video-jav.net
ROZMOWY

W pogoni za marzeniami

Dziewczyna, która rozmawiała z papieżem opowiada, jak dodawać sobie skrzydeł, jak poderwać do życia, co robić, żeby nam się chciało i co ciekawość życia i ludzi robi z człowiekiem...

Dorota Meriem Abdelmoula
Dorota Meriem
Abdelmoula
zobacz artykuly tego autora >
Justyna Sobocka
Justyna
Sobocka
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Z Dorotą Abdelmoulą, dziennikarką Katolickiej Agencji Informacyjnej, a wcześniej rzecznikiem prasowym Światowych Dni Młodzieży w Krakowie, rozmawiała Justyna Sobocka.


Jakiś czas temu napisałaś na FB post: “Szukam Wariata, który jutro wieczorem spakuje plecak, weźmie namiot (a drugi mi pożyczy) i pojedzie ze mną do Mogielnicy, dogonić warszawską pielgrzymkę, przynajmniej na kilka dni!” Znalazłaś?

Tak, zgłosiło się kilkanaście osób, choć moja prośba rzeczywiście była z gatunku “zwariowanych”. Pokazuje to, że wielu młodych ludzi jest gotowych odpowiadać na prośby. Ostatecznie jednak na pielgrzymkę nie dotarłam, bo miałam sporo obowiązków w pracy i zostałam w redakcji.

Często jest tak, że fizycznie nie mogę uczestniczyć w ważnych wydarzeniach, ale mam poczucie, że to, co robię, pozwala mi brać w nich udział w nietypowy sposób. Spotykam się z ludźmi, słucham ich świadectw, obserwuję ich emocje. Tak też było z pielgrzymami, którzy opowiadali o swojej wędrówce m.in. na Jasną Górę. Z jednej strony żałuję, że nie wędrowałam z nimi, ale z drugiej mam poczucie, że w nietypowy sposób mogłam im towarzyszyć.

 

Znajomi z Facebooka są pomocni?

Wiele osób odpowiada na prośby. Bardzo często są to ludzie, o których prywatnie mało wiem, ale okazuje się, że mają dobre serce i chcą pomagać. Święty Josemaría Escrivá de Balaguer mówił, że jeśli spotykamy kogoś, o kim nie wiemy, czy potrzebuje ewangelizacji, czy nie, to dobrą drogą dojścia do tego człowieka i stworzenia ścieżki Panu Bogu jest zwykły dobry uczynek, zrobienie czegoś miłego.

 

</>

 

Przyznam, że bardzo mnie rozbawił ten post i pomyślałam, że to cała Ty. Taką właśnie Cię znam. Taką Cię znają “katolickie internety” – wszędzie Cię pełno. Skąd się tam wzięłaś?

Na Twitterze pojawiłam się po roku pracy przy Światowych Dniach Młodzieży w 2015 roku. Miałam poczucie, że dookoła dzieje się mnóstwo inspirujących rzeczy związanych z przygotowaniami do ŚDM. Chciałam się dzielić informacjami. Facebooka traktuję prywatnie. Czasem skutecznie służy do organizowania pomocy. Nie mam jednak w zwyczaju meldowania efektów pracy zawodowej, nie mam nawyku dokumentowania tego.

 

Ojciec Szustak często w swoich konferencjach mówi, że jest z tym problem, żeby nam się cokolwiek chciało. Skąd Ty bierzesz siłę i energię?

Mam kontakt z ciekawymi osobami, wydarzeniami, które inspirują. Tak było np. ze Światowymi Dniami Młodzieży. Razem z przyjaciółmi, wracając z Rio de Janeiro, wymyśliliśmy projekt „Bilet dla brata” i tak rozpoczęła się moja przygoda z ŚDM. Nie mam poczucia, że pracuję bardzo ciężko i kosztem czasu wolnego, bo czerpię przyjemność ze swojej pracy. To chyba jest recepta – znaleźć dla siebie przestrzeń, w której się widzi swoje talenty i może się nimi podzielić. Bóg i Kościół są tak twórczy, że każdy znajdzie coś dla siebie.

