Jak zmniejszyć ryzyko zakażenia wirusem dziecka w szkole? Rozmowa z pediatrą

Jak odróżnić objawy koronawirusa od przeziębienia u dziecka? W jakiej sytuacji zdecydować o pozostawieniu dziecka w domu? Wreszcie - jak zmniejszyć ryzyko zakażenia wirusem dziecka w szkole? O praktyki zwiększające bezpieczeństwo dzieci w kontekście pandemicznego powrotu do szkół, zapytaliśmy Annę Mokrogulską - lekarza pediatrę, pracującą przychodni POZ w Warszawie na Białołęce.

Anna Druś
Anna
Druś
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Anna Druś: Czy mamy jakiś wpływ na to, by przygotować dzieci do bezpiecznego powrotu do szkoły?

Anna Mokrogulska: Zaczęłabym przede wszystkim od rozmawiania z dziećmi tak, by nie odczuwały swojego powrotu do szkoły jako jakiegoś zagrożenia. Gdy w czerwcu kończyliśmy rok szkolny w trybie online, widzieliśmy, że część dzieci miała poczucie, że dzieje się coś strasznego, bo nie wolno wychodzić z domu, nie wolno się z nikim kontaktować. Myślę, że teraz te wrażliwsze dzieci mogą z tą samą obawą podchodzić do powrotu do szkoły. Dlatego ważna jest rozmowa i nieustanne zapewnianie, że wszyscy robimy wszystko, by były w szkole bezpieczne.

 

Co możemy zmienić w naszej szkolnej rutynie na miarę naszych możliwości, by ten powrót był bezpieczny?

Jest kilka punktów. Po pierwsze dojazd do szkoły, zwłaszcza w przypadku dzieci, które mieszkają w większej odległości od placówki. Warto rozważyć, czy nie da się zrezygnować z komunikacji publicznej, zamieniając ją na dojazd rowerem, hulajnogą, czy nawet podwózkę samochodem przez rodziców. Podobnie w przypadku powrotu ze szkoły. Tu pojawia się jeszcze dodatkowy element, mianowicie odbieranie przez babcię lub dziadka. Dla bezpieczeństwa osób starszych zrezygnowałabym z tego. 

 

Dlaczego? Przecież dzieci dopiero się z nimi spotykały np. w wakacje?

Głównie chodzi o kontakt osób starszych z innymi dziećmi, co jest nieuniknione przy odbieraniu ze szkoły. Z tego samego powodu ograniczyłabym w ogóle spotkania dzieci chodzących do szkoły z ich dziadkami. Oczywiście, o ile nie mieszkają razem, bo wtedy jest to niewykonalne. 

 

A w samej szkole, jak możemy jako rodzice zadbać o bezpieczeństwo dzieci?

Przede wszystkim warto nauczyć dzieci częstego mycia rąk, jeśli tego jeszcze nie wdrożyliśmy. 

 

Dezynfekcji też?

Dezynfekcja jest zalecana dzieciom powyżej 6. roku życia, więc teoretycznie w szkole każde dziecko powinno móc dezynfekować ręce. Wszystko jednak zależy od tego, jak dane dziecko reaguje na środki dezynfekcyjne, czy nie pojawiają się uczulenia albo maceracja. Na pewno ważniejszy jest nawyk częstego mycia rąk wodą z mydłem. Nie wiemy oczywiście, jak to będzie zorganizowane w szkołach technicznie, żeby nie powodować jednoczesnego przebywania większej liczby dzieci na przerwie w jednej łazience. Jest to chyba rola dyrekcji, by było więcej miejsc, gdzie można ręce umyć.

 

Ale czy mamy wymagać od dzieci mycia rąk po każdej lekcji? Czy to cokolwiek zmieni?

Myślę, że zmieni. Zwłaszcza, że podczas 45-minutowej lekcji, siedząc w ławkach bez maseczek już nie są zachowane pełne wymagania reżimu sanitarnego. W czasie lekcji dzieci dotykają ławek, zeszytów – miejsc, gdzie potencjalnie mogą gromadzić się wirusy. Dlatego w miarę możliwości dobrze, jeśli po każdej lekcji miałyby możliwość umycia lub zdezynfekowania rąk. To jest szczególnie ważne, gdy na przerwie chcą coś zjeść – drugie śniadanie lub obiad. Przedtem koniecznie powinny zadbać o higienę rąk. 

