video-jav.net

Pielgrzymki mają przyszłość [WYWIAD]

Pielgrzymowanie przetrwa, zarówno w Polsce jak i na świecie – ocenia prof. Antoni Jackowski, wybitny geograf, twórca Zakładu Geografii Religii na UJ. W rozmowie z KAI mówi też o duchowych stolicach Polski, fenomenie turystyki religijnej i wrastającym znaczeniu Łagiewnik – zarówno w świecie jak i w Polsce. Tłumaczy też, w jaki sposób polska młodzież wpłynęła na reaktywację tradycji pątniczych na Zachodzie i ujawnia dlaczego zajął się uprawianiem geografii religii.

Polub nas na Facebooku!

Tomasz Królak (KAI): Rozmawiamy w Krakowie, szczególnym mieście. Czy to także duchowa stolica Polski?

Prof. Antoni Jackowski: – Tak, Kraków ale i Częstochowa.

 

A może: kiedyś Częstochowa a teraz Kraków? I jak to wyważyć? W każdym razie za sprawą Jana Pawła II oraz rozkwitu kultu św. siostry Faustyny duchowa ranga Krakowa niepomiernie wzrosła.

– Kraków jako duchowa stolica Polski nie pojawił się dopiero wraz z Janem Pawłem II ani siostrą Faustyna ani kultem Bożego Miłosierdzia tylko znacznie wcześniej. Ta rola bardzo uwidoczniła się w okresie zaborów, kiedy do Krakowa organizowano tzw. pielgrzymstwo narodowe. Tylko w części miało ono charakter religijny, głównie zaś – patriotyczny. Wędrowali Ślązacy, Wielkopolanie i inni, z różnych regionów Polski. Nie “obsługiwali” tego wyłącznie księża tylko np. Towarzystwo Szkoły Ludowej. Na przykład kard. Dunajewski przyjmował wszystkie te pielgrzymki narodowe, było nabożeństwo w katedrze. Biskupi spotykali się z wiernymi i wtedy ta duchowa stolica ukształtowała się tak prawdziwie. Przedtem bowiem duchowe znaczenie tego miasta wiązało się z kultem św. Stanisława, ale zasięg tego kultu był według mnie znacznie mniejszy, bardziej regionalny aniżeli św. Wojciecha.

Tak czy inaczej, dzięki zaborcom, Kraków stał się drugą duchową stolicą Polski i zaczęła się wykształcać stolica trzecia – Wilno. Tuż przed I wojną światową były to trzy duchowe stolice, bo pielgrzymki narodowe rozszerzyły swoją trasę, wędrując także do Wilna. Było to związane z ruchem, w którym czynnik patriotyczny był co najmniej równie istotny jak religijny. Nie obniża to rangi ani Częstochowy, ani Krakowa, ani Wilna.

 

Co o polskiej religijności może tak naprawdę powiedzieć dziedzina zwana geografią religii. Co jest głównym zadaniem tej specjalności?

– Najprościej: badanie relacji przestrzennych między rozmieszczeniem religii i wszystkich zjawisk religijnych a środowiskiem przyrodniczym oraz dociekanie, jak środowisko geograficzne wpływało na rozwój religii. Ta druga kwestia do dzisiaj jest bardzo istotna, na przykład w religiach dalekowschodnich czy nawet w islamie. U nas czynnik ten odgrywał większą rolę w pierwszym okresie istnienia chrześcijaństwa, kiedy chrześcijaństwo adoptowało w jakimś sensie dawne kulty plemienne. Przykładowo jakaś “góra” była czczona, ale już pod innym “patronatem”, że tak powiem.

Religijnością sensu “stricto”, tak jak dzisiaj to rozumiemy, a więc wskaźnik osób chodzących w niedziele do kościoła i przyjmujących komunię św. zajmują się socjologowie. My, geografowie religii, korzystamy z ich pracy ale nas interesuje głównie ruch pielgrzymkowy czy wielkie wydarzenia religijne. Zjawiska te badamy z punktu widzenia ich kontekstu przestrzennego, to znaczy w jakim zakresie one “okupują” przestrzeń, w której się dzieją i jak w wyniku zachodzących procesów zmienia się ta przestrzeń.