Trzeba robić to, co się lubi – po prostu. Kiedy byłam mała i ktoś mnie pytał kim zostanę w przyszłości, miałam zawsze dwie odpowiedzi – chciałam być aktorką, żeby zagrać w filmie o Zorro albo dziennikarką, żeby zrobić wywiad z papieżem. Z papieżem poszło jakoś łatwiej, niż z księciem z bajki na czarnym koniu (śmiech). Wprawdzie wywiadu jeszcze nie było, ale rok temu miałam zaszczyt spotkać się z nim podczas obiadu.

 

Jak to jest rozmawiać, żartować, jeść obiad z papieżem?

To była moja największa niespodzianka podczas Światowych Dni Młodzieży w Krakowie. Początkowo miałam jedynie odebrać z kurii wolontariuszy, którzy jedli obiad z papieżem, i razem z nimi pojechać na konferencję prasową. Pamiętam, że wybiegłam na Franciszkańską prosto z biura, bez makijażu i marynarki – nie przyszło mi do głowy, że zaraz spotkam Ojca Świętego! Tymczasem, kiedy nasi wolontariusze już weszli do jadalni, watykańczycy odpowiedzialni za papieską wizytę postanowili, że ja też mam dołączyć do obiadu. Czułam się jak w przypowieści, w której gospodarz mówi do gościa: “Przyjacielu, przesiądź się wyżej!”

Podczas tego spotkania Ojciec Święty zachęcił, by każdy o sobie coś opowiedział i zadawał pytania. Młodych ludzi interesowały różne rzeczy – ulubiona muzyka papieża, sposoby spędzania przez Franciszka czasu wolnego. Pojawiły się też pytania o wiarę: jak się spowiadać, jak świadczyć o wierze jeśli rodzina jest niewierząca. Pamiętam też, że Paula, wolontariuszka z Kolumbii zaprosiła papieża do Kolumbii, a Franciszek odpowiedział, że chciałby odwiedzić ten kraj. W niedługim czasie ktoś podał tę informację na Twitterze, z komentarzem, jakoby papież zapowiadał wizytę w tym kraju. Kiedy po kilku miesiącach Watykan poinformował, że Franciszek odwiedzi Kolumbię, mówiliśmy między sobą, że papież rzeczywiście traktuje poważnie prośby młodzieży.

 

fot. Paweł Żulewski

 

Co robić, żeby tak cieszyć się życiem?

Kluczem jest gonienie za swoimi marzeniami. Jest mnóstwo rzeczy, których nie umiem robić, których się wstydzę. Trzeba jednak wiedzieć, jakie się ma talenty i starać się je wykorzystywać.

Zawsze cieszyło mnie to, że mogę być gdzieś blisko Kościoła i czułam się tam doceniana. Przez lata śpiewałam w scholi pomimo, że na początku niemożliwe fałszowałam. Później zostałam animatorką m.in. w oazie, co dawało mi satysfakcję ze spotkań z wieloma inspirującymi ludźmi. Te doświadczenia bardzo mi pomogły w pracy dziennikarskiej, która rozpoczęła się w sposób zupełnie nieplanowany. Kolega poprosił mnie o pomoc w Redakcji Katolickiej TVP, gdzie ostatecznie zostałam na kilka lat. Tam uczyłam się dziennikarstwa i obserwowałam „od środka” najważniejsze wydarzenia Kościoła, włącznie z kanonizacją Jana Pawła II i Jana XXIII i papieskimi pielgrzymkami.

 

Jak myślisz, czy działania społeczne, na rzecz innych, pomagają później w pracy, w jej znalezieniu?