 

A jak z przedmiotami, np. zeszytami czy książkami?

Dobrym zwyczajem byłoby aby do szkoły nosić jak najmniej przyborów, żeby nie łączyć rzeczy, których używają w domu z tymi, których używają w szkole. O ile się oczywiście da. Tu konieczna jest współpraca z dyrekcją i nauczycielami, którzy pozwoliliby dzieciom np. na stałe trzymać książki w domu, w czasie lekcji korzystać jedynie z zeszytów lub książek, które przechowywane byłyby w szkole. Podobnie z piórnikiem, długopisami, ołówkami itp. – na ile się oczywiście uda dobrze zadbać o odseparowanie tych szkolnych od tych domowych. 

 

A jak możemy pomóc w zachowaniu dystansu społecznego dzieciom na zatłoczonych korytarzach?

Oczywiście duża jest tutaj rola dyrekcji, aby np. zmniejszyła liczebność uczniów na danej zmianie, albo umożliwiła naukę danej klasy w jednej sali na stałe. My jako rodzice możemy uczulić dzieci, by unikały kontaktu fizycznego z innymi, np. przytulania czy bójek. Podobnie jeśli chodzi o kontakt z powierzchniami, to zwłaszcza ważne dla małych dzieci, które lubią “tarzać się” na korytarzach w czasie przerw. Dobrze wyjaśnić im, że nie powinny tego robić, a nauczycieli poprosić, by tego pilnowali. 

To wszystkie zasady dotyczą dzieci zdrowych, inną sprawą jest postępowanie w przypadku jakiejś infekcji. 

 

No właśnie, kiedy na pewno dziecka do szkoły nie posyłać? Najmniejszy katar, kaszel?

Rozdzieliłabym dzieci zdrowe od tych, które cierpią na pewne choroby przewlekłe. W szczególnej grupie ryzyka ciężkiego przebiegu COVID-19 są dzieci z śródmiąższowymi chorobami płuc, chorobami nerwowo-mięśniowymi, chorobami nerek czy niedoborami odporności. Podobnie dzieci leczone z powodu chorób nowotworowych chemioterapią lub radioterapią czy leczone przewlekle immunosupresyjnie, np. sterydami – wiadomo, że mają mniejszą odporność. To wszystko grupy dzieci, w których przypadku w ogóle warto rozważyć nauczanie indywidualne albo edukację domową, o ile już nie zostały zalecone.  

 

A jeśli chodzi o dzieci bez tego rodzaju przewlekłych chorób, kiedy ich na pewno do szkoły nie posyłać?

Na pewno wtedy, kiedy mają objawy infekcji. Jakiejkolwiek infekcji. Trzeba bowiem pamiętać, że dzieci trochę inaczej chorują na COVID-19 niż dorośli. Objawy, które są u nich najczęstsze to suchy kaszel, zaczerwienienie gardła lub po prostu ból gardła oraz gorączka. Rzadziej, ale też może się zdarzyć katar, uczucie zatkania nosa, objawy z przewodu pokarmowego, np. wymioty czy biegunka. Zatem z uwagi na bezpieczeństwo innych w ogóle nie powinno się obecnie posyłać do szkoły dziecka z cechami jakiejś infekcji. Jeżeli cokolwiek się pojawi: katar, kaszel, gorączka, bóle brzucha, wymioty, nudności – dziecko powinno zostać w domu. 

 

Jak natomiast odróżnić katar chorobowy od tego spowodowanego alergią? Czy też nie ryzykować i z powodu każdego kataru zostawiać dziecko w domu?

