Kto nie uciekł – został zabity

Wjeżdżając do miasta zaczęli strzelać w powietrze, ludzie w tym czasie byli w swoich domach, trwał spoczynek nocny. Ten, kto słyszał strzały, uciekał przed siebie, w brus. Panowała wielka panika, a kto nie zdążył uciec, został bezlitośnie zabity. Selekowcy wchodzili do każdego domu i jeżeli kogokolwiek zobaczyli, zaczynali strzelać, zabijali z zimną krwią, bez żadnych powodów, po prostu strzelali.

Benedykt
Pączka OFMCap
zobacz artykuly tego autora >

Masakra w Nzakoun, 4 lutego 2014 r., godz.: (01:00 – 02:00)

Jest pomysł

Jest godzina 5 rano, 8 lutego, w miejscowości Ngaoundaye, szybko się przebudziłem i poszedłem do naszej misji w centrum miasta, gdyż od kilku dni nie śpimy tutaj ze względu na niebezpieczeństwo, które jest w naszym regionie.

Po kilku godzinach w mojej głowie pojawia się myśl, aby odwiedzić wioskę Nzakoun, oddaloną 14 km od nas. Podchodzę do mojego proboszcza (środkowoafrykańczyk), pytam, i znajduję aprobatę, a nawet pomoc, bo chce on także tam pojechać.

Wypożyczamy motor (wlewamy naszą benzynę) i ruszamy – jest 8:30 rano. Po drodze widzimy jeden zniszczony most oraz grupę anti-balaka, która zmierza w naszą stronę. Ludzie, których spotykamy na drodze, którzy widzą nadjeżdżający motor, szybko uciekają w brus – a to przecież my, dwóch zakonników ubranych w habity. Wyobraźcie sobie jaka panuje panika. Wystarczy hałas motoru czy samochodu – no i trzeba uciekać.

Kto nie uciekł – został zabity

1/7
Aleja spalonych domów
2/7
Dom, w którym zabito 3 osoby
3/7
4/7
Dom, w którym zabito kilka osob
5/7
6/7
Wnętrze domu, w którym zabito kilka osób
7/7
Kolejne miejsce zabójstwa
poprzednie
następne

Po jakiś 40 minutach dojeżdżamy do Nzakoun. Ludzie którzy nas zobaczyli, najpierw trochę niepewni, później nas rozpoznają i zaczynamy.

Trwało to tylko godzinę…

3 lutego w godzinach nocnych (około 24:00) 16 samochodów i 15 motorów uzbrojonych selekowców przyjechało do miejscowości Nzakoun.

Wjeżdżając do miasta zaczęli strzelać w powietrze, ludzie w tym czasie byli w swoich domach, trwał spoczynek nocny. Ten, kto słyszał strzały, uciekał przed siebie, w brus. Była wielka panika, a kto nie… nie zdążył uciec, został bezlitośnie zabity. Selekowcy wchodzili do każdego domu i jeżeli kogokolwiek zobaczyli, zaczynali strzelać, zabijali z zimną krwią, bez żadnych powodów, po prostu strzelali.

1/6
Krew na ścianie, w domu zamordowanych
2/6
3/6
Dowód osobisty, znaleziony obok miejsca, gdzie palono dokumenty
4/6
Listy znalezione przy drodze
5/6
Miejsce palenia dokumentów przez Selekę
6/6
Łóźko, na którym zabito
poprzednie
następne

4 lutego 2014 r. zginęły 22 osoby w godzinach 01:00-02:00 w nocy, bestialsko zamordowane przez selekę. W tym 8 mężczyzn, 14 kobiet (w tym 5 chłopców, 4 dziewczynki). Widziałem dzisiaj 3 domy, w których ich zabito, w pierwszym 3 osoby, w drugim 5 osób, w trzecim 6 osób. Wchodzę do tych domów, i co widzę? Jeszcze łuski z kuli, które leżały na ziemi (mam ich 8 sztuk). Kule zostały w ciałach zabitych, łuski czekały być może na mnie, abym je zabrał i pokazał światu. Może to one przemówią, chociaż nie potrafią mówić.

W domach jeszcze smród po krwi, która została na ziemi, kamieniach oraz murach domu. Rozrzucone ubrania, oraz bardzo dużo much, korzystających z tych oto miejsc, w wiadomych celach. Zaginęła też jedna starsza osoba, której do dzisiaj miejscowi ludzie nie mogą znaleźć. Pewnie gdzieś uciekła, i tam już została na zawsze – umierając.

1/5
Budynek przychodni
2/5
Przychodnia zdrowia
3/5
4/5
Przychodnia po masakrze
5/5
Spalone domostwa
poprzednie
następne

Pytałem, czy nie zgwałcono kogoś. Dlaczego w większości zabici to kobiety? Nie zgwałcono. Tylko zabijano.  Być może one (kobiety) wolniej uciekają, niektóre z nich ze strachu zostały w domach, a niektóre razem z dziećmi – modliły się, aby nie przyszli. Jednak było inaczej.