Nie mam dalekich planów na przyszłość. Na pewno dziennikarstwo katolickie ma sens, bo służy pomnażaniu dobra. W moim odczuciu to nie tylko relacjonowanie wydarzeń, ale też przypominanie tego, co mówi Kościół, jakie jest jego stanowisko w różnych kwestiach – społecznych, moralnych, politycznych. Według mnie to nie jest tak, że Kościół „nie powinien się mieszać”, przeciwnie: musi przypominać o wartościach chrześcijańskich. Wymaga to profesjonalizmu i ludzi zaangażowanych, Bycia w centrum wydarzeń, tu i teraz, a nie zamykania się w salkach parafialnych – choć i tam dzieje się wiele dobra.

 

Od którego roku życia zaczęłaś działalność wolontariacką? Co Cię do tego pchnęło?

Moje zaangażowanie społeczne zaczęło się od ciekawości. Pierwszy wolontariat, w którym wzięłam udział to praca w Sanktuarium w La Salette, w południowej Francji. Jest położone najwyżej na świecie, na wysokości 1 800 m w Alpach. Pochodzę z parafii, w której posługują księża saletyni. W kaplicy wisiała kolorowa fototapeta przedstawiająca to miejsce i jako mała dziewczynka patrzyłam na nią i powtarzałam, że fajnie byłoby tam pojechać. Później dowiedziałam się, że można się tam udać, dać coś od siebie, pomóc, popracować i posłużyć.

Nie ukrywam, że jechałam tam z ciekawości – nieść pomoc, ale zrobić też coś dla siebie. Ciekawość to klucz do tego, by zacząć robić rzeczy, na które byśmy się nigdy nie odważyli. A La Salette do dziś polecam każdemu: można spotkać cudownych ludzi z całego świata, nie mówiąc już o tym, że to prywatne rekolekcje w środku Alp.

Później był wolontariat podczas Światowych Dni Młodzieży. Bardzo chciałam pojechać do Madrytu. Zdawałam sobie sprawę, że wyjazd dla pielgrzymów jest drogi, ale pomyślałam, że może przydam się jako wolontariusz. Zakwalifikowałam się. Z rówieśnikami prowadziłam w radiu WNET audycję „Wnet do Madrytu”.

 

fot. Paweł Żulewski

 

Myślisz, że działania społeczne, na rzecz innych, pomagają później w pracy, w jej znalezieniu?

Pewnie tak, choć „poprawienie” CV nie powinno być główną motywacją wolontariusza. Mogę powiedzieć, że jest idealnie, jeśli wolontariat traktujemy jako poczucie misji i służby, ale często wystarczy spojrzeć w swoje serce i zapytać Boga, czy te pragnienia pochodzą od Niego.

Sama nie miałam pomysłu na swoje życie zawodowe, ale Bóg tak błogosławi, że zawsze trafiałam na cudowne zajęcia, które mnie cieszyły i same mnie znajdowały. Przez lata pracowałam m.in. jako pilot wycieczek.

 

Co w takim razie poradziłabyś studentom, którzy w trakcie studiów chcą wykorzystać wolny czas na rozwój?

Osobiście żałuję, że studiując, nie angażowałam się w więcej inicjatyw. Zachęcam więc do twórczego wykorzystywania czasu wolnego, bo nie jest on wtedy czasem straconym. Któryś święty mówił, że każda zmarnowana minuta jest ukradziona Panu Bogu. Jeśli robimy coś, co nas pasjonuje, także pomagając – to daje ogromną energię. Z wolontariatu można czerpać siłę i pasję, która pozwala z większym entuzjazmem podchodzić do obowiązków. Dodatkowo możemy poszerzać swoje horyzonty.

Wracając na La Salette: kiedy pojechałam tam pierwszy raz, przydzielono mnie do pracy „na zmywaku” i w kuchni. Na początku się załamałam, bo znałam francuski i chciałam zajmować się pielgrzymami, a nie nalewać wodę do wielkiej wanny z brudnymi naczyniami i hurtowo siekać marchewkę. Tymczasem to właśnie podczas tej pracy poznałam cudownych ludzi, z którymi przyjaźnię się do dziś, a nawet nauczyłam paru kulinarnych tricków od francuskich kucharzy. Plany Pana Boga są zawsze ciekawsze od naszych i dają radość. Nawet jeśli dotyczą drobiazgów.