Przede wszystkim dzieci, które mają alergię, są pod opieką alergologa, mają znany czynnik wywołujący objawy alergiczne. Łatwo więc zauważyć, czy miały z nim kontakt. Na pewno jesienią i zimą będzie więcej objawów alergii na roztocza kurzu domowego. Aby jednak jakoś je odróżniać, to po pierwsze można skorzystać z teleporady w przychodni. Po drugie można sprawdzić, czy dany katar reaguje na leki, które się zwykle na alergię podaje. Rzeczywiście trudno wtedy zdecydować już tego pierwszego dnia pojawienia się kataru. W takiej sytuacji ja bym po prostu poczekała na sprawdzenie, czy działają leki. Jeśli po podaniu sterydu i leku antyhistaminowego katar znika – wiadomo, że to alergia; jeśli nie – raczej infekcja. Przede wszystkim jednak trzeba ocenić, czy mieliśmy szansę spotkać się z kimś zarażonym. Jeśli rodzice pracują zdalnie, dzieci nie jeżdżą komunikacją publiczną czy nie chodzą do wielkich sklepów, ze szkoły też nie nadchodzi żadna informacja o możliwym kontakcie z osobą zakażoną koronawirusem – myślę, że jest małe ryzyko tego, że katar to objaw COVID-19. Oczywiście szkoły powinny uruchomić jakiś szybki system przekazywania rodzicom informacji o potwierdzonym przypadku zachorowania. 

 

Czy są jakieś aktywności, z których warto byłoby zrezygnować z dziećmi już po powrocie do szkół? Zalecałaby pani ograniczenie np. zajęć pozaszkolnych?

Na pewno dobrze zrezygnować z rodzinnych zakupów w dużych sklepach, galeriach handlowych z udziałem dzieci. Nie chodzi tylko o koronawirusa, ale w ogóle o różne drobnoustroje, które w takich skupiskach występują. Co do zajęć pozaszkolnych to oczywiście trudno o jednoznaczną odpowiedź. Na pewno ważne jest, by ich organizatorzy zrobili wszystko co się da, aby utrzymać jakiś reżim sanitarny. Zajęcia sportowe, o ile pogoda pozwoli, powinno się robić na świeżym powietrzu; jeśli już trzeba będzie w salach – to w mniejszych grupach i z częstą dezynfekcją, zarówno rąk dzieci jak i powierzchni, z którymi się stykają. 

 

Jakie mamy możliwości prognozowania tego jak się rozwinie sytuacja epidemii, jeśli dzieci jednak pójdą do szkoły? 

Mamy niewiele danych, za krótki czas minął od początku epidemii żeby mogły takowe powstać. Ale mamy obserwacje, a one pokazują, że w naszym kraju epidemia ma zupełnie inny przebieg niż np. w innych krajach Europy, jak Hiszpania czy Włochy. Być może wynika to z faktu, że w Polsce obowiązkowo szczepi się dzieci przeciwko gruźlicy. Istnieją pewne doniesienia, że również szczepienie przeciwko odrze, śwince, różyczce chroni przed ciężkim przebiegiem COVID-19. Również struktura wiekowa w naszym kraju różni się od struktur populacji w Europie Zachodniej. Oczywiście to wszystko jedynie pewne obserwacje, niepotwierdzone badaniami, ponieważ tych nie da się przeprowadzić w tak krótkim czasie. Mimo to można mieć nadzieję, że otwarcie szkół w Polsce nie spowoduje drastycznego wzrostu liczby zachorowań czy zgonów.

 

A może mieć jakieś znaczenie szczepienie dzieci przeciwko grypie?

W chwili obecnej nie wiadomo, czy szczepienie przeciwko grypie wpływa na przebieg infekcji koronawirusem, ale może złagodzić przebieg lub zapobiec grypie. Warto więc zaszczepić dzieci przeciwko grypie. Pamiętajmy, że szczepienie przeciwko grypie, jak i przeciwko pneumokokom szczepionką 13-walentną jest również zalecane osobom dorosłym. Jednak w tym kontekście chciałabym przede wszystkim podkreślić, że obecna sytuacja nie powinna powstrzymywać rodziców przed realizacją obowiązkowych szczepień ochronnych. Przychodnie pilnują reżimu sanitarnego, szczepienia są tak zorganizowane, by był minimalny kontakt i z lekarzem, i z pielęgniarką, i z innymi dziećmi, więc wszystkie obowiązkowe szczepienia powinniśmy realizować.

