Kiedy beatyfikacja Wyszyńskiego? Rozmowa z kard. Nyczem

Wszystkie procedury, związane z beatyfikacją Prymasa kard. Stefana Wyszyńskiego zostały dopełnione, teraz przyszedł czas intensywnej modlitwy, by Kongregacja ds. Kanonizacyjnych uznała cud za jego wstawiennictwem - mówi w wywiadzie dla KAI kard. Kazimierz Nycz.

Alina Petrowa-Wasilewicz
Alina
Petrowa-Wasilewicz
zobacz artykuly tego autora >
Kard. Kazimierz Nycz
Kard. Kazimierz
Nycz
zobacz artykuly tego autora >

Z kardynałem Kazimierzem Nyczem, metropolitą warszawskim, rozmawia Alina Petrowa-Wasilewicz (KAI)

 

Alina Petrowa-Wasilewicz, KAI: 24 listopada złożył ks. Kardynał w Kongregacji Spraw Kanonizacyjnych „Positio super virutibus”, czyli dokumentację o heroiczności cnót kard. Stefana Wyszyńskiego. „Nietypowy proces beatyfikacyjny wielkiej osobowości” – mówił wicepostulator procesu o. Gabriel Bartoszewski.

Kard. Kazimierz Nycz: – Złożyliśmy trzy tomy dokumentacji o ogromnej spuściźnie, analizach i publikacjach o kard. Wyszyńskim, świadectwa dużej liczby osób, którzy go znali. Informacje o długim życiu na kościelnym i państwowym świeczniku. To ogromna ilość materiałów, które musiały być uwzględnione, teksty kazań, publikacji, wystąpienia oraz „Pro memoria”, czyli osobiste notatki, które pisał przez całe życie. Jeden tom to wyłącznie zbiór dokumentów. Zakończyliśmy prace doprowadzając je do etapu rzymskiego. Dzieło postulatora i całego zespołu osób są efektem ogromnej pracy i wszystko to złożyliśmy na ręce prefekta Kongregacji ds. Kanonizacyjnych, kard. Angelo Amato.

 

Jak was przyjął?

– Jest on jednym z ostatnich z pokolenia kardynałów i biskupów – obcokrajowców, którym nazwisko i postać kard. Wyszyńskiego mówi bardzo wiele. Jako młody salezjanin, później absolwent i profesor na uniwersytecie salezjańskim pamięta lata aktywności prymasa Wyszyńskiego oraz legendę, aureolę, która go otaczała. Każdy jego przyjazd do Rzymu był odnotowywany, bo przyjeżdżał jedyny kardynał zza żelaznej kurtyny, co było wówczas rzeczą niezwykłą. Prefekt Kongregacji, doskonale więc zna opisany w Positio kontekst życia, posługi, świętości. Świętości wielkiej nie tylko dla nas, ale i dla Kościoła powszechnego, postaci.

Dobrze się stało, że właśnie ktoś znający ten kontekst przyjął złożone uroczyście dokumenty. Teraz czekamy na kolejne etapy pracy w samej Kongregacji. Chodzi o prace teologów, którzy zbadają Positio i swą ocenę przekażą biskupom i kardynałom z tejże Kongregacji. Dopiero po opinii teologów i kardynałów, Ojciec Święty może wydać dekret o heroiczności cnót. Równolegle opracowuje się, też trzystopniowo, cud, opisany i złożony w Kongregacji po procesie w archidiecezji szczecińskiej: przez konsultę lekarzy, wyznaczonych przez Kongregację, teologów oraz wspólnie biskupów i kardynałów. Gdy uznają cud wraz z orzeczeniem heroiczności, wyznacza się datę beatyfikacji.

 

34. rocznica śmierci kard. Stefana Wyszyńskiego

 

Czy można przewidzieć, kiedy zakończy się ten proces? W Kongregacji jest ogromna „kolejka” spraw…

– Kongregacja działa ustalonym trybem, postulatorzy jeszcze sporo napracują się przy cudzie. Dla nas natomiast zaczyna się czas zintensyfikowanej modlitwy o rychłą beatyfikację kard. Wyszyńskiego. Należy też zadbać o to, aby środowiska, z którymi związany był ks. Prymas – Kościół warszawski, gnieźnieński, cała Polska, trwały na modlitwie, która jest znakiem kultu kard. Stefana Wyszyńskiego. Liczne świadectwa otrzymanych łask, które kładzione są na jego grobie w katedrze św. Jana i w różnych miejscach Polski i świata, świadczą o tym, że ten kult, to, co nazywamy sławą świętości, jest faktem. I efektem tego kultu, jego skutkiem, owocem, jest cud, ale modlitwa ma sprawić, że akurat ten cud zostanie przez Kongregację uznany.

W przyszłym roku przypada 35. rocznica śmierci Kardynała Wyszyńskiego, więc teraz musimy zabrać się za to, co jest najważniejsze – do modlitwy.

To teraz praca dla nas wszystkich, tym bardziej, że w przyszłym roku przypada 35. rocznica śmierci Sługi Bożego, więc teraz musimy zabrać się za to, co jest najważniejsze – do modlitwy.

 

Czy “Pro memoria” – zapiski na gorąco, sporządzane dzień w dzień, mogą naszą wiedzę o Prymasie zasadniczo wzbogacić?

