Zajęcia dodatkowe. Spełnienie ambicji rodziców czy realny rozwój dziecka?

Jak refren powraca też temat, który mocno dzieli rodziców - zajęcia dodatkowe. Jak w tym nadmiarze ofert dobrze i mądrze wybrać? Czy dwulatek chodzący na angielski, SI i basen to rodzicielskie „must have” czy już gruba przesada?

Anna Koźlik
Anna
Koźlik
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Anna Koźlik: Czy zajęcia dodatkowe są potrzebne naszym dzieciom? Kiedyś dzieci grały w piłkę z ojcami i kolegami na placach zabaw, dziś chodzą na treningi. To rzeczywiście realna dziecięca potrzeba?

Maria Turek, terapeutka: Myślę, że może być różnie. Zachęcałabym do tego, by ustalić z dzieckiem to, czego potrzebuje, czego by chciało, a nie opierać się na tym, co rodzic ma w głowie. Faktycznie, obecnie jest cała gama różnych możliwości zajęć, wiele atrakcyjnych propozycji. Na pewno niebezpieczną sytuacją jest, gdy te zajęcia dodatkowe są rekompensowaniem niespełnionych ambicji lub marzeń rodziców z ich własnego dzieciństwa. Myślę, że nie ma jednej odpowiedzi, natomiast ważne jest, by zadawać sobie i dziecku za każdym razem pytanie: „Czy MOJE dziecko tego potrzebuje?”.

 

Od jakiego wieku można wprowadzać zajęcia dodatkowe? Często słyszy się opinie, że im wcześniej, tym lepiej. Istnieje jakaś dolna granica zajęć dodatkowych?

Zajęcia dodatkowe mogą mieć inną funkcję dla dzieci trzyletnich, które cały czas spędzają z mamą, a inną dla dzieci w wieku szkolnym. Myślę, że przy rozszerzaniu kręgów kontaktów i relacji ważne jest, żeby dziecko miało zawsze tzw. „bezpieczną bazę”, czyli bliskość mamy. Każde dziecko indywidualnie sprawdza na ile może i potrzebuje odejść, zaangażować się emocjonalnie, społecznie, czy nawet oddalić się fizycznie. Można próbować wyjść z dzieckiem do klubu malucha, aby doświadczyło czegoś nowego w kontaktach społecznych, zapewniając mu jednak bezpieczny kontakt z najbliższą osobą i możliwość wycofania się w ramiona rodzica w razie potrzeby. Ważne, żeby próbując różnych rzeczy obserwować reakcje oraz potrzeby dziecka. Natomiast kiedy mamy starsze dziecko i ono większość dnia spędza w szkole, tam jest stymulowane do rozwoju, to pojawia się pytanie, jaką rolą mają tu zajęcia dodatkowe? Czy faktycznie widząc niezwykły talent dziecka chcę, żeby się rozwijało? No i czy na tym etapie ono też tego chce?

 

Co kiedy zauważam u mojego dziecka talent, ale dziecko nie chce go rozwijać?

To trudne pytanie, sama się z nim zmagałam i nadal zmagam. Mam poczucie, że każda sytuacja, w której aktywność dodatkowa jest wymuszana, sprawia, że propozycja zajęć traci na wartości, nawet jeśli byłaby w kręgu zainteresowań dziecka. Moje doświadczenie pokazuje, że jest to ciągła lekcja pokory dla mnie, jako rodzica, żeby nie mieć poczucia, że jednak to ja wiem najlepiej i że w moich rękach spoczywa zaprojektowanie przyszłości dziecka. Ważna jest tu równowaga między troską rodzica o dobry rozwój dziecka, a stopniowym oddawaniem, powierzaniem dziecku odpowiedzialności za jego życie. Przy małych dzieciach jest to bardzo trudne. To, co się sprawdza, to uważność na dziecko. Mogę proponować, zachęcać, mogę umówić się na próbę z dzieckiem, ale ze świadomością, że ważna jest tu jego zgoda. Jeśli miałoby to być na siłę, to mam poczucie, że mijałoby się z celem.

