video-jav.net

Robicie dobrą robotę. Przypominamy rozmowę z Abp. Rysiem

Zdolność skrzykiwania się ludzi za pomocą mediów społecznościowych jest niebywała. Żadne ogłoszenia tradycyjne nie są w stanie z tym konkurować

Bp Grzegorz Ryś
Bp Grzegorz
Ryś
zobacz artykuly tego autora >
Aneta Liberacka
Aneta
Liberacka
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Z ks. biskupem Grzegorzem Rysiem o Internecie, ludziach młodych i listach duszpasterskich rozmawia Aneta Liberacka, redaktor naczelna Stacja7.pl

 

Aneta Liberacka: Wiem, że małżeństwo i pielęgnowanie miłości, to bardzo ciężka praca. Czy z ewangelizacją jest tak samo?

W ewangelizacji istotne jest to, że ostatecznie nie głosimy samych siebie

Bp Grzegorz Ryś: Myślę, że zbieżność jest jeszcze głębsza. W obu przypadkach mamy przede wszystkim doświadczenie łaski. Jeśli jej nie widzimy, to zostaje tylko straszny trud, a może nawet okazać się, że daremny.

W ewangelizacji istotne jest to, że ostatecznie nie głosimy samych siebie. Należy pamiętać o tym, by nie przeakcentować swojego udziału i aktywności w całym procesie przekazywania wiary. Nie rzucać się wyłącznie w mnożenie inicjatyw i własnego wysiłku. Ważniejsze jest tutaj rozeznawanie. Najlepiej samemu zastanowić się przed Panem Bogiem, czego przede wszystkim On by chciał, tu i teraz, w tym miejscu, w tym kościele, w tym środowisku. Nasza aktywność jest wtedy trochę inaczej rozłożona i myślę, że mniej męcząca.

 

Nowa ewangelizacja to zdecydowane dawanie świadectwa, zawsze i wszędzie. Dla młodych ludzi to naprawdę trudne. Mój 15-letni syn mówi, że gdy próbuje rozmawiać z kolegami o Panu Bogu, to trochę się śmieją z tej jego religijności. Jaką dać mu radę?

Myślę, że dobrą radą dla młodego człowieka jest zachęta, żeby był sobą. Nie musi się napinać do jakiegoś programowego nawracania kolegów. Nie! Po pierwsze, ważne, żeby był sobą i wiarę przeżywał tak samo naturalnie, jak na przykład grę w piłkę. Żeby jego koledzy mieli pewność, że to jest człowiek, dla którego wymiar duchowy, wymiar wiary i spotkania z Panem Bogiem w Jezusie Chrystusie, jest tak samo realny, jak finał Ligi Mistrzów. Po drugie, dzisiaj, wśród młodych ludzi, największą potrzebą jest potrzeba wysłuchania drugiego i bycia wysłuchanym. Wtedy już nie trzeba wiele robić. Rozmawiałem z ludźmi, którzy byli na Przystanku Jezus i festiwalu Woodstock. Podkreślali, że uczestników tej muzycznej imprezy najbardziej przekonuje do nich właśnie zdolność słuchania. Jeśli trzeba, to przez trzy, cztery godziny. Jeśli młody człowiek znajdzie kogoś, komu może wreszcie opowiedzieć swoją historię, to potem zaczyna się rzeczywista rozmowa.

 

 

 

To prawda, prawdziwe spotkanie to umiejętność wsłuchania się w kogoś. Chciałabym z Księdzem biskupem porozmawiać przede wszystkim jednak o Internecie. Czy media społecznościowe to dobre miejsce na spotkanie?

Internet to dobro – to nie podlega dyskusji

Na pewno na początek trzeba powiedzieć, że Internet to dobro – to nie podlega dyskusji. Przykład – najprostszy, jaki mi przychodzi do głowy – to Kongres w Skrzatuszu. Na miejscu było około pięćset osób, a za pośrednictwem Internetu [i radia] ponad dwadzieścia tysięcy. To właśnie głównie dzięki mediom społecznościowym możliwe jest pomnożenie liczby uczestników. Nie ma w tej chwili wydarzenia ewangelizującego w Polsce, którego nie transmitowałaby jakaś internetowa telewizja czy radio internetowe. I zawsze ten odbiór jest żywy.