– Całe ich fragmenty są dobrze znane historykom, np. “Zapiski więzienne”. Historycy z pewnością dowiedzą się wielu rzeczy o wydarzeniach w naszym kraju z punktu widzenia ich bystrego obserwatora i uczestnika wielu z nich. A ponieważ pisał na gorąco, nie hamował swoich emocji i na tym też polega wartość tych notatek. Gdyby pisał po upływie choćby miesiąca, byłyby te zapiski poddane refleksyjnej autocenzurze. Sensacji jednak nie będzie, czytelnicy zapoznają się z konkretnymi sprawami i ocenami, ale perspektywa trzydziestu pięciu lat sprawia, że to już dość odległa przeszłość, wielu ludzi, o których wspomina, dawno nie żyje, natomiast ci, co żyją, mogą spać spokojnie.

 

Kiedy ukażą się “Pro memoria”?

– Mamy zamiar wydawać pięć tomów rocznie, czyli około sześciu lat, bo to trzydzieści trzy tomy.

 

Kościół podzielony. Wyszyński kontra Wojtyła.

 

Za życia i po śmierci kard. Wyszyński został obdarowany masą tytułów: Prymas Tysiąclecia, mąż Opatrzności, który przeprowadził lud przez Morze Czerwone. Co, zdaniem ks. Kardynała, najmocniej zostało w naszej pamięci?

– Trzeba zrobić istotne rozróżnienie. Ludzie ponad pięćdziesięcioletni pamiętają go z mediów, choć media PRL nie pokazywały go chętnie, ze spotkań na Jasnej Górze, na Skałce w Krakowie, z uroczystości z okazji obchodów milenijnych. W ich pamięci pozostał jako wielki człowiek Kościoła, który przygotował i przeprowadził całą wielką Nowennę z okazji Milenium Chrztu Polski. Mówimy dziś, że obronił Kościół i Polskę, ale działo się to dzięki konkretnym sprawom, które Duch Święty mu podsuwał, a był niezwykle otwarty na Jego działanie, opracowując duszpasterskie programy. Także taktykę postępowania, począwszy od bardzo trudnych lat 1949-1953, podpisania porozumienia z rządem komunistycznym. Historia później przyznała mu rację, że trzeba było to porozumienie zawrzeć, ale dopiero później, po trzech latach więzienia. Więzienie zaś stało się czasem przygotowania do wielkich programów duszpasterskich, włącznie z programem Milenium Chrztu Polski.

Trzeba przypomnieć ważny wątek z czasu obrad Soboru Watykańskiego II – relacje z Kościołem niemieckim i sławny list do biskupów niemieckich. Stał się on początkiem drogi w polsko-niemieckich relacjach Kościoła i państwa, normalizacji stosunków w roku 1970, uznania granic na Odrze i Nysie, administracji i struktur kościelnych na terytoriach, które należały do Niemiec przed II wojną światową.

Ostatnim akordem tych relacji była wizyta kard. Wyszyńskiego i Wojtyły w Niemczech w 1978 r., tuż przed wyborem metropolity krakowskiego na papieża. To cała sekwencja, bez której byłyby niemożliwe dzisiejsze wydarzenia w relacjach bilateralnych, bez strategii, obranej przez ks. Prymasa w latach 60. i 70. Gdyby nie ta droga, pewnie byłoby trudniej Duchowi Świętemu doprowadzić do wyboru kard. Wojtyły na Stolicę Piotrową.

 

Prymas Wyszyński jakiego (jeszcze) nie znamy

 

Dla ludzi starszych jest więc kard. Wyszyński wielkim człowiekiem Kościoła, punktem odniesienia – jasnym, przejrzystym w trudnym czasie, co było bardzo trudne i mówiąc trochę po świecku, wielkim mężem stanu.

Dla ludzi starszych jest więc kard. Wyszyński wielkim człowiekiem Kościoła, punktem odniesienia – jasnym, przejrzystym w trudnym czasie, co było bardzo trudne i mówiąc trochę po świecku, wielkim mężem stanu.

W procesie beatyfikacyjnym była to pewna trudność. W tym znaczeniu, że trzeba było mocno uzasadniać i wyjaśniać, czy proces dotyczy świętości wielkiego człowieka czy tego, że był wielkim przywódcą Kościoła. Kongregację ds. Świętych interesuje bowiem heroiczność cnót, czyli droga do świętości. Ale to się dało uzasadnić.

Natomiast co do ludzi młodszych – to temat na rachunek sumienia dla nas, starszych. Co zrobiliśmy żeby pokazać tę postać w katechezie, wychowaniu, szkole? Co mówiliśmy pokoleniu, które dziś ma 20, 30, 40 lat i które go nie spotkało? Dla tego pokolenia jest to już postać absolutnie historyczna i pokazanie jej aktualności z okazji beatyfikacji, to wyzwanie dla naszego pokolenia. Żeby ten święty był nie tylko orędownikiem, ale osobą, którą współczesny człowiek może podziwiać i naśladować. Żeby podziwiali jego stanowczość i moralną bezkompromisowość tak, jak dla naszego pokolenia był człowiekiem do naśladowania. Nie tylko dla kapłanów i biskupów, ale dla wszystkich katolików w Polsce.

 

Jak kard. Wyszyński może przemówić do dzisiejszej, “smartfonowej” młodzieży?

Nie możemy zignorować języka i narzędzi, którymi młodzi się posługują. Jeżeli się buntują i tupią nogami na nasze suche, teoretyczne mówienie, nie nastawione na interaktywność, pewnie mają rację.

– Coraz częściej stwierdzam, że młodzież jest dziś ani lepsza, ani gorsza, po prostu inna, a ta inność to między innymi media elektroniczne, które są jej żywiołem.Nie możemy zignorować ich języka i narzędzi, którymi się posługują. Jeżeli się buntują i tupią nogami na nasze suche, teoretyczne mówienie, nie nastawione na interaktywność, pewnie mają rację. To my się musimy uczyć mówić do nich respektując obrazkowy odbiór świata. Oni w nim wyrośli i już nie będą inni. My też się nie zmienimy, zawsze będziemy odrobinę hamulcowymi, którzy będą przypominać, że jednak tekst pisany i czytany jest ważny i ten wkład naszego pokolenia jest im bardzo potrzebny.

 

"Pro memoria". Zapiski Prymasa Wyszyńskiego zostaną opublikowane

 

Kim był dla Księdza Kardynała osobiście kard. Wyszyński kiedyś i obecnie, gdy Ksiądz Kardynał jest jego następcą?

– Moje kontakty były przeciętne, takie jakie mogły być u przeciętnego, “ośmioletniego” księdza, bo miałem tyle lat kapłaństwa, gdy zmarł. Byłem trochę uprzywilejowany, bo miałem okazję spotykać go najpierw jako kleryk przez sześć lat, a później dwa razy do roku na inauguracji roku akademickiego na KUL w Lublinie w latach 1977-1980 i w czasie uroczystości św. Stanisława na Skałce. Bliżej niż ksiądz pracujący w parafii, ale nie całkiem blisko.

Prymas był wielką personą, ale nie kimś, kto odpycha, choć wobec formatu jego osoby odczuwało się pewien podziw

Prymas był wielką personą, ale nie kimś, kto odpycha, choć wobec formatu jego osoby odczuwało się pewien podziw i z natury rzeczy człowiek szukał właściwego miejsca, gdzie powinien być i stać. Byłem na uroczystościach milenijnych w Częstochowie z rodzicami i już wówczas odczułem, że jest w nim wielkość i dostojeństwo uosabiające Kościół i Polskę.

 

Widziałem, a potwierdzają to jego “Pro memoria”, że jeśli ktoś w relacjach z nim przekroczył bramę dystynkcji i blasku, jakim emanował, był normalnym, bardzo kontaktowym człowiekiem. Tak mówią księża i osoby, które go bliżej znały. Choć nie był to kontakt, w którym można było sobie pozwolić na wyraźne skrócenie dystansu.

Jestem jego następcą i gdy sobie uświadamiam po kim jestem nieprzewidzianym następcą… Nauczył mnie tego kard. Macharski, który mówił, że po ludzku ma wszystko przegrane jeśli chodzi o bycie następcą Wojtyły w Krakowie, który został papieżem.

Jestem jego następcą i gdy sobie uświadamiam po kim jestem nieprzewidzianym następcą… Nauczył mnie tego kard. Macharski, który mówił, że po ludzku ma wszystko przegrane jeśli chodzi o bycie następcą Wojtyły w Krakowie, który został papieżem. “Ale ponieważ nie chcę być całkiem w cieniu wielkiego papieża, próbuję jak mogę żyć blaskiem tej wielkiej postaci” – mówił kard. Macharski. Nas, młodych księży, trochę irytowało, że bez przerwy cytował Jana Pawła II – jako poprzednika, którego wielkość podziwiał i cenił, ale to jedyna właściwa postawa, gdy ma się właśnie takiego poprzednika. Na szczęście w międzyczasie przez dwadzieścia siedem lat rządy po kard. Wyszyńskim sprawował kard. Glemp, a ja uczyłem się też od niego kontynuacji linii Prymasa Tysiąclecia. Było mi więc łatwiej.

 

Druga sprawa to czas, w którym żyjemy i który nie jest tak groźny i niebezpieczny dla Kościoła jak w okresie PRL, choć jest bardziej skomplikowany, problemy są rozproszone, wróg jest rozproszony. W tym znaczeniu, że niebezpieczeństwa, z którymi zderza się dziś Kościół, są równie liczne, ale bardziej chytre. Nieraz, gdy jestem w kaplicy, a to ta sama kaplica, w której godzinami modlił się kard. Wyszyński, proszę go o łaski i czekam, tak po ludzku, by wstawił się za nami i za mnie również.

 

Jutro Niedziela - XXIX zwykła AJakie wątki z jego spuścizny są najbardziej inspirujące i przydatne dla Księdza Kardynała?

– Postawa pragnienia i gotowości do dialogu, bo tak należy ocenić lata 1951-1953, choć spotkało go rozczarowanie i ostatecznie więzienie. A także otwarcie na dialog dla dobra kraju i narodu, także po 1956 r., choć i ta lampka nadziei zgasła bardzo szybko dlatego, bo bardzo zawiódł się na Gomułce. Pierwszy sekretarz potrzebował go w 1956, gdy ściągnął go z Komańczy i chciał żeby już, szybko, uspokoił nastroje społeczne. Wykorzystał go do swoich celów, ale trzy lata później, po opanowaniu sytuacji politycznej okazało się, że Wyszyński jest niepotrzebny, że wręcz jest wrogiem. Zaczęło się usuwanie religii ze szkół etapami – od wybranych, aż w końcu ze wszystkich. Potem była nagonka związana z listem biskupów polskich do niemieckich i obchodami tysiąclecia Chrztu Polski.

