czyste prześcieradła. Każda kultura inaczej dba o swoich zmarłych. Ważne jest to, żebyśmy nie poprzestawali na szacunku do ciała, na zewnętrznej dbałości o grób, ale dbali także w sercu – o zmarłych i o siebie samych. Dzień Wszystkich Świętych i potem Dzień Zaduszny bardzo nam w tym pomagają.

Co możemy dać naszym zmarłym?

Na pewno modlitwę. Przede wszystkim Eucharystię.

W czasie każdej Mszy Świętej modlimy się za zmarłych…

Tak jest. Pamiętajmy też, że niektórzy święci objawiali się po swojej śmieci i zachęcali do modlitwy za zmarłych. To jest wpisane w całą naukę Kościoła o świętych obcowaniu. Myślę, że oprócz modlitwy, możemy im dać także nasza dobrą pamięć, dobre słowo.

A jeśli ktoś był naprawdę złym człowiekiem? Z premedytacją krzywdził ludzi?

Osądzajmy czyny, ale nie ludzi. Na pewno nie jest to łatwe, ale przecież nawet jeśli ktoś był zbrodniarzem, to nie wiemy, co miał w sercu, czy przed śmiercią się nie nawrócił. Sądźmy czyny, a nie ludzi. Najlepszym sędzią jest Pan Bóg. A ten zbrodniarz ma takie samo prawo do Bożego Miłosierdzia jak my, którzy uważamy się za lepszych. W czasie wakacji mieliśmy posłanie misyjne w jednej z parafii – naszą wolontariuszkę wysyłaliśmy do Peru, do pracy z chłopakami ulicy. Teraz, przez rok pomaga młodym bezdomnym alkoholikom, którzy mieszkają na kartonach. To trudne, bo jej tato jest bezdomnym alkoholikiem. Przed niedzielną Mszą poprosiliśmy Asię, żeby zaprosiła tatę do kościoła. Znalazła go. Przyszedł, usiadł z nami, piliśmy kawę i rozmawialiśmy. Na koniec podziękowaliśmy mu za córkę – że jest z nami i że jedzie na misje… a on zaszlochał… Joasia martwi się o niego, że jest słaby, cierpi na wiele chorób i może umrzeć, kiedy ona będzie w Peru… Uświadomiłem sobie wtedy, że każdy z nas ma takie samo prawo do Bożego Miłosierdzia i Pan Bóg każdego z nas kocha po równo. I mnie – księdza salezjanina, i bezdomnego alkoholika, któremu na pewno w życiu jest bardzo ciężko.

Ćwiczę dobrą śmierć

A Ksiądz boi się śmierci?

Trochę tak. Ale bardzo mało. Kilka lat temu byłem kapelanem w Instytucie Hematologii i po roku pracy towarzyszyło mi bardzo silne uczucie, że nie boję się śmieci. Nie wiem, skąd to przyszło… Boję się za to cierpienia w momencie śmierci i chyba większość z nas tak ma. Nie zdradzę tajemnicy, jak powiem, że my – salezjanie, co miesiąc mamy „ćwiczenie dobrej śmierci”. Ale nie kładziemy się do trumny… (śmiech). Tego dnia staramy się pogodzić z Panem Bogiem i z ludźmi: spowiedź święta, przebaczam tym, którzy wyrządzili mi jakąś krzywdę, przepraszam tych, których ja skrzywdziłem. To jest moment na rozmowę, na telefon – żebym następnego dnia był gotowy umrzeć. W czasie tego dnia odmawiamy także specjalną modlitwę – akt pogodzenia się ze śmiercią: Panie Boże, obecny w Najświętszym Sakramencie, zgadzamy się na naszą śmierć, na każdy rodzaj śmierci, który nas spotka. To też pomaga przyzwyczaić się do myśli o własnej śmierci. W naszym Ośrodku Misyjnym w Warszawie zachęcamy wolontariuszy, żeby spróbowali żyć tak, jakby jutro mieli umrzeć.