Pamiętam, że kiedy robiliśmy dużą sesję na temat dokumentu z Aparecidy i adhortacji papieża „Evangelii Gaudium” – odbywało się to w sali Konferencji Episkopatu Polski, która nie mieści więcej niż 200 ludzi – to dzięki mediom społecznościowym udział w tej konferencji brało kilka tysięcy osób. Nie mam więc wątpliwości, że Internet pomaga docierać do człowieka.

 

Jak więc korzystać z tego „dobra”, żeby pozostało dobrem?

Sztuka korzystania z Internetu to sztuka wyboru między treściami, które są: bardzo dobre, dobre, średnie, niedobre i fundamentalnie złe. Trzeba nauczyć młodego człowieka – zwłaszcza młodego, ale pewnie tak naprawdę każdego – sztuki wyboru. 

Internet to sztuka wyboru między treściami, które są: bardzo dobre, dobre, średnie, niedobre i fundamentalnie złe

Dzisiaj Internet stał się właściwie osobnym kontynentem, na którym ludzie „żyją” częściej i chętniej niż w Europie, Azji czy Afryce. To jest kontynent, gdzie stosunkowo łatwo nawiązuje się relacje, i te relacje nie mają granic. Dobry znajomy opowiadał mi, że kiedyś wszedł do pokoju córki i zapytał, co robi, a ona odpowiedziała: „Właśnie rozmawiam ze swoim przyjacielem z Korei Południowej”. Kto sobie mógł wyobrazić lat temu dwadzieścia, że będę mógł rozmawiać z przyjacielem w każdym zakątku świata? Tylko z drugiej strony pojawia się pytanie, co znaczy słowo „przyjaźń”, jeśli jest to relacja, która nigdy nie wychodzi z obszaru wirtualnego i nie przekłada się na rzeczywistość?

Internet ma wiele zalet i dzięki niemu można robić wiele pięknych rzeczy, ale przy zastrzeżeniu, że ostatecznie ewangelizacja musi się dokonać w wymiarze realnym. Musi dojść do spotkania osoby z osobą – spotkania, które ostatecznie prowadzi człowieka w głąb wspólnoty, jaką jest Kościół, i w której przeżywa się wiarę, przyjmuje sakramenty, słucha Słowa, gdzie człowiek nie jest już tylko odbiorcą, ale też tym, który daje coś od siebie dla innych. Tylko wtedy stajemy się ciałem Chrystusa, domem Boga, w którym każdy ma swoją funkcję i gdzie jesteśmy rzeczywistą wspólnotą.

Internet to jest kontynent, gdzie stosunkowo łatwo nawiązuje się relacje

 

aneta-bp-rys2

 

Czyli można traktować Internet jako taki pierwszy stopień kontaktu, jako międzynarodową tablicę ogłoszeń i zaproszenie do czegoś większego?

Na pewno jest to coś więcej niż tablica ogłoszeń. To wielkie źródło informacji. Są portale internetowe, na których ludzie mogą, przechodząc pewną drogę formacyjną, stawać przed decyzją wyboru Pana Jezusa jako swojego Pana i Zbawiciela, więc jest też coś więcej niż informacja. Natomiast zawsze gdzieś na końcu pozostaje pytanie o wyjście ze świata Internetu do świata realnego i tu są różne doświadczenia. Ci, którzy rzeczywiście siedzą w świecie Internetu i ewangelizacji przez media, mówią, że osób, które chcą przejść do świata realnego, do wspólnoty w realnym świecie, jest około 10-15%. Pokazuje to więc z jednej strony możliwości, ale z drugiej granice czy słabości.

 

Mamy zatem wniosek, że Internet zdecydowanie pomaga zaprosić ludzi do wspólnego biegu? Do sztafety, o której mówi Papież Franciszek?

