video-jav.net

Zwykły katolik patrzy na zło w Kościele

Odejść? Przed podjęciem decyzji warto sobie uświadomić, że jako wspólnota Kościoła stajemy przed dramatycznym i być może najtrudniejszym testem jakości naszej wiary w historii. To test dojrzałości, jakiego chyba nie przechodziło żadne pokolenie.

Alina Petrowa-Wasilewicz
Alina
Petrowa-Wasilewicz
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Zwykły katolik patrzy na zło w Kościele
Odejść? Przed podjęciem decyzji warto sobie uświadomić, że jako wspólnota Kościoła stajemy przed dramatycznym i być może najtrudniejszym testem jakości naszej wiary w historii. To test dojrzałości, jakiego chyba nie przechodziło żadne pokolenie.

Wszyscy już się wypowiedzieli, włącznie z Dodą, więc nie mam całkowitej pewności, czy trzeba się odezwać, ale pisanie w momencie, gdy opadają emocje i argumenty się wyczerpują, ma jedną dobrą stronę – jest nią możliwość podsumowania i wrzucenia kilku uzupełnień.  

Pracownia badawcza Kantar informuje, że film „Tylko nie mów nikomu” obejrzało 45 proc. dorosłych Polaków, a także, że „60 proc. respondentów uważa, że winę za pedofilię w Kościele ponoszą nie tylko poszczególni księża, ale też cały Kościół jako instytucja”, a 34 proc. – że ”tylko poszczególni księża”. Tak więc warto uświadomić sobie jasno, że film braci Sekielskich stał się wielkim aktem oskarżenia i że większość narodu, w tym katolicy, dokonała sądu nad Kościołem i jedynie nie wiemy, czy to wyrok ostateczny.

Niezależnie od licznych ocen filmu najważniejszy wniosek jest taki, że w Kościele jakaś liczba księży to drapieżnicy, trzeba ich rozliczyć i ukarać, przede wszystkim zaś zatroszczyć się o ofiary, o zadośćuczynienie im, w przyszłości zapobiegać przestępstwom, postępować zgodnie z ustalonymi procedurami, wymagać reakcji od biskupów.

 

  

A gdy ofiary znajdą się pod troskliwą opieką, procedury zapobiegania i reagowania na pedofilię będą działać bez zarzutu, do zwykłego katolika, przerażonego i zszokowanego złem w Kościele, dotrze nieuchronne pytanie: co ma z tym zrobić? Co ja tu robię? Mam zostać? Odejść?

Odejść? – Najbardziej powszechną i oczywistą reakcją na obezwładniające zło, ukazane w filmie Sekielskich, jest pokusa porzucenia grzesznej wspólnoty. Istnieje bowiem katolicyzm typu „towarzyskiego”, którego istota polega na schemacie: jestem tu, bo odpowiada mi towarzystwo. Ileż mamy opowieści i świadectw o spotkaniach fascynujących świadków Ewangelii, którzy pociągnęli nas do wspólnoty i wiary? Bo charyzmatyczny kaznodzieja, świetni ludzie, kochający Pan Jezus i nasza radość i zadowolenie wydają się nieskończone.

Ale jest też droga odwrotna, gdy odchodzą ludzie zgorszeni lub zniesmaczeni. Pamiętam jak za czasów komuny dobry znajomy odszedł z Kościoła, bo „nie chcę mieć absolutnie nic wspólnego z biskupem X”. Rzeczywiście, zmienił wyznanie i nie miał już nic wspólnego z biskupem X, który zresztą niedługo po jego apostazji zmarł. Gdy rozmawialiśmy o jego odejściu, zwróciłam mu uwagę, że nie będzie miał wiele wspólnego także z Jezusem w Eucharystii, co najwyżej zostanie mu blady cień Jego obecności.

 

Bo bycie w Kościele jest łatwe, gdy wszyscy są mili, grzeczni i w stanie łaski uświęcającej. A gdy zaczyna dostrzegać się drugą, ciemną stronę medalu… Bohater C.S. Lewisa w „Listach starego diabła” radzi młodemu adeptowi, który kręci się wokół duszy świeżo nawróconego chrześcijanina, by ten akcentował, jak pospolity jest tłumek, zgromadzony w kościele na niedzielnym nabożeństwie, gdy nikt nie lewituje. Ojciec Joachim Badeni też widział jak przeciętni ludzie się gromadzą w świątyni, gdy ktoś wyciera głośno nos, smarkając w chustkę, inny wczorajszy po jakiejś balandze, trzeci przysypia w ławce obojętny na Dobrą Nowinę. Tak to wygląda, przeciętność i grzech lekki, tylko przeciw uczuciom estetycznym, który jednak uwiera, ale tu katolika atakuje i obezwładnia najcięższa zbrodnia, najgorszy rodzaj przestępstwa, złamanie przez kapłana całego życia istoty bezbronnej, idące nieraz w parze z kryciem tej zgrozy przez niektórych biskupów. W takich okolicznościach odejście byłoby naturalne, uzasadnione, wręcz oczywiste. Akt protestu i buntu.