 

Na co warto zwrócić uwagę w pierwszej kolejności przy doborze zajęć dodatkowych?

Ważne, aby pamiętać, że nasze dziecko to naprawdę osobny człowiek i na każdym etapie ma prawo do swoich decyzji. Z drugiej strony rodzic może się zmierzyć ze słomianym zapałem dzieci, które po jakimś czasie chcą zmieniać, rezygnują, maja kolejne pomysły. Dla mnie osobiście było to jakimś rodzajem rozczarowania, że te decyzje dziecka, ustalenia nie są długofalowe. Pojawiały się wtedy obawy: „Może teraz to moja rola, zadanie, żeby tej systematyczności dopilnować”. Ale dzieciństwo to jest właśnie ten czas sprawdzania i testowania przez dziecko swoich zainteresowań, więc trudno oczekiwać stałości i ostatecznych wyborów. To dylematy, na które nie ma jednoznacznej odpowiedzi.

Zachęcam do uważności w relacji z dzieckiem, do takiego kontaktu, który zakłada, że to dziecko ma najwięcej wiedzy o sobie i niekoniecznie to ja, rodzic, jestem odpowiedzialny za „zaprogramowanie” rozwoju. Ja mogę dawać, zachęcać, pokazywać i urozmaicać, mogę umówić się na jakąś terminowość, ale siebie uczę powierzania odpowiedzialności, a dziecko przyjmowania jej.

 

A może chętnie oddajemy dzieci na zajęcia dodatkowe, bo sami jako dzieci ich nie mieliśmy? Może mam wtedy wyobrażenie o spełnianiu dobrze roli matki, mogę się porównać z innymi rodzicami? A może nie lubię mojego dziecka i nie chcę czy nie umiem z nim spędzać czasu?

Pojawia się tu jeszcze jeden aspekt – potrzeba bycia dumnym ze swojego dziecka i realizowanie tego poprzez odniesienia do innych, czyli porównywanie. To też ciekawy temat w kontekście wybierania i zapewniania dzieciom zajęć dodatkowych. Ważnym zadaniem rodzica jest znalezienie równowagi między potrzebami swoimi i dziecka. Czasem warto po prostu uświadomić sobie, że ja jako rodzic jestem wystarczający i moje dziecko też jest wystarczające. Nie musimy się porównywać do innych, nie musimy żyć jak inni, nie musimy udowadniać nic innym. Warto zadawać sobie pytanie: „Komu zajęcia dodatkowe są potrzebne i po co?”. Może się okazać, że są potrzebne rodzicowi, bo ma wtedy poczucie, że jestem dobrym rodzicem, zaspakaja potrzeby, daje dziecku to, co najlepsze, a dziecko staje się powodem do dumy, bo jest w czymś coraz lepsze. A może jest tak, że to faktycznie młody człowiek tego potrzebuje, bo ma jakiś rodzaj talentu i głodu działania, czy ogromną potrzebę aktywności. Warto wtedy tę energię skierować w jakieś dodatkowe zajęcia, aktywności. Jeśli rodzice działają z automatu, „bo tak się robi, bo inni rodzice, bo ja nie miałem”, to starty zarówno po stronie dziecka jak i rodzica mogą być dużo większe niż zyski. Jeśli natomiast rodzice będą poddawać wspólnej refleksji z dzieckiem również na temat zajęć dodatkowych, wtedy każde pytanie uwrażliwia nas na kontakt z dzieckiem i buduje relację, bo jestem ciekawy, co dziecko myśli, jak ono postrzega dany temat, ale też mogę dzielić się swoimi myślami.

 


Maria Turek – terapeutka, trenerka warsztatów i grup wsparcia w Ośrodku Psychoterapii i Wsparcia dla Rodzin PLASTER MIODU, żona i mama trójki dzieci (17, 15 i 7 lat). Stwarza uczestnikom przestrzeń na spotkanie z sobą samym i z innymi.