Niemniej do interpretacji tych zjawisk, publikowane przez Instytut Statystyki Kościoła Katolickiego wskaźniki praktyk religijnych w poszczególnych diecezjach – są niezbędne. Dzięki nim możemy odkryć dlaczego natężenie pielgrzymkowe w danym regionie jest takie a nie inne. Możemy też sformułować pewne wskazówki praktyczne.

Przykład Krakowa jest bardzo dobry. Po wielu latach naszych starań i publikacji władze miasta zrozumiały, że problem zagospodarowania dla tego typu wędrówek i stworzenia całej infrastruktury jest bardzo istotne. W okresie międzywojennym Francuzi ukuli pojęcie turystyki religijnej, będące w pewnym sensie synonimem pielgrzymowania i obecnie funkcjonuje ono w literaturze fachowej. Już wtedy w Kościele francuskim obserwowano dość duże zobojętnienie społeczeństwa wobec praktyk religijnych. Żeby przyciągnąć ludzi do Kościoła, wymyślono wędrówki religijne, które obok treści duchowej miały także walory poznawcze związane ze zwiedzaniem regionu, kilkudniowym odpoczynkiem nad morzem itp.

W taki sposób działa dziś biuro podróży polskich pallotynów, proponując na przykład wycieczki do różnych krajów Ameryki Łacińskiej, Afryki czy Azji. I tak podróż do Meksyku, oprócz wizyty w sanktuarium maryjnym w Gwadelupe obejmuje tygodniowy pobyt nad morzem. Ale motywacja tych osób jest oczywiście przede wszystkim religijna. Niektórzy księża takiej formuły nie akceptują, bo ich zdaniem jeśli celem jest jakieś sanktuarium, to cała podróż powinna mieć charakter wyłącznie religijny.

 

Jesteśmy, jak się wydaje, narodem bardzo “pielgrzymim”?

– Polska jest krajem, który ma jedną z najdłuższych, zachowanych tradycji pielgrzymowania. Nie zdajemy sobie sprawy, jak jest ona głęboka. Pielgrzymki z czasów pogańskich przeszły w epokę chrześcijańską. Warto wspomnieć o wielkim kulcie świętego Wojciecha, który to kult rozpowszechnił się w całej właściwie Europie. Badacze okresu średniowiecza wskazywali, że ruch pielgrzymkowy odgrywał pewną rolę w krajobrazie ówczesnej Europy czy Polski ale to zjawisko nie zostało nigdy przebadane w tym sensie by pokazywało zmiany tego zjawiska w czasie i przestrzeni.

Tymczasem warto się nad tym zastanowić. bowiem tradycja pielgrzymowania była bardzo silna. W początkowym okresie królowie polscy, którzy byli bardzo religijni, pielgrzymowali do różnych miejsc ale związanych z Chrystusem. Rozwijał się kult chrystocentryczny i dlatego na przykład głównym sanktuarium Polski bardzo długo, właściwie aż do czasów obrony Częstochowy, pozostawał Święty Krzyż. Upraszczając bardzo problem można stwierdzić, że to Szwedzi zrobili nam “prezent” szturmując Jasną Górę i wynosząc Częstochowę do tak wielkiej, do dziś odczuwalnej, rangi. Od momentu oblężenia Jasnej Góry zaczął dominować kult maryjny.

W kierunku maryjności “skierowali” nas Szwedzi ale nie tylko. I tu dochodzimy do specyfiki naszego narodu: dla nas zawsze pojęcie matki było w powszechnym odczuciu pojęciem niemal świętym. W każdej rodzinie ostatnie słowo należało bowiem do matki. I teraz nagle “pojawiła się” Matka szczególna – Matka Boga, która, w dodatku, obroniła Polskę przed zalewem szwedzkim. Wtedy właśnie kult maryjny stał się kultem narodowym a w jakim sensie – także państwowym. Później, gdy Jan Kazimierz złożył w 1656 śluby we Lwowie ofiarując Polskę Matce Bożej, ten narodowy i państwowy charakter kultu wyraźnie się utrwalił.