Tak, zdolność skrzykiwania się ludzi za pomocą mediów społecznościowych jest niebywała. Żadne ogłoszenia tradycyjne nie są w stanie konkurować z tym, jak ludzie potrafią się skrzyknąć na przykład dzięki Facebookowi – robią to błyskawicznie i na szeroką skalę.

 

Internet pomaga także “rozluźnić” język, którym posługujemy się w komunikacji? Odwieczne zarzuty w stosunku do Kościoła są takie, że język, którym się posługuje, jest niezrozumiały, że jest z czasów, kiedy była pisana Biblia.

Gdyby on był językiem biblijnym, to nikt by mu nic nie zarzucał, bo język Biblii jest bardzo komunikatywny i prosty. Św. Augustyn nawet narzekał, że zbyt prostacki. On miał taki moment przed nawróceniem, że nie mógł czytać Biblii, bo się naczytał wielkiej literatury rzymskiej.

 

Dlaczego więc jest tak, że Listów św. Pawła słuchamy z zapartym tchem, a listów Episkopatu już nie?

Na pewno potrzebne jest uproszczenie języka

Na pewno potrzebne jest uproszczenie języka. Nieraz się mówi (także w dokumentach kościelnych) o potrzebie „podwójnej wierności”. Z jednej strony ten, który próbuje przekazywać Ewangelię, musi być wierny tejże Ewangelii, samemu przekazowi i jego treści. Nie można dostosowywać treści do słuchacza w sposób dowolny na zasadzie: „wiem, że tego nie przyjmie, to trochę złagodzę”. Z drugiej strony jest też potrzebna wierność słuchaczowi. Ważne, żeby chcieć się z nim spotkać, czyli próbować wejść w jego świat, w jego myślenie i w jego język. Nie da się inaczej.

Wiele tracimy, jeśli nasz język nie jest komunikatywny. Internet uczy nas pewnej prostoty języka, byłoby jednak też niedobrze, gdyby uczył nas takiego języka, który jest zbyt banalny.

Nie można dostosowywać treści do słuchacza w sposób dowolny na zasadzie: „wiem, że tego nie przyjmie, to trochę złagodzę”

 

bprys.Still003

 

Jak więc mówić do dzisiejszego odbiorcy, by nie banalizować, ale jednak uprościć przekaz?

Twitter na przykład dyscyplinuje człowieka, który próbuje rozmawiać z dzisiejszym odbiorcą. Świadomość, że w społeczności Twittera człowiek czyta 140 znaków, a na następne już się wyłącza, z jednej strony jest mobilizująca, ale z drugiej może wręcz wprowadzić w jakiś rodzaj depresji. Bo jak powiedzieć niektóre rzeczy przy pomocy 140 znaków? Mobilizuje, żeby wyakcentować na samym początku to, co jest bardzo istotne, bo być może wtedy ten człowiek spróbuje pójść dalej. Natomiast, jeśli stracę pierwsze 140 znaków, bo będę się dopiero rozpędzał – a to jest też i mój problem – już tego człowieka nie mam.

 

Pan Jezus nie miał chyba z tym problemów? Był mistrzem małej ilości znaków?

To zależy, bo Pan Jezus ma za sobą też wielkie mowy. Natomiast nie miał problemu z wsłuchiwaniem się w człowieka. Świetnie znał ludzi, i to różnych ludzi. Rozmawiał równie łatwo z uczonym w Piśmie, jak i z prostą kobietą z Samarii, rybakiem czy celnikiem. Jezus wiedział na przykład, jak się piecze chleb. Myślę, że wielu księży dzisiaj nie wie, jak się robi ciasto na chleb. Niewątpliwie, Jezus miał ogromną zdolność obserwacji życia człowieka. Był bardzo ciekawy ludzi.

 

Ale miał też „ostre wejścia”, nie był bardzo dyplomatyczny. Może listy pasterskie są zbyt grzeczne, zbyt delikatne?

