video-jav.net

“Samulka” – nadzieja odnaleziona na nowo

Trzydziestoletnia Ewa to zadeklarowana samotniczka. W gorszych chwilach szuka pocieszenia w kawoterapii, ciastoterapii, floroterapii i spacerach z psem. Jej historia pokazuje, że nie można nigdy stracić nadziei na pozytywne rozwiązanie nawet najtrudniejszych problemów. O takiej nadziei opowiada debiutancka powieść Kingi Facon pt. „Samulka”

Redakcja portalu
Redakcja portalu
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Samulką nazywa siebie główna bohaterka książki, Ewa. Tytuł to połączenie kilku słów oddających rzeczywistości bliskie bohaterki. Inspiracją do tego wyrazu były wymyślone przez Lema „Sepulki”, dotykająca Ewę samotność oraz opisujące ją niejako słowo „damulka”. Od kilku lat mieszka w małym miasteczku o nazwie Samulki.

Na co dzień pracuje jako księgowa w przedszkolu. Przyjechała tutaj z dużego miasta. Samulki to miejsce, w jakim każdy chciałby zamieszkać: park, cukiernia, biblioteka oraz radośni, głęboko wierzący ludzie, którzy spotykają się w przykościelnej kawiarence Pod Aniołami. Idylla, dosłownie raj na ziemi.

W tej rzeczywistości Ewa stara się pozostać anonimową. Niekoniecznie szuka kontaktu z innymi ludźmi, raczej dziwi ją, gdy ktoś zwraca na nią uwagę. Często dopada ją przygnębienie, czasem nie ma ochoty wychodzić z łóżka. Pociechę znajduje w czytaniu książek, rozmowach z bohaterami literackimi, pączkach i kawie. Z czasem pojawiają się w jej życiu osoby, które chcą ją lepiej poznać, troszczyć się o nią, zaprzyjaźnić, pokochać.

 

Od 2 marca Samulka do kupienia w księgarni wydawnictwa Znak.


wklejka_samulka

Redakcja portalu

Redakcja portalu

Zobacz inne artykuły tego autora >
Redakcja portalu
Redakcja portalu
zobacz artykuly tego autora >

Nie jesteś Bogiem, odpuść

Gdyby każdy po osiemnastce, czy dajmy na to po maturze, miał podpisać takie zobowiązanie – że jest świadom wszystkiego, czym może mu grozić dalsze, dorosłe życie – to kto by się na to zdecydował?

Redakcja portalu
Redakcja portalu
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

fragment książki “Bóg dał mi kopa w górę”, wywiadu z mamą Jaśka Meli


Powiedziałaś kiedyś: warto sobie odpuścić, że nie jest się Bogiem.

Ksiądz Jacek Dziel, który organizował wspomniane obchody w Markowicach, wszystko musiał ogarnąć i wszystkiego przypilnować, przez co dostawał świra – zwierzył się z tego w rozmowie z jakimś znajomym, chyba też duchownym. A on na to: „Uspokój się, Jacek, to, co najważniejsze, już się wydarzyło”. I to jest to.

 

Podejrzewam, że ta świadomość pomaga również w twojej pracy psychologa: obowiązuje cię jakaś odpowiedzialność za drugiego człowieka, ale nie dźwigasz brzemienia w postaci przekonania, że oto jesteś panią czyjegoś życia.

Oczywiście ważne jest, żeby się starać, dawać z siebie wszystko. Staram się jednak zachować proporcje. Mam świadomość, że nigdy nie wiem wszystkiego o życiu człowieka, który do mnie przychodzi, o różnych okolicznościach, i w wielu sprawach mogę się mylić. Gdybym niosła w sobie przymus, że muszę absolutnie wszystko przewidzieć, odkryć i zanalizować, to na zdrowy rozum nie powinnam w ogóle iść do pracy. Bo wszechwiedza jest niemożliwa do osiągnięcia. Zawsze pozostaje ryzyko, że popełnię błąd i niechcący kogoś skrzywdzę. Myślę, że decyzja na życie, zgoda na życie jest też zgodą na to, że – choć nie chcę – będę innych krzywdzić. To jest dopiero trudne! Strasznie trudne jest na przykład patrzeć na własne dzieci i widzieć, jak ponoszą konsekwencje moich błędów, bo czegoś nie potrafiłam im dać, nauczyć.

 

Co cię ratuje w takich chwilach?

Tylko wiara. Przekonanie, że Bóg to wszystko widzi i jak dla mnie ma przygotowaną dobrą ścieżkę, tak dla nich również. Widzi, co się dzieje, opiekuje się nimi, potrafi wypełnić luki, jakie pozostawiłam. (…)

 

Ciekawego sformułowania użyłaś – „zgoda na życie”. To zgoda na przyjęcie tego, co przyjdzie?