 

Anna Koźlik

Anna Koźlik

Mgr teologii, doradca rodzinny, nauczyciel Instytutu Naturalnego Planowania Rodziny, założycielka strony Płodna.pl. Lubi mówić i pisać o małżeństwie, seksualności i teologii ciała.

Zobacz inne artykuły tego autora >

Reklama

Szukasz wartościowych treści?

Zapisz się na cotygodniowy newsletter Stacji7


Reklama

 

 


Reklama

Anna Koźlik
Anna
Koźlik
zobacz artykuly tego autora >

Fundraising w Kościele. Dobro można tworzyć nawet z budżetem „zero złotych”

- Kto widzi dobro, które chce zrealizować, lubi ludzi i chce robić coś dobrego razem z innymi, a nie tylko samemu, to powinien sprawdzić czym jest fundraising - mówi Anna Anioł, autorka książki „Fundraising dla ludzi Kościoła”. W rozmowie z Alicją Samolewicz-Jeglicką opowiada między innymi o tym, jak zebrać pieniądze kiedy nasz budżet na działania wynosi „zero złotych”.

Alicja Samolewicz-Jeglicka
Alicja
Samolewicz-Jeglicka
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Alicja Samolewicz-Jeglicka: Jak czynić dobro?

Anna Anioł: Sobą oraz tym, co mamy. Możemy to robić we wspólnocie, dzięki temu jesteśmy silniejsi i możemy robić więcej. To otwiera również możliwość dotarcia jeszcze dalej: tam, gdzie ludzie na to czekają, albo tam, gdzie nawet nie wiedzą, że na to czekają . Możemy doświadczać dobroczynności i hojności. To właśnie we wspólnocie siła i ogromny potencjał.

 

A kim jest dobroczyńca?

To ktoś, kto ma odwagę nie myśleć tylko o sobie i chce dzielić się z ludźmi tym, co ma. To osoba, która widzi wartość w tym, ze można tworzyć coś wspólnie, dla drugiego człowieka albo jakiejś zmiany. To również każdy, kto lubi i kocha innych ludzi i świat. Troszczy się o to, by było lepiej niż jest. A także może wpłynąć na świat, w którym żyje.

 

Na początku warto w sobie przepracować nastawienie: że zbieramy pieniądze na inicjatywy i cele, które mają służyć komuś innemu, nie zbieramy tego dla siebie. Ja nie jestem odbiorcą tylko pośrednikiem, w taki sposób pomagam.

Proszenie innych o pieniądze jest trudne. Jak się do tego odpowiednio przygotować?

To zawsze jest trudne, a szczególnie na początku. Na początku warto w sobie przepracować nastawienie: że zbieramy pieniądze na inicjatywy i cele, które mają służyć komuś innemu, nie zbieramy tego dla siebie. Ja nie jestem odbiorcą tylko pośrednikiem, w taki sposób pomagam.

A pieniądz jest narzędziem do tego, by łączyć i drogą do tego, by coś się zmieniło. Proszenie o pieniądze jest trudne, bo wielu z nas ma stereotypy sposobu myślenia o pieniądzach. Że szlachetni to biedni, a bogaci musieli ukraść pierwszy milion. Trzeba wyraźnie powiedzieć: pieniądz jest tylko narzędziem, tylko. Przepracowanie swojego stosunku do pieniędzy jest bardzo pomocne w późniejszym ich zbieraniu. Co ważne – sam proces zbierania pieniędzy uwalnia od różnych mitów, które mamy w swoich głowach.

 

Co sprawiło, że postanowiła Pani napisać książkę „Fundraising dla ludzi Kościoła”?

Życie. Jestem po formacji w Ruchu Światło-Życie, mój wspólnik jest w Domowym Kościele. Z życiem wiarą, blisko Kościoła jestem związana od dzieciństwa. Oboje zauważyliśmy, że wiele organizacji ma profesjonalnych doradców, których brakuje w organizacjach około-kościelnych.