Niektórzy pewnie powiedzą – nie chcę o tym myśleć, bo sprowadzę na siebie śmierć…

Nie chcą zapeszyć? Taki zabobon jest obcy chrześcijaństwu. Mogę się tu odwołać do mojego osobistego doświadczenia pracy w szpitalu z osobami umierającymi – byłem wtedy o wiele lat młodszy, niektórzy traktowali mnie jak syna albo wnuczka. Ludzie chcieli rozmawiać o śmierci. Nie chcę generalizować, ale pamiętam, że chcieli.

Pytali, jak to będzie? Jak wygląda niebo?

Najczęściej sami opowiadali o swoich obawach, że nie są gotowi. Spowiadali się. Czasem mieli żal – jestem taki młody, nie mogę się z tym pogodzić, mam 24 lata i muszę umierać. Ale rzeczywiście prosili też, żebym opowiedział, jak to będzie po śmierci. A skąd ja mam wiedzieć? Nie wiem, jak tam będzie, bo tam nie byłem – wierzymy, że będzie dobrze, radośnie, bez gniewu, złości i wojny. Wiele osób mówiło o swojej śmierci ze spokojem. Sam nie wiem, jak bym reagował, gdybym zachorował na raka i miał za pół roku umrzeć. Czy byłbym obrażony na Pana Boga i czy bym nie pytał – jak to, mam 37 lat, tyle życia przede mną i mam umrzeć? Nie wiem.

I tu pojawiają się pytania, nawet w przestrzeni publicznej – po śmierci młodej aktorki, mamy trójki dzieci, czy po tragicznej śmierci w Katowicach młodego dziennikarskiego małżeństwa z malutkim synkiem – DLACZEGO? Dlaczego Bóg pozwala na taką śmierć?

To nie jest tak, że Pan Bóg pozwala, my jesteśmy ludźmi wolnymi.

Ale nie od nas zależy, czy zachorujemy, albo czy nie wybuchnie gaz…

Zgadzam się, ale takie jest nasze ludzkie życie. Kamienica może się zawalić, gaz wybuchnąć, ktoś może zginąć w wypadku. To jest ludzkie życie. Tak wygląda świat, który jest niedoskonały. Mam wrażenie, że w naszej europejskiej kulturze bardzo chcemy wyrzucić z naszego życia cierpienie. To jest nierealne. Jeden z filarów New Age mówi – ważne, żebyś czuł przyjemność, zadowolenie i wtedy będziesz szczęśliwy. Ale to iluzja – bycie zadowolonym nie oznacza bycia szczęśliwym! To są dwie różne rzeczywistości! Jezus w Ewangelii mówi, że chce, żebyśmy byli szczęśliwymi ludźmi, ale nie zawsze będę zadowolony, czasem się zdenerwuję, będzie mi przykro, będę cierpiał. Przecież Ewangelia nie kończy się na uzdrowieniach, tylko na tym, że Jezus umarł na krzyżu i potem zmartwychwstał. Cierpienie Jezusa było bardzo realne, to był ogromny ból. Bez przeżywania cierpienia tracimy kawałek swojego człowieczeństwa.

Ćwiczę dobrą śmierć

Ćwiczę dobrą śmierć

ks. Maciej Makuła

Co Ksiądz czuł po raz pierwszy wchodząc na oddział Instytutu Hematologii?

Lęk. Opór. Mnóstwo pytań – co powiedzieć, jak się zachować, żeby nikogo nie urazić. Oni umierają, a ja – ich kapelan – jestem młody i zdrowy. A oni umierali – kolejnego dnia nie było tego pana i tamtej pani, a potem jeszcze tej młodej dziewczyny. To był też lęk, że oni przeżywają coś, o czym ja nie mam zielonego pojęcia. Bariera.

I kiedy ta bariera zniknęła?

Kiedy zaczęliśmy rozmawiać, kiedy zacząłem otwierać się na nich, słuchać. Mówiliśmy o życiu i śmierci, ale też o rzeczach codziennych. Chorzy zaczęli mnie traktować jak członka rodziny – starsi jak wnuczka, a młodsi jak brata. Od tego momentu z radością wchodziłem na oddział. Mimo, że było tam ogromne cierpienie i była śmierć – już nie było tej bariery. Współczułem, słuchałem, spowiadałem, modliłem się za nich. Codziennie, wracając ze szpitala myślałem, że mam tyle dobra w życiu, że moje drobne problemiki są śmieszne. Kasia pytała mnie, co ma zrobić, bo właśnie dostała od lekarzy wyrok. I ja wiedziałem, że ona umiera… W styczniu dostała diagnozę, a w maju zmarła. Czy moje problemy mają tu jakieś znaczenie? To, że ktoś na mnie krzywo spojrzał albo coś niemiłego powiedział, stało się po prostu śmieszne i było mi wstyd za siebie samego.