Jest taka historia, która dotyczy pierwszej wyprawy Jaśka na biegun. Po półtora roku przygotowań wszystko widzieliśmy w jasnych barwach: Jasiek był w dobrej kondycji, pojawiali się ludzie chętni do pomocy, ogólnie zapowiadało się super. Przyszedł moment, gdy z fundacji Marka Kamińskiego przysłano papiery, które musieliśmy z mężem podpisać – zgodę na udział syna w wyprawie. Wydawało się nam oczywiste, że podpiszemy, czysta formalność. Wzięłam dokument i czytam: „…przyjmując do wiadomości, że oprócz zwykłych niebezpieczeństw może go spotkać: utonięcie, zamarznięcie, atak białego niedźwiedzia…” – i dalej w ten deseń, nie pamiętam, co tam jeszcze było. Myślę: rany, co ze mnie za matka? Wysyłać dziecko w taką grozę, i to dziecko, które tyle przeszło! To był straszny moment.

Zaczęłam się zastanawiać i doszłam do tego, że przede wszystkim nie wysyłam Jaśka, tylko wyrażam zgodę – to on chce iść. Pytanie jest zatem inne: czy znajdę wystarczający argument, żeby mu zabronić? I jak miałby brzmieć ten argument? „Bo to niebezpieczne”. Wiecznie się potykamy o kwestię bezpieczeństwa.

 

kaboompics.com_Curly brown hair

 

Z dalszych rozmyślań wyszła mi konkluzja, że to nie całkiem od niedźwiedzia zależy, czy zeżre Jaśka, czy nie zeżre; nad nim jest jeszcze Pan Bóg, który może go na Jaśkowej drodze postawić albo nie. A skoro Bóg wyrwał Jaśka z tego transformatora – gdzie powinien był umrzeć, bo ludzie normalnie nie przeżywają takich porażeń – to znaczy, że go chroni i chce go gdzieś dalej poprowadzić. Pomyślałam też sobie: gdyby każdy po osiemnastce, czy dajmy na to po maturze, miał podpisać takie zobowiązanie – że jest świadom wszystkiego, czym może mu grozić dalsze, dorosłe życie – to kto by się na to zdecydował? „Ja, niżej podpisany, decyduję się na życie, z całą świadomością, że może mnie spotkać: śmierć bliskiej osoby, moja śmiertelna choroba, czyjaś śmiertelna choroba, zdrada, rozwód, trzecia wojna światowa, powódź, pożar, trzęsienie ziemi…” – podpisałabyś lekką ręką? Nie, zaraz wystarałabyś się o aneks: „Pod warunkiem, że…”, „Nie życzę sobie…” i tak dalej. Taka nasza natura, że unikamy trudności, chcemy, żeby było tylko dobrze. (…)

 

Jak wiemy, w końcu tę zgodę podpisaliście. A gdy Jasiek ruszał, czy spotkaliście się z opiniami osób postronnych, co to za wyrodni rodzice – posyłać na biegun niepełnosprawne dziecko? Uznano cię za matkę wariatkę?

Oczywiście, że tak. Najwięcej czytaliśmy o sobie na forach internetowych. Wtedy jeszcze je czytaliśmy. Różne opinie się pojawiały. Że trzeba nas podać do sądu, odebrać prawa rodzicielskie… Osądzano nas bardzo ostro. (…) Że jesteśmy nieodpowiedzialni i postępujemy tak, jak nie wolno. I to było dla mnie bardzo trudne. (…)

 

Ja w dzieciństwie miałam chyba z sześć razy rozbitą głowę, a rodzice bynajmniej mnie nie zaniedbywali.

Obciążanie rodziców odpowiedzialnością za wszystko, co się przydarza dzieciom, jest bardzo podstępne – na wiele sposobów rozwala rodzinę. Cały czas zadajesz sobie pytanie: rodzicu, rodzicu, gdzie jest twoje dziecko? Czy wiesz, co teraz robi? I łatwo wpaść w pętlę, która każe non stop pilnować, wietrzyć niebezpieczeństwa. Niby to wygląda racjonalnie, odpowiedzialnie. Ale odwróć i popatrz z drugiej strony: czy siedzenie 24 godziny na dobę przy własnym dziecku jest możliwe? Zwłaszcza jeśli masz więcej niż jedno? I jeszcze, nie daj Boże, musisz coś zarabiać, czyli pracować?

 

Musisz też czasem spać…

O tym już nie wspomnę.

Lęk rodziców jest też jedną z rzeczy, które najbardziej niszczą dziecko. Dlatego uważam, że dorośli mają zakichany obowiązek pracować nad swoim lękiem. Nie wolno czynić własnego lęku panem, bo to przynosi śmierć. Wiesz, jak niemowlak uczy się granic? Na pewno nieraz widziałaś taką scenkę: gdy dziecko zaczyna raczkować, zdarza się, że wpełźnie głową w ścianę. Oczywiście rozpłacze się. Jeśli go nie ruszysz, popłacze, przestanie i odpełznie od tej ściany. Ale potem co zrobi? Wejdzie na nią drugi raz. Bo chce iść w tę stronę, a jeszcze nie wie, że ściana się sama nie odsunie. Za trzecim, czwartym razem zacznie to pojmować i odpuści sobie. Ale żeby się tego nauczyć, musi najpierw sprawdzić doświadczalnie. Natura tak to mądrze wymyśliła, że raczkujące dziecko nie ma takiej mocy ani pędu, żeby zrobić sobie większą krzywdę. Porusza się na tyle wolno, że najwyżej lekko się stuknie. Jeżeli jednak przestraszony rodzic, widząc dziecko pełznące na ścianę, natychmiast je zabierze, to maluch się niczego nie nauczy. I za którymś razem w przyszłości, gdy wyjątkowo rodzic go nie upilnuje, walnie głową w ścianę z całej siły – a będzie już większy, silniejszy, szybszy – i wtedy dopiero zrobi sobie prawdziwą krzywdę.

