Kredkami do Nieba

O projekcie „Kredkami do Nieba” i o tym dlaczego warto wprowadzać dzieci w świat Słowa Bożego rozmawiamy z Dorotą Łoskot – Cichocką, pomysłodawczynią zajęć ewangelizacyjno-plastycznych dla dzieci i autorką interaktywnej książki na Wielki Post „Idziemy za Tobą”.

Dorota
Łoskot–Cichocka
zobacz artykuly tego autora >
Anna Hazuka
Anna
Hazuka
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Kredkami do Nieba
O projekcie „Kredkami do Nieba” i o tym dlaczego warto wprowadzać dzieci w świat Słowa Bożego rozmawiamy z Dorotą Łoskot – Cichocką, pomysłodawczynią zajęć ewangelizacyjno-plastycznych dla dzieci i autorką interaktywnej książki na Wielki Post „Idziemy za Tobą”.

Zacznijmy od początku, skąd się wzięło „Kredkami do nieba”?

Dorota Łoskot – Cichocka: Wszystko zaczęło się od tego, że w przedszkolu mojego syna dzieci nie miały religii. Początkowo chodziłam z tym tematem między dyrekcją, a parafią, aż nagle zadałam sobie pytanie dlaczego ja sama nie mam czegoś z tym zrobić? Nie wiedziałam kompletnie jak do tego podejść, bo nie jestem teologiem ani katechetą tylko plastykiem. I pewnie borykałabym się z tym jeszcze dłużej, gdyby nie Jan Paweł II. W maju 2011 roku pojechaliśmy całą rodziną na jego beatyfikację. I kiedy tak stałam w tłumie na Via della Conciliazione, nagle przyszedł mi do głowy pomysł. Cała koncepcja! Że osią spotkań z dziećmi mają być niedzielne Ewangelie, a moją rolą będzie przybliżanie im treści Słowa Bożego w sposób, który dobrze znam – dzięki sztuce. Myślę, że od tamtego dnia Jan Paweł II opiekuje się „Kredkami do nieba”.

Postawiłaś przed sobą bardzo trudne zadanie – wprowadzić dzieci w świat wcale nie łatwych tekstów Ewangelii.

Na początku zastanawiałyśmy się („Kredki” współprowadzi ze mną moja przyjaciółka – Ania Moszyńska), w jaki sposób podejść do samego tekstu Ewangelii. Czy wybrać jakieś opowiadanie z Biblii dla dzieci, czy może całkowicie odejść od jej czytania i ograniczyć się do jednego zdania, albo wręcz słowa. Koniec końców postanowiłyśmy, że zaryzykujemy i zostawimy Ewangelię taką, jaką dzieci usłyszą w niedzielę. Bo przecież właśnie takie Słowo jest żywe i skuteczne.

Jak pomóc dzieciom zmierzyć się z tak trudnym zadaniem? Jak stworzyć atmosferę słuchania i przyjęcia Słowa Bożego?

Kiedy mamy zacząć czytać Ewangelię, gasimy światło. Już to samo nas wycisza. Potem zapalamy świecę przy ikonie Pana Jezusa i każde dziecko samo odpala od niej swoją świeczkę. A ogień – jak wiadomo – to dla dzieci wielka sprawa. Robimy to wszystko po to, żeby nasze dzieci wiedziały, że teraz będzie coś wyjątkowego, tajemniczego. Że tekst, który za chwilę usłyszą, zasługuje na szczególne warunki. Po przeczytaniu Ewangelii rozmawiamy o usłyszanym fragmencie. Zawsze pierwsze pytanie jest o autora Ewangelii. Zauważyłyśmy, że dzieci tak bardzo chcą usłyszeć imię ewangelisty, że skupienie, które w to wkładają często rozlewa się na całe czytane Słowo. To taki nasz sposób na przykucie uwagi.

 

 

Czasem jednak Ewangelia jest tak trudna, tak wymagająca, że nawet my – dorośli mamy pewien kłopot z jej zrozumieniem.