Cały czas pokutuje u nas takie „żebracze myślenie”. Muszę się uniżyć, by ktoś mi dał pieniądze. A to nie o to chodzi. To nie żebranie i poniżanie się, tylko inspirowanie innych do robienia czegoś dobrego.

Cały czas pokutuje u nas takie „żebracze myślenie”. Muszę się uniżyć, by ktoś mi dał pieniądze. A to nie o to chodzi. Ja i osoba, która może te pieniądze przekazać na jakiś cel – jesteśmy partnerami i to jest nasza wspólna sprawa. To nie żebranie i poniżanie się, tylko inspirowanie innych do robienia czegoś dobrego.

Zobaczyliśmy, że jest taka potrzeba we wspólnotach. Co ciekawe – nie dotyczy to tylko wielkich akcji jak remont czy budowa jakiegoś obiektu, ale i mniejszych – jak zakup busa do rozwożenia pomocy ludziom z wiejskiej parafii czy nagłośnienie w kościele. Stwierdziliśmy, że chcemy się podzielić wiedzą, którą mamy i którą już sprawdziliśmy w różnych zbiórkach, organizacjach pozarządowych czy zgromadzeniach. Chcemy, by ludzie ze środowiska kościelnego też umieli z tego korzystać. Stąd pomysł na książkę.

 

Fundraising dopiero raczkuje w Polsce?

Faktycznie, jest jeszcze mało popularny. To etyczne zbieranie pieniędzy na dobre cele. Na szczęście pojawia się coraz szerzej w różnych środowiskach. Cieszę się, że też wchodzi w środowisko związane z Kościołem.

 

Od czego zacząć zbiórkę pieniędzy i jakie narzędzia do tego wykorzystać?

Warto zacząć od przemyślenia celu, konkretnych potrzeb i tego, co chcemy zrealizować. Określić problem jaki istnieje i jak chcemy go zrealizować. Co ważne – pokazać człowieka w tej zbiórce. Myślenie o człowieku i darczyńcach jako współuczestnikach tej akcji jest bardzo ważne.

Warto sprawdzić jakie mamy narzędzia do wykorzystania w „budżecie zero złotych”. A – co może zaskoczyć – może być tego sporo: wszystkie dotychczasowe kontakty, darczyńcy, znajomi, rodzina, media społecznościowe dające olbrzymią siłę. Ważne, by dotrzeć do jak największego grona odbiorców.

 

Zanim poprosimy o pieniądze musimy się jak najbardziej otworzyć na ludzi. Opowiadać szerzej o konkretnej zbiórce. Ludzie zaczynają sobie w pewnym momencie wyobrażać świat w którym mogą uczestniczyć.

Trudno namawiać ludzi, by wpłacali pieniądze na konkretne zbiórki?

Staram się nie myśleć w kategoriach „przekonywania” a jednak „zapraszania”. Prowadzenie zbiórki jest okazją do zrobienia czegoś dobrego przez inną osobę. Opowiadam potencjalnemu darczyńcy na przykład o budowie. Podkreślam kto w tym miejscu zamieszka, jakie będą tam osoby i jakie są ich historie. Nie proszę darczyńcy o pieniądze, ja go zapraszam do świata, którego jeszcze nie zna. On poznaje ten świat i decyduje czy chce przeznaczyć swoje pieniądze, by komuś pomóc. Staram się wychodzić poza myślenie „jak przekonać” na „jak zaprosić”.

Zanim poprosimy o pieniądze musimy się jak najbardziej otworzyć na ludzi. Opowiadać szerzej o konkretnej zbiórce. Ludzie zaczynają sobie w pewnym momencie wyobrażać świat w którym mogą uczestniczyć. Nie jest tu mowa o manipulowaniu, opowiadamy o rzeczywistości, która się dzieje. A ludzie się angażują, bo są ją sobie w stanie wyobrazić i poczuć. Wytwarza się energia, z którą chcą coś zrobić. I wtedy możemy ich zaprosić do zaangażowania się finansowego. To darczyńca decyduje czy chce się w to angażować czy nie

 

Czy myślenie o zbiórkach pieniędzy w Kościele zmieniło się na przestrzeni ostatnich lat?