 

girl-698850_1280

 

Jak wyzbywać się tego lęku?

Bez wiary wydaje mi się to trudne. Gdy wiem, że oddaję moje dziecko Panu Bogu w opiekę, to jest zupełnie inaczej, niż wydawać je na pastwę przypadku.

 

Można wierzyć w los. W przeznaczenie, w którym kryje się głębszy sens.

Tak, ale tu z kolei łatwo popaść w jakiś fatalizm: coś mi jest pisane i nie ma od tego ucieczki. Taki bezduszny los to jednak inna perspektywa niż kochający Bóg.

 

Teraz już się nie boisz?

Nie jest tak, że się w ogóle nie boję. Są sposoby na to, by lęk nas nie zjadł – co nie znaczy, że całkiem znika. Pamiętam, że dawniej, gdy chłopcy byli mali, a dziewczynek jeszcze nie było, mój mąż jeździł do pracy na Zachód. To były czasy jeszcze „przedkomórkowe”, a my mieliśmy ogromny „talent” do umawiania się. Grunt to skuteczna komunikacja! Pewnego razu, zimą, wyjechał – pewien, że powiedział mi, że wróci w środę; a ja zostałam – pewna, że powiedział, że wróci we wtorek. Gdy nie wrócił we wtorek, przez całą noc i pół środy przeszłam wszystkie możliwe etapy paniki i rozpaczy. Gdyby mu się popsuł samochód, toby przecież zadzwonił ze stacji benzynowej. Skoro nie dzwoni, to na pewno coś się stało. Nie żyje. A ja tu sama, z dziećmi, bez pracy, bez pieniędzy… Przeżyłam horror. Nie mogłam się na niczym skupić, nie byłam w stanie zająć się dziećmi, pochłaniało mnie przerażenie. Kiedy w końcu mąż wszedł uśmiechnięty do domu, rzucając „Cześć, kochanie”, cud, że go nie zabiłam. Może byłam zbyt wyczerpana (śmiech).

Przez tę dobę jednak przekonałam się dobitnie, co lęk może zrobić z człowiekiem. I postanowiłam sobie: już nigdy w życiu nie będę się tak bała!

 

Można sobie to powiedzieć, ot tak?

Zaczęłam się w tym po prostu ćwiczyć. Taka na przykład metoda afirmacji* – ma swój sens, pod warunkiem, że znajdziemy sobie afirmację, która jest prawdą. Każdy musi ją dobrać indywidualnie. Ja znalazłam zdanie, co do którego byłam intelektualnie przekonana, że jest prawdą, choć wcale tego nie odczuwałam: „Bóg mnie kocha i jestem bezpieczna”. I gdy tylko poczułam ukłucie strachu, powtarzałam to sobie. Nie potrafię powiedzieć, ile trwało to ćwiczenie, ale rzeczywiście w którymś momencie stało się automatyczne. (…)

 

Sama masz jednak doświadczenie życia bez wiary.

Żyłam wtedy z wieloma pytaniami, które zresztą – jak opowiadałam – ostatecznie doprowadziły mnie do chrześcijaństwa. Żyłam też z wielkim poczuciem powinności, stawiałam sobie ogromne wymagania, choć czułam, że „nie wyrabiam”. Byłam perfekcjonistką i wszystko chciałam robić idealnie, wszystko przewidzieć, zaplanować, poukładać – a fakt, że mi to nie wychodziło, stanowił źródło ciągłej frustracji. Straszne to było. Bo jeśli sama jestem dla siebie punktem odniesienia, to własna porażka oznacza, że wali się cały świat.

 

Wracamy więc do tego, że gdy nie ma Boga, ja sama staję się bogiem – a to wcale nie jest fajne, bo oznacza, że muszę ciągle doskakiwać do boskiego poziomu.

Różne rzeczy mogą się wtedy dziać. Możemy na przykład zniekształcać percepcję świata, chcąc sobie udowodnić, że sprawdzamy się jako bóg. Przemieniamy te przysłowiowe winogrona na kwaśne, a cytryny na słodkie, bo nie możemy przyznać, że nie dosięgamy tego, co faktycznie słodkie. I tak dalej. Nie jest fajnie.


Polecamy książkę “Bóg dał mi kopa w górę”

WKLEJKAULAMELA

Redakcja portalu

Redakcja portalu

Zobacz inne artykuły tego autora >
Redakcja portalu
Redakcja portalu
zobacz artykuly tego autora >