 

Odejść? Ale przed podjęciem decyzji warto sobie uświadomić, że jako wspólnota Kościoła stajemy przed dramatycznym i być może najtrudniejszym testem jakości naszej wiary w historii. To test dojrzałości, jakiego chyba nie przechodziło żadne pokolenie. Zaś jego trudność polega na tym, że Założyciel Kościoła tak to wszystko obmyślił, że wraz z łaską bycia katolikiem daje nam dwa w jednym – Siebie, miłującego, najpiękniejszego spośród synów ludzkich, swoją Matkę, wielkich i pomniejszych świętych i gorliwych wyznawców… A wraz z nimi nierozerwalnie również grzesznych, smarkających, niedopitych, ale też najcięższych i najbardziej odrażających zbrodniarzy. I życzy sobie nasz Zbawiciel, abyśmy dźwigali nasze krzyże i trwali w tej wspólnocie, mimo wszystko, w ciemności i bólu, bo taka jest Jego zbawcza strategia.

 

I sądzę, że bardzo wielu z nas stoi dziś na rozdrożu, otrzymuje cios za ciosem i jest w o wiele trudniejszej sytuacji niż Polacy w czasie zaborów lub PRL-u, gdy nacisk ciemiężców był bez porównania mocniejszy, ale ludzie trwali mimo wysokiej ceny, jaką płacili, bo obraz Kościoła był bardziej przejrzysty, granice aż tak piekielnego zła wydawały się przebiegać poza wspólnotą.  

Dziś ten przejrzysty schemat się zatarł, spektakularne zło wdarło się w nasze szańce, swąd szatana jest odczuwalny wewnątrz Kościoła.  

Ten test jest tym trudniejszy, bo ci, co zostaną, będą musieli wziąć na barki krzyż uzdrowienia, iść wbrew wszystkim głównym nurtom, godząc się na ból, potwarze, oplucie. I także dlatego tak ważny jest to test, bo gra toczy się o nas i naszych bliskich, ale też cały zastany świat, a przegrana doprowadzi nie tylko nas osobiście, ale całą wspólnotę do duchowej katastrofy, której nigdy w naszych dziejach nie było. Bo skala klęski chrześcijaństwa nie pozostanie w naszych rodzimych granicach, gdyż żyjemy w globalnej wiosce, więc stawką jest to, czy będziemy stąpać po ziemi jałowej, przeczuwanej przez T.S. Eliota, czy może otrzymamy szansę na ocalenie.

 

Ten film to tylko początek. Będą kolejne obezwładniające ciosy, bo wszystkie grzechy ludzi Kościoła zostaną ogłoszone na dachach świata aż po nasze dogłębne oczyszczenie. Pytanie, na które ma sobie odpowiedzieć zwykły katolik jest jasne: odchodzę, czy zostaję? Odchodzę? Zostaję. A jeśli zostaję to tylko po to żeby wstąpić na Drogę Krzyżową.

 

***

P.S. Nie przekonuje mnie twierdzenie, że film braci Sekielskich „Tylko nie mów nikomu” o pedofilach wśród księży, nie ma nic wspólnego z polityką. Bezpośrednio nie, ale pośrednio tak, czas premiery jest bez wątpienia elementem szerszej kampanii, jeśli nie politycznej, to kulturowej. Sprzeciwiam się twierdzeniom, że nieistotne jest także jakie były intencje twórców. Nie, intencje zawsze są ważne i warto o tym pamiętać, gdyż pod ich spodem tkwi osiągnięcie zamierzonego celu.  

Mój najgłębszy sprzeciw budzi też osądzenie bez sądu bohaterów dokumentu, zwłaszcza tych, którzy nie mieli rozpraw, bo cała konstrukcja jest jednostronnym oskarżeniem, bez wysłuchania drugiej strony, choćby ułomnej i mam tu na myśli także przełożonych, oskarżonych o tuszowanie występków swoich podwładnych. I nawet jeśli istnieje bardzo wysokie prawdopodobieństwo, że tak było, to osoby te nie utraciły praw obywatelskich i zgodnie ze starą rzymską zasadą, należy wysłuchać także ich wersji, czyli drugiej strony.   