Ten horror trwał całą noc – jak opowiadali ludzie, strzelali całą noc. My uciekliśmy w brus. Wśród ofiar jest także dyrektor szkoły, który oddał swoje życie za tych, którym udało się uciec. On został na miejscu i zginął. Ciała zabitych osób zostały aż do środy, kiedy to seleka opuściła wioskę. Ludzie przychodzili i… nie mogli uwierzyć w to, co zobaczyli.

1/6
Grób dyrektora szkoły, w tle: budynek szkoły
2/6
Spalone domostwa
3/6
4/6
Spalony przez Seleka motor
5/6
6/6
poprzednie
następne

25 spalonych domów

Później idziemy dalej – ludzie, którzy nas oprowadzają, pokazują nam spalone domy. Jest ich 25, z całym ich dobytkiem. W tych domach pochowali swoje dobra: motory, rowery, pieniądze i to wszystko, co stanowiło jakąkolwiek wartość. Kilka motorów, rowery, garnki, łóżka – to, co nie mogło się spalić, zostało. Spłonęło 14 motorów, 5 rowerów.

Garnek określający liczbę pogrzebanych…

Tych, których zabiła selaka, ludzie pochowali w różnych miejscach, przysypując ich ciała ziemią. Widzieliśmy dwa groby, jeden 4 osobowy, drugi to grób dyrektora szkoły, niedaleko swojej szkoły, gdzie pracował. Na grobach położono garnki, w ilości odpowiadającej ilość osób. Przechodząc obok tych grobów był odczuwalny smród ciał, pewnie już rozkładających się.

1/2
Spotkanie z proboszczem - Nzakoun
2/2
Obchód miasta
poprzednie
następne

Seleka została aż do środy, 5 lutego. Podczas tych kilkudziesięciu godzin wioska, która liczy około 3500 osób, była wyludniona. Wszyscy uciekli do buszu chroniąc swoje życie. Selaka: kradła, paliła domy, wchodziła do każdego domu, aby zabierać wszystko, co pozostawili mieszkańcy tej wioski. Kozy, kury, ubrania, buty… dosłownie wszystko.

Dlaczego nie komunikowaliście się z nami?

To pytanie zadałem podczas naszego wspólnego spotkania po obchodzie wioski, odpowiedzieli:

„Zabrali nam wszystko, w naszych telefonach brak dobrych baterii, duża panika, strach, a przede wszystkim nie mieliśmy nikogo, aby nas chronił”. I tutaj jest odpowiedź dla tych wszystkich, którzy mają wątpliwości co do naszej obecności, tutaj, na miejscu.

1/3
Wspólna modlitwa
2/3
Znalezione przy drodze
3/3
Wnętrze domostwa, w którym zamordowano ludzi
poprzednie
następne

List seleki – wtorek, 4 lutego

We wtorek jeden z generałów będący w konwoju seleki, napisał list (posiadam zdjęcia tych listów) do naszych osób, które chronią miasta, że we środę chcą przejechać przez nasze miasto, kierując się w stronę Czadu. Napisał i zapewniał, że nie będą strzelać, ich przejazd będzie spokojny. Jak później się okazało, po ich przejeździe 6 domów w Ngaoundaye zostało spalonych.

Czego w najbliższym czasie potrzebujecie?

Nie mamy żadnych leków, nasza apteka (oraz wszystko, co w niej było) została spalona. Nasze kobiety rodzą na polach, to także jest niebezpieczne. Nasze domy zostały spalone, chcemy je odbudować przed porą mokrą (miesiąc maj). Ukradli nam ubrania oraz wielu z nas straciło nasze środki lokomocji: motory, rowery. Ukradli nam agregat prądotwórczy oraz balafon z naszego Kościoła. Potrzebujemy żywności – ukradli nasze plony.

3 wspólnoty razem

W naszej wiosce mamy 3 wspólnoty, które żyją w dialogu: Kościół katolicki, Kościół Braci oraz Wspólnotę Boga. Nigdy nie mieliśmy konfliktu ze sobą, żyjemy razem, jako bracia i siostry.

Czy chcecie coś jeszcze dodać?

Po chwili jeden z mieszkańców odpowiada: „dziękujemy WAM za przyjazd, nikt nas jeszcze nie odwiedził, nikt nie zapytał jak się czujemy, nie mamy żadnych zapewnień, zabezpieczeń, to bardzo ważny gest dla nas samych. Bardzo Wam dziękujemy”.

Kto nie uciekł – został zabity

Nasz katechista z dwoma łuskami, obok domu, w którym zamordowano 3 osoby

Ja po chwili dorzucam jeszcze kilka zdań: jeżeli nie ma wojska, nie ma nas kto chronić, musimy sami się organizować i robić coś, aby bezbronni ludzie nie ginęli. Pamiętajcie, aby nas informować o tym, co się dzieje w waszej wiosce. Jeżeli nie macie telefonów, motorów, wyślijcie kogoś na piechotę, aby przybył do nas i nas poinformował, gdy coś się wydarzy, gdzie niebezpieczeństwo będzie blisko.