Myślę, że tak. Świadczą o tym nawet takie nowinki technologicznej jak ofiaromaty czy terminale płatnicze podczas różnych kwest. Trzeba wyjść z myślenia, że jak coś jest w biznesie – to my, ludzie Kościoła, tego nie możemy, bo to jest brudne i złe. Musimy pamiętać, że pieniądz jest tylko narzędziem. Pytanie jest o cel, misje i pomaganie. To nam definiuje co jest dobre czy złe.

Zdecydowanie widać zmianę. Coraz częściej ludzie zaczynają myśleć o tym, by przeprowadzić na coś zbiórkę: pielgrzymkę, sprzęt dla scholi… i zaczynają angażować ludzi i widzieć wspólny potencjał.

 

Jeśli mówimy o zbiórkach pieniędzy to koniecznie trzeba powiedzieć o etyce…

To jest bardzo ważny wymiar tej pracy i działalności. Pracujemy z pieniędzmi i to nie naszymi. Musimy pamiętać, że te pieniądze nigdy nie są moje jako fundraisinga tylko darczyńcy. To on decyduje tymi pieniędzmi i jeśli chce zwrotu darowizny, to ja mam obowiązek to spełnić. A takie sytuacje się czasami zdarzają.

Dlatego tak ważne są etyka, przejrzystość, dokładne informowanie na jaki cel zbieramy pieniądze, sprawozdawczość. To są rzeczy, które się darczyńcy po prostu należą. Uczciwość i szacunek. Poprzeczki etyczne stawiam sobie bardzo wysoko i to samo doradzam organizacjom.

 

Kto pierwszy powinien sięgnąć po Pani książkę?

Osoby, które dostały jakieś dzieło i nie wiedzą co dalej robić, by je zrealizować. Dotyczy to i dużych i małych sytuacji: od prowadzenia domów pomocy, przez remonty, po wydanie płyty parafialnej scholi.

Kto widzi dobro, które chce zrealizować, lubi ludzi i chce robić coś dobrego razem z innymi, a nie tylko samemu, to powinien sięgnąć po tą książkę i sprawdzić czym jest fundraising.

 


Anna Anioł – Fundraiser i współzałożycielka agencji fundraisingowej Armiger. Uczy organizacje pozarządowe i zgromadzenia zakonne budowania relacji z Darczyńcami. Od 2018 roku razem ze Szczepanem Kasińskim pomogła im zebrać 10 000 000 zł.


 

Fundraising dla ludzi Kościoła
Anna Anioł

Z książką pokonasz strach przed proszeniem o wpłaty i nabierzesz odwagi w opowiadaniu poruszających historii. Przeczytasz opisy zbiórek prowadzonych przez ludzi Kościoła – zakonników, duchownych i świeckich. Krok po kroku poznasz proces planowania i wprowadzania narzędzi do zbierania pieniędzy. 

 

KUP KSIĄŻKĘ>>>

Alicja Samolewicz-Jeglicka

Alicja Samolewicz-Jeglicka

Dziennikarz ZWWZ – z Zawodu, Wyboru, Wykształcenia i Zamiłowania. Udowadnia, że jest możliwe wstawać o świcie z uśmiechem co dnia i łączyć pracę z pasją. Przez ponad 10 lat w Radiu Plus w Gdańsku. Obecnie w Radiu Gdańsk. Wieloletni korespondent Katolickiej Agencji Informacyjnej. Prowadzi warsztaty dla młodzieży i studentów z zakresu dziennikarstwa radiowego. Publikuje w prasie i internecie.

Zobacz inne artykuły tego autora >

Reklama

Szukasz wartościowych treści?

Zapisz się na cotygodniowy newsletter Stacji7


Reklama

 

 


Reklama

Alicja Samolewicz-Jeglicka
Alicja
Samolewicz-Jeglicka
zobacz artykuly tego autora >
Copy link
Powered by Social Snap