Tak… Nie boimy się wtedy mówić o tym naszym dzieciom. Że my też tego nie rozumiemy, że dla nas to też jest jakaś tajemnica, w którą po prostu wierzymy. Czasem rodzice, którzy zaczynają u siebie w parafiach, albo w domach organizować „Kredki” dzielą się ze mną swoimi obawami. Boją się, że skoro nie mają wykształcenia teologicznego, nie powinni tłumaczyć Biblii swoim dzieciom. Ja sama się kiedyś nad tym zastanawiałam. Ale przecież każdy ochrzczony ma w sobie mądrość Ducha Świętego, aby czytać i rozważać Słowo Boże, a już w szczególności ze swoimi dziećmi. Jeżeli podczas sakramentu małżeństwa, a potem chrztu naszych dzieci, zobowiązaliśmy się do przekazania im wiary to znaczy, że równocześnie otrzymaliśmy łaskę do wypełnienia tego zadania. Nie ma się czego bać.

 

Wasze zajęcia plastyczne rzadko polegają na zilustrowaniu samej sceny z Ewangelii. Zwykle odnosicie tekst do konkretnych wydarzeń z życia. Czy podczas tych kilku lat trwania Waszych zajęć były takie momenty, w których byłaś świadkiem jak Słowo dotykało konkretnych dzieci?

Pamiętam szczególnie pewnego chłopca, któremu umarł tata. Na zajęciach mówiliśmy o tym, że każdy bierze swój krzyż. Dzieci lepiły z plasteliny duży krzyż z pustą przestrzenią w środku. Tam miały narysować swoje trudne sytuacje. I większość rysowała np. niemiłą koleżankę ze szkoły, albo brata, który bije. A tamten chłopiec namalował tatę rzucającego do niego piłkę. Podczas mini wernisażu, który zawsze następuje po zajęciach, oglądałam z nim tę pracę i zapytałam dlaczego siebie namalował bez rąk. A on odpowiedział: „Bo ja już nie złapię tej piłki”. 

 

Bardzo poruszająca historia…Wasz projekt zatacza coraz szersze kręgi. Na podstawie Waszych materiałów pracują grupy nie tylko w Polsce, ale i na świecie. Powstały książki z niedzielnymi Ewangeliami na każdy rok liturgiczny, książka o Adwencie, teraz o Wielkim Poście. Spodziewałaś się tego wszystkiego?

Skąd! Ja tylko chciałam, żeby w przedszkolu była dalej religia (śmiech).

 

 

Porozmawiajmy teraz o samej książce „Idziemy za Tobą”. Chociaż mam wrażenie, że nazywanie jej książką to zbyt mało. Wszystko tu jest tak precyzyjnie przemyślane, dopracowane. Jak długo powstawała sama koncepcja książki?

Bardzo długo. Dziesięć lat temu współtworzyłam – jako ilustrator – książkę na Adwent pt. „Wszyscy na Ciebie czekamy”. Od tamtego czasu, raz na jakiś czas, w rozmowach ze znajomymi rodzicami powracał temat książki, która pomogłaby dzieciom przeżyć Wielki Post. Doświadczyć go pełniej, nie tylko ograniczając go do piątkowej Drogi Krzyżowej. Skoro dla nas – dorosłych –Wielki Post ma być czasem przemiany, to dlaczego nie ma być to też czas głębszej refleksji dla naszych dzieci? Stąd pomysł, aby stworzyć książkę – wędrówkę przez Wielki Post. Treść książki skupiona jest wokół planszy, która przedstawia pustynię. Cały Post, aż do Niedzieli Miłosierdzia Bożego, wędrujemy nią za Panem Jezusem. Codziennie dzieci przyklejają jeden element, który obrazuje czytany tekst.

 

Książka wprost zachwyca pięknymi ilustracjami, ale to, co mnie najbardziej w niej dotknęło to wyjątkowa „plastyczność” treści. Przez każde zdanie, którym komentujesz Ewangelię przebija Twoja wrażliwość jako artysty plastyka. Pełno tu zapachów, barw, ludzi i przedmiotów. Czytając kolejne opisy miałam coraz mocniejsze skojarzenia z medytacją ignacjańską…

No to mnie zdemaskowałaś. Medytacja ignacjańska jest od wielu lat dla mnie ważna. Wiem, że Słowo, aby stało się żywe, musi być przez nas smakowane i wyobrażane. Nauczyły mnie tego nasze “Kredki”. Moment, kiedy dzieci zaczynają tworzyć swoje rysunki, to tak naprawdę moment, w którym rozpoczyna się ich dziecięca medytacja Słowa. Sam ten proces powstawania pracy, zastanawiania się nad sandałami Pana Jezusa, nad chustką Maryi, nad tym czy osiołek na którym siedziała był brudny od kurzu, to przecież nic innego jak bycie w sercu Ewangelii, jak smakowanie jej zmysłami dokładnie tak, jak chciał św. Ignacy.