Nie siedźcie przy swoich domach i nie rozważajcie, bierzcie się do roboty, domy czekają, aby je odbudować, wasza mała przychodnia zdrowia oraz rodziny – nie zapomnijcie o nich. Musimy być razem w tym czasie smutku i cierpienia. Nasze życie biegnie dalej – trzeba pracować.

Zostańcie z Bogiem – wysyłamy prośby do ludzi, aby mogli Wam pomóc. Najpierw leki, a później cała reszta.

br. Benedykt Pączka OFMCap

Wesprzyj nas

Benedykt Pączka OFMCap

Zobacz inne artykuły tego autora >
Benedykt
Pączka OFMCap
zobacz artykuly tego autora >

W RCA nie chodzi o religię

Republika Środkowoafrykańska, ten kraj leżący w centrum Czarnego Kontynentu, ma w narodowym języku sango o wiele ciekawszą, uroczą nazwę: Be-Afrika – Serce Afryki. Od dwudziestu lat nasłuchuję rytmu bicia tego chorego serca – oto mój kardiogram.

Robert Wieczorek OFMCap
Robert
Wieczorek OFMCap
zobacz artykuly tego autora >

To zapomniane państwo po raz drugi w historii wyszło ze swego politycznego niebytu na pierwsze strony światowych informacji. Kiedyś już okazji dostarczył bufon – cesarz Bokassa, a dziś – wojna domowa. Smutna to sława.

W obiegu krąży wiele krzywdzących stereotypów gmatwających dodatkowo zrozumienie dla tutejszej sytuacji. Niektóre z nich to wręcz medialne gnioty.

Czy w RCA trwa wojna religijna?

W TV ukazują się reportaże o podobnym schemacie: ekipa telewizyjna z jaśnie oświeconej Europy przyjeżdża do Bangui z założeniem nakręcenia dokumentu, potwierdzającego promowaną powszechnie tezę, że w afrykańskim jądrze ciemności chrześcijanie i muzułmanie mordują się wzajemnie. Prezydent Francji bowiem w swym interview uwierzytelniającym operację wojsk francuskich Sangaris, jako pierwszy element podał konflikt międzyreligijny, a dopiero potem wyliczył rozkład aparatu państwowego, kryzys ekonomiczno-polityczny, brak bezpieczeństwa. Zaś wcześniej jego minister Fabius na arenie międzynarodowej młotkował apel: „Kraj leży na krawędzi ludobójstwa”. Dziennikarze odwiedzają parę miejsc w Bangui, nasłuchując skarg płynących z różnych stron, by w połowie dokumentu dotarło do ich świadomości, iż sytuacja jest o wiele bardziej skomplikowana, niż to, co otrzymali gotowe w politycznie poprawnej instrukcji.

Ich problem leży w tym, że podchodzą do problemu od ogona – biorąc skutki za przyczyny. To najpierw konflikt ekonomiczno-polityczny.

Mądry jest ten sarkazm: „Jak nie wiadomo o co chodzi, to chodzi o pieniądze”. Poprzedni prezydent Bozize upadł w identyczny sposób, jak sam dopchał się do władzy – drogą rebelii. Upadł, bo pozwolił sobie na niecierpliwość, gdy 1.12.2012 r. podczas święta Niepodległości ogłosił, że w kraju zapanował spokój, więc w Birao można zacząć eksploatację ropy naftowej w kooperacji z Chińczykami. Tą samowolką naraził się siłom zagranicznym, uzurpującym sobie faktyczne prawo do tak ważkiej decyzji. Wszyscy podobno wiedzą, do kogo w praktyce należą podziemne bogactwa Afryki Centralnej, nikt natomiast nie chce wymienić ich imion na głos.

W RCA nie chodzi o religię

A owo roponośne Birao jest na północno-wschodnich rubieżach RCA. Właśnie stamtąd, z tej prowincji o większości rdzennych muzułmanów, w 10 dni później ruszyła rebelia. Koalicja Seleka zawiązała się już parę miesięcy wcześniej – spiskowcy czekali jedynie na odpowiedni sygnał. Bozize wybrał zły moment i niewłaściwych inwestorów zagranicznych, co kosztowało go utratę złotego rogu.

W RCA zrobić przewrót zbrojny jest tak łatwo, że większość pretendentów do władzy wybierała tę drogę zamiast żmudnej i niepewnej kampanii wyborczej. Sam samozwańczy prezydent, Djotodia, w swej karierze politycznej nie był nawet w stanie wypromować się na deputowanego ze swej rodzimej prefektury. To dzięki rebelii wdrapał się na najwyższy stołek, a jego koalicjanci dostali najbardziej intratne ministerstwa. Nuraddin Adam, nr 2 w seleka, niby odpowiedzialny za sprawy wewnętrzne, w rzeczywistości interesował się Bria i tamtejszymi diamentami.