Nie wiadomo jak potoczyłyby się nasze losy, czy poszlibyśmy drogą Europy zachodniej, gdyby nie rozbiory. Bo one scementowały naszą świadomość narodową, przy czym ważną rolę w tym procesie odgrywał Kościół. Ówczesna cenzura była dosyć ostra i trudno było manifestować polskość poza Kościołem. Utrwalał on zaś świadomość Polaków tak silnie, że np. w XIX do Gietrzwałdu wraz z katolikami pielgrzymowali ewangelicy, którzy, jak wiadomo, nie mają zwyczaju pielgrzymowania. Niemniej, pierwiastek polskości był silniejszy od ewangelickiej doktryny wiary. Przełożyło się to także na pielgrzymowanie unitów, bardzo silne w czasie zaborów. Tak więc w tamtym okresie pielgrzymowanie miało charakter narodowy, który, według mnie, był silniejszy aniżeli wymiar czysto religijny.

 

Czy można zatem powiedzieć, w pewnym uproszczeniu, że gdyby nie opresja polityczna nie byłoby fenomenu polskiego pielgrzymowania, przynajmniej w takiej skali?

– W jakimś sensie tak. Oczywiście to jest duży skrót, ale na pewno inne byłyby losy tego pielgrzymowania i na pewno nie przetrwałoby ono do naszych czasów w takiej postaci. Bo z pokolenia na pokolenie przekazywano sobie, że pielgrzymując do jakiegokolwiek świętego miejsca, oprócz dowodu wiary demonstrujemy również naszą polskość.

KAI: W latach po stanie wojennym w samej tylko warszawskiej pielgrzymce na Jasną Górę podążało ponad 30 tysięcy osób. Pamiętam, że na trasę przybywały ekipy zachodnich telewizji. Zresztą w całym XX wieku Polska była chyba europejskim fenomenem jeśli chodzi o zjawisko pielgrzymowania?

– Tak. Stale powtarzam, że w pewnym okresie Polska była dominującą enklawą na tle Europy, a może i świata, bo pielgrzymowanie rozwijało się u nas na niebotyczną skalę. Świadczyłaby o tym nie tylko frekwencja w sanktuariach, bo liczby bywają złudne. Dla mnie wymownym potwierdzeniem fenomenu polskiego pielgrzymowania było pielgrzymowanie piesze z lat 70. i 80 ub. wieku, kiedy to na Jasną Górę wędrowało kilkaset tysięcy osób. W literaturze fachowej różnych krajów pisano, że są dwa typy tak spektakularnych migracji ludności z powodów religijnych: pielgrzymki do Mekki i na Jasną Górę.

 

A tymczasem opresja polityczna minęła, frekwencja pielgrzymkowa spadła. Co to o nas, polskich katolikach, mówi?

– Myślę, że to zjawisko da się kulturowo uzasadnić i nie deprecjonuje ono religijności. Zobojętnienie religijne widać dziś na całym świecie. Poza tym: jak już nie musimy manifestować, to po co iść i się męczyć… Możemy ewentualnie pojechać samochodem.

W ciągu ostatnich 30 lat, powiedzmy od czasów “Solidarności”, w sposób charakterystyczny zmieniła się struktura pielgrzymujących. O ile wcześniej pielgrzymował tzw. prosty lud (oczywiście używam tego sformułowania w sensie jak najbardziej pozytywnym) a więc babcie wiejskie, służące, pomoc domowa, o tyle potem w pielgrzymkach zaczęła uczestniczyć klasa średnia, ludzie wykształceni w technikach, wykwalifikowani robotnicy, chłopi (w sensie bardziej nowoczesnych gospodarzy). A obecnie dominuje młodzież.

W latach “Solidarności” pielgrzymowanie na Jasną Górę bardzo zafascynowało młodych na Zachodzie, do tego dołączył efekt zorganizowanych w Częstochowie w 1991 r. Światowych Dni Młodzieży. W efekcie coraz więcej młodzieży przyjeżdżało z Zachodu, żeby wędrować z polskimi pątnikami. Kiedyś podczas wakacji mieszkałem w Rabie Wyżnej, a moi gospodarze gościli Francuzów idących do Częstochowy z pielgrzymką podhalańską.

