video-jav.net

Colomba, baranek, Pasquetta czyli Wielkanoc we Włoszech

Nie znają rekolekcji wielkopostnych, święcenia pokarmów, palemek ani dzielenia się jajkiem. Mają jednak świątecznego baranka, ciasto Colomba w kształcie gołębicy, mnóstwo kwiatów w domach oraz wyjazdy za miasto w drugi dzień świąt. O wielkanocnych zwyczajach we Włoszech opowiada ks. Matteo Campagnaro, od kilkunastu lat na stałe mieszkający w Polsce

ks. Matteo Campagnaro
ks. Matteo
Campagnaro
zobacz artykuly tego autora >
Anna Druś
Anna
Druś
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Colomba, baranek, Pasquetta czyli Wielkanoc we Włoszech
Nie znają rekolekcji wielkopostnych, święcenia pokarmów, palemek ani dzielenia się jajkiem. Mają jednak świątecznego baranka, ciasto Colomba w kształcie gołębicy, mnóstwo kwiatów w domach oraz wyjazdy za miasto w drugi dzień świąt. O wielkanocnych zwyczajach we Włoszech opowiada ks. Matteo Campagnaro, od kilkunastu lat na stałe mieszkający w Polsce

Modlitwa nastolatków

Wielki Post

Włoscy katolicy przeżywają Wielki Post zdecydowanie bardziej prywatnie, niż Polacy. Nie ma tu publicznych wielkopostnych nabożeństw takich jak Gorzkie Żale, nie ma też organizowanych w parafiach rekolekcji. Wszyscy starają się natomiast we własnym zakresie odbyć jakieś dni skupienia lub wyruszyć w wielkopostną pielgrzymkę do jednego z licznych sanktuariów. Właśnie tam skupia się cała “oferta” rekolekcyjna dla wiernych.

 

 

Niedziela Palmowa

Z uwagi na klimat, w Niedzielę Palmową Włosi przynoszą do kościoła gałązki prawdziwych palm, zerwane albo u siebie w ogrodzie, albo zakupione. Nie znają w związku z tym polskich “palemek”, natomiast bardziej uroczyście świętują tego dnia procesje z palmami. Są one dłuższe i przechodzą ulicami miast.

 

Jajko-gigant

Również we Włoszech jajko jest jednym z symboli wielkanocnych, ale występuje tam wyłącznie w formie słodkiej, jako jajko czekoladowe. Tu ciekawostka, popularna nawet wśród polskich dzieci słodycz czyli tzw. jajka z niespodzianką wzięły się właśnie z włoskiej tradycji wielkanocnej. Są nią gigantyczne czekoladowe jajka z drobnym upominkiem w środku. Naprawdę duże, sięgające nawet do metra wysokości, pięknie opakowane czekoladowe jaja rodzice przynoszą już w połowie Wielkiego Postu, stawiając w centrum domu czy mieszkania. Można je jednak rozpakować dopiero podczas świątecznego obiadu. Do rozbicia największych sztuk używa się tam… młotka. Duże ilości czekolady, które zostają po tym prezencie, zbiera ojciec rodziny i potem wszyscy się nimi objadają przez cały okres wielkanocny.

 

Wielki Piątek – idziemy do spowiedzi

Wielki Piątek w domach włoskich katolików jest, podobnie jak w Polsce, przeżywany bardzo poważnie. Większość raczej zachowuje ścisły post albo wręcz tego dnia po prostu nie je. Podobnie zresztą jak w Wielką Sobotę, która pozostaje dniem żałoby i oczekiwania na Zmartwychwstanie. Oba te dni są za to we Włoszech czasem masowych spowiedzi. W kościołach kapłani pełnią całodzienne dyżury w konfesjonałach. Wieczorem w Wielki Piątek obowiązkowo ogląda się Drogę Krzyżową z papieżem w rzymskim Koloseum. Tego dnia także, zwłaszcza na południu kraju odbywają się uliczne Misteria Męki Pańskiej.