Obecni w RCA przez ostatnie lata żołnierze z RPA (nota bene jedyni, którzy próbowali bronić Bangui przed rebeliantami, bo FACA – armia narodowa, nawet nie ruszyła palcem), nie pałali bynajmniej jakąś specjalną miłością do reżimu Bozize. Po prostu, inwestorzy z Afryki Południowej zbyt wiele zainwestowali w środkowoafrykańskie diamenty i uran…

Ale pchajmy się dalej i zostawmy polityków.

90% seleka stanowili muzułmańscy najemnicy (w większości z Czadu i nieco z Darfuru). A tam, na tych pustynnych terenach, wiadomo: bieda, aż piszczy, więc od wieków hołduje się praktyce razzi, jako metodzie na podreperowanie funduszy. „Zdobędziecie kraj dla mnie, a co znajdziecie po drodze, to wasze!”- obiecywał im Djotodia. Powiedzmy sobie jasno: Nie była to rebelia sensu stricte, a raczej najazd obcokrajowców z okupacją w konsekwencji. Bariery ściągające haracz z przechodniów i samowolka pozostawionych samopas żołnierzy.

Wobec takiego stylu rządów, nigdy nie wierzyłem, żeby seleka poważnie brali pod uwagę zachowanie władzy i pozostanie na miejscu. Raczej tylko krótkoterminowo: napchać kieszenie i do domu! A to, że podobnie jak kiedyś ludzie Kmicica, kmiotków poturbują, parę chałup z dymem puszczą, czy też pofolgują sobie z dziewkami, w czym problem?

Nie trzeba też mieć jakiegoś wyolbrzymionego wyobrażenia o wojnie w RCA. To konflikt w nowoczesnym stylu – jak najtańszy, a skuteczny – guerilla z domieszką Dzikiego Zachodu. Wzajemne podchody niewielkich band zbrojnych. Więcej tu huku i stresu, niż faktycznych zbrodni. Ale to i tak wystarczy, by setkom tysięcy ludzi skutecznie obrzydzić życie, bo wzięcie w zakład całej populacji cywilnej jest świadomie obraną taktyką.

O pieniądze też chodzi samym anti-balaka. To oni są zwycięzcy, więc im się też należy. Kolumna seleka próbuje przedrzeć się przez Bouar, będące już pod kontrolą anti-balaka. W pukawce między nimi, która stawia na nogi całe miasto i każe ludziom po raz kolejny, nocą, chronić się na misjach katolickich, nie chodzi o wojnę, a tylko o zadrę. Anti-balaka bowiem mają swym przeciwnikom za złe, że ci obłowili się po uszy, ale teraz nie chcą się z nimi podzielić…

A prości ludzie? Dla ich części każde kolejne „wyzwolenie” to okazja na rabunek sklepów, czy u sąsiada. Ale nie bądźmy zbyt surowi. Jedenaste przykazanie: „jak masz okazję to kradnij” jest głęboko wpisane w serca niektórych ludzi, i to bez względu na szerokość geograficzną. Jeden z mych braci w zakonie wspominał z dzieciństwa, że w czasie gdy robotnicy w jego rodzinnym mieście walczyli z komuną o ideały demokracji i doszło do starć z milicją, on sam, wówczas podrostek, wpadł sobie do zdemolowanego sklepu na „darmową” czekoladę…

W RCA nie chodzi o religię

Seleka, wczorajsi rządcy RCA wycofują się, to fakt. Ale zanim całe terytorium oczyści się z ich obecności, potrzeba dużo czasu. Samo się to nie zrobi. Międzynarodowych sił rozjemczych za mało, a żołnierze z FACA to nicponie. „Generał” anti-balaka w Bouar zapowiedział wychodzącym z ukrycia wojskowym, że nie mają prawa wrócić do koszarów, bo są tchórzami bez honoru. I ma dużo racji. Tymczasem cała „oczyszczona” prowincja to raj dla bandytów i szabrowników. W takim okresie nic gorszego dla cywilów, jak wałęsający się maruderzy.

Na misji w Bossemtele siostry otrzymują od „wyzwolicieli” anti-balaka ultimatum: „Zorganizować do jutra 350.000 fcfa (około 500 euro), albo wchodzimy do waszej szkoły i robimy porządek z muzułmanami, których tam ukrywacie!”. Życie ludzkie ma śmiesznie niską cenę.

Z całym szacunkiem do każdej przelanej kropli ludzkiej krwi, do tych 2000 zaprzepaszczonych ludzkich istnień. Nie można jednak mówić o ludobójstwie w RCA, pałającej żądzy krwi i powszechnym zdziczeniu, bo to byłaby krzywdząca przesada. To ekstremalne przeżycia pchają nieraz ludzi do nieludzkich zachowań. Ale mieszkańcy Centrum Afryki wcale nie są bardziej krwiożerczy niż my. Nie róbmy sobie wypominków.