A jak Ksiądz odpowiada na pytanie, dlaczego młody człowiek umiera?

Nie znam odpowiedzi na to pytanie. To jest tajemnica śmierci. Ale jako ksiądz poleciłbym taką rzecz: spróbuj uklęknąć przed Jezusem w Najświętszym Sakramencie i zapytaj tego Żywego Boga, w którego wierzysz, dlaczego ktoś bliski odszedł, dlaczego umarł. Rozmawiaj z Jezusem w Najświętszym Sakramencie. On zna odpowiedzi na nasze pytania. On to wyjaśni lepiej, niż każdy kapłan na świecie.



Patrycja Michońska-Dynek

Patrycja Michońska-Dynek

Zobacz inne artykuły tego autora >
Patrycja Michońska-Dynek
Patrycja
Michońska-Dynek
zobacz artykuly tego autora >

Puste Noce

Czy bez Pustych Nocy i modlitewnej pamięci, nasi zmarli doczekają się wyjścia z czyśćca?

Dawid Gospodarek
Dawid
Gospodarek
zobacz artykuly tego autora >

Puste noce to zwyczaj znany w wielu regionach Polski, na różne sposoby kultywowany.

Stanowi swoiste wigilijne, modlitewne czuwanie przy zmarłym, przez noc poprzedzającą pogrzeb. Bliscy i znajomi spotykali się, by w ten sposób modlić się za duszę nieboszczyka.

Pamiętam pełną smutku refleksję pewnej starszej kobiety zastanawiającej się, czy w dzisiejszych czasach, bez Pustych Nocy i modlitewnej pamięci, nasi zmarli doczekają się wyjścia z czyśćca…

Tradycja zachowała do dziś wiele pięknych pieśni, w których omadla się zmarłego, a żywych oswaja ze śmiercią, pomagając też zdrowo przeżyć żałobę.

W barokowych tekstach  zaskakiwać dziśmogą realistyczne sformułowania, np. występujące w nich robactwozgniliznę (jak w pieśni „Już idę do grobu”). Jednak to wszystko jest przeniknięte pulsującą chrześcijańską nadzieją i wyczekiwaniem zmartwychwstania.

Pieśni są przepiękne i pisane wspaniałą polszczyzną, mają często po kilkadziesiąt zwrotek, opowiadają o żywocie Matki Bożej i świętych (szczególnie patronów dobrej śmierci), o eschatologicznych perspektywach, o katechizmowych naukach, czy zawierają rady dla żyjących – jak żyć, żeby się w niebie razem spotkać.

Zapraszam do przeczytania krótkiego zapisu z rozmowy, jaką miałem przyjemność przeprowadzić z panem Jidym Joskowskim z Głusina na Kaszubach (gmina Kartuzy), który od lat 50. ubiegłego wieku śpiewa na Pustych Nocach.

Puste Noce

Jak Pan zapoznał się z tradycją Pustych Nocy?

To było przekazywane z pokolenia na pokolenie. W okresie gdy chodziłem do szkoły, mój dziadek, ojciec mojego ojca, prowadził te śpiewy. Śpiewał mocnym głosem. Wszyscy chłopi śpiewali. W kościele śpiewałem ze starszymi godzinki przed Mszą na chórze. I dziadek mi mówił: „Z ciebie jeszcze będzie śpiewak”. I tak się rozpoczęło śpiewanie, wciągnęło mnie.

Czy były jakieś kaszubskie pieśni nabożne, które śpiewało się przy zmarłych i w kościele?

Nie, tylko polskie pieśni. Po kaszubsku takich nie ma.