 

Miał swoje ulubione hasło, mówił, że Kościół ma być z narodem. Wspierał model duszpasterstwa masowego, który, jak się wydaje, dziś się zmienia.

– Kościół z narodem to rzecz oczywista, ma być blisko ludzkich i narodowych spraw. Oczywiście, nie należy tego rozumieć jako Kościół narodowy, trzeba pamiętać, że Kościół jest jeden, powszechny, ponad narodowościami.

Kościół ludowy, masowy, ma wielką wartość i siłę. Problem polega na tym, żeby to przejście, które musi się dokonywać nieustannie, nie odbywało się na zasadzie kontestacji i odcięcia, a poprzez pogłębianie tego, co jest samo w sobie wartością niezwykłą. Myślę, że gdy patrzymy na Polskę, zwłaszcza na regiony, w których religijność jest powszechna i czego nam zazdroszczą na Zachodzie, dojdziemy do wniosku, że trzeba tak trzymać, kontynuować dotychczasową pracę i na tej podstawie budować religijność pogłębioną. Nie wolno zaś odrzucać religijności ludowej, nie wolno odcinać się od niej.

 

Do Kościoła powszechnego, ludowego, masowego, (można nieraz wyczuć zabarwienie pejoratywne w tych określeniach i trzeba tego unikać), trzeba mieć stosunek pozytywny i nie przeciwstawiać go elitarnemu katolicyzmowi, tylko pogłębiać religijność wiernych poprzez ruchy, wspólnoty, które rozwinęły się równolegle lub po II Soborze Watykańskim. Na takie inicjatywy pogłębiania religijności, np. ks. Franciszka Blachnickiego, pokolenie biskupów i księży patrzyło z rezerwą i wyczekując, co z tego wyniknie. A tacy duszpasterze jak ks. Blachnicki mieli profetyczne spojrzenie, widzieli, co naprawdę jest potrzebne Kościołowi, by dotarł do współczesnych.

W tym katolicyzmie, na jaki postawił kard. Wyszyński, kluczową rolę odgrywała rodzina.

Trzeba pamiętać, że w tym katolicyzmie, na jaki postawił kard. Wyszyński, kluczową rolę odgrywała rodzina. Dlatego nie można mówić, że ich katolicyzm był płytki, bo rodziny spełniały wyśmienicie rolę przekazania wiary. Dziś, niestety, jest z tym gorzej.

 

Przed nami obchody 1050. rocznicy Chrztu Polski. Pół wieku wcześniej dla kard. Wyszyńskiego obchody milenijne były mocnym wejściem duszpasterskim, rysowaniem perspektywy na przyszłość, ale też powiedzeniem rządzącym, tego, co mówił później Jan Paweł II: bez Chrystusa nie da się zrozumieć dziejów Polski. Gdyby porównać te jubileusze…

– Nie porównywałbym samych jubileuszy, gdyż wymowa dat jest inna – milenium a 1050. rocznica. Na porównywalny jubileusz trzeba poczekać 450 lat. Jednak trzeba przywołać i zaktualizować to, co przeżywaliśmy pół wieku temu, będzie to duża wartość dla dwóch pokoleń, które w tym czasie wyrosły. Przez aktualizację rozumiem zaś, że to, co było ważne wtedy: pokazanie skąd przyszliśmy, skąd pochodzimy, skąd przyjęliśmy chrześcijaństwo i jakie relacje wówczas nawiązaliśmy, byłoby ważne i dziś. Tamto przypomnienie było przyprószone przez ideologię komunistyczną, która organizowała państwowe kontruroczystości, ale tamte problemy, pytania, były daleko mniej natarczywe niż dzisiejsze. A dziś pytamy o tożsamość Europy, w tym Polski. Odpowiedź jest przypomnieniem fundamentu, który jako jedyny może sprawić, że Europa się jeszcze pozbiera. Wszystkie bowiem symptomy cywilizacyjne, kulturowe, demograficzne, świadczą o jej głębokiej dekadencji. W związku z tym upadkiem potrzebne jest głębokie nawrócenie i przypomnienie o wspólnym chrześcijańskim dziedzictwie, jest pokazaniem drogi wyjścia z kryzysu.

 

Pamiętam dyskusję o Europie w Polskiej Akademii Umiejętności. Brali w niej udział naukowcy i ton był raczej pesymistyczny. Wówczas prof. Jadwiga Puzynina podsumowała ją jednym zdaniem: Żeby to, o czym mówimy, nie spełniło się, potrzebne jest powszechne nawrócenie. Każdego z nas, całej Europy.

Migranci pokazują nam naszą słabość, niewiarę, niepewność czy na serio traktujemy chrześcijaństwo, wiarę. Kryzys demograficzny to efekt aborcji, egoizmu i pragnienia wygodnego życia. Okrągłe rocznice są okazją do rachunku sumienia i nawrócenia.


Rozmawiała Alina Petrowa-Wasilewicz / Warszawa

 


Wesprzyj nas
Alina Petrowa-Wasilewicz

Alina Petrowa-Wasilewicz

Zobacz inne artykuły tego autora >
Kard. Kazimierz Nycz

Kard. Kazimierz Nycz

Zobacz inne artykuły tego autora >
Show comments
Alina Petrowa-Wasilewicz
Alina
Petrowa-Wasilewicz
zobacz artykuly tego autora >
Kard. Kazimierz Nycz
Kard. Kazimierz
Nycz
zobacz artykuly tego autora >

O. Zięba: miłosierdzie to miłość mimo słabości

- Miłość miłosierna, to konkretna Boża miłość pochylająca się nade mną i przyjmująca mnie pomimo moich słabości, mimo moich stałych niewierności i ułomności - mówi dominikanin o. Maciej Zięba. Teolog i znawca nauczania Jana Pawła II wyjaśnia w rozmowie z KAI istotę Jubileuszu Miłosierdzia, który niebawem rozpocznie się w Kościele katolickim na świecie.

Maciej
Zięba OP
zobacz artykuly tego autora >

KAI: Zaraz po pielgrzymce Jana Pawła II do Polski w 2002 roku zauważył Ojciec, że była to pierwsza, i jak się potem okazało jedyna, pielgrzymka papieża, która miała charakter nie lokalny, a planetarny. Wszystko za sprawą przesłania o Bożym Miłosierdziu, które było głównym tematem tej pielgrzymki. Tak się stało, bo od tego czasu kult miłosierdzia opanował cały świat. Z czego wynika fenomen tej tajemnicy, że stała się tak bardzo powszechna?

O. Maciej Zięba: Po pierwsze wynika to z tego, co odkrywamy już w Starym Testamencie, że Bóg jest pełen miłosierdzia. Ta prawda powraca w nauczaniu Chrystusa, który nie tylko mówi, ale i ukazuje swym życiem, iż „macie być miłosierni, jak Ojciec wasz jest miłosierny”. Wpisane jest to w sam rdzeń chrześcijańskiego orędzia i wynika – co warto podkreślić – z obu testamentów. A papież Franciszek, w liście „Misericordiae vultus” jeszcze poszerza tę przestrzeń wspólnego spotkania pisząc o zbieżności Chrześcijaństwa z Islamem i Judaizmem w kontemplowaniu tego właśnie wymiaru boskości, wymiaru Bożego Miłosierdzia.

 

hands-918774_1920

 

Po drugie, tamta pielgrzymka sama w sobie była niezwykła. To była pielgrzymka bardzo już słabego i schorowanego papieża, traktująca wyłącznie o miłosierdziu. Już nie miał sił aby jeździć po całej Polsce, więc przybył do Krakowa, do Łagiewnik, by tu głosić orędzie dla całej Polski i dla całego świata. Stąd ten wymiar planetarny, skierowany do ludzi na całej kuli ziemskiej, aby wyobraźnia miłosierdzia rozpalała ludzkie serca, otwierała nowe horyzonty, przełamywała stereotypy. I ciągle – także myśląc o problemie uchodźców – brakuje nam tej „wyobraźni miłosierdzia” o którą prosił nas święty papież.

Trzeba jednak pamiętać, że cały, długi pontyfikat Jana Pawła II był przepełniony głoszeniem miłosierdzia Bożego. Już w swojej programowej encyklice “Redemptor hominis” stwierdzał on z całą mocą: „objawienie miłości i miłosierdzia ma w dziejach człowieka jedną postać i jedno imię. Nazywa się: Jezus Chrystus”, a jego druga encyklika jest przecież w całości o Bogu bogatym w miłosierdzie. Na nią zresztą powołuje się papież Franciszek w bulli zapowiadającej Jubileuszowy Rok Miłosierdzia. Widać ciągłość w podkreślaniu tego ważnego wymiaru boskości zarówno w Piśmie Świętym, jak i w nauczaniu papieży.

 

Papież ogłasza Nadzwyczajny Jubileusz Miłosierdzia

 

Ludzie XXI wieku bardzo głęboko doświadczają swojej kruchości oraz słabości. Doświadczają też swej anonimowości, zagubienia w wielkiej liczbie: jest nas siedem miliardów – każdy jest jedynie drobinką w wielkiej ludzkiej masie, pojedynczym atomem w bezkresnej kosmicznej pustce. Wobec tej psychicznej i fizycznej kruchości, także naszej słabości, ale też i głębszej refleksji nad swą kondycją, odkrywamy, że potrzeba nam miłosierdzia. Bardziej subtelnie analizujemy dziś nasze działania, lepiej znamy ich motywy, lepiej znamy naszą psychikę i zagłębiamy się w sferę duchowości. Ja mam bezustannie – można by rzec – poczucie „podszyte rozpaczą”, że każdy mój gest, każde moje zachowanie, każde słowo jest jakoś „niepełne” i ułomne, że wszystko, dosłownie wszystko co czynię jest skażone moją grzesznością i słabością po grzechu pierworodnym. Chciałbym bardziej kochać, chciałbym lepiej działać, chciałbym pełniej dawać i zarazem wiem, że odbiję się od szklanego sufitu mojej ułomności. W jakiejś mierze, w sposób różnorodny i zindywidualizowany, jest to zapewne doświadczenie powszechne, doświadczenie każdego człowieka.