To zjawisko odegrało w Kościele ważną rolę, o czym mało kto pisze. Otóż ta zachodnia młodzież często doprowadzała do reaktywowania tradycji pątniczych w swoich krajach, np. pielgrzymki z Wiednia do Mariazell czy z Paryża do Chartres. To inicjatywa studentów, którzy złapali pielgrzymiego “bakcyla” w Polsce, podpatrując, ucząc się organizacji itd. U nich pielgrzymki zaniknęły w XIX wieku, gdy nie obowiązkowe praktyki religijne zupełnie się rozsypały a teraz, na nowo, co roku odbywają się potężne wędrówki do świętych miejsc. I to jest nasz wpływ na światowe czy europejskie pielgrzymowanie, o którym wciąż niewiele wiemy.

Młodzież musi mieć w ciągu roku czas wyciszenia i refleksji. Pielgrzymka jest świetnym do tego “narzędziem”. A poza tym, nie tracąc treści religijnej, pielgrzymka jest płaszczyzną nawiązywania kontaktów, nauki wspólnoty itd. A potem ci ludzie chodzą na pielgrzymki ze swoimi dziećmi. Znam takie pary: wędrowali co roku, pobrali się a potem wędrowali na Jasną Górę ze swoimi dziećmi. To jest w jakimś sensie przekazywanie pałeczki. Wysiłek, jaki trzeba w to włożyć sprawia, że to nie może być wyłącznie czysta dewocja, w tym negatywnym sensie. To znaczy: nie jest prawdą, że podczas drogi nikt nic innego nie robi i nic go nie obchodzi, tylko się modli. Przecież jest i narzekanie na cisnące buty albo z powodu upału lub ulewy. Po drodze rozmawia się o różnych sprawach, wchodzi w dialog z osobami przyjmującymi pątników na nocleg itd.

Oczywiście ta młodzież nie traci Boga, modli się, ale modli po “młodzieżowemu”. Towarzyszący im kapłani na szczęście doskonale ich rozumieją i są z nimi. Bardzo szanuję tę księżowską młodzież bo to są wspaniali ludzie. Ponieważ Kościół jest hierarchiczny, to bardzo długo jeszcze będą czekać zanim dojdą do głosu. Ale to, co robią na dole to często wspaniała robota!

 

Przyszłość pielgrzymowania jawi się więc Panu jako liczebnie mniejsza za to pokoleniowo – wyraźnie młodsza niż 30 lat temu. Takie są perspektywy?

– Młodzi na pewno będą dominować w polskich pielgrzymkach pieszych, ale też i innych, bo na przykład organizuje się takie wyprawy na rowerach czy wrotkach. Natomiast również w świecie obserwuje się zdecydowany wzrost tego, co nazywamy turystyką religijną.

Gdy był kryzys ekonomiczny w okolicach roku 2008, to według danych Światowej Organizacji Turystycznej, turystyka religijna i morska były jedynymi z całej branży, które odnotowały wzrost a nie spadek. Myślę, że wynika to z tego, że pielgrzymki religijne są tańsze niż inne formy zorganizowanych podróży, a starsze osoby pragną dotrzeć do jakiegoś, wymarzonego przez całe życie miejsca jak Lourdes czy Fatima. W innych krajach europejskich też widać, że osoby po 50-tce udają się do różnych sanktuariów. W takich formach młodzież raczej nie uczestniczy, z powodów finansowych – młodzież chodzi na piechotę.

Miejscem, do którego pielgrzymowanie przeżywa obecnie ogólnoświatowy renesans jest Santiago de Compostela w Hiszpanii. Stopniowo wydłuża się część, jaką pielgrzymi pokonują pieszo. Niektórzy wchodzą na szlak już przed francuskimi Pirenejami. Ruch pielgrzymkowy szlakiem św. Jakuba rozwija się intensywnie także w Polsce. Jako zupełnie oddolna inicjatywa powstało Bractwo św. Jakuba. Znam osoby, które szły do Composteli z Krakowa, tym starym, średniowiecznym szlakiem św. Jakuba. Zgodnie z tradycją niosły w plecaku kamień, symbol grzechu, zabierając go z miejsca zamieszkania i pozostawiając w Composteli.

 

Europejskie społeczeństwo dobrobytu nie odwróci się więc od pradawnych praktyk pątniczych?

– Tak, myślę, że pielgrzymowanie przetrwa. Zarówno w Polsce jak i na świecie. Widać, że taka potrzeba wciąż w ludziach jest. W tym zagonionym świecie, w którym pracuje się przez okrągłą dobę, nie mając czasu dla rodziny, istnieje głód takiego przeżycia. Idziemy wspólnie przez 2 tygodnie i ponosimy jakiś wysiłek – wciąż jest taka potrzeba. To dotyczy także samochodowych podróży do różnych świętych miejsc. Taki sposób rodzinnej integracji jest coraz bardziej doceniany. Poza tym łączy różne motywacje: rodzinną, religijną i podróżniczą, bo przy okazji można poznać nowe miejsca i kraje.

Ale nawet dawne, średniowieczne pielgrzymki nie były wędrowaniem ludzi z klapkami na oczach zupełnie obojętnych na to, co dzieje się wokoło. Zachowały się zapiski tych prostych pątników, w których np. opisywali napotykane miasta i to, co się w nich dzieje.

Dla mnie najpiękniejszą książką, która oddaje istotę pielgrzymowania polskiego jest “Pielgrzymka na Jasną Górę” Reymonta. Jego sytuacja była trudna, bo naczelny kazał mu napisać reportaż. Wyruszył więc w drogę, i, jak opisuje, na początku był bardzo usztywniony. Drażniło go, że ludzie zwracają się do siebie per “siostro”, “bracie” a on do wszystkich mówił na “pan”, “pani”. Dopiero gdy doszedł na Jasną Górę zrozumiał, po co szedł. To jest piękne i pięknie napisane.

 

O przyszłość polskiego ruchu pielgrzymkowego jest Pan spokojny?

– Tak, niemniej z dużą trwogą obserwuję na przykład, że Jasna Góra staje się, niestety miejscem, nie tylko czysto religijnym. Znam wiele osób, które przestały tam jeździć czy chodzić z pielgrzymką, bo nie chcą wysłuchiwać homilii, czy przemówień wygłaszanych nie tylko przez księży, ale przez polityków. Dlatego następuje tak niebywały rozwój Łagiewnik. Wielu ludzi, którzy niegdyś jeździli na Jasną Górę dziś przyjeżdża do Łagiewnik. Być może znaczenie tego miejsca – drugiego w Polsce pod względem przybywających tu pielgrzymów – wciąż będzie rosło.

Choć nie lubię rankingów “mierzących” popularność świętych miejsc, to jednak trzeba zauważyć, że na pewno zasięg kultu Bożego Miłosierdzia jest dziś na świecie znacznie większy niż Matki Bożej Częstochowskiej. Do Łagiewnik przyjeżdżają pielgrzymki nawet z maleńkich wysepek Oceanii, oddalonych od nas o wiele tysięcy kilometrów. Wizerunek Jezusa Miłosiernego jest bardzo popularny na całym globie. Obrazki z Jezusem Miłosiernym widziałem na szybach autobusu miejskiego w Kostaryce, w sklepie z pamiątkami na Madagaskarze, a w Stanach Zjednoczonych w jednej z miejscowości w Kalifornii widziałem ludzi zgromadzonych w o 15.00 w parku na odmawianiu Koronki… Przyjaciele przywieźli mi zdjęcie obrazka Jezusa Miłosiernego, który wisiał w restauracji prowadzonej przez muzułmanina w Malezji (dla muzułmanów Jezus jest jednym z proroków)

Tak, o przyszłość pielgrzymek jestem spokojny. Myślę sobie, że te przemieszczające się – pieszo ale też różnymi środkami lokomocji, w Polsce i w świecie – setki tysięcy pielgrzymów, to jest jakaś współczesna wersja ruchu pokojowego, niosącego pokój. Gdy jestem w Lourdes i widzę te pielgrzymki chorych, ludzi czasami bardzo cierpiących, to zawsze jestem poruszony tym, że tam są uśmiechnięci. A przecież w swoich domach pewnie nieraz płaczą i są nieszczęśliwi. Wizyta w Lourdes czyni ich szczęśliwymi. Tę zdrową część społeczeństwa powinno to jakość uczulić, uświadomić jej, że to nie pieniądze czy polityka są w życiu najważniejsze.

Lourdes uświadamia to doskonale, bo szczęście maluje się na twarzach wszystkich przybywających tam ludzi, niezależnie od stopnia ich wiary. Bo do Lourdes przyjeżdża też bardzo wielu niewierzących.