 

 

Dom w kwiatach, nowa sukienka

Wśród włoskich katolików dominuje przekonanie, że przygotowują się do czegoś bardzo ważnego. Stąd przekonanie, że waga tych Świąt musi być wyrażona również w wystroju zewnętrznym. Już na początku Wielkiego Postu kompletują świąteczne ubranie: panie muszą kupić sobie nową sukienkę, panowie – jeśli nie nowy garnitur, to choć nową koszulę. Coś, co założą na Wigilię Paschalną i potem świąteczny obiad musi być bardzo eleganckie, bardzo świąteczne.

Drugim elementem tego świątecznego wystroju jest dekorowanie kwiatami mieszkań. Nie robią – jak Polacy – stroików z młodego owsa, rzeżuchy czy bazi, za to… zamieniają dom w kwiaciarnię, wszędzie gdzie się da stawiając wazony z kolorowymi kwiatami. – Jestem dość zajętym księdzem, więc na co dzień w domu nie mam kwiatów, także doniczkowych. Ale jak przychodzi Wielkanoc nawet ja idę do kwiaciarni kupić sobie kwiaty. Takie przyzwyczajenie z dzieciństwa – mówi z uśmiechem ks. Matteo.  

 

Nie ma uroczystego śniadania, jest obiad

Włosi nie świętują Wielkanocy rano, tak jak Polacy, nie mają bowiem porannej procesji zwanej Rezurekcją. Drugim Centralne głoszenie światu Zmartwychwstania odbywa się – zgodnie z przepisami liturgicznymi – podczas nocnej celebracji Wigilii Paschalnej. Drugim powodem braku śniadania wielkanocnego jest generalnie brak tradycji jedzenia dużych śniadań. Je się je raczej w prywatności, na słodko, popijając szybką kawą. We Włoszech nie występują również w wielkanocnej tradycji jajka na twardo ani święcenie pokarmów. – Mieszkający we Włoszech Polacy upominają się jednak o to u księży a duszpasterze lubią i cenią ten piękny zwyczaj – mówi ks. Matteo. Brak też zwyczaju uroczystego dzielenia się jajkami lub innymi pokarmami świątecznymi. Obowiązuje za to na świątecznym obiedzie jagnięcina – nie ma przecież Wielkanocy bez Baranka. Co ciekawe, wiele baranków, trafiających we Włoszech na świąteczne stoły, pochodzi z Polski. Obowiązuje też do tego obiadu dobre białe wino.

 

 

Colomba – Baba paschalna

Na deser po paschalnym baranku Włosi jedzą specjalną babę zwaną Colomba (od włoskiego słowa colomba – “gołębica”). To drożdżowe ciasto w kształcie gołębicy lub jak kto woli franciszkańskiego krzyża. Porównywane jest czasem do bożonarodzeniowej baby pannettone, ale w przeciwieństwie do niej nie zawiera rodzynków, ma za to dużo kandyzowanej skórki pomarańczowej. Pieczone jest w specjalnej formie o kształcie gołębicy. Spożywanie colomby ma symbolizować pokój przyniesiony uczniom przez Zmartwychwstałego Chrystusa.

 

Pasquetta czyli wielkanocny poniedziałek

Włosi nie znają oczywiście śmigusa-dyngusa, ale również świętują w wielkanocny poniedziałek. Nazywa się go pasquettą czyli małą Paschą. To świętowanie nie ma jednak w ogóle charakteru oficjalnych spotkań rodzinnych i służy raczej typowemu wypoczynkowi. Obowiązkowo należy tego dnia wyjechać poza miasto na wielkanocny piknik. Wiele osób tego dnia organizuje też grilla dla znajomych. Utarło się nawet powiedzenie: “Natale con i Tuoi, Pasqua con chi vuoi” (Boże Narodzenie ze swoimi, Wielkanoc – z kim chcesz) , że Boże Narodzenie jest dla rodziny, Wielkanoc – dla przyjaciół.

 

Szukasz wartościowych treści?

Zapisz się na cotygodniowy newsletter Stacji7


 

 

ks. Matteo Campagnaro

ks. Matteo Campagnaro

Zobacz inne artykuły tego autora >
Anna Druś

Anna Druś

dziennikarka i redaktor sekcji news, w Stacji7 od marca 2018. Wcześniej pracowała w "Pulsie Biznesu", "Newsweeku" i Katolickiej Agencji Informacyjnej. Z wykształcenia teolog i dziennikarz

Zobacz inne artykuły tego autora >
ks. Matteo Campagnaro
ks. Matteo
Campagnaro
zobacz artykuly tego autora >
Anna Druś
Anna
Druś
zobacz artykuly tego autora >
STYL ŻYCIA

„Bóg jest dżentelmenem”. O spotkaniu, które zmienia życie

Boga nazywa „Dawcą wielokrotnych szans”. Grzegorz Miecznikowski kilka lat temu poznał „żywego, cudownego Baranka”, a miłości do Boga nie pokonała nawet wiadomość o chorobie nowotworowej. Ewangelizuje i głosi Boga wszędzie tam, gdzie ludzie wątpią w Jego obecność i miłość – nawet na szpitalnej sali oddziału onkologicznego.

Maria Górczyńska
Maria
Górczyńska
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

„Bóg jest dżentelmenem”. O spotkaniu, które zmienia życie
Boga nazywa „Dawcą wielokrotnych szans”. Grzegorz Miecznikowski kilka lat temu poznał „żywego, cudownego Baranka”, a miłości do Boga nie pokonała nawet wiadomość o chorobie nowotworowej. Ewangelizuje i głosi Boga wszędzie tam, gdzie ludzie wątpią w Jego obecność i miłość – nawet na szpitalnej sali oddziału onkologicznego.

— Może tak być, że ten guz nie zniknie?
— Może tak być.
— A może tak być, że zniknie, a potem znowu się pojawi?
— Może tak być.
— To chyba muszę o tym porozmawiać z Ojcem.
— A co ma ojciec do tego?
— Jest Wszechmogący.
— A tak, tak, z tym Ojcem trzeba rozmawiać.

Tym dialogiem Grzegorz wspomina jedną z pierwszych chemioterapii na oddziale onkologicznym. I jednocześnie nie ma wątpliwości, że Bóg wszystko może wyprowadzić na dobrą drogę. Choć kilka miesięcy temu lekarze wykryli u niego chorobę nowotworową, on leczenie onkologiczne traktuje jak błogosławieństwo i niesamowitą, choć momentami trudną przygodę. Ale jak podkreśla – nie zawsze miał zaufanie do Boga. Przyznaje wprost, że kiedyś Boga nienawidził, a Kościół nazywał opium dla mas: „Wychowałem się w tradycyjnym domu katolickim. Co niedzielę chodziłem z rodziną na Mszę, ale nie widziałem, żeby ktokolwiek z nich żył żywą wiarą. Gdy miałem 14 lat zafascynowałem się muzyką metalową. Potrzebowałem coraz mocniejszych dźwięków, od heavy metalu po death metal. W ich piosenkach pojawiają się antychrześcijańskie zwroty. Zacząłem jeździć na koncerty, coraz bardziej wsiąkałem w to środowisko. W tym czasie sporo też piłem, próbowałem narkotyków, ale przede wszystkim nienawidziłem Boga i Kościoła. Uważałem, że każdy ksiądz to pedofil i kłamca.”

Grzegorz nosił bluzy z krzyżami odwróconymi do góry nogami, pentagramami, był pod wrażeniem satanistycznych zespołów. Czytał pisma antyklerykalne, wchodził na czaty katolickie i obrażał ludzi. Gdy było mu źle, sięgał po pornografię oraz jeszcze bardziej zagłębiał się w muzykę. To ona stała się dla niego bogiem. Był nią tak odurzony, że kiedyś uległ wypadkowi. „Któregoś dnia słuchałem płyty zespołu metalowego, tak żyłem tymi kawałkami, byłem wręcz od nich uzależniony, że gdy wyszedłem z domu, nie zauważyłem kiedy znalazłem się na ulicy i wtedy potrącił mnie samochód. Byłem poturbowany, moi rodzice wybiegli w strachu z podwórka, a ja byłem tak zbuntowany, że usiadłem na chodniku i pomyślałem: Starzy biegną, ale wiocha.”

 

Nawrócenie

Kilka lat później siostra cioteczna Grzegorza pożyczyła mu płytę chrześcijańskiego zespołu 2 TM 2,3. Postanowił ją włączyć. „Gdy słuchałem tych tekstów, zastanawiałem się, dlaczego gdy wykonawcy śpiewają o Jezusie i miłości, to było we mnie tyle nienawiści, skoro uważałem, że Boga nie ma. Na jakiś czas „odstawiłem” te piosenki, ale myślę, że w głębi serca Go szukałem. A może to On mnie szukał…?”

Jak wspomina, utwory „chrześcijańskiej kapeli” nie dawały mu spokoju. Któregoś wieczoru znów odtworzył piosenki 2 TM 2,3. „Padłem na kolana, zacząłem płakać i spontanicznie mówić „Ojcze Nasz” – poczułem, jak dotknęła mnie niesamowita Miłość. Trudno mi to opisać, to było jak spotkanie z Kimś nieprawdopodobnym. Leżałem i płakałem. Przyszedł do mnie Duch Święty. To było niezwykle namacalne przeżycie, odczuwałem Jego dobroć. W jednej chwili poczułem, jak On mnie ukochał i jest największą, najcudowniejszą, najwspanialszą Miłością. Żadna pornografia, narkotyki, koncerty i wszystko to, czego smakowałem w tamtym czasie, nie równało się z tym spotkaniem. Wypełniała mnie radość i wewnętrzny spokój. Drugiego dnia było tak samo. Wszedłem na czat katolicki, na którym wcześniej obrażałem ludzi i napisałem: Hej, hej, chyba przeżyłem coś niesamowitego.”

 

fot. Archiwum Grzegorza Miecznikowskiego

 

Życie albo śmierć

Dotarło do mnie, że mimo zła, którego dokonywałem, raniąc i oszukując moich bliskich oraz innych ludzi, On się na mnie nie gniewa i co więcej – jest dawcą wielokrotnych szans.

Spotkanie z żywym Bogiem zmieniło Grzegorza, ale po trzech latach znowu zaczął upadać. Do dawnych problemów doszedł hazard, w którym utopił mnóstwo pieniędzy. „Było mi wtedy bardzo trudno, do tego wszystkiego dochodził alkohol, pornografia i tak w kółko. Poznałem pięknego Boga i chciałem do Niego wrócić, więc chodziłem do spowiedzi, ale grzech był silniejszy. Wpadłem w kompulsywny nałóg, z którego nie potrafiłem się wyswobodzić. Czasami, jak szedłem grać, na automatach spędzałem dwa dni. Czułem wielki żal, ale nie wiedziałem, jak wrócić do Baranka…”

Grzegorz się nie poddał. Jeździł na rekolekcje – jedne, drugie, które przemieniały jego serce i pomagały wyjść z nałogów. Znalazł się też na kursie biblijnym organizowanym przez Apostolski Ruch Wiary i na chrześcijańskim obozie Fundacji 24/7. Wiedział, że albo zawalczy o siebie z pomocą Bożą, albo diabeł go pokona. „Dotarło do mnie, że mimo zła, którego dokonywałem, raniąc i oszukując moich bliskich oraz innych ludzi, On się na mnie nie gniewa i co więcej – jest Dawcą wielokrotnych szans. Zacząłem Go uwielbiać, rozpalać się, to było coś niesamowitego.”