 

 

Książka o Wielkim Poście oznacza wprowadzenie dzieci w niełatwy temat Męki i Śmierci Pana Jezusa. Ale znajdziemy w Twoich tekstach więcej trudnych scen. Dotykasz w tych scenach dziecięcych lęków i konfrontujesz je z obecnością Chrystusa. Zdajesz się mówić wszystkim dzieciom czytającym twoją książkę: „Nie bójcie się! On naprawdę jest mocniejszy!”.

Jestem głęboko przekonana, że w dzieciach jest wszystko to, co jest w nas – dorosłych. Dzieci przeżywają lęki, obawy, chwile zwątpienia. Każdy rodzic usłyszał przecież od dziecka pytanie: „Mamusiu, tatusiu, a co będzie jak umrzesz?”. Nie bójmy się poruszać z dziećmi trudnych tematów. Nie po to, aby je straszyć, czy zniechęcać, ale aby wiedziały, że nie są w tych sytuacjach same. A przede wszystkim po to, aby im pokazać, że mogą ze swoim strachem, bólem przyjść do Pana Jezusa. Że On jest ratunkiem. Bo wobec Jego mocy blednie każdy strach, przed Nim ucieka każdy zły duch.

 

Wojciech Widłak (autor „Pana Kuleczki”) napisał o Twojej książce, że są w niej treści, z którymi także my – dorośli możemy się mierzyć. Kiedy czytałam w niej zdania typu: “Nie chodzi o to, czy jesteśmy porządni. Chodzi o to, czy jesteśmy podobni do Ojca” zdałam sobie sprawę, że przekaz wiary jest nie tylko darem dla naszych dzieci, ale też dla nas – dorosłych. Zmusza nas do czystego i prostego spojrzenia na Ewangelię. Jak wzbogaca Twoją wiarę praca z dziećmi?

Dzięki dzieciom moja wiara odżywa. Pamiętam jak kiedyś opowiadałam mojej kilkuletniej córeczce o Maryi, której nikt nie chciał przyjąć w Betlejem. Opowiadałam o dużym brzuchu, o bólu, o zmartwieniu Józefa i nagle ta moja kilkuletnia córeczka rozpłakała się. Była poruszona losem Matki Bożej. Wprost nie mieściło jej się w głowie, jak można było nie pomóc Maryi! Pomyślałam sobie wtedy, że ja nigdy tak nie spojrzałam na tę scenę. Tak dobrze ją znam, że nie robi już na mnie wielkiego wrażenia, i tylko dzięki temu, że opowiedziałam ją mojej córce, mogłam ją przeżyć jeszcze raz. Zobaczyłam ją tak, jak powinna zostać zobaczona – prostym spojrzeniem dziecka.

 

Wasze książki, projekt „Kredkami do nieba” to zaproszenie rodziców do przekazywania wiary swoim dzieciom w bardzo wyjątkowym kontekście – kontekście Słowa Bożego. Dlaczego warto uczyć nawet małe dzieci obcowania z żywym Słowem?

Św. Paweł w Hymnie o miłości pisał, że teraz widzimy niejasno, jakby w zwierciadle. Nasze życie w pewnym sensie jest kroczeniem „ciemną doliną” a Słowo – tak jak jest napisane w psalmie – jest lampą dla naszych stóp. Ono rozświetla nasze życiowe ciemności. Jestem przekonana, że nawet małe dzieci mogą odkryć Kim jest dla nich Pan Jezus właśnie dzięki Słowu. Zaczynając pracę nad książką na Wielki Post myślałam właśnie o tym, żeby przedstawić obraz Boga, który jest dobrem, miłością, światłem. Żeby dzieci same chciały do Niego pobiec.

 

Rozmawiała Anna Hazuka
fot. kredkamidonieba.com

 

Idziemy za Tobą
przez Wielki Post do Zmartwychwstania

Dorota Łoskot-Cichocka
Marek Kita

Wydawnictwo Sykomora 2019

 

Szukasz wartościowych treści?