A po naćpanych najemnikach żyjących w ciągłym poczuciu osaczenia, czegoż dobrego można się spodziewać? Niewiele trzeba by iskra padła na proch. Przykład z wczoraj: 6 samochodów seleka (setka ludzi) zabłądziła do Ndim – pomylili drogę. Zanim zawrócą, któryś z nich daje tysiąca (7 zł) chłopakowi stojącemu na poboczu i prosi o zakup „działki”. Ten bierze pieniądze i – rozpływa się w naturze. Po chwili, wojak połapawszy się, że został zrobiony w balona, z miejsca grozi podpaleniem najbliższego domu. Na szczęście znalazł się ktoś roztropny, kto mu natychmiast oddał pieniądze z własnej kieszeni. I pojechali. Zaraz potem cała grupa młodych puszcza się pędem za owym cwaniakiem, by mu dokopać. I bardzo dobrze.

Czy seleka i anti-balaka to milicje religijne?

To medialnie wygodne, ale nieprawdziwe uproszczenie.

Arcybiskup stolicy RCA, Dieudonné Nzapalainga powtarza gdzie tylko może: „Nie wszyscy muzułmanie to Seleka i nie wszyscy Seleka to muzułmanie. Strzeżmy się odpowiedzialności zbiorowej! Opłakujemy tworzenie zlepów niespójnych informacji na temat anti-balaka i przypisywanie im nazwy ruchów chrześcijańskich. W rzeczywistości anti-balaka są wybuchem poczucia przebranej miary w części społeczeństwa wobec nie mających końca aktów zdzierstwa i przemocy ze strony rebeliantów seleka. Dlatego też nie ustajemy w tłumaczeniu, że wszyscy anti-balaka nie są chrześcijanami i że wszyscy chrześcijanie nie są anti-balaka”.

Jego „bliźniaczy brat” Omar Kobine Layama, imam wielkiego meczetu w Bangui, który w ostatnich dwu miesiącach znalazł schronienie w domu Arcybiskupa, wtóruje: „Mówi się, że muzułmanie i chrześcijanie wzajemnie się zabijają. Lecz to nie jest kryzys religijny, ale polityczny. Politycy chcą się ukryć za tą gmatwaniną przeinaczanych faktów, aby ciążącą na nich odpowiedzialność za nieudolne rządzenie krajem zrzucić na karby religii. Potępiamy wszystkie morderstwa popełnione przez tych, którzy się określają jako muzułmanie, czy też przez tych, co się reklamują być chrześcijanami. Autentyczny muzułmanin, podobnie jak prawdziwy chrześcijanin nie może być autorem morderstw, ale jest aktorem pokoju. Godnym ubolewania jest fakt, że w ostatnich miesiącach zaistniała dogłębna konfuzja między seleka a strukturami islamu w RCA. Tymczasem tak nie jest – seleka grupuje w sobie zarówno z chrześcijan jaki i muzułmanów”.

Ten tandem środkowoafrykańskich przywódców religijnych odbył ostatnio drugą podróż po Europie, by tym, co chcą ich słuchać tłumaczyć złożoność sytuacji i bronić dobrego imienia religii. Byli między innymi we francuskim Parlamencie.

W RCA nie chodzi o religię

Słowa seleka na próżno szukać w słowniku sango. Pod hasłem „porozumienie” znajduje się: mbuki, ndika. To musi być francuskie selection przerobione na sango. Ten język stale się tworzy, więc łatwo asymiluje to, co słyszy u innych. Tak więc semantycznie, seleka to tacy "doborowi” albo „dobrani". W praktyce to heterogenna unia zwaśnionych z sobą wcześniej ugrupowań lokalnych, z góry skazana na niepowodzenie, bo zawiązana jedynie w negatywnym celu zwalczania wspólnego wroga. Trzon stanowią muzułmanie, ale nie brak wśród nich i chrześcijan. Wczoraj ludzie z Ndim rozpoznali wśród przejeżdżających w konwoju seleka czterech znanych im pobratymców, a więc na pewno nie muzułmanów. Bo też nie przynależność religijna jest faktyczną linią demarkacyjną. Ci przypadkowi sojusznicy nigdy nie posiadali pozytywnego projektu na przyszłość kraju. Nieszczęściem wielu muzułmanów z RCA było związanie z seleka nadziei na prosperitę i ochronę. Teraz, pozostawieni na pastwę losu, płacą ciężki haracz za ten błąd dziejowy.