O tym będziemy pewnie zawsze debatować, mogą być lepsze, mogą być gorsze, to jest zawsze dzieło w pewien sposób zbiorowe, nie jest to prosta rzecz. Listy św. Pawła były jego listami autorskimi, a nie zbiorowym listem ówczesnego Episkopatu.

 

Jest świadomość potrzeby jakiejś zmiany? Czy w ogóle jest potrzeba „uatrakcyjnienia” listów?

To nie jest tak, że biskupi żyją w jakimś innym świecie i nie mają świadomości tego, jaki może być odbiór listu

To temat na osobną rozmowę. Mogę tylko powiedzieć, że taka rozmowa toczy się wewnątrz Episkopatu. To nie jest tak, że biskupi żyją w jakimś innym świecie i nie mają świadomości tego, jaki może być odbiór listu. Nieraz jest on trudny, nieraz nudnawy, ale też nie każdą prawdę da się w łatwy sposób powiedzieć. Czasem treść wymaga bardzo precyzyjnej refleksji i precyzyjnej wypowiedzi, np. list na temat tajemnicy królowania Chrystusa Pana. Wszyscy biskupi wiedzą, w jakim kontekście ten list powstaje, dlaczego powstaje, i w tym przypadku potrzebny jest bardzo precyzyjny wykład, a wtedy list traci oczywiście na atrakcyjności, łatwości i lekkości stylu.

 

 

Czy media, takie jak Stacja7, które poruszają tematy wiary, powinny coś zmienić, coś robić lepiej? Jaką radę ma ks. Biskup dla nas, żeby ta nasza ewangelizacja przez sieć, przez Internet, była bardziej skuteczna?

Myślę, że robicie bardzo dobrą robotę. Warto może natomiast, by każde takie środowisko, każda redakcja, była w bliskim kontakcie ze środowiskami, które działają w „realu”. Wtedy ewangelizacja przez Internet nie skończy się na niej samej, a będzie bardzo ważnym etapem zaproszenia do wzrostu. Człowiek, który po raz pierwszy spotyka się z Jezusem Chrystusem w taki sposób, może być przecież później formowany na kolejnych etapach. Ważne, że już wie, gdzie przynależy, dalej więc szuka dla siebie rozmaitych treści. I dobrze, gdy może je znaleźć w skondensowanej i atrakcyjnej formie. To jest bardzo dobre.

 

Mamy kolejny wniosek, że w ewangelizacji, także tej przez Internet, podobnie jak w małżeństwie, przede wszystkim potrzebna jest miłość.

Tak. Bardzo ważna jest miłość do człowieka, który jest odbiorcą.

 

Podsumowując, mamy łączyć świat wirtualny z realnym, tworzyć wspólnotę i razem iść do naszych braci z Dobrą Nowiną?

Tak. Wtedy wszystko nam się uda.

 

Dziękuję bardzo.

To ja dziękuję.


bp Grzegorz Ryś, Krystyna Strączek

“Kościelna wiosna”

Coraz częściej słyszymy o tym, że czas Kościoła już się skończył: coraz mniej osób chodzi na mszę, jeszcze mniej przystępuje do Komunii św. Dla wielu Kościół to wyłącznie spory o Radio Maryja i politykę. Księża oskarżani są o nadużycia wszelkiego rodzaju, pazerność i hipokryzję. Czy taki Kościół jest nam jeszcze potrzebny? Gdzie odnaleźć jego pełny i prawdziwy obraz? Jak rozumieć miejskie ewangelizacje, w których uczestniczą tysiące osób?

Na te pytania stara się odpowiedzieć bp Grzegorz Ryś – jeden z najmłodszych polskich hierarchów. Nie boi się trudnych pytań, nie unika odpowiedzi. Pokazuje, że wiosna w Kościele jest możliwa zwłaszcza dzięki nowym ruchom i wspólnotom – zarówno tym bardzo znanym, jak neokatechumenat, Emmanuel czy Oaza, jak i zupełnie nowym, dopiero powstającym. Ta książka to nie tylko znakomity raport o Kościele współczesnym, to także przewodnik dla wszystkich, którzy stracili wiarę w sens istnienia Kościoła.