Przy takim doświadczaniu samego siebie oraz siebie w relacji z Bogiem i bliźnimi, otwiera się nieskończona przestrzeń dla Bożego Miłosierdzia, które w namacalny sposób dopełnia i przekracza konkretne ułomności człowieka, które nas podtrzymuje w istnieniu oraz działaniu. To dzięki niemu, pomimo wszystko, wbrew beznadziei, możemy jednak się komunikować, możemy powiedzieć „kocham”, możemy budować realne dobro, możemy sobie przebaczać – jest to możliwe wyłącznie dzięki temu, że otwieramy się na zdroje bezustannie wypływające ze źródła miłosierdzia. Obserwując w Łagiewnikach pielgrzymów z całego świata, widać, jak to orędzie miłosierdzia przyciąga, jak bardzo jest potrzebne.

 

Łagiewniki: młodzi w trakcie ŚDM muszą tu doświadczyć obecności miłosiernego Chrystusa

 

KAI: Czym właściwie jest miłosierdzie Boże?

– Przy przymiotach Bożych trzeba uważać, by ich za bardzo nie antropomorfizować, byśmy na ludzką modłę nie tłumaczyli sobie natury Boga, by – jak przypomina Katechizm Kościoła Katolickiego – „nie pomieszać niewypowiedzianego, niepojętego, niewidzialnego i nieuchwytnego Boga z naszymi ludzkimi sposobami wyrażania”. Przed tym bardzo mocno przestrzega teologia. „Poznajemy Boga jako Nieznanego” mówi św. Tomasz.

Dopiero po tym zastrzeżeniu, możemy powiedzieć, że istotę miłosierdzia dobrze oddaje obraz Rembrandta, na którym ojciec pochyla się i przytula kogoś, kto bardzo narozrabiał i w zasadzie podeptał swoje synostwo, co więcej, długo żył amoralnie, a nawrócił się z niskich pobudek. Miłość miłosierna, to konkretna Boża miłość pochylająca się nade mną i przyjmująca mnie pomimo moich słabości, mimo moich stałych niewierności i ułomności. „Jest Ona większa od grzechu, od słabości, od „marności stworzenia”, potężniejsza od śmierci – to znów “Redemptor hominis” – stale gotowa dźwigać, przebaczać, stale gotowa wychodzić na spotkanie marnotrawnego dziecka”.

 

baby-951092_1920

 

KAI: Czy światu jest dziś potrzebny Bóg Miłosierny?

– Gdyby Pan Bóg był tylko sędzią sprawiedliwym, to już byśmy nie istnieli. Za dużo potworności dokonało się i ciągle się dokonuje na ludzkiej ziemi. Za dużo potworności jest we mnie samym. Pan Bóg podtrzymuje świat w istnieniu i ciągle objawia swoje miłosierdzie. Stale też wzbudza zastępy ludzi dobrej woli, którzy wbrew wszystkim naukom o asertywności, o filozofii singli, o tym, że każdy ma się troszczyć o swoje, przekraczają swój egoizm i poświęcają ofiarnie swoje życie dla innych ludzi. To są znaki Bożego Miłosierdzia, dzięki którym i my rozumiemy, jak bardzo potrzebne jest nam przygarnięcie przez kochającego ojca.

 

Nieudani synowie Ojca Miłosiernego. Gdzie była matka?

 

KAI: Prawda o Miłosierdziu Bożym to także prawda o kondycji człowieka. Jak jest ta kondycja?

– To jest prawda o ludzkiej słabości. Dopiero poprzez nią można odkryć też i ludzką wielkość. Ale to nie jest samobiczowanie tylko realizm. Europa jeszcze niedawno żyła mitem doskonałości, pełnego wyzwolenia człowieka. „Wyzwolimy ludzkość od zła, gdyż wystarczy człowieka wyedukować ” – tak głosiło oświecenie, “zniszczyć własność prywatną i powstanie raj na ziemi” – tak mówił komunizm, “wystarczy wyplenić pasożyty rasowe by świat był harmonijny” – grzmiał nazizm i rasizm, “gdy rozwiążemy problemy związane z ludzką psyche, wtedy świat będzie szczęśliwy” – przekonywała psychoanaliza, wreszcie „zniszczmy wszelkie tabu, a osiągniemy powszechną nirwanę” – głosiły manifesty pokolenia ‘ 68. To bzdury. Niebezpieczne bzdury. Prawda jest taka, że wszyscy mamy słabości, wszyscy mamy swoją grzeszność i wszyscy potrzebujemy przebaczenia, a Królestwa Bożego nie zbudujemy na ziemi. To oszustwo, gdy mówimy, że w świecie i w nas nie ma zła, że już tu, w doczesności, możemy się z niego ostatecznie wyzwolić. Empirycznie sprawdziliśmy to w drastyczny sposób w minionym stuleciu, wieku totalitaryzmów, i dziś też to stale sprawdzamy. Aby ten świat czynić choć troszkę lepszym musimy przyjąć, że grzech jest realny i, że zło jest w świecie oraz w nas samych.