Zapisz się na cotygodniowy newsletter Stacji7


 

 



Dorota Łoskot–Cichocka

Zobacz inne artykuły tego autora >
Anna Hazuka

Anna Hazuka

Żona Wojtka, mama Marysi, Ulci, Elenki, Basi i Jasia. Z życiowej pomyłki - prawnik, z naprawionego błędu - dziennikarz. Absolwentka pierwszej edycji Akademii Dziennikarstwa i autorka bloga budujemymosty.pl

Zobacz inne artykuły tego autora >
Dorota
Łoskot–Cichocka
zobacz artykuly tego autora >
Anna Hazuka
Anna
Hazuka
zobacz artykuly tego autora >

Design po chrześcijańsku

O nieziemskim designie, siostrzanej miłości i Betanii, którą wciąż odwiedza Pan Jezus, rozmawiamy z Anną Makarewicz i Dorotą Czechowską, założycielkami "Mojej Betanii".

Dorota
Czechowska
zobacz artykuly tego autora >
Anna
Makarewicz
zobacz artykuly tego autora >
Zofia Świerczyńska
Zofia
Świerczyńska
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Design po chrześcijańsku
O nieziemskim designie, siostrzanej miłości i Betanii, którą wciąż odwiedza Pan Jezus, rozmawiamy z Anną Makarewicz i Dorotą Czechowską, założycielkami "Mojej Betanii".

Jak pracuje się z siostrą?

Anna Makarewicz: Tragicznie! Dobrze wychodzimy tylko na zdjęciach (śmiech). A tak całkiem serio, bardzo się kochamy.

 

Tworzycie przedmioty z chrześcijańskim przesłaniem: notatniki, biżuterię, odzież. Skąd wziął się pomysł na „Moją Betanię”?

Dorota Czechowska: To dość długa historia. Tak naprawdę wszystko zaczęło się w głowie Ani…

Anna: Kilka lat temu mieszkałam w Stanach Zjednoczonych w przepięknej miejscowości w Teksasie, o pięknie brzmiącej po polsku nazwie: Ciało Chrystusa, czyli Corpus Christi przy Zatoce Meksykańskiej. To właśnie tam się nawróciłam. W tej miejscowości był sklepik z przepięknymi rzeczami chrześcijańskimi, których w Polsce nigdy nie widziałam. I już wtedy Pan Bóg mocno wlewał w moje serce takie pragnienie, że jeśli wrócę do Polski, to chciałabym robić coś podobnego.

 

Siostra już wtedy podzielała ten pomysł?

Dorota: Byłam wtedy bardzo daleko od Pana Boga, generalnie bardzo mocno „w świecie”. Jest taka zasada, że jak siostry są daleko, to kochają się jeszcze bardziej (śmiech). I to była właśnie taka relacja – tęskniłam, czekałam na Skype, żeby pogadać. I w czasie codziennych rozmów Ania opowiadała mi co się dzieje w jej życiu. Wyobraża sobie pani młodszą o siedem lat siostrę, która nagle dzwoni i mówi, że kocha Jezusa? Siostrę, która nie chodziła do kościoła, a nagle stała się trochę „świrnięta”?

 

Mogło to albo zniechęcić, albo zbudować…

Dorota: To nawrócenie było dla mnie wielkim świadectwem. Znałam Anię od dzieciństwa, wiedziałam co to za ziółko, widziałam też jak się zmieniła. Ale w życiu Ani Pan Bóg zadziałał nagle, gwałtownie, od razu. A u mnie to był bardzo długi etap. Kiedy Ania przyjechała do Polski, chciałam z nią spędzać jak najwięcej czasu i dawałam się nawet namówić, aby pójść z nią czasem do kościoła. Ale jeszcze wtedy nie szłam dla Pana Boga, tylko dla siostry, żeby była zadowolona, że poszłam gdzieś razem z nią. Później Pan Bóg i mnie otworzył serce, ja także się nawróciłam. Potem także mój mąż. W naszej rodzinie działy się cuda.

 

 

Można powiedzieć, że siostrzana miłość jest fundamentem „Mojej Betanii”?