 

Anna Druś

Anna Druś

dziennikarka i redaktor, w latach 2018-20 odpowiedzialna za sekcję news w Stacji7. Wcześniej pracowała w “Pulsie Biznesu”, “Newsweeku” i Katolickiej Agencji Informacyjnej. Z wykształcenia teolog i dziennikarz

Zobacz inne artykuły tego autora >

Szukasz wartościowych treści?

Zapisz się na cotygodniowy newsletter Stacji7


 

 



Anna Druś
Anna
Druś
zobacz artykuly tego autora >

O. Michał Legan: pod krzyżem na Giewoncie narodziłem się na nowo

- Pan Bóg jest dobry i łaskawy, Pan jest miłosierny i On chciał tam księdza, który rozgrzeszy tych ludzi, który pomodli się z tymi zrozpaczonymi rodzicami - mówi o. Michał Legan, który rok temu trafił w sam środek tragicznej burzy na Giewoncie, a tam - jak podkreśla - narodził się na nowo. Paulin opowiedział historię swojego nawrócenia Paulinie Guzik w niedzielnym programie „Między Ziemią a Niebem”.

Polub nas na Facebooku!

Paulina Guzik: Jakie plany miałeś w sierpniu 2019, dokładnie rok temu?

Ojciec Michał Legan: Dokładnie rok temu kończyłem 40 lat. Jak człowiek ma 40 lat to bardzo chce spotkać Pana Boga na nowo. Tego Boga, którego gdzieś w młodości, w dzieciństwie miał tak blisko. I też próbuje udowodnić, że jest takim stuprocentowym facetem z krwi i kości. Nie wiem czy to kryzys wieku średniego czy po prostu inne czynniki, ale ja sobie wymyśliłem, że na 40. urodziny pójdę na Kilimandżaro – najwyższą górę Afryki.

Kilimandżaro znaczy w języku Masajów „Dom Boga”. I tak sobie pomyślałem, że trochę Pana Boga zmuszę do spotkania, zmuszę Go do tego, żebyśmy się zmierzyli tak na poważnie i żebyśmy na nowo odkryli swoją miłość.

 

I poszedłeś się do tego przygotowywać w polskie góry.

Tak, to jest coś niezwykłego, bo od tego momentu zaczyna się historia, której nie kontrolowałem, to znaczy nie miałem na nią zbyt wielkiego wpływu. Obudziłem się w pewien czwartkowy poranek na Jasnej Górze – a czwartki to jest mój dzień wolny – i pomyślałem coś, czego nie pomyślałem nigdy wcześniej: na jeden dzień wyskoczę w Tatry.

Wyjeżdżając z Jasnej Góry przypomniałem sobie, że powinienem się jeszcze wyspowiadać. To było niezwykłe, że zatrzymałem samochód właściwie po kilku metrach, poszedłem do spowiedzi, i wyruszyłem do Zakopanego. Tam w naszym domu zakonnym odprawiłem Mszę Świętą odkrywając, że to jest Dzień Matki Bożej Królowej. Co dziwniejsze, po Komunii Świętej wpadłem w rodzaj bardzo emocjonalnej modlitwy, choć to nie jest mi bliskie. Powiedziałem Jej, że ma zostać królową mojego życia, mojego sumienia, mojego serca, mojej modlitwy i wyruszyłem na szlak na Murowaniec. Zorientowałem się właściwie w połowie drogi, że nie idę do Murowańca i pomyślałem sobie: ok, co za różnica, pójdę na Giewont. U góry oparłem się o krzyż, odmówiłem brewiarzową Godzinę Czytań i w ciągu tych kilkunastu minut temperatura spadła z 28 do 8 stopni, a nad krzyżem pojawiły się burzowe chmury.