>> Kup teraz <<<

 

Bp Grzegorz Ryś

Bp Grzegorz Ryś

Zobacz inne artykuły tego autora >
Aneta Liberacka

Aneta Liberacka

Redaktor naczelny portalu Stacja7.pl, prezes Fundacji Medialnej 7. Z wykształcenia matematyk, doświadczenie zawodowe jako manager zdobywała w takich miejscach jak Comarch, czy HP, prowadząc projekty w Europie, Ameryce Środkowej i krajach arabskich. Mama czwórki dzieci, chętnie zabierająca głos w sprawach: kobiet, dzieci, rodziny, edukacji. Bliska jej sercu jest nauka społeczna Jana Pawła II. Na Stacji 7 od kilku lat prowadzi cykl "Rozmowy z Janem Pawłem II" oraz podejmuje tematy społeczne.

Zobacz inne artykuły tego autora >
Bp Grzegorz Ryś
Bp Grzegorz
Ryś
zobacz artykuly tego autora >
Aneta Liberacka
Aneta
Liberacka
zobacz artykuly tego autora >

Jezus nie byłby ciągle online

"Sacrament is the message". O wierze i Kościele w epoce social media

ks. Przemysław Śliwiński
ks. Przemysław
Śliwiński
zobacz artykuly tego autora >
Marcin Makowski
Marcin
Makowski
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Z Księdzem Przemysławem Śliwińskim, rzecznikiem archidiecezji warszawskiej i kardynała Kazimierza Nycza, rozmawia Marcin Makowski

ksiadz

Ks. Przemysław Śliwiński / fot. Sławomir Dynek / CogitoMedia

Marcin Makowski: Czy gdyby Jezus przyszedł na świat dzisiaj, używałby Twittera?

ks. Przemysław Śliwiński: Nie jestem pewien. Jeśli postawimy sprawę prosto, że Twitter jest zwykłym narzędziem komunikacyjnym, do używania przez ludzi, to odpowiedź byłaby prosta: tak. Sama jego forma – 140 znaków – przypomina przecież logia Jezusa: słowa spisane przez anonimowego autora, które stały się później podstawą Ewangelii. I rzeczywiście, logia wyglądają bardzo twitterowo: krótkie i konkretne wypowiedzi Jezusa. Sądzę jednak, że Twitter to coś więcej, to również pewna postawa, nazwałbym ją „smaftfonowa”. Bycie ciągle online, reagowanie na pytania innych ludzi, komentowanie rzeczywistości, tworzenie własnych narracji w czasie rzeczywistym.

 

I to by był dla Jezusa problem?

No właśnie nie jestem przekonany, czy chodziłby On po świecie z włączonym smartfonem, czy ciągle byłby on-line. Chrystus był człowiekiem pustyni, moc czasu spędzał na górze modlitwy, przede wszystkim był z Ojcem – modlitwa to bycie z Ojcem – i dopiero później, w “efekcie” tamtego spotkania spotykał człowieka, głosił mu ewangelię, czynił go uczniem. I to jest zupełnie inna postawa, niż postawa ludzi zapatrzonych w ekrany smartfonów, zaplątanych w sieć.

 

A co z uczniami, może oni tweetowaliby za Jezusa?

Też zadaje sobie to pytanie, co np. z takim Mateuszem? Dzisiaj pewnie byłby on człowiekiem mediów i pod jakimś hasztagiem relacjonowałby wszystko to, co od Chrystusa usłyszał. To mogę sobie wyobrazić. Zresztą papież Franciszek sam przyznał, że ma nieduże pojęcie o twitterze, tymczasem jego konta, które w różnych językach prowadzi grono współpracowników, obserwują miliony.

 

To pójdźmy jeszcze jeden krok dalej. Widzi Ksiądz oczyma wyobraźni selfie z apostołami?

Jezus żył w zgