video-jav.net

Stworzeni do sukcesu

Jesteśmy jak naczynia, które przez dobre życie poszerzają swoją objętość. Im więcej dobrego działania biznesowego, zawodowego, rodzicielskiego, tym większa pojemność na przyjęcie Boga. Jeśli próbuję napełnić się czymś innym, jestem nie tylko śmieszny ale i żałosny

o. Tomasz Grabowski OP
o. Tomasz
Grabowski OP
zobacz artykuly tego autora >
Redakcja portalu
Redakcja portalu
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Rozmowa z Tomaszem Grabowskim OP, prezesem Wydawnictwa Polskiej Prowincji Zakonu Dominikanów

 

Chrześcijaństwo jest religią wygranych czy przegranych? 

Najtrudniej udzielić jednoznacznej odpowiedzi na najprostsze pytania. Wszystko zależy od tego, jak zdefiniujemy zwycięstwo. Kiedy możemy nazwać życie wygranym, a kiedy przegranym? Proponuję postawić sobie pytanie: jakim chciałbym być zapamiętany. Czy chcę być zapamiętany jako człowiek bogaty, który ma powodzenie i uznanie szefów? Czy też jako ktoś, na kim można się oprzeć, komu można się powierzyć i komu można zaufać? Oczywiście te sprawy nie muszą stać w sprzeczności. Niektórym udaje się uzyskać jedno i drugie – sukces zawodowy czy finansowy i jednoczesny szacunek ludzi. A co do tego ma religia? Nie zajmuje się ani sukcesem zawodowym ani nie jest sposobem na uzyskanie szacunku do ludzi. Jest więzią pomiędzy mną a Bogiem. Nie jest przepisem na osiągnięcie pomyślności. Chrześcijaństwo definiuje zwycięstwo jako zbawienie czyli przyjęcie Boga całą swoją osobą. Tylko Chrystus pozwala na osiągnięcie tego celu. Przyjąć Boga całym sobą, można wyłącznie dzięki działaniu Jezusa Pana. Tak pojęte zwycięstwo daje wyłącznie chrześcijaństwo.

 

W takim razie czym jest sukces i w jaki sposób jako chrześcijanie możemy go rozpatrywać?

Zacznijmy od podstawowej prawdy, że zostaliśmy stworzeni. Bóg nie stworzył nas jakimikolwiek. Każdego z nas ulepił z szeregu możliwości, z indywidualnego potencjału. Aby z biegiem życia stać się spełnionym, muszę rozwinąć zdolności, potencjał, jaki Bóg we mnie złożył. Po co? Po to, bym na koniec życia na ziemi był gotowy do życia w niebie. Tam będziemy przyjmować Pana całymi sobą. Jeśli rozwinę swoją inteligencję, wrażliwość, wolę, zdolność do kochania i inne możliwości złożone we mnie przez Boga, wówczas i Jego przyjmę bardziej. To tak jakbym na początku był z grubsza ociosanym blokiem marmuru. Przez lata żłobię z mozołem kolejne rysy, odtrącam zbędne fragmenty, poleruję powierzchnię, by na koniec wydobyć ze skały posąg, który był przewidziany od początku. Sukces chrześcijanina jest rozwinięcie daru, który otrzymał od Boga. Jest nim każdy z nas dla samego siebie. Nie ma szans osiągnąć tego sukcesu ten, kto odrzuca Bożą wolę, czyli nie jest Bogu posłuszny. Dlaczego? Odrzucenie Boga to – wracając do alegorii rzeźbionego posągu – odrzucenie wskazówek, oczekiwań i prowadzenia mistrza, który przygotował blok skały, wybrał model i dał narzędzia do pracy. Więcej, to próba rzeźbienia posągu, którego nie sposób wydobyć z danego fragmentu skały. Marnotrawstwo bądź niedowartościowanie tworzywa. W ten sposób zamiast Mojżesza Michała Anioła powstałaby figurka Pinokia. Można ale czy nie żal?

 

A czy sukces jest obiektywny? Dla jednych jest nim dobrze płatna praca, dla innych sto like’ów na instagramie.