Uprzedzając zarzut, że nie ma znaczenia, jakie były motywy autorów, bo przecież wzięli w obronę najsłabszych i pokrzywdzonych, bo to jest ich protest i krzyk, przypomnę, że prawda nigdy nie może być lekceważona, nawet gdy czyjeś intencje są czyste i bez zarzutu. Jednostronne ukazanie wydarzeń wzmacnia przekaz i pewnie tak wyjaśnialiby swoje decyzje autorzy – stajemy po stronie najsłabszych. Ale ta „druga strona” została w efekcie osądzona bez procesu, choć okazuje się, że byli przełożeni, którzy reagowali na zbrodnie podwładnych i starali się w miarę możliwości wynagrodzić krzywdy, o czym świadczy wywiad z bp płockim Piotrem Liberą.  

Istotne jest także uwikłanie księży – pedofilów we współpracę z komunistyczną tajną policją i nie ma tu znaczenia, że w Irlandii czy USA tego typu zbrodnie się zdarzały mimo braku takich służb. Otóż otoczka społeczna zbrodni jest istotna, prześwietlenie jej jest obowiązkiem osób, opisujących mechanizmy jej pojawienia się i plenienia. Są warunki patogenne, sprzyjające pewnym przestępstwom i PRL takie tworzył. Uwikłanie w donosicielstwo wiązało się z dodatkową nagrodą – krycie informatora przez organy ścigania, z drugiej strony na donosiciela – pedofila służby miały niezawodną materię szantażu, gwarantującą długoletnią „współpracę”.

 

Szukasz wartościowych treści?

Zapisz się na cotygodniowy newsletter Stacji7



 

 

Alina Petrowa-Wasilewicz

Alina Petrowa-Wasilewicz

Zobacz inne artykuły tego autora >
Alina Petrowa-Wasilewicz
Alina
Petrowa-Wasilewicz
zobacz artykuly tego autora >

Tomasz Krzyżak: Kościół musi być do bólu transparentny

Żadnego zaufania nie uda się odzyskać dopóki Kościół nie zwróci się w stronę człowieka. Dopóki nie będzie do bólu transparentny.

Tomasz Krzyżak
Tomasz
Krzyżak
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Tomasz Krzyżak: Kościół musi być do bólu transparentny
Żadnego zaufania nie uda się odzyskać dopóki Kościół nie zwróci się w stronę człowieka. Dopóki nie będzie do bólu transparentny.

Obejrzałem film Tomasza Sekielskiego dwa razy. Za pierwszym razem na chłodno. Poruszyły mnie relacje ofiar. Wszedłem w ich ból i cierpienie. W żaden sposób nie zaskakiwały mnie reakcje sprawców w konfrontacji ze skrzywdzonymi. Dokładnie takie jak opisywane w licznych publikacjach na ten temat. Wyłapałem parę błędów w kościelnych procedurach, kilka niedopowiedzeń reżysera. Wkurzałem się na to, że nie domyka historii, nie mówi co było dalej, że takim mechanizmem prowadzi widza do z góry określonej tezy. Mimo tych mankamentów nie da się obok tego filmu przejść obojętnie. To nie jest film antykościelny i każdy musi go zobaczyć. Tak też napisałem w swoich pierwszych relacjach.

 

Oazę w naszej parafii rozkręcił ksiądz Józef, potem był ksiądz Krzysztof, Jan, znów Krzysztof, Jerzy, Ignacy, Andrzej. Bodaj dla wszystkich nasza parafia była ich drugą placówką duszpasterską. Pracowali z nami po cztery, pięć lat.  Wspólnot było sporo. Wspólne wyjazdy na ferie, wakacje letnie. Imprezy okolicznościowe w domu katechetycznym, wieczory spędzane w mieszkaniach księży na oglądaniu filmów lub wspólna gra w tenisa stołowego na strychu parafialnego domu. Wszyscy mieli jakiś wpływ na moje życie, późniejsze wybory. Do dziś z wieloma utrzymuję kontakt, śledzę ich kościelne kariery. Kapłani właściwie bez skazy chociaż każdy jakąś swoją wadę miał.

 

A… był jeszcze ksiądz Mirosław. Karateka. Przy ołtarzu niezwykle skupiony, odprawiał mszę nabożnie bez pośpiechu. To była jego druga parafia. Na pierwszy wakacyjny wyjazd zabrał ze sobą grupkę 14-15-letnich dziewcząt z poprzedniego miejsca pracy. Mieliśmy po 15-16 lat i jakoś uwierało nas, że mieszka z tymi dziewczynami w pokoju. Ich opiekunką była Malwina – starsza od nas o jakieś dwa, maksymalnie trzy lata. Była siostrą księdza. Po roku ksiądz Mirek zniknął z naszej parafii. Po latach dowiedziałem się, że zrzucił sutannę, ożenił się z ową Malwiną, mają dzieci. Kiedyś zadzwonił do mnie nie wiedząc, że ja to ja. Pracował w jakimś przedsiębiorstwie samochodowym, a ja przygotowywałem kolejną pielgrzymkę na Jasną Górę. Chciał nam zaproponować usługi. Spotkaliśmy się. Nie poznał.