Sam jestem przykładem człowieka, który zyskał łaski w Lourdes i w Częstochowie. Otóż, w czasie wojny bardzo zachorowałem, miałem niecałe 10 lat. Wyrok był jasny: mam umrzeć. Moja mama przechowywała wodę z Lourdes, z przedwojennej jeszcze pielgrzymki. Podała mi ją do wypicia. W nocy zapaliła świecę przed obrazem Matki Bożej Częstochowskiej. I modliła się. Rano wszystko ustąpiło. Potem skończyła się wojna, ja skończyłem studia. A uprawianiem geografii religii spłacam dług wobec Matki Bożej.


rozmawiał Tomasz Królak

Prof. dr hab. Antoni Jackowski (ur. 1935) jest geografem, emerytowanym profesorem zwyczajnym w Instytucie Geografii i Gospodarki Przestrzennej UJ, przewodniczącym Polskiego Towarzystwa Geograficznego. W 1994 r. utworzył na UJ jedyny w Polsce i drugi w Europie Zakład Geografii Religii. W dorobku naukowym posiada ponad 300 prac, w tym blisko 30 książek.
rozmawiał Tomasz Królak


tk / Kraków (KAI)

 

W Helence była harmonia – rozmowa z Teresą Kmieć

„W tę ostatnią noc Helenka poprosiła Anitę, żeby pożyczyła jej słownik do hiszpańskiego, bo przed snem chciała jeszcze przeczytać Pismo Święte - mówi KAI Teresa Kmieć, siostra Heleny, wolontariuszki zamordowanej w Boliwii w styczniu 2017 roku. "Pojechała tam nie dlatego, że chciała przeżyć przygodę, ale ze względu na Pana Jezusa” – mówi siostra wolontariuszki.

Polub nas na Facebooku!

Karolina Krawczyk (KAI): Minęło pół roku od zabójstwa Twojej Siostry. Trudno Ci o tym wszystkim mówić?

Teresa Kmieć: Dla mnie to jest wciąż świeże. Żyłyśmy z sobą prawie 26 lat. To niezliczona ilość wspólnych wydarzeń, chwil, wspomnień… Ciężko to objąć słowami, bo to tak, jakby ktoś wyrwał mi pół serca. Płakałam w samotności, nocami. Przypominałam sobie te wszystkie wspólne chwile, przeróżne piosenki, które mi się z nią kojarzyły…

 

Jaka Ona była?

– Wydaje mi się, że to jest idealna święta na nasze czasy. Nie boję się tego słowa. Helenka była bardzo normalna. Nie chodziła trzy metry nad ziemią i nie mówiła cały czas o pobożnych sprawach. Miała relacje, przyjaciół, chodziła po górach, wspinała się, grała na gitarze, śpiewała, podróżowała. Miała wiele pasji. Robiła mnóstwo rzeczy, które robią inni młodzi ludzie na całym świecie. Takich ludzi jak ona jest wbrew pozorom bardzo dużo. I dlatego jest ważne, żeby mówić o Helence.

 

Dlaczego?

– Bo ważne jest, żeby jak najwięcej ludzi zrozumiało, że można być człowiekiem, który żyje pełnią życia, a jednocześnie jest zanurzony w Panu Bogu, jest całkowicie w Niego zapatrzony. Myśmy z Helenką nie rozmawiały o wierze jakoś szczególnie często. To, co się działo między nami, w naszym domu – te wszystkie pielgrzymki, działalność w Ruchu Światło-Życie, później w Wolontariacie Misyjnym Salvator… Nie musiałyśmy się nawzajem jakoś „umoralniać”. Po prostu Pan Bóg był i jest cały czas blisko – to w naszym domu całkiem naturalne. W życiu Helenki był czas na modlitwę, rodzinę, przyjaźń, na planszówki, sport, muzykę, na relacje… Była w niej harmonia.

 

Kiedy jeszcze żyła, czułaś, że jest kimś wyjątkowym?

– Bardzo się kochałyśmy, ale na pewno nie oceniałam jej jako idealnej. I teraz też nie mówię, że była ideałem, bo każdy ma jakieś wady. Ale widzę, ile osób zachwyca się jej postawą, jej życiem. Dzięki temu ja też patrzę inaczej, szerzej. Widzę, że miałam ogromne szczęście, że mogłyśmy się razem wychowywać. Byłam jej starszą siostrą, której ona ufała. Wiem, że miałam ważne miejsce w jej sercu. To zaszczyt. Teraz doceniam to jeszcze bardziej. Czuję dumę z tego, że ona potrafiła pojechać na misje i zostać tam aż do końca.