Jeśli wierzymy, że Bóg jest miarą rzeczy, to i sukces ma obiektywne znaczenie. Jest nim takie przygotowanie siebie, by być jak najbardziej pojemnym na Boga i wieczne smakowanie Jego piękna. Nie ma nic wspólnego ze spełnieniem narcyza, który cieszy się gdy jest podziwiany. Audytorium chrześcijanina jest zawsze pełne, widownia jest zajęta po brzegi, ponieważ przewidziana jest wyłącznie dla jednego słuchacza – Boga. Cieszy nas gdy bije brawo. Słuchamy Jego uwag, gdy krytykuje przedstawianą przez nas sztukę – życie. Spełnienie chrześcijanina nie ma nic wspólnego z tym, które dają pieniądze, władza, wpływ. Ale zanim o tym. Pieniądze, władza i wpływ to środki. Można powiedzieć, że są energią, jak każdy inny zasób umożliwiają osiągnięcie takiego czy innego celu. Osiąganie celów jest bardzo przyjemne i cieszy. Użycie jakiejkolwiek dobrej energii (siły fizycznej, intelektu, woli, pieniędzy, talentu kulinarnego) daje radość. Nie daje natomiast spełnienia. Ono pojawia się wtedy gdy się coś pozytywnego tworzy. Kreatywne użycie danego zasobu wymaga pracy i współpracy, odbiorców i współtwórców sukcesu i pozytywnej wartości moralnej działania. Gdy te elementy występują razem, wówczas mnie samego rozwija zasób, jakiego używam i cel, jaki osiągam. O ile jest zgodny z fundamentalnym planem Boga na mnie. Stąd dobrze płatna praca może mnie cieszyć i „napędzać” do działania. Nie może mnie nasycić. Jesteśmy jak naczynia, które przez dobre życie poszerzają swoją objętość. Im więcej dobrego działania biznesowego, zawodowego, rodzicielskiego, tym większa pojemność na przyjęcie Boga. Jeśli próbuję napełnić się czymś innym, jestem nie tylko śmieszny ale i żałosny.

 

lqdrw2o-gka-m0851

 

Dlaczego jesteśmy takimi “kibicami sukcesu”? Hucznie przeżywamy Boże Narodzenie, a przecież wiadomo, że nie byłoby nas w grocie, w której Bóg przyszedł na świat.

Dlaczego nie mielibyśmy cieszyć się sukcesem, kibicować tym, którzy go zdobywają, gratulować zwycięzcom? Ziemia jest nam dana, by ją kształtować. Kosmos, byśmy poznali piękno Boga i wpłynęli na niego w taki sposób, by piękno Stworzyciela było jeszcze bardziej podkreślone. Chrześcijanie nie muszą być ubodzy, ale muszą również umieć cierpieć biedę. Wiara w Pana relatywizuje wartości stworzone. Więcej, Pan mówi o tym w Ewangelii według Jana, nie możemy Go poznać, jeśli przywiązujemy wartość do uznania wśród ludzi, czyli takiej sławy, która oparta jest na przemijających zasobach poklasku i pochlebstwa, a szerzej: wówczas, kiedy cenimy opinię ludzi wyżej niż opinię Boga. Jest jeszcze inny aspekt tej sprawy. Chrześcijanie realnie przeżywający swoją wiarę nie cierpią na zazdrość, chciwość i zawiść (czyli połączenie zazdrości i nienawiści). Dlaczego? Z dwóch powodów. Pierwszy, wiedzą, że rozwijaniu osobistego potencjału na przyjęcie Boga nie zagraża sukces innych. Po drugie, że w niebie będzie dobrze, jeśli będziemy tam razem. Dlatego mogę się cieszyć, że komuś się udaje wykorzystywać jego potencjał, a przez to zbliżać się do nieba.

 

W ludzkim sensie Jezus w 5 dni “przegrał” wszystko, co miał w Niedzielę Palmową. Nie wydaje się Ojcu, że żyjąc zgodnie z wartościami naszej wiary jesteśmy “kibicami” od początku przegranej sprawy?