Twarze tych księży miałem przed oczami przez cały czas oglądania filmu „Tylko nie mów nikomu” po raz drugi. I nie wiem dlaczego, ale cały czas kołatało się w mojej głowie pytanie: który? Któryś z Krzysztofów, Jan, Jerzy, Andrzej? A może ów Mirek? Ale przecież…

Potem otworzyłem w internecie tzw. kościelną mapę pedofilii w Polsce fundacji „Nie lękajcie się”. A tam nazwa mojej miejscowości z dzieciństwa i wczesnej młodości z informacją, że do fundacji zgłosiła się osoba, która w latach 90. miała być molestowana seksualnie przez jakiegoś księdza z tej właśnie parafii. Szok. I znów pytanie: który?  Nie wiem. Sam nigdy nie zauważyłem u żadnego z tych kapłanów niepokojących zachowań. Nawet dziś nie potrafię sobie takich przypomnieć. W kurii nikt nic nie słyszał, żadna ofiara molestowania do nich się nie zgłosiła.

 

Ale oprócz pytania o to który, równie natrętne jest kto? Przed oczami przebiegają mi twarze koleżanek i kolegów z tamtych czasów, wracają różne – głównie miłe – wspomnienia. A jeśli ktoś z nich żyje z traumą, jeśli ktoś z nich tłumi w sobie ból, nie potrafi go z siebie wyrzucić. Co zrobić? Jak mogę ewentualnie pomóc? Ale komu? Czy ten ktoś jeszcze jest w Kościele? Widzę tamte twarze…

 

Skrzywdzeni, którzy odważyli się mówić w filmie Sekielskiego, są dla mnie Bohaterami. Tak, przez duże „b”. Podziwiam ich odwagę, by opowiedzieć nam wszystkim o tym co przeszli, jaki wpływ na ich życie ma trauma z dzieciństwa. I wiem, że czas nie leczy żadnych ran. I wiem, że musimy zrobić wszystko, by to się więcej nie powtórzyło. Tak, my wszyscy. Bo wszyscy jesteśmy Kościołem. Biskupi, księża i wierni. Tylko razem możemy dokonać oczyszczenia i razem robić wszystko dla ochrony dzieci. I dobrze, że ten film powstał. Bo liczę na to, że ci którzy tego nie rozumieją wreszcie pojmą.

 

Zacząłem od kapłanów. Który? Cień podejrzenia padł na wszystkich. Dokonałem generalizacji. I tej generalizacji dokonuje wiele osób. Przewinienia nielicznych spadają na wszystkich. Wszyscy chodzą dziś ze swego rodzaju piętnem. Czują wstyd, że ich współbracia zdradzili. Ale też zastanawiają się nad tym jak odzyskać nasze zaufanie. Nie da się tego zrobić bez oczyszczenia stada. Chrystus mówił: „jeśli twoja ręka lub noga jest dla ciebie powodem grzechu, odetnij ją i odrzuć od siebie! Lepiej jest dla ciebie wejść do życia ułomnym lub chromym, niż z dwiema rękami lub dwiema nogami być wrzuconym w ogień wieczny. I jeśli twoje oko jest dla ciebie powodem grzechu, wyłup je i odrzuć od siebie! Lepiej jest dla ciebie jednookim wejść do życia, niż z dwojgiem oczu być wrzuconym do piekła ognistego”. To jest wystarczająca wskazówka. To jest cała procedura, która zastępuje wszystkie wytyczne.

 

Żadnego zaufania nie uda się odzyskać dopóki Kościół nie zwróci się w stronę człowieka. Dopóki nie będzie do bólu transparentny. Na wszystkich polach – także w odniesieniu do finansów. Im więcej jawności – tym lepiej. Tam gdzie sekret jest niepotrzebny trzeba go wreszcie porzucić! Cień podejrzenia spadnie z księdza Józefa, obu Krzysztofów, Jana, Ignacego, Andrzeja, Jerzego i tego Mirka, który sutanny już nie nosi.

Szukasz wartościowych treści?

Zapisz się na cotygodniowy newsletter Stacji7



 

 

Tomasz Krzyżak

Tomasz Krzyżak

Zobacz inne artykuły tego autora >
Tomasz Krzyżak
Tomasz
Krzyżak
zobacz artykuly tego autora >
Share via