 

Dorota Meriem Abdelmoula

Dorota Meriem Abdelmoula

Zobacz inne artykuły tego autora >
Justyna Sobocka

Justyna Sobocka

Wolontariusz Światowych Dni Młodzieży w Archidiecezji Warszawskiej

Zobacz inne artykuły tego autora >
Dorota Meriem Abdelmoula
Dorota Meriem
Abdelmoula
zobacz artykuly tego autora >
Justyna Sobocka
Justyna
Sobocka
zobacz artykuly tego autora >
ROZMOWY

Federico Lombardi SJ: pochodzę ze zwykłej rodziny

O rodzinie, młodości, wychowaniu, roli ojca i matki oraz o konieczności konsekwencji w wychowaniu mimo przeciwności specjalnie dla Stacji7 opowiada Ojciec Federico Lombardi SJ

Patrycja Michońska-Dynek
Patrycja
Michońska-Dynek
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Ojciec Federico Lombardi SJ przez dziesięć lat był rzecznikiem prasowym Watykanu. Towarzyszył  papieżom Benedyktowi XVI oraz Franciszkowi, tłumaczył wydarzenia w Kościele, był łącznikiem między mediami a Stolicą Apostolską. Dzisiaj, w wyjątkowej rozmowie, opowiada Patrycji Michońskiej-Dynek o swojej rodzinie i o tym, jak ważny jest przykład codziennego życia.

 

Jako rzecznik prasowy Watykanu stał się Ojciec osobą znaną na całym świecie. Nazwisko Lombardi jest rozpoznawalne i kojarzone z papieżem. A mimo to pozostał Ojciec postacią tajemniczą –  niewiele wiemy o życiu prywatnym i rodzinie ojca Lombardiego…

Moja rodzina jest zwykłą, bardzo katolicką rodziną. Pochodzimy z Piemontu, regionu północnych Włoch. Miałem dwoje rodziców i trzy siostry. Teraz zostały mi dwie siostry, trochę starsze ode mnie…  Zaś moja trzecia siostra zginęła wiele lat temu w wypadku samochodowym.  Miałem zwykłe proste życie, uczęszczałem do szkoły prowadzonej przez jezuitów. Dosyć wcześnie poznałem ten zakon i być może także moje powołanie ma jakiś związek z tą edukacją. Jako uczeń byłem bardzo aktywnym skautem. Brałem żywy udział w życiu mojej parafii, bardzo się angażowałem. Do jezuitów wstąpiłem jako 18-letni chłopak. Jak wspomniałem, moja rodzina była bardzo wierząca, praktykująca. Bardzo ważny dla mojego chrześcijańskiego życia był świetny – niezwykle szczery przykład moich rodziców, ich postępowania i wiary.

 

Co w takim razie, z perspektywy czasu, uważa Ojciec za najważniejsze w kształtowaniu charakteru, w kształtowaniu swojego powołania? Rodzina, szkoła, a może harcerstwo?

Nie da się wybrać jednego tylko czynnika – to było wszystko jednocześnie. Dodałbym do tego jeszcze przyjaciół. Wśród moich znajomych byli chłopcy, którzy przygotowywali się do wstąpienia do Towarzystwa Jezusowego. To było dla mnie bardzo ważne doświadczenie, ponieważ dali mi do myślenia – że taki chłopak jak ja, także może odnaleźć powołanie zakonne, do poświęcenia się Panu Bogu. Ale oczywiście fakt, że wychowywałem się w chrześcijańskiej rodzinie miał ogromne znaczenie.  Przykład moich rodziców miał znaczenie fundamentalne.

 

Konferencja prasowa ks. Federico Lombardiego SJ podczas pobytu w Polsce przed wręczeniem doktoratu honoris causa UKSW, 24 października 2017 r. | fot. BP KEP / flickr.com / CC BY-NC-SA 2.0

 

Czy rodzice mieli jakiś wpływ na wybór drogi zakonnej?