Co innego jest tu ważne. Sukces – przypomnę – zbawienie nie zależy od okoliczności, w jakich się znalazłem. Pan wyraźnie to pokazuje właśnie w Wielkim Tygodniu. Wobec zdrady, lęku, pojmania, męki, śmierci nie tylko nie zbuntował się wobec Boga Ojca, ale pozostał Mu absolutnie posłuszny. Nigdy się od Niego nie odwrócił. Paweł wyraźnie wskazuje w 2. rozdziale Listu do Filipian że posłuszeństwo Chrystusa stało się źródłem Jego wywyższenia, zwycięstwa. „Uniżył samego siebie, stawszy się posłusznym aż do śmierci – i to śmierci krzyżowej. Dlatego też Bóg Go nad wszystko wywyższył i darował Mu imię ponad wszelkie imię, aby na imię Jezusa zgięło się każde kolano istot niebieskich i ziemskich i podziemnych. I aby wszelki język wyznał, że Jezus Chrystus jest PANEM – ku chwale Boga Ojca”. Dlatego zbawienie można osiągnąć czy się jest bogatym, czy bankrutem, zdrowym czy umierającym, w cierpieniu czy radości. Sukces chrześcijan jest najmniej reglamentowanym dobrem.

 

Nie jest tak, że katolicyzm obecnie przypomina “religię sukcesu”? Praktyka pokazuje, że świątynie są wypełnione ludźmi w Boże Narodzenie kiedy jest błogo i przyjemnie, rzadziej w Wielki Piątek, kiedy trzeba skupić się na tajemnicy śmierci i cierpienia.

Z perspektywy konfesjonału nie mogę potwierdzić, że katolicyzm przypomina religię sukcesu. Jesteśmy grzesznikami, którzy zmagają się z mozołem o odniesienie zwycięstwa i aż nadto przegrywamy z wadami, słabościami i grzechem. Zwycięzcą jest Pan. Jeśli chodzi o to, co widać: tłum w kościele czy jego brak. Jestem bardzo ostrożny, by łatwo szafować oceny. Nie jest dobrze, gdy świątynie pustoszeją – to znak, że nie głosimy w mocy Ducha Świętego. Nie jest też dobrze, gdy świątynie są pełne ale turystów, którzy na Wielką Sobotę przyszli poświęcić koszyczki i obejrzeć Grób Pański, a przecież wystarczyłoby by popatrzyli we własne serca, gdzie wionie śmiercią duchową. Dobrze jest wtedy, gdy świątynie są pełne nawróconych ludzi. Ładnie o tym mówi Sacrosanctum concilium w punkcie 2. [konstytucja o liturgii świętej – przyp. red]: chodzi o to „by wierni życiem swoim wyrażali oraz ujawniali innym misterium Chrystusa i rzeczywistą naturę prawdziwego Kościoła ”.

 

Jak rozumieć słowa Jezusa, który wielokrotnie powtarzał, że bogatym trudniej będzie dostać się do nieba albo “Wszystko, co uczyniliście jednemu z tych braci moich najmniejszych, Mnieście uczynili”. Wydaje się, że ci, którzy odnieśli sukces na ziemi po prostu “pomnożyli”, właściwie wykorzystali talenty, które otrzymali?

Jak zwykle szkopuł tkwi w szczegółach. Bogactwo w Biblii jest traktowane ambiwalentnie: jako błogosławieństwo i jako przekleństwo. Może być jednym lub drugim. Wszystko zależy, w jaki sposób i w jakim celu je zdobywamy i wykorzystujemy. To w sercu przebiega granica. Bez wątpienia pozostaje natomiast fakt, że Bóg zawsze stoi po stronie pokrzywdzonych. Bez względu na to czy krzywda jest moją czy cudzą odpowiedzialnością. Dlatego Bóg kocha również bogatych grzeszników.

 

ocrpjce6gpk-vitaly

 

Wielu historyków uważa, że sukces, jaki na tle innych kontynentów osiągnęła Europa wynika między innymi z przyjęcia chrześcijaństwa. Jak pogodzić z tym błogosławionych ubogich, uciskanych, cierpiących itd., o których mówił Jezus?