 

help-164755_1280

 

Uznanie tego nie jest łatwe, dlatego od niego uciekamy. Skoro jestem grzeszny, to wszystko jest bez sensu, skoro wszystko jest skażone, to nie mam w świecie żadnych szans. A jednak istnieje nadzieja – przychodzi Chrystus i podnosi mnie zmiażdżonego przez swoje słabości, głosi nam orędzie Swojej bezgranicznej miłości, przynosi nam przebaczenie. Stąd posługa miłosierdzia w konfesjonałach, gdzie przez miliardy roboczogodzin dokonuje się jednanie z Bogiem, z ludźmi i z samym sobą oraz udziela się przebaczenia, dzięki któremu zdroje Miłosierdzia Bożego są dla każdego “na wyciągnięcie ręki”. By to unaocznić papież Franciszek proponuje inicjatywę „24 godziny dla Pana” i powszechnych misji w parafiach, a także zamierza rozesłać na cały świat Misjonarzy Miłosierdzia „aby stali się zwiastunami radości i przebaczenia”.

Potrzeba więc tylko otwarcia naszych serc.

 

KAI: Być miłosiernym, czyli jakim?

– Umieć stale przebaczać i przywracać nadzieję. Musi być to jednak oparte na prawdzie, bo prawda jest zawarta w miłości. Nie może to być naiwne, sentymentalne uczucie litości. Ludzie czasem w złej wierze wykorzystują naiwność, cynicznie wykorzystują chęć czynienia miłosierdzia, a to potęguje szerzenie się zła i służy recydywie. Miłosierdzie musi być oparte na prawdzie i uznaniu swojej grzeszności.

Miłosierdzie bywa trudne. Trzeba umieć przyjąć kogoś, pomimo zapiekłości mego serca, pomimo poranień, pomimo tego wszystkiego, co bolesne się w naszej historii zdarzyło. Ale Chrystus wyraźnie mówi, że przebaczyć trzeba aż 77 razy – zawsze. Taka właśnie była optyka polskich biskupów piszących 50 lat temu orędzie do biskupów niemieckich, która z punktu widzenia politycznego, ekonomicznego, demograficznego, czy egzystencjalnego była bez sensu. Po ludzku nie powinno się “przebaczać i prosić o przebaczenie”, ponieważ nie ma żadnej symetrii między krzywdami wyrządzonymi przez Niemców, a winą Polaków. Ale jest to symetria ewangeliczna. Takim ewangelicznymi kryteriami powinniśmy się kierować w naszym codziennym życiu, przekraczając czysto ludzkie kategorie.

 

hands-736244_1920

 

KAI: Czy Miłosierdzie nie jest, zwłaszcza na Zachodzie, traktowane przez niektóre środowiska, jako alternatywa dla teologii o grzechu i teologii pojednania?

– Tak może się zdarzyć i pewnie niekiedy bywa. Stwierdzenie: “nic się nie stało”, “nie ma sprawy”, wcale nie musi oznaczać przebaczenia. Może świadczyć o braku umiłowania sprawiedliwości, o ignorancji, wreszcie o konformizmie. To nie jest postawa ewangeliczna, a co najwyżej forma kawiarnianej imitacji miłosierdzia. Dlatego mówiąc o miłosierdziu koniecznie trzeba wspominać także o prawdzie. Poznać swoją grzeszność, zobaczyć i uznać to, co się zrobiło – to fundament miłosierdzia.

 

KAI: Dużo się mówi ostatnio o skandalach w Kościele. Jaki jest Kościół: miłosierny, czy pełen intryg?

– O skandalach w Kościele mówi się od czasów świętego Pawła. Wystarczy poczytać jego listy apostolskie. My dzisiaj także musimy poznawać swoją grzeszność, zobaczyć i uznać to, co się złego zrobiło. Kościół musi się stale nawracać. Znamy z historii wieki dużo bardziej ciemne i niedobre w historii Kościoła, niż dzisiejsza rzeczywistość, ale to nie jest żadna pociecha, bo każdy grzech rani cały Kościół. “Ecclesia semper reformanda” – Kościół stale się reformujący, odnawiający, musi nieustannie przeglądać się w świetle Zbawiciela i Ewangelii aby dostrzec ciemne plamki grzechu i słabości. Ale zarazem Kościół jest wspólnotą miłosierdzia – żyjącą dzięki miłosierdziu, praktykującą miłosierdzie i dzielącą się miłosierdziem. „Czego żądasz?” pyta każdego z nas, dominikanów, przełożony w momencie składania ślubów, a my odpowiadamy: „Miłosierdzia Bożego i waszego!”. Żyjąc w Kościele możemy nie tylko spodziewać się miłosierdzia, ale mamy wręcz prawo aby żądać miłosierdzia. Jak mówił św. Jan XXIII otwierając Sobór: „Kościół Katolicki pragnie okazać się matką miłującą wszystkich, matką łaskawą, cierpliwą, pełną miłosierdzia i dobroci”.

 

Wyjątkowe rekolekcje dla mam z małymi dziećmi

 

Popatrzmy na świeckie instytucje, jak one łatwo się degenerują. Pamiętamy partie pełne idealistów, dyktatorów, którzy mieli świetlane pomysły – wszyscy nadspodziewanie szybko stali się sługami ciemności. Władza skutecznie korumpuje. A Kościół grzeszny i słaby, w którym wszyscy – z racji człowieczeństwa – mają naturę “coruptibilis”, od 2000 lat ciągle się nawraca i odnawia.