Nigdy nie namawiali mnie do pójścia do zakonu. Myślę, że to wzięło się raczej ze szkoły i obserwowania moich przyjaciół. Byłem także w dobrych relacjach z moimi wychowawcami i ich przykład mnie pociągał. Pomyślałem sobie: Tak, mogę stać się taki, jak oni.

 

Ojciec mówi o przykładzie we własnej rodzinie. Co takiego pokazali Ojcu rodzice ?

Byli bardzo głęboko praktykującymi ludźmi. Mój tata uczestniczył we Mszy świętej każdego dnia o poranku, przed prac ą. Moja mama była bardzo pobożna. Odwiedzaliśmy sanktuaria maryjne… ale tak naprawdę najważniejsze było codzienne życie, żywa wiara, która łączyła się z codziennymi obowiązkami. Moi rodzice prowadzili najzwyklejsze, szczęśliwe życie. Także inni, dalsi członkowie mojej rodziny byli zaangażowani w Kościół. Chciałbym podkreślić również to, że dawali świadectwo chrześcijańskiego życia na zewnątrz – w pracy, w relacjach z innymi ludźmi. Byli świadkami. Podobnie z moimi dziadkami, którzy byli tacy sami.

 

Ale kiedy dzisiaj rozejrzymy się wokół, nie widzimy zbyt wielu takich rodzin. Co się stało?

Hmm. To prawda… Trzeba powiedzieć  o sekularyzacji, którą widać i w małych grupach i w całych społeczeństwach – coraz mniej w nich chrześcijańskiej wiary. Mniej ludzi chodzi na Mszę. Dlaczego? Między innymi dlatego, że kultura gender ma coraz większy wpływ na ludzi, a media nie mówią o religii, o chrześcijańskiej wierze, jako ważnym elemencie życia. Niewiele jest mediów, które wzmacniałyby nasza wiarę i jedność w rodzinach. Od lat obserwujemy fale krytycyzmu skierowane przeciwko Kościołowi oraz rodzinie jako takiej. Pamiętam, kiedy byłem młody, pod koniec lat 60-tych czy na początku lat 70-tych, bardzo silna była także ideologiczna krytyka tradycji. Mnie samemu raczej łatwo było bronić chrześcijańskich wartości, ponieważ moje doświadczenie wiary i Kościoła było prawdziwe i głębokie – i w mojej rodzinie i w całym życiu. Opierałem się tym tendencjom bez najmniejszego problemu. Ale pamiętam, że wiele osób, młodych ludzi wokół mnie, było zafascynowanych ideologiami, które były przeciwne wierze chrześcijańskiej.

 

Ks. Federico Lombardi SJ podczas uroczystości wręczenia doktoratu honoris causa na Uniwersytecie Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie, 24 października 2017 r. | fot. BP KEP / flickr.com / CC BY-NC-SA 2.0

 

Czy to dlatego, że młodym ludziom dzisiaj proponuje się łatwiejsze życie, bez wartości?

Na pewno także. W mojej młodości krytyka pochodziła często z lewej strony sceny politycznej.  To były czasy, kiedy marksizm i rewolucyjne ideologie przeżywały rozkwit, odrodzenie w społeczeństwie. Nie zostawiły po sobie praktycznie nic, więc ludzie stracili wiarę, ale nie znaleźli nic w zamian. Pojawił się także materializm, silny komponent tej sekularyzacji.

 

Co według Ojca jest dzisiaj najważniejsze w wychowaniu, czy miałby Ojciec przesłanie do rodziców?

Musicie być jednoznaczni i konsekwentni. Próbujcie żyć swoją wiarą każdego dnia, bez strachu. Warto próbować, warto działać mimo wszystko i z odwagą. Nawet, jeśli macie wrażenie, że dzieci wcale was nie słuchają. One widzą. I wrócą.

 

Patrycja Michońska-Dynek

Patrycja Michońska-Dynek

Zobacz inne artykuły tego autora >
Patrycja Michońska-Dynek
Patrycja
Michońska-Dynek
zobacz artykuly tego autora >