 

Skąd się to u Niej brało? Ta radość życia, wiara, siły?

– To zasługa rodziców. Oni nas wychowali w wierze. Wiadomo, że w życiu każdego człowieka przychodzą różne momenty, kiedy on sam musi podjąć decyzję, czy idzie za Chrystusem i nikt go nie może w tym wyręczyć, ale dzięki rodzicom my od zawsze wiedziałyśmy, że Bóg jest. Od zawsze rodzice nam powtarzali, że Bóg nas kocha, że jest naszym Panem i Zbawicielem, że musi być najważniejszy, że warto Mu ufać, bo zna nas najlepiej i chce naszego dobra. To Bóg się o nas najlepiej troszczy.

 

Świętość wyniesiona z domu rodzinnego?

– Nie chcę, żeby to brzmiało jako coś wyjątkowego. Bo świętość powinna być takim normalnym, codziennym stanem. A dziś lansuje się model życia z dala od Kościoła – „wizyta” tylko na ślub i chrzest, a osobę, która chodzi regularnie na Mszę czy się modli, pokazuje się jako kogoś, kto ma nierówno pod sufitem. A to nie jest prawda.

Najprostsza świętość to stan łaski uświęcającej. Jeśli ktoś w niej nie jest, to igra z ogniem piekielnym. Bo gdy umrze, to jego losy mogą być różne. A jeśli ktoś jest w stanie łaski uświęcającej, to co złego się może Mu stać?

 

Może zginąć od ciosów nożem…

– No właśnie. Ale jeśli wierzymy w życie wieczne, to nawet taka okrutna śmierć nie jest końcem świata. Wiem, że to strasznie brzmi, ale taka jest moja, nasza wiara. Widzę to po moich rodzicach. Choć śmierci dziecka nie da się opisać, nie da się jej wyobrazić, to jednak w świetle wiary mamy pokój, bo wiemy, że Helenka zginęła, służąc Bogu. Żyła i umarła, będąc maksymalnie blisko Niego.

 

Czego możemy uczyć się od Twojej Siostry?

– Że życie trzeba wykorzystać maksymalnie, wycisnąć jak cytrynę, że trzeba robić dobre rzeczy i też ich doświadczać. Trzeba jak najwięcej tutaj robić, ale z perspektywą, że to dopiero namiastka prawdziwego życia, które czeka nas w niebie. Bo gdyby to życie było jedynym, gdyby po śmierci był koniec, to naprawdę byłaby to beznadzieja.

 

Jak Wasi Rodzice teraz się czują?

– Dla nich jest chyba za wcześnie, żeby o tym wszystkim publicznie mówić i wracać do tego. Po ludzku to, co się stało, jest bardzo trudne. Przeżywamy ogromny ból i tęsknotę. Ja inaczej, oni inaczej i to całkiem normalne. Bo tak naprawdę to wszystko ciężko opowiedzieć. Na pewno taki ból straty dziecka zrozumie tylko ktoś, kto to przeżył. Bo żadne słowa nie opiszą tej dziury, jaka została w sercu.

Rodzice są konsekwentni w swojej wierze. Wiemy, że z Helenką się kiedyś spotkamy. Będzie zmartwychwstanie i po prostu się zobaczymy. Gdyby nie wiara, to życie człowieka byłoby bez sensu. Bo po ludzku Helenka mogła jeszcze tyle przeżyć, tyle zobaczyć, doświadczyć… Po ludzku ta śmierć wydaje się bez sensu. Ale u Pana Boga jest inna perspektywa.

 

Co wiesz na temat zabójcy Twojej Siostry?

– Wiem, że była wizja lokalna z jego udziałem. Zapytał siostry, czy mu wybaczą i czy moi rodzice mu wybaczą. Siostry powiedziały, że tak.

 

A Ty wybaczyłaś?

– Tak.

 

Miałaś żal do Pana Boga, że zabrał Ci siostrę?