Krytyka Kościoła, zwłaszcza słuszna, zawsze boli, bo pokazuje naszą niewierność i słabość. Ciągle musimy się nawracać, by być choć trochę silniejszymi w przyszłości. Stąd program “rachunku sumienia” sięgającego w głąb dwudziestu stuleci, który Jan Paweł II mocno promował za swojego pontyfikatu. A jeżeli czasem mamy nawet do czynienia z prawdziwą nagonką mediów, gdy się nas niesprawiedliwie oczernia i tendencyjnie oskarża, to jest to dla nas, w Kościele, kolejna szansa do nawrócenia. Taki los uczniów Chrystusa jest zapisany już w Ewangeliach.

 

4 modlitwy, które pomogą ci dobrze przeżyć spowiedź

 

KAI: Grzeszny Kościół ogłasza Nadzwyczajny Rok Święty poświęcony miłosierdziu. Czym jest ten Rok Święty?

– W rozumieniu tej tajemnicy pomaga bulla papieża Franciszka zapowiadająca Jubileusz. Rozpocznie się on 8 grudnia, w uroczystość Niepokalanego poczęcia Najświętszej Maryi Panny, święto, które przypomina – czego dowodzi przykład Maryi – że świat bez grzechu mógłby wyglądać całkowicie inaczej, byłby dużo piękniejszy, ale ponieważ jesteśmy grzesznikami, grzech jest realnie obecny w świecie, to wszyscy potrzebujemy miłosierdzia Bożego.

Jubileusz ten wiąże się także z 50. rocznicą zakończenia II Soboru Watykańskiego, którego nauczanie ciągle powinniśmy zgłębiać. Postanowienia soborowe wciąż nie są należycie przeżyte przez Kościół, a Rok Święty jest dobrą okazją, by pogłębić doświadczenie Soboru. „Każdy kto jest sługą Ewangelii powinien dziękować Duchowi Świętemu za dar Soboru i powinien się stale czuć jego dłużnikiem – pisał Jan Paweł II – a dług pozostaje do spłacenia na przestrzeni jeszcze wielu lat i pokoleń”.

 

KAI: Jakie znaczenie mogą mieć ustawiane katedrach i innych wybranych świątyniach tzw. Bramy Miłosierdzia?

– To oczywiście zależy od samych wiernych. Jesteśmy istotami psychofizycznymi, posiadającymi zmysły. Należy uszanować tę strukturę człowieka. To dlatego w katolicyzmie, bardziej powszechnie i wielowątkowo niż w innych wyznaniach i tradycjach religijnych rozwinęła się sztuka sakralna. Widzialne znaki i symbole są nam potrzebne, by lepiej wyrazić duchowe treści. Nie jesteśmy czystymi duchami, a takie widzialne znaki przypominają o Miłosierdziu Bożym i odpustach, przypominają nam, że jesteśmy pielgrzymami, a także iż każdy z nas może przekroczyć próg i wkroczyć w przestrzeń na nowo otwartej nadziei.

 

drzwi

 

Wielki Jubileusz roku 2000 pokazał, że ten symbol przejścia przez bramę był dla ludzi ważny. Podobnie jest na Lednicy, gdzie rokrocznie wiele dziesiątków tysięcy młodych ludzi najpierw długo się modli, a potem przekracza Bramę-Rybę. Widzialny gest, który wykonuje człowiek z dobrą intencją, modlitwą, rachunkiem sumienia, chęcią zmiany życia i nadzieją na przyszłość jest niesłychanie ważny i może przynieść wielkie duchowe owoce.

Pamiętajmy też o duchowym pielgrzymowaniu i intencjonalnym przechodzeniu przez bramę miłosierdzia osób, które nie są w stanie fizycznie takiego progu przekroczyć, ale mogą dzięki ofierze swojego cierpienia i czystości intencji szeroko otworzyć bramy Bożego miłosierdzia dla siebie, swych bliskich i całego świata.

 

hand-506754_1920

 

KAI: Jakie owoce może przynieść kolejny Rok Święty?

– Każdy z jubileuszy, które od setek lat były ogłaszane w Kościele, ma na celu pogłębienie wiary, umocnienie nadziei i ożywienie naszej miłości. Dla Kościoła w Polsce będzie to czas szczególnej szansy i szczególnego świadectwa, bo to u nas odbywają się Światowe Dni Młodzieży. To jest szansa na nawrócenie, a wszyscy go potrzebujemy, aby być bliżej Jezusa, który jest Drogą, Prawdą i Życiem. Wierzę, iż wielu ludzi, także tych będących dziś z dala od Niego: dziesiątki, czy setki tysięcy, otworzy się na światło Ewangelii i odkryje Chrystusa. Lecz nawet, gdyby było ich jedynie paru, a nawet tylko jeden, to i tak Rok Święty ma wielki sens.

Rozmawiał Michał Plewka


Michał Plewka / Warszawa

 

plaster grafika promująca


Wesprzyj nas

Maciej Zięba OP

Zobacz inne artykuły tego autora >
Show comments
Maciej
Zięba OP
zobacz artykuly tego autora >