Dziennikarze bezwiednie powtarzają jeden za drugim głupawe tłumaczenie terminu anti-balaka, jako anty – maczety. W praktycznym sango, czyli tym używanym faktycznie przez ludzi na co dzień, maczeta to francuskie "machette" albo najwyżej opisowe "kota zembe" (duży nóż). Słownik uniwersytecki podaje nadto: ba, kangbara i nzenze. Skąd się wzięło owo: balaka? Nie ważne. Może gdzieś jednak tego słowa się używa? Natomiast istotniejsze dla nas, że sam sens tego propagowanego wszędzie tłumaczenia nie trzyma się kupy. Bo co to znaczy: „anty (przeciw) maczetom” skoro rzucają się na dobrze uzbrojonych? Gdyby się nazwali np. „balaka-anti-ngombe” to byłoby logiczne: „z maczetami na karabiny” (takie nasze: „z motyką na księżyc”) dla oddania ich heroizmu czy nierównego rozkładu sił.

Tymczasem tu chodzi o: „anti – balle AK", skrót pełnego zdania po francusku "blendé anti-balles d'automat Kalachnikow 47", czyli na polski: "odporny na kule AK". Bo też takie bzdurne obietnice dają czarownicy bojownikom idącym do buszu z byle jakim uzbrojeniem, ale za to obwieszonym talizmanami, jak choinka świecidełkami. Te same zresztą praktyki są po obu stronach. Czy to nominalny muzułmanin walczący po stronie seleka, czy to nazywający się chrześcijaninem jego przeciwnik, obydwaj wyobwijani są waraka (z arabskiego – amulety zawierające wersety Koranu), czy też gri-gri pogańskimi, by się ich "kule nie imały”. Ale ci nietykalni i tak padają, mimo domniemanej ochrony…

Takie osłanianie się amuletami to praktyki czysto pogańskie, nie mające nic wspólnego z ortodoksyjnie pojętym chrześcijaństwem, ani islamem. Ale ten fenomen jest zakorzeniony w najgłębszych warstwach duszy afrykańskiej. Gdy w 1927-29 w całej Francuskiej Afryce Równikowej szerzyło się powstanie nazwane Kongo-Wara (efekt nieludzkich kontrybucji nałożonych na tubylców w związku z przymusowym zbieraniem kauczuku i budową kolei do Brazzaville), ludzie szli naprzeciw karabinom strzelców senegalskich, bo Karnou, ich prorok obiecywał, że kule zamienią się w wodę zanim ich dosięgną… Ale i dzisiaj intrygujące jest posłuchać, jak ktoś niby po studiach, a całkiem na serio utrzymuje, że są dostępne magiczne środki zapewniające ci taką nietykalność. Kule wystrzelone w twym kierunku zmienią tor lotu, a strzały wypuszczone z łuku wrócą do kołczanu! Ukłony w stronę balistyki…

U mnie we wsi w ostatnich dniach uformowała się samoobrona. Myślicie, że mieli jakieś ćwiczenia? Robili sobie nacięcia na rękach i do sznytów zasypywali jakiś proszek „na odwagę”. Jeżeli w tym brataniu się krwią cokolwiek sobie zaszczepili, to chyba HIV-a, bo przy 15% średniej krajowej AIDS, było tam wśród nich z pewnością kilku nosicieli, a żyletka przecież jedna…

Bojownicy z RJ – inna odmiana lokalnej samoobrony, deklarująca swą determinację w zwalczaniu seleka  – noszą na szyi muzułmańskie różańce i nic im się to jakoś nie gryzie. Po prostu ta wojna wykwitła pomieszaniem z poplątaniem.

W RCA nie chodzi o religię

Słysząc o tego typu rzeczach nie ma się co zbytnio dziwić. Mamy tu do czynienia z reakcją neo-pogańską, która jest normalnym procesem dziejowym. Odsyłam do czasów Mieszka II, albo do analogicznych sytuacji z historii ewangelizacji Europy we wczesnym średniowieczu. Chrześcijaństwo w RCA istnieje zaledwie od 2-3 pokoleń i nie dziwota, że jest takie powierzchowne. Szybko przyszedł na nasz Kościół czas próby i zdawania pierwszego egzaminu ze świadectwa wiary. W tak ekstremalnych warunkach wychodzi na jaw, co najbardziej ludziom w duszy gra. A najwymowniejszym znakiem powrotu do pogaństwa jest zbyt często goszczące na ustach słowo: zemsta. Dlatego jako antidotum głosimy w kościołach rozbrojenie serca.

Wielką krzywdą dla prawdy jest bezwiedne powtarzanie: milicje chrześcijańskie. Anti-balaka mają bowiem tyle wspólnego z chrześcijaństwem, co kiedyś Banderowcy z Cerkwią Unicką… Podobnie i seleka – do końca zdeprecjonowali imię islamu w oczach Środkowoafrykańczyków. Ci bowiem już od czasów przed-kolonialnych noszą w sercach endemiczną niechęć do tej religii, przechowywaną w tragicznych wspomnieniach o muzułmańskich łowcach niewolników. Cały ubiegły rok zdaje się tylko utwierdzać ich w przekonaniu, że nic się w tej dziedzinie nie zmieniło.

Owszem napięcia na płaszczyźnie religijnej mają swoje miejsce na arenie wydarzeń w RCA, ale są one drugorzędne produktem długotrwałej degrengolady życia społeczeństwa i karygodnych błędów elit politycznych. Wbrew temu, co próbuje się wciskać ludziom w Europie, nie da się sztucznie wypreparować religii ze sfery publicznej, bo te obie płaszczyzny wzajemnie się przenikają w każdej osobie ludzkiej.

Jaka najbliższa perspektywa?

Obawiam się, że nie czas na wkładanie seleka do lamusa. Dadzą o sobie jeszcze nieraz znać, uprzykrzając życie rządowi tymczasowemu, ale i prostym ludziom. Część z nich wprawdzie złożyła broń w Czadzie, ale ci co pozostali na terytorium RCA wcale nie myślą się poddać. Główkowaliśmy, że owe dwa konwoje, które ostatnio przejechały z Bang przez Ndim w stronę Paoua, są już w Gore, po drugiej stronie granicy. Tymczasem oni przemieszczają się wzdłuż północnej granicy RCA, by prawdopodobnie na wschodzie dołączyć do tych, co wymknęli się z koszar w Bangui i przez parę dni okupowali Sibut. Ich determinację z pewnością spotęgują ostatnie wieści o towarzyszach broni, którzy w Czadzie zostali zneutralizowani i mają być sądzeni za najemnictwo.

Są powody do obaw, bo to duże zgrupowanie seleka pozostawione na północy zdaje się podejmować realizację irracjonalnego wydawałoby się projektu, jakim po dymisji Djotodia szantażował jego były doradca, Babakar Sabone. Groził on secesją północy RCA, gdzie muzułmanie mieliby stworzyć swoje własne państwo. Wprawdzie potem się z tych słów wycofał, ale co zasiał, to pozostało. Zresztą ludzie są przekonani, że ten polityk nie wyrwał się jedynie z jego osobistym przekonaniem, ale wyraził to, co faktycznie zamyśla wielu środkowoafrykańskich muzułmanów. Seleka w Sibut wieszali już jakąś czerwoną flagę i próbowali stawiać rządowi warunki, póki ich Misca – Sangaris nie pognali dalej na północ.

Oprócz jawnego zamachu na konstytucyjnie gwarantowaną integralność terytorialną kraju, za którą z pewnością murem staną siły międzynarodowe, co to znaczy „muzułmańska północ”? Ja sam mieszkam na północnym krańcu RCA, ale u nas muzułmanów jak na lekarstwo. Jedynie północy-wschód z prefekturą Wakaga może się określić, że większość tego półpustynnego terytorium jest zamieszkana przez ludność, która w XIX wieku poddała się islamizacji, by odwrócić od siebie apetyt handlarzy niewolników z Darfuru i Kordofanu.

Co więc, oprócz Birao, chcieliby odłączyć od RCA? Diamentowe Bria? Ndele – byłą stolicę sułtana Rahaba? Byłem tam kiedyś osobiście i widziałem. Owszem, w mieście sporo muzułmanów, ale większość ludzi na prowincji to poganie lub chrześcijanie.

Sprawa tak beznadziejna do zrealizowania, jak nieregularne jest rozmieszczenie ludności pod względem wyznaniowym. Przypomina to układ z Polski przedwojennej. Podobnie jak u nas kiedyś Żydzi, tutaj muzułmanie, w zdecydowanej większości przyjezdni z zagranicy, pousadzali się głównie w miastach lub tam, gdzie oprócz handlu i transportu jest jakiś inny interes, np. diamenty czy złoto. I tak paradoksalnie, na południu jest ich więcej, niż na północy. Takie gadanie nie ma więc większego sensu, no chyba, że ktoś myśli realnie o kolejnym exodusie i segregacji wyznaniowej ludności – niech Pan Bóg broni! Mam nadzieję, że ten kolejny rozdział zamknie się jedynie w sferze politycznych negocjacji.

W RCA nie chodzi o religię

A co mi osobiście leży na sercu?

Bogu dziękować, że do dziś cała moja parafia przetrwała bez specjalnego uszczerbku. Ale do czasu. Zaraz w sąsiedztwie, wieś Nzakoun przedwczoraj w nocy została zrabowana przez bandę przybyłą bezkarnie z Czadu, i co gorsza, zabili przy tym 22 osoby. I to mnie martwi. Gdy resztki seleka ulotnią się stąd niebawem, cały ten przygraniczny region zostanie wydany na pastwę losu. Nie trzeba w ogóle strzelać, by ludzie umierali. Wystarczy, że wkrótce zabraknie nam podstawowych lekarstw. Granice są zamknięte. Handel praktycznie zamarł. Nikt tu nie przyjeżdża na targowisko. Ceny lokalnych produktów spadły o połowę, gdy tymczasem wszystko to, co przywozi się z Kamerunu, a więc mydło, mąka, sól, olej, paliwo, podrożało dwa razy. I będzie coraz gorzej.