Błogosławieństwa z 5. rozdziału Ewangelii Mateusza najczęściej są odczytywane płytko, a przez to błędnie. Pierwszy błąd polega na utożsamieniu słów błogosławiony i szczęśliwy. potrzeba nieco finezji by rozróżnić znaczenie tych słów. Błogosławionym jest ten, w którego życiu działa Bóg. Stąd człowiek błogosławiony jest szczęśliwy. Nie jest natomiast szczęśliwy (w potocznym sensie tego słowa) ktoś, kto płacze, smuci się, łaknie sprawiedliwości… Nie jest, bo przeżywa brak, deficyt konkretnego dobra. Jest jednak błogosławiony, bo wtedy kiedy się smuci, jest ubogi, płacze i łaknie w jego życiu działa Bóg. Błogosławieni są prześladowani, ponieważ w czasie prześladowań są pod przemożną łaską, działaniem, Boga. Po drugie, błąd bierze się stąd, że tak bardzo jesteśmy skupieni na deficycie, gdy cierpimy, że nie zauważamy, że błogosławieństwa są nauczaniem eschatologicznym. To znaczy, że nagrodą dziś jest obecność Boga, a w przyszłości pocieszenie, panowanie nad ziemią, posiadanie nieba, oglądanie Boga… Trzeci błąd polega na tym, że nie chcemy czekać dlatego i nie widzimy, że żyjemy w czasie eschatologicznym, czyli w czasach ostatecznych, gdy Bóg już daje to, co obiecał. Jak to możliwe? Zawsze mamy swój plan na pocieszenie, panowanie, dostąpienie miłosierdzia. Błogosławiony jest natomiast ten, kto jest ogarnięty działaniem Boga. Czyli nieskrępowaną Jego wolą.

Zupełnie innym tematem jest to, czy faktycznie dobrobyt zawdzięczamy chrześcijaństwu. Swobodnie można dowieść tezy przeciwnej. Faktem jednak jest to, że staliśmy się ludźmi dzięki chrześcijaństwu. To znaczy: nauczyliśmy się przyjmować siebie nawzajem, okazywać sobie przebaczenie, dbać o słabszych i w końcu dążyć do ostatecznego celu dzięki Objawieniu. Bez przyjęcia wiary bylibyśmy zupełnie w innym miejscu również w wymiarze cywilizacyjnym.

 

Benedykt XVI powiedział, że “gramy w drużynie Pana, a więc w drużynie zwycięskiej”. To oznacza, że możemy tylko “leżeć i pachnieć”? Cała robota została za nas wykonana?

Papież emeryt się nie myli. „Jeżeli zaś jesteśmy dziećmi, to i dziedzicami: dziedzicami Boga, a współdziedzicami Chrystusa, skoro wspólnie z Nim cierpimy po to, by też wspólnie mieć udział w chwale” (Rz 8,17). Tak Paweł Apostoł konkluduje swój wielki wykład o usprawiedliwieniu. Dodaje jednak, że sukces – zbawienie – odnosi się przez dwie rzeczy: przyjęcie wiary sercem i wyznanie jej ustami. Wiara dotyczyć ma zmartwychwstania Jezusa, a wyznanie ma być uznaniem Jego panowania (Panem jest Jezus, por. Rz 10,8-10). Mamy zatem co robić. Wyznanie bowiem nie ogranicza się do słów, ale ma objąć wszystko, co od nas pochodzi: pracę, słowa, uczucia, działanie, kochanie…

 

o. Tomasz Grabowski OP

o. Tomasz Grabowski OP

Zobacz inne artykuły tego autora >
Redakcja portalu

Redakcja portalu

Zobacz inne artykuły tego autora >
o. Tomasz Grabowski OP
o. Tomasz
Grabowski OP
zobacz artykuly tego autora >
Redakcja portalu
Redakcja portalu
zobacz artykuly tego autora >

Kolędy jednoczą wierzących i niewierzących

- Święta i atmosfera świąteczna są wciąż potrzebne. Ludzie niewierzący potrafią śpiewać kolędy, bo są one nośnikiem nie tylko religii, ale też niezwykłego, rodzinnego czasu - powiedział dr Tomasz Nowak, w rozmowie z KAI. Muzykolog z Uniwersytetu Warszawskiego zwraca uwagę na szczególne walory kolęd, które skłaniają do przemyśleń nad życiem i upływem czasu.

Polub nas na Facebooku!

POBIERZSPIEWNIKbaner

 

Anna Rasińska (KAI): Kolęda kojarzy się bezpośrednio z Bożym Narodzeniem, które jest świętem chrześcijańskim. Czy właśnie takie jest pochodzenie tego gatunku?

Dr Tomasz Nowak (muzykolog, Uniwersytet Warszawski): Na ziemiach polskich nie używano początkowo określenia “kolęda”. Kiedy pojawiły się struktury kościelne, a następnie wizyty duszpasterskie proboszcza, które wiązały się również z datkami na parafię, nazwano je “kolędą” od rzymskiego terminu “calendae”, oznaczającego pierwszy dzień miesiąca, w którym przypadał czas płacenia długów oraz wręczania podarków.

Następnie zaczęto tę nazwę przesuwać na “pieśni życzące” i dodawać do nich postać Jezusa, św. Jana… – te postacie zastąpiły stare bóstwa będące np. personifikacją sił natury. To był widoczny znak tego, że chrześcijaństwo jest coraz powszechniejsze.

Co ciekawe kolędy najpierw dotyczyły Jezusa i św. Jana, dopiero potem Maryi i Józefa. Najprawdopodobniej dlatego, że właśnie tak przebiegała katecheza.

 

Istnieją teorie, że to św. Franciszek z Asyżu był autorem pierwszej kolędy, skąd takie przypuszczenia?

Na pewno św. Franciszek i zakon Franciszkanów rozwinęli tradycję budowania żłóbków i inscenizowania sytuacji narodzin Chrystusa, a towarzyszyły temu pieśni, czyli coś co lud zawsze uwielbiał.

Biblia pauperum, którą znamy z czasów wczesnego średniowiecza, obrazująca sceny z Pisma Świętego malowane, rzeźbione na ścianach kościołów, na filarach, w ołtarzach, w kodeksach… Została rozwinięta właśnie przez św. Franciszka, który widział, że jest to wielkie pole do popisu w kwestii ewangelizacji dla ludowych misjonarzy.

Inscenizowanie żłóbka i śpiewanie prostych pieśni z przekazem religijnym, jest w dużej mierze zasługą św. Franciszka. Choć wiemy, że hymny i pieśni związane z Bożym Narodzeniem były obecne dużo wcześniej.

 

Jak dalej kształtowały się kolędy na gruncie polskim?

Była to pewna droga – od czasu kiedy zaczęliśmy przyjmować hymny łacińskie wraz z melodią, przez tworzenie tłumaczeń, potem własnych tekstów, własnych melodii, aż do momentu kiedy tworzyliśmy swoje melodie, na własnych idiomach kulturowych. Najstarsze znane nam polskie kolędy pochodzą z XV wieku.

XVII wiek, to wspaniały okres dla kolęd, kiedy zaczyna się rozwijać lokalna twórczość poetycka, szczególnie ta jarmarczna, co nie znaczy, że nieprzystojna, ale po prostu, niezbyt wyszukana, a przez swoją prostotę łatwiejsza w odbiorze.

Natomiast XVIII w. był czasem kiedy kolędowanie wchodzi na wyższy poziom i unarodowia się. Do tego doszła świadomość odrębności kulturowej m.in. za sprawą Sasów, którzy chcieli np. by na dworze tańczyć polonezy, mazury… I oto nasze kolędy stają się bardzo polonezowe, mazurowe.

W Wielkopolsce odnaleziono dużo różnych pastoreli z tego okresu – utworów, które wykonywano w niezbyt dużych miastach, przy klasztorach często w rytmice polonezowej. To dla nas jasny sygnał, że XVIII w. jest okresem świadomej twórczości, w poczuciu, że to nasza własna, odrębna kultura.

 

W niektórych kolędach można wyczuć klimat góralski, np. “Oj maluśki maluśki”, czy faktycznie takie jest ich pochodzenie?

Żadne źródło historyczne dotyczące folkloru góralskiego, nie potwierdza takiego pochodzenia tej kolędy, czy raczej pastorałki. Badacze, którzy zajmowali się tym repertuarem wskazują, że pod względem literackim, widać, że ktoś posiadał kunszt słowa, ktoś raczej stylizował na gwarę, bo jak zauważają dialektolodzy, są popełnione błędy, niekonsekwencje gwarowe. Jest to raczej twórczość literacka ze stylizacją folkloru.

Folkloryści muzyczni podkreślają, że stylistyka wcale nie jest góralska, a w formie widać wyraźne wpływy śpiewów liturgicznych. Być może kolęda ta jest autorstwa klarysek w Staniątkach, gdzie powstawało dużo ciekawych pieśni, znaleziono tam również odpis tej pastorałki.

Dzisiaj już nie sposób dyskutować o pochodzeniu tej pieśni, ponieważ górale przyjęli ją za swoją kolędę i tak się utarło, więc prawda historyczna sobie, ale pewna mitologia zrobiła swoje.

 

Kolędy w różnych momentach w dziejach Polski spełniały różne zadania. Czy można im przypisać inne funkcje? Np. do kolędy Franciszka Karpińskiego dopisano zwrotkę “Pociesz Jezu kraj płonący”.

Franciszek Karpiński jest przykładem chyba najbardziej świadomego twórcy, w momencie gdy tworzył kolędy, były już one mocno osadzone w kulturze polskiej. On sam wznosi tę twórczość na wyższy poziom. Jego kunszt jest wielki, ale w pewnym stopniu wsteczny. W czasach jemu współczesnych panował klasycyzm, a on sięga do barokowych figur artystycznych, np. używając oksymoronów – “ogień krzepnie, blask ciemnieje, ma granice nieskończony…” . To jest też powód dla którego my tak kochamy te kolędy.

Okazuje się, że najlepiej “chwytają” kolędy, które odnoszą się do aktualnych treści i wątków muzycznych. Jeśli jakieś wątki muzyczne i słowne stają się niezrozumiałe, kolędy te odchodzą na dalszy plan.

W Polsce byliśmy długo krajem niepiśmiennym, co spowodowało, że utrwaliły się tylko te pieśni, które trafiły do ludu i były najbardziej aktualne, a pieśni, które uważano za ważne, były często aktualizowane. Polacy czuli potrzebę wyrażenie swoich przeżyć i ekspresji, w kolędzie mówiącej o Chrystusie, który towarzyszy im w tych trudnych chwilach. Np. kiedy upadały powstania dołączano patriotyczne zwrotki do kolęd.

W naszym kraju pod wpływem chwili, bardzo łatwo powstawały nowe pieśni, będące przeróbką istniejących. Np. na melodię pieśni harcerskiej “Płonie ognisko” stworzono kolędę, której dziś już nikt nie zna, ale wtedy śpiewał ją cały obóz, ponieważ to była pieśń aktualna – o Jezusku, który się urodził na zgliszczach Warszawy i towarzyszył Warszawiakom na wygnaniu. Niektóre z nich stawały się pieśniami patriotycznymi, a pierwiastek religijny został gdzieś zgubiony. To były sytuacje podczas których ludzie po prostu czuli potrzebę znalezienia otuchy, podtrzymując w sobie świadomość, że Chrystus ich nie opuszcza, nawet na wygnaniu. A .

Dzieciątko Jezus jest obecne, również z tymi dziećmi, które cierpią niedostatek w obozach

 

Myślę, że kolędy mają w sobie szczególną zdolność do otwierania przed słuchaczami bogatego pola semantycznego, przywoływania w naszej pamięci miłych skojarzeń, czy to celowy zabieg twórczy?

Uzewnętrznianie swoich przemyśleń na ten temat, rozpoczęło się dopiero w okresie romantyzmu i dzięki temu wiemy, że ckliwość, to coś, co było oczekiwane. Nie wiemy jednak jak to było przed romantyzmem.

Boże Narodzenie to okres kiedy wracamy myślą do przeszłości, do momentu kiedy byliśmy dziećmi, a rodzice, do dzieciństwa swoich pociech. To moment przemyśleń nad życiem, nad upływem czasu. Czas powrotu do wartości jaką jest rodzina. Muzyka odgrywa tu ważną rolę. Muzyka jest ciągle ważna. W wielu domach rodziny śpiewają kolędy. Niestety jest to często nucenie jednej zwrotki, bez wchodzenia w treść i przekaz tych kolęd. Często wysługujemy się muzyką nagraną na jakimś nośniku, ale kolęda wciąż jest obecna – oczekujemy stworzenia tej aury.

Widać, że jest to ciągle ważne w naszej kulturze, mimo, że sygnalizuje się poważne zmiany – instytucja rodziny nam podupada, wielu ludzi odchodzi od wiary… Mimo to widzimy, że święta i atmosfera świąteczna są wciąż potrzebne. Ludzie niewierzący potrafią śpiewać kolędy, bo są one nośnikiem nie tylko religii, ale też tego niezwykłego, rodzinnego czasu. Powinniśmy się chyba z tego bardzo cieszyć.


(KAI) Anna Rasińska / Warszawa