Anna: Uczymy się tej relacji i czasem mamy wrażenie, że przypominamy siostry z tej prawdziwej Betanii – Martę i Marię, które są zupełnie różne. Widać to i po naszym wyglądzie i po charakterach. Cały czas uczymy się tej miłości. Pan Jezus przychodził do Betanii, bo miał tam swoją ostoję – więc i my dbamy o to, żeby było między nami mało konfliktów, a dużo miłości. Czasami kiedy coś zaostrza się między nami, to mimo wszystko bierzemy ten bezcenny olejek do namaszczenia stóp Pana Jezusa i obieramy najlepszą cząstkę, czyli miłość, i idziemy dalej. To właśnie w tym „biznesie z siostrą” wewnętrznie dojrzewamy. Dlatego też Betania jest Moją Betanią i każdego, kto do niej zagląda.

Dorota: Choć jesteśmy siostrami, nasze historie są tak naprawdę całkiem różne, ale bardzo się zazębiają. Pan Bóg wlał w nas te same pragnienia.

 

Jak długo trzeba było czekać na realizację tego pragnienia?

Anna: Pomysł na stworzenie „Mojej Betanii” klarował się długo. Kiedy wróciłam do Polski zaczęłam pracować w agencji reklamowej Doroty, którą prowadzi od 18 lat, a w której tworzy przepiękne rzeczy. Ale miałam niedosyt, ponieważ odkąd się nawróciłam, chciałam robić coś bardziej z Duchem Bożym. I tak pomału zaczęłam drążyć…

Dorota: Pracując w agencji reklamowej i jednocześnie wierząc w Pana Boga, zakochując się w Nim, robi się dalej jakąś czynność, ale to zaczyna nie wystarczać. Chce się robić więcej. I kiedy Ania zaczęła u mnie pracować, często mówiła, że chciałaby robić coś innego. Wtedy dużo rozmawiałyśmy o przedmiotach religijnych, które zachwyciły Anię w Corpus Christi. I gdzieś ten pomysł rodził się w naszych głowach.

 

Jednak pewność co do słuszności tego pomysłu przyszła dużo później…

Dorota: W tym czasie pojechałam do Medjugorie z moim mężem. To był kwiecień 2017 roku. I tam zadawałam sobie pytanie, co mogłabym robić na chwałę Pana. Trafiłam na konferencję, podczas której ojciec mówił o zagrożeniach duchowych, m.in. o przedmiotach czy odzieży, o których nawet nie pomyślimy, że znajdują się na nich symbole odwołujące się do zła, a które mogą szkodliwie wpływać na naszą duszę. I wtedy do mnie dotarło, że Ania miała rację! Pomyślałam, że będziemy robiły dokładnie na odwrót! Czyli przedmioty, które też będą nowoczesne w swojej formie i elegancji, ale będą niosły za sobą dobro i miłość, którą mamy w sercu. Poprosiłam kapłana, z którym byłam na pielgrzymce, żeby rozeznał, czy to jest to, co mam robić. Czy nie jest to czasem taka moja „ludzka zachcianka”. Ojciec otworzył Słowo na Mszy świętej w Medjugorie, to był fragment z Pieśni nad Pieśniami, po którym nie miałam wątpliwości, że mam to robić i to szybko!

 

Jak zareagowała siostra?

Dorota: Złapałam od razu za telefon, żeby jej o tym szybko powiedzieć i żeby szybko rozpocząć pracę. Kiedy wróciłam do Polski, od razu zaczęłyśmy działać. Bardzo zapadły we mnie te słowa, zwłaszcza to wyrażenie „szybko”, odczytałam to jako wolę Pana Boga. W samej agencji jest tyle pracy, że dokładając coś nowego, mogłybyśmy nigdy tego nie zacząć (śmiech). Dlatego całe szczęście, że Pan Bóg nas tak poprowadził!

 

 

Był pomysł, szybkie działanie. Kiedy przyszły pierwsze efekty?

Anna: Musiał upłynąć rok czasu zanim przetarłyśmy nowe szlaki oraz ustaliłyśmy ostateczny kształt i kierunek Mojej Betanii. Na początku była to trudna praca, ciągle na wysokich obrotach, musiałyśmy szybko wymyślać wiele rzeczy. Było to trudne, bo każda z nas chciała iść w inną stronę.