 

Bóg jest dżentelmenem

Od tego czasu Duch Święty rozbudził w nim pasję do ewangelizacji. Grzegorz wielokrotnie wychodzi na ulicę, aby głosić miłość Jezusa bezdomnym, zagubionym oraz tym wszystkim, którzy czują się niekochani i odrzuceni. „Kiedy poznałem Boga i nauczyłem się uwielbiać Go, czytać Słowo Boże, to nasiąkam Jego miłością i mam co dać innym. On jest tak żywy, dobry, czuły. Giniemy, gdy nie mamy osobistej relacji z cudownym Barankiem.”

„Wiele osób nie spotkało się z żywym Bogiem, nie zaprosiło Go prawdziwie do swojego życia. Często od Niego oddziela nas grzech. Pan jest dżentelmenem i nie wejdzie do serca człowieka, jeśli on nie chce Go przyjąć. Jeśli chcemy zawalczyć o relację z Nim, to najważniejsze, byśmy trwali w dziękczynieniu niezależnie od okoliczności.”

 

Wyprowadzić dobro ze zła

Kiedy Grzegorz dowiedział się, że ma nowotwór, chłoniaka grudkowego, ani przez chwilę nie zwątpił w dobroć Ojca. Jest całkowicie spokojny o swoją przyszłość. „Jestem pewien, że od Boga nie pochodzą żadne choroby. Jednak tylko On potrafi wyprowadzić dobro ze zła, którego dla nas nie chciał. Dlatego postanowiłem, że na onkologii będę modlił się za ludzi o uzdrowienie, a także głosił Baranka wtedy, gdy jestem najbardziej słaby. Paradoksem jest, że czasami nie mogę wychodzić na ulicę i głosić, ponieważ mam osłabiony organizm, ale Tata-Bóg otworzył mi drzwi do telewizji i różnych mediów internetowych, aby tam opowiadać o tym, jakich cudów dokonał w mojej codzienności i jak zaskakujące rzeczy czyni w życiu osób, które poznałem.”

Grzegorz wspomina, jak w szpitalnej restauracji modlił się za dziewczynę, która miała aż 15 kg wody w nogach. Lekarze powiedzieli jej, że obrzęki w ogóle mogą nie zniknąć albo co najwyżej jeden kilogram w ciągu doby. Po modlitwie opuchlizna zeszła w niecałe cztery dni. Lekarz pytał z niedowierzaniem: „Jest pani pewna, że wcześniej waga wskazywała tyle kilogramów? A może popsuła się? To niemożliwe”.

 

On zawsze ci kibicuje

Grzegorz nie ma wątpliwości, że miłość Boga jest całkowicie bezinteresowna i dla każdego. „Chciałbym ci powiedzieć, że bez względu na trudności, jakie przeżywasz, bez względu na choroby, upadki, to jest Ktoś, kto cię bardzo kocha, nigdy nie potępia i chce cię w tych słabościach podnieść i umocnić. On jest Ojcem, który zawsze kibicuje swoim dzieciom. Razem z Tatą możesz zmienić rzeczywistość tego świata.”

 


Nakładem wydawnictwa Bratni Zew, ukazała się książka o Manuelu – niezwykłym 10-latku, który przeżył spotkanie z Jezusem w trakcie swojej choroby nowotworowej.

„Najpiękniejsza w naszej przyjaźni jest chwila, kiedy go jem. To tak jakby do mojego wnętrza wpadła bomba łaski i błogosławieństwa, która sprawia, że czuję się lepiej i jestem bezpieczny, bo On kocha mnie o wiele bardziej niż ja jestem w stanie kochać Jego” – mówił Manuel. Odszedł do Domu Ojca w 2010 r. 

Kup książkę w Dobroci.pl – sklepie Stacji7

Szukasz wartościowych treści?

Zapisz się na cotygodniowy newsletter Stacji7


 

 

Maria Górczyńska

Maria Górczyńska

Zobacz inne artykuły tego autora >
Maria Górczyńska
Maria
Górczyńska
zobacz artykuly tego autora >
Share via