Ludziom na wsi łatwiej jest przeżyć trudne czasy. Znajdą w buszu coś na ząb, a na polach szopy, by ukryć się przed deszczem. Są dzielni, więc poradzą sobie. Groby porosną trawą, a popalone domy ludzie odbudują szybko na nowo, bo te błotno-słomiane chatki mają się nijak do europejskich gmachów. Ziemi wystarczy dla każdego, a woda spadnie z nieba wraz z nową porą deszczową. Ale ziarna pod zasiew braknie, gdy ludzie będą zmuszeni zjeść i tą ostatnią rezerwę.

Mówi się o powietrznym moście humanitarnym Duala – Bangui. I dobrze. Konieczne jest pomóc mieszkańcom stolicy, bo dość się ucierpieli. Ale moi ludzie, tu w całym północno-zachodnim regionie nie potrzebują nic więcej oprócz zapewnienia minimum bezpieczeństwa i otwartej granicy z Kamerunem, by móc godnie sprzedać swoje płody ziemi i kupić mydło.

Jeden posterunek Misca, kontrolujący newralgiczne skrzyżowanie w Bang, stałby się płucem dla całego regionu. O jedyne 10 km dalej, na granicy nad rzeką Mbere, stoją kameruńscy żołnierze, a za nimi sparaliżowane targowisko w Mbaiboum, bo granica zamknięta…

Osobiście wiem, w co tu wdepnąłem. Znam tego konsekwencje i nie oczekuję niczego dla mnie. Nikt się nie będzie przecież rozmieniał na drobne dla kilku białych, usidlonych gdzieś tam w afrykańskim buszu. Ale gdyby jednak zmienić perspektywę i popatrzeć, że tu chodzi o otwarcie głównej drogi zaopatrzenia dla najbardziej zaludnionej prefektury RCA l’Ouham-Pende z ponad pół milionem ludzi, to nasze wołanie o pomoc dla nich może mieć swój ciężar?


Chronologia


  • sierpień 2012 – Spotkanie we Francji szefów pięciu ugrupowań rebelianckich, dające początek koalicji Seleka.
  • 10.12.2012 – Początek działań zbrojnych na północnym-wschodzie RCA. W ciągu miesiąca Seleka przejmuje kontrolę nad miastami: Bamingui, Ndélé, Mbré, Sam Ouandja, Ouada, Bria, Kabo, Alindao, Kouango, co stanowi cały wschodni obszar RCA.
  • 11.01.2013 – Podpisanie w Libreville (Gabon) porozumienia gwarantującego zawieszenie broni i wspólne utworzenie rządu jedności narodowej.
  • 20.01.2013 – wygaśnięcie ultimatum ze strony Seleka i początek nowej ofensywy.
  • 24.01.2013 – Rebelianci opanowują stolicę kraju, Bangui. Prezydent François Bozizé chroni się w Kamerunie, a Michel Djotodia ogłasza się szefem Państwa.
  • 25.03.2013 – Unia Afrykańska zawiesza członkostwo RCA.
  • 1.07.2013 – Początek operacji rozbrajania byłych kombatantów Seleka przez Siły Międzynarodowe w Afryce Centralej (FOMAC), obecne na miejscu już od czasów mediacji z rządem Bozizé.
  • 18.08.2013 – Początek 18-miesięcznej fazy przejściowej do kolejnych wyborów i zaprzysiężenie Michela Djotodia jako prezydenta tymczasowego.
  • 8-9.09.2013 – Początek systematycznych starć między tworzącą się zbrojną opozycją a nowymi władzami (100 zabitych).
  • 13.09.2013 – Ostateczne rozwiązanie Seleka.
  • 5.12.2013 – Bangui zaatakowane przez milicje samoobrony anti-balaka (138 zabitych). Tego samego dnia, Rezolucja ONZ zezwalająca na użycie sił wojskowych Misji Międzynarodowej Wsparcia dla RCA (MISCA) na okres jednego roku.
  • 5-6.12.2013 – Początek francuskiej operacji wojskowej "Sangaris" dla zapewnienia bezpieczeństwa w RCA.
  • 10.01.2014 – Pod presją CEEMAC w Ndjamenie i opinii międzynarodowej dymisja Michela Djotodia. Dwa tygodnie później wybór Catherine Samba–Panza na prezydenta w okresie przejściowym do następnych wyborów planowanych na początek 2015 roku.
Wesprzyj nas
Robert Wieczorek OFMCap

Robert Wieczorek OFMCap

Zobacz inne artykuły tego autora >
Robert Wieczorek OFMCap
Robert
Wieczorek OFMCap
zobacz artykuly tego autora >