Źródło: obraz wygenerowany przez AI (DALL·E, OpenAI)
Blue Monday, czyli niebezpieczna zabawa poważnym tematem
Czy naprawdę potrzebujemy „najbardziej depresyjnego poniedziałku w roku”, by mówić o chorobie, która nie ma nic wspólnego z kalendarzem? Blue Monday to chwytliwy mit, który udaje poważną diagnozę. A gdy wszystko nazywamy depresją, przestajemy widzieć, czym ona jest.
I znów ten poniedziałek…
Podobno trzeci poniedziałek stycznia to „najbardziej depresyjny dzień w roku”.
Podobno powinniśmy chodzić przygnębieni, smutni i najlepiej od razu kupić sobie coś nowego, bo przecież promocje z okazji Blue Monday krzyczą z każdej strony. Tylko… czy to w ogóle ma sens?
Weronika Kostrzewa – dziennikarka i autorka książki Zniknąć bez słowa. Kiedy śmierć wydaje się ratunkiem – mówi wprost: „Blue Monday ma tyle wspólnego z depresją, co ból nogi po uderzeniu z rakiem kości.” I właściwie po takim wstępie można by zakończyć ten tekst. Ale warto przyjrzeć się temu bliżej, bo wbrew pozorom chodzi o coś więcej, niż tylko śmieszny (lub nie) pseudonaukowy koncept.
Blue Monday to zjawisko bardziej ruchome, niż jakikolwiek długi weekend. Cliff Arnall wyliczył to nawet matematycznie: krótkie dni + zimno + brak realizacji postanowień + spłat kredytowych = Blue Monday w pełnej krasie. Tylko że to nie „depresja”, a marketingowa konstrukcja, która po prostu dobrze się klika. Weronika Kostrzewa słusznie zauważa: „Zaryzykowałabym jednak określenie, że jest on infantylizacją choroby, która wymaga poważnego traktowania.” I tu zaczyna się sedno sprawy.
Zobacz >>> Jak powstrzymać rosnącą liczbę prób samobójczych wśród młodzieży?
Zmęczenie? Tak. Depresja? Niekoniecznie.
Prawdą jest, że w styczniu wielu z nas jedzie na resztkach baterii. Świąteczny blask powoli wygasa, najbliższy długi weekend dopiero na Wielkanoc, a słońca tej zimy mamy tyle, co na lekarstwo. „Tęsknimy za długim dniem, ciepłem i rzeczywiście po tym jak opadła świąteczna atmosfera, często funkcjonujemy na oparach baterii. Tyle, że to z depresją nie ma nic wspólnego.” – uważa Weronika Kostrzewa. Czasem jesteśmy po prostu zmęczeni. Potrzebujemy snu, kawy, spaceru, oddechu… Ale nie jest to depresja. A przynajmniej nie zawsze.
Przeczytaj również
Marketing kocha Blue Monday
Problem zaczyna się wtedy, gdy nazywamy wszystko „depresją”. Zwykłą chandrę, zły humor, brak energii, leniwe poniedziałki. W efekcie tracimy z oczu to, czym depresja naprawdę jest. Weronika Kostrzewa ostrzega przed taką banalizacją sprawy: „Depresja jest chorobą. Nieleczona prowadzi do śmierci. A że potrafi być niezauważona, bagatelizowana czy mylona z lenistwem, zbiera ogromne żniwo.” Mocne? Tak. Potrzebne? Jeszcze bardziej. Bo jeśli wmawiamy sobie, że jeden poniedziałek może w magiczny sposób „wywołać depresję”, to przestajemy rozpoznawać prawdziwe symptomy. A to już nie jest kwestia nastroju – to kwestia życia.
Przeczytaj też >>> Jak rozmawiać o depresji i reagować, zanim ktoś zniknie bez słowa?
„Jeśli w trzeci poniedziałek stycznia całe społeczeństwo cierpi na depresję…
…ale już za kilka dni rozjeździ ją na nartach czy opali w słońcu ciepłych krajów, to przestajemy tę chorobę traktować poważnie.” Depresji nie leczy się wyjazdem, nie mija po all inclusive ani po weekendzie w górach. A jeśli ktoś naprawdę cierpi – wcale nie czeka specjalnie na trzeci poniedziałek stycznia. Choroba nie pojawia się w kalendarzu, tylko w człowieku.
W książce Zniknąć bez słowa. Kiedy śmierć wydaje się ratunkiem Weronika Kostrzewa wraz z suicydologiem, księdzem Tomaszem Trzaską, poruszają temat osób, które zmagają się z myślami samobójczymi i pokazują, jak często społeczeństwo próbuje zasłonić poważne problemy frazesami. W czasie jednej z dyskusji wokół książki, wśród osób, które chwilę wcześniej słuchały, jak ksiądz Trzaska podkreślał powagę tego problemu, pojawiły się sugestie: „może za mało mówimy ludziom, że życie jest piękne…” oraz że „kiedyś radość dawały zakupy za żelazną kurtyną, a teraz nic już nie cieszy.” Powstaje pytanie: Czy można wyobrazić sobie większe niezrozumienie czym jest depresja i to w czasie dyskusji o niej? Depresja potrafi osaczyć człowieka na plaży, na stoku, w pełnym świetle dnia. Człowieka, który ma rodzinę, pieniądze i pozornie „wszystko”. To nie wynalazek Zachodu ani efekt złej pogody. To choroba.
Sprawdź tutaj >>> Strona „Zniknąć bez słowa” – wirtualny przewodnik po wsparciu w kryzysie
Blue Monday ma sens, ale tylko wtedy, gdy zmienimy jego narrację
To co w takim razie robić – dziś i nie tylko?
1. Mówić precyzyjnie – nie stawiać znaku równości między chandra = depresja. Nie mówić „masz gorszy dzień? to depresja!” Bo słowa jak i czyny kształtują sposób myślenia.
2. Uczyć się słuchać – nie wygłaszać złotych rad, nie banalizować, nie porównywać. Czasem wystarczy: Jestem tu. Chcesz pogadać?
3. Reagować, gdy trzeba – jeśli ktoś nie ma siły, by żyć, to nie jest żart. Wtedy ważna jest pomoc – specjalisty, lekarza, bliskich.
Zobacz >>> Jak nieść światło w mroku? Kapłani wobec kryzysu samobójczego
Blue Monday to mit. Depresja – nie.
Możemy śmiać się z pseudonaukowych wzorów i memów o dniu pełnym smutku. Ale nie możemy śmiać się z depresji. Możemy narzekać na zimę, brak słońca i poniedziałkową niechęć wstania z łóżka i pójścia do pracy. Ale nie możemy wrzucać tych odczuć do jednego worka z chorobą, która każdego roku zabiera nam ludzi – czasem bliskich, czasem obcych, ale zawsze realnych.
„Blue Monday ma sens tylko wtedy, gdy stanie się okazją, by edukować, informować i uzmysławiać, czym depresja jest.” Nie jako pretekst do promocji, nie jako zabawny mem, ale jako przypomnienie, że depresja:
- nie jest naszym dzisiejszym humorem,
- nie mija w 24 godziny,
- nie zależy od kalendarza,
- i nie wybiera tylko tych, którym „źle się żyje”.
I tu pojawia się jedna, krótka puenta: „Wśród nas są dziś tacy, którzy naprawdę czują, że nie mają siły wstać z łóżka. Im jednak nie dolega Blue Monday.” Bo Blue Monday jest tylko datą, a depresja jest dramatem. Nie mylmy jednego z drugim.
<<< KUP KSIĄŻKĘ TUTAJ >>>

ud/Stacja7