– Nie. To nie Pan Bóg posłał tego zabójcę. Dlaczego mam zwalać winę na Niego? To szatan jest przyczyną zła w świecie. Jedyne, nad czym się zastanawiałam i o co Boga pytałam, to o to, dlaczego temu nie zapobiegł. Później pytałam też o to, dlaczego nie wskrzesił Helenki. Przecież mógł. Ale ostatecznie myślę, że Helence jest po prostu z Nim lepiej.

 

To brzmi jak wyznanie wiary.

– Bo wierzę, że tak rzeczywiście jest. Niedługo po śmierci Helenki czytałam fragment z Ewangelii Jana [9,2n – przyp. red.], w którym uczniowie zapytali Jezusa o to, kto zgrzeszył – rodzice czy mężczyzna, który urodził się niewidomy. A Jezus odpowiedział: “Ani on nie zgrzeszył, ani rodzice jego, ale [stało się tak], aby się na nim objawiły sprawy Boże”.

My też możemy się nawzajem obwiniać i doszukiwać śmierci Helenki. Czyja to wina? Rodziców, bo ją puścili? Salwatorianów? Sióstr z ochronki? Przecież od noża można zginąć także w Polsce i w każdym innym zakątku świata. Nie trzeba jechać do Boliwii. Wiadomo, że przed przyjazdem kolejnych wolontariuszy trzeba sprawdzić wszystkie normy bezpieczeństwa, winnego ukarać itd. Ale Słowo Boże mówi, że niektóre rzeczy dzieją się dlatego, żeby się objawiła większa chwała Boga.

 

Twoim zdaniem – objawia się?

– Jakkolwiek dziwnie to zabrzmi, to widzę, ile dobra się dzieje po jej śmierci. Kiedy Helenka żyła tutaj, to mieliśmy ją dla siebie. Znało ją kilkadziesiąt, może kilkaset osób. A po jej śmierci poznały ją tysiące. Kiedyś znajomy ksiądz mi powiedział, że święci mogą dużo więcej zrobić z nieba niż za życia ziemskiego. Myślenie w perspektywie ziemskiej jest płytkie. Ziemia to nie wszystko.

 

Wielu ludzi mówi o tym, że Helenka zostanie świętą. Co Ty o tym myślisz?

– Dla mnie ona już jest święta. Wierzę w to, że ona jest już w niebie. Kiedy była w Boliwii, to razem z Anitą modliły się, chodziły na Mszę Świętą. W tę ostatnią noc Helenka poprosiła Anitę, żeby pożyczyła jej słownik do hiszpańskiego, bo chciała przed snem przeczytać jeszcze Pismo Święte. Wierzę, że była wtedy w stanie łaski uświęcającej. Zginęła, bo pojechała do Boliwii pomagać ludziom. Pojechała tam nie dlatego, że chciała przeżyć przygodę, ale ze względu na Pana Jezusa.

Hasłem salwatorianów i wolontariatu misyjnego są słowa założyciela, o. Franciszka Jordana: „Dopóki żyje na świecie choćby jeden tylko człowiek, który nie zna i nie kocha Jezusa Chrystusa Zbawiciela Świata, nie wolno ci spocząć”. Ona właśnie dlatego tam pojechała. Taka była – jeśli mogła zrobić coś dobrego, to to robiła.

 

Prosisz Ją o pomoc, o wstawiennictwo?

– Tak, pewnie. Wiem, że inni też ją proszą o wstawiennictwo i bardzo mnie to cieszy, bo ja nie chcę Helenki „zawłaszczyć” tylko dla siebie. Proszę ją o pomoc w wielu sytuacjach. Kto mnie zrozumie lepiej niż siostra? I kto mi pomoże, jak nie ona? To nie jest tak, że miałam siostrę, która zginęła i po jej śmierci zaczęłam jakiś nowy etap w życiu, bez niej. Ona nadal jest ze mną, ale w inny sposób. Znała moje problemy, moje życie i wierzę, że nadal jest ze mną. Wierzę, że pomimo tej rozłąki nasza więź ciągle będzie tak silna, jak za jej ziemskiego życia. Tego, co stało się w Boliwii nie da się zapomnieć. Ale tak samo nie chcę zapomnieć tych wspólnych prawie 26 lat.


(KAI) rozmawiała Karolina Krawczyk / Kraków