Dorota: Chciałyśmy także z Anią, aby Moją Betanię tworzyli ludzie, którzy zaangażują się w to dzieło, wkładając w nie całe serce. Nie było łatwo takie osoby znaleźć. Pragnęłyśmy stworzyć zgrany zespół. Modliłam się zawsze na początek dnia, żeby Pan Bóg przysłał nam takich ludzi. I w tej chwili mamy świetną ekipę, dwie dziewczyny – Julkę i Olę. Julia to utalentowana redaktorka tekstów i specjalista od social media. Jest również utalentowana muzycznie i ma wielkie serce oddane Panu. Druga Betanka – Ola, jest odpowiedzialna za zdjęcia, czyli to co najważniejsze na pierwszy rzut oka. Potrafi uchwycić każdy szczegół produktu. Wszystkie cztery idziemy tą drogą w jedności Ducha, wykorzystując swoje talenty na chwałę Pana. Trzeba być cierpliwym i czekać, Pan Bóg w odpowiednim momencie zadziała.

 

Do kogo skierowana jest działalność Mojej Betanii?

Dorota: Najbardziej zależało nam, żeby Moja Betania docierała do osób, które nie odnalazły jeszcze Pana Jezusa. Żeby każdy, kto jest daleko od Pana Boga, chętnie nosił nasze przedmioty. W tym kluczu powstały np. kolczyki w kształcie korony. Nie jest to symbol religijny, ale niesie on przesłanie z Księgi Izajasza: „Będziesz prześliczną koroną w rękach Pana (…)”. I to jest ten „dobry prezent”, który można podarować drugiej osobie, nawet niewierzącej. Taka osoba chętnie je założy, jest też szansa, że poszuka źródła i otworzy Pismo Święte. Nie chcemy, żeby te produkty były nachalne, ponieważ Pan Jezus dał nam wolność, wolną wolę i dotyka nas delikatnie, jeśli tylko otworzymy na Niego swoje serce. Wierzmy, że te przedmioty mogą zdziałać dobre rzeczy, że być może zaistnieją w czyjejś drodze nawrócenia.

 

Docierają do Was świadectwa innych osób?

Dorota: Tak, mamy kilka takich historii. Proszę także kapłanów, żeby modlili się za ludzi, którzy kupują te przedmioty. Z siostrą także staramy się wspierać modlitwą osoby, które u nas kupują i są obdarowywane naszymi przedmiotami, zaglądają do nas, czy mają z nami jakikolwiek związek.

 

Skąd bierzecie inspirację do tworzenia nowych produktów?

Dorota: Przede wszystkim ze Słowa Bożego. A jeśli chodzi o typ produktów, czerpiemy z tego, co tworzy agencja. Wykorzystujemy możliwości jakie Pan Bóg dał nam w pracy. Staramy się, aby produkty były unikalne, stąd np. okładka notatnika ze świętymi zawiera opatentowany wzór.

Anna: Jestem przekonana, że Słowo Boże ma olbrzymią moc. Dlatego elementem charakterystycznym naszych produktów są sigla ze Słowem Bożym, a ostatnio też cytaty świętych. Nawet fragment potrafi sprawić, że dusza wzrasta, jeżeli Słowo padnie na „żyzną glebę”. Stąd nasza wiara, że te produkty powodują w jakimś stopniu wzrost duchowy. Szczególnie jeśli chodzi o notesy z cytatami świętych, bo one też pokazują nam drogę, jakieś kierunki, które wyznaczyli nam święci.

 

Jak sobie wyobrażacie Moją Betanię za kilka lat?

Dorota: Niech Betania żyje swoim życiem, zobaczymy co Bóg da. Po prostu… ufamy Mu!

 

Rozmawiała Zofia Świerczyńska

 

Notesy i notatniki od Mojej Betanii:

Szukasz wartościowych treści?

Zapisz się na cotygodniowy newsletter Stacji7


 

 



Dorota Czechowska

Zobacz inne artykuły tego autora >

Anna Makarewicz

Zobacz inne artykuły tego autora >
Zofia Świerczyńska

Zofia Świerczyńska

Dziennikarz, sekretarz redakcji portalu Stacja7. Pracowała w Sekcji Komunikacji Komitetu Organizacyjnego Światowych Dni Młodzieży w Krakowie, agencji kreatywnej, swoje teksty publikowała także na łamach tygodników katolickich. Odpowiedzialna za projekty medialne i marketingowe.

Zobacz inne artykuły tego autora >
Dorota
Czechowska
zobacz artykuly tego autora >
Anna
Makarewicz
zobacz artykuly tego autora >
Zofia Świerczyńska
Zofia
Świerczyńska
zobacz artykuly tego autora >