Pieśni, które śpiewano, miały bardzo dużo zwrotek. Ciężko pewnie było nauczyć się ich na pamięć. Były dostępne jakieś śpiewniki?

Kiedyś śpiewaliśmy z dwóch bardzo dużych książek, bo było ich mało. Potem ludzie przepisywali sobie te pieśni do zeszytów, pojawiły się z czasem też małe książeczki. Po sąsiedzie mam jedną taką, gdzie zapisano nawet na jakie melodie śpiewać. Ale nie nutami, wszystkie śpiewano z pamięci, jak przodkowie nauczyli. I w każdym rejonie inne melodie. Jest napisane np. w jakich innych znanych pieśniach jest taka melodia, albo kto ją napisał.

Jak wygląda taka Pusta Noc? Jakie pieśni się śpiewa?

Najpierw odmawiamy różaniec. Potem śpiewa się pieśń maryjną „Ty któraś pięknie dni swoje skończyła”, dalej o św. Barbarze, potem o św. Józefie – „Szczęśliwy kto sobie patrona”, potem o Aniele Stróżu, o Szkaplerzu, do Matki Boskiej Różańcowej, „Trójca – Bóg Ojciec, Bóg Syn, Bóg Duch Święty”; pieśń do św. Jana – „Witaj Janie z Bolesława”. „O Polska Korono”, „Jezu w ogrójcu mdlejący”, „Kto chce pannie Maryi służyć” i wszystkie inne.

Śpiewa się na zmianę wersy, w zależności od pieśni.

Kiedyś nawet po łacinie śpiewali, psalmy różne, na zmianę, bardzo pięknie to brzmiało. Teraz już nikt tego nie zna.

I potem śpiewa się różne pieśni, stare, trudniejsze, ciężko mi nawet młodych nauczyć, bo już sam nie mogę utrzymać melodii.

O piątej rano się śpiewa Godzinki. Kiedyś mówili, że te Godzinki to dla zmarłego bardziej pomocne niż wszystkie inne śpiewy. Przed Godzinkami pieśń „Zawitaj ranna Jutrzenko”, a w Wielkim Poście „Zawitaj Ukrzyżowany”, na tę samą melodię.

Każdy śpiewak, który prowadzi, prowadzi po swojemu. I narzuca jakie pieśni, i melodie podaje ze swojego regionu. Trzeba się dopasowywać do niego.

A jak długo trwały te śpiewy? O której to się zaczynało i gdzie się odbywało?

Wszystko było w domu zmarłego, przy otwartej trumnie albo w osobnej większej izbie. Kiedyś to śpiewano tylko całą noc. Różaniec zaczynał się o 19:00 i śpiewano aż do pogrzebu, w drodze z trumną, którą wiozły konie do kościoła i na cmentarz też cały czas śpiewano.

Teraz czasem w kapliczkach przy cmentarzach się śpiewa a nie w domach, tam są już nawet przygotowane śpiewniki.

Ciężko się pewnie tak śpiewało. Były jakieś przerwy?

Tak, między pieśniami odmawia się „zdrowaśkę”, są krótsze takie przyśpiewki, „Wieczny odpoczynek”, „Dobry Jezu a nasz Panie”…

Jest też po północy przerwa na poczęstunek. O północy śpiewa się pieśń „Zegar”, a po niej zasiada do posiłku. Potem śpiewa się z podziękowaniem pieśń „Czego chcesz od nas Panie” i wraca do śpiewów pustonocnych.

A ilu musi być śpiewaków?

Im więcej tym lepiej. Ale co najmniej musi być dwóch na dwóch, wtedy to sprawnie idzie.

A czy kobiety też śpiewają?

Tak, zdarza się, że kobiety też śpiewają i nawet prowadzą śpiewy, najczęściej z kółek różańcowych.

Jakie zwyczaje towarzyszą Pustym Nocom?

Na przykład zasłania się lustro i zatrzymuje zegar.


Jeśli podobają Ci się nasze artykuły, możesz nas wesprzeć:

Wesprzyj nas
Dawid Gospodarek

Dawid Gospodarek

Zobacz inne artykuły tego autora >
Dawid Gospodarek
Dawid
Gospodarek
zobacz artykuly tego autora >