 

I była to zapowiedź jednej z najbardziej tragicznych burz w historii Tatr, w historii Giewontu…

Znalazłem jedno wolne miejsce w kolejce do zejścia z Giewontu i wszedłem w to miejsce, a mniej więcej po dziesięciu metrach stało się to, co dziś wspominam jako sceny, które stwarzają w Hollywood na potrzeby efektów specjalnych. Wielka jasność, przerażający grzmot, ogromna ilość prądu, która przeszła przez moje ciało, kamienie, które spadają na ludzi… Ludzi, którzy zostali natychmiast poparzeni, wielu z nich połamanych… Ale przede wszystkim przenikliwy i długotrwały ból, który sprawił, że zemdlałem – myślę, że na dłuższą chwilę. Gdy się obudziłem wszyscy wokół mnie wyli z bólu. Niektórzy już zaczynali bardzo głośną modlitwę.

Kilka metrów dalej zobaczyłem rodzinę: mamę, tatę i 12-letnią dziewczynkę, jak próbują rozpocząć reanimację małej 9-letniej Julki. Doczołgałem się, położyliśmy Julię na takim dużym kamieniu i rozpoczęliśmy paniczne, desperackie próby dodzwonienia się do pogotowia. Wszyscy mieliśmy mokre ręce, mokre telefony, to było po prostu niemożliwe – już chociażby dlatego że nie dawało się tych telefonów odblokować.

Widziałem kątem oka, że kilka metrów ode mnie umiera inny człowiek. Rozgrzeszyłem go głośno, rozpocząłem różaniec. Rozgrzeszyłem także Julię, która – widziałem wyraźnie – jest na skraju życia i śmierci: była nieprzytomna, miała krwotok z ust, z nosa, z uszu. Ta modlitwa i rytm tej reanimacji (30 uciśnięć i 2 wdechy) to jest coś co właściwie wraca w snach, wraca we wspomnieniach najintensywniej. Przeżycie tego, że panuje wielka rozpacz i że albo się w tym momencie wprowadzi w tą sytuację Pana Boga albo to wszystko będzie pogrążone w beznadziei, w ciemności. To dziecko leżące na kamieniu to był chyba najstraszniejszy widok w moim życiu.

 

Do tego wszyscy byliście pod krzyżem.

Wszyscy byliśmy pod krzyżem i to był moment, kiedy usilnie próbowałem sobie uświadomić, co mi ta scena przypomina. Gdzieś w oczach, gdzieś w głowie miałem obraz mokrych kamieni po których rozlewa się krew. I po chwili dotarło do mnie, że taka scena jest w „Pasji” Mela Gibsona, po zdjęciu Jezusa z krzyża – moment, w którym deszcz rozmywa krew na kamieniach. To był ten obraz, dokładnie ten sam. I to było wyjaśnienie, dlaczego ja tego dnia rano wstałem z myślą, że trzeba iść w Tatry, dlaczego pomyliłem drogę i dlaczego byłem dokładnie co do milimetra i co do sekundy w tym miejscu, w którym wtedy byłem. Pan Bóg jest dobry i łaskawy, Pan jest miłosierny i On chciał tam księdza, który rozgrzeszy tych ludzi, który pomodli się z tymi zrozpaczonymi rodzicami.

Bóg chciał tam mnie mieć bardzo osobiście. Dlatego ten dzień mogę nazwać dniem ponownych moich urodzin. Światło na ten dzień, na to wszystko, co się wtedy wydarzyło przyszło natychmiast, jeszcze tego samego wieczoru. Kiedy otworzyłem „Dzienniczek” siostry Faustyny, (nr 1728), natrafiłem na fragment, w którym Pan Jezus mówi do Faustyny: „Powiedz grzesznikom, że zawsze czekam na nich, wsłuchuję [się] w tętno ich serca, kiedy uderzy dla mnie. Napisz, że przemawiam do nich przez wyrzuty sumienia, przez niepowodzenie i cierpienia, przez burze i pioruny, przemawiam przez głos Kościoła, a jeżeli udaremnią wszystkie łaski moje, poczynam się gniewać”. Zrozumiałem: najwyższa pora – teraz albo nigdy. Te burze i pioruny to przecież najczytelniejszy z możliwych znaków: wołanie Jezusa o moje nawrócenie!

 

A ty po ludzku chciałeś na Kilimandżaro..

Miałem taki plan, który przecież może nawet nie przystawał zakonnikowi, bo to kosztowna wyprawa. Ale sobie wymyśliłem, że tam chcę spotkać Pana Boga. Ta wyprawa stała się już zbędna. Na Giewoncie spotkałem mojego Jezusa i w Jego oczach potwierdziłem swoje męstwo i swoje ojcostwo. A po burzy na Giewoncie mam nawet wyryte na ręce dwie blizny: elektroniczny zegarek pozostawił mi po przejściu przez moje ciało prądu dwie dziury w nadgarstku. Wyglądają trochę jak ukąszenie węża. Może to trochę egzaltowane, ale tak to dzisiaj widzę, tak interpretuję… „Bóg rzekł do węża: Wprowadzam nieprzyjaźń między ciebie i niewiastę, pomiędzy potomstwo twoje a potomstwo jej: ono zmiażdży ci głowę, a ty zmiażdżysz mu piętę” (Rdz 3,15).

 

Znamienny znak dla zakonnika mieszkającego w jednych murach z Czarną Madonną… Pytałeś Boga, dlaczego Julka, a nie Ty?

Nie odważyłbym się. On wie, dlaczego. Kilka dni później odbył się pogrzeb Julii. To było chyba jeszcze trudniejsze niż Giewont. Muszę tutaj powiedzieć o tacie Julii, który do dzisiaj jest w moich myślach bohaterem tych chwil. Człowiek, który był bardzo głęboko poparzony i sparaliżowany piorunem, ale dopóki reanimował swoją córkę nie czuł tego zupełnie.

 

Jak Cię to zmieniło?

To był taki dzień, kiedy się dowiedziałem na pewno, że Bóg jest, że kocha ludzi, że nie zamierza nas zostawić, że będzie z nami pod każdym krzyżem.

 

Że to co wybieramy niekoniecznie jest ścieżką, której chce dla nas Pan Bóg…

Dokładnie tak. To znaczy: modlitwa chrześcijanina właściwie powinna się składać tylko z nieustannego „Ufam Tobie i niech się dzieje Twoja wola”. I tego się chyba najbardziej nauczyłem.

Oczywiście wiele rzeczy w życiu chcę, o wielu marzę, wiele planuję, ale w tym wszystkim jest numer 1728 z „Dzienniczka”Siostry Faustyny: Będę do Was mówił szeptem, dopóki mogę, a jak trzeba to uderzę gromem. A potem kolejne zdanie Jezusa z tego samego „Dzienniczka,” zapisane stronę dalej: Trzymaj się Koronki, trzymaj się mojego Miłosierdzia i możesz być pewien, że nic ci się złego nie stanie.

I to nie znaczy, że nie spotka cię żadna tragedia, to nie znaczy, że cię nie spotka żaden wypadek, że nie zachorujesz, to nie znaczy, że nie umrzesz, bo to są wszystko zwyczajne ludzkie rzeczy, zwyczajne ludzkie losy. To znaczy tylko tyle (albo aż tyle), że możesz być bezpieczny w największej tragedii, bo zawsze wylądujesz w rękach Bożych.

W tym roku poszedłem po raz drugi na ten Giewont, w dokładną rocznicę – 22 sierpnia, trochę dokładniej patrząc w chmury i w niebo, ale z takim przekonaniem, że po pierwsze chcę się pomodlić za zmarłych, a po drugie muszę wracać do tego miejsca, gdzie się narodziłem jakby na nowo, żeby sobie przypominać, że życie bez krzyża naprawdę nie ma sensu. Giewont bez krzyża nie ma sensu, Polska bez krzyża nie ma sensu, moje życie, moje kapłaństwo, moja dusza, moje sumienie, moje plany – to wszystko bez krzyża po prostu nie ma sensu.

 

KAI, kh

 

Szukasz wartościowych treści?

Zapisz się na cotygodniowy newsletter Stacji7


 

 



Copy link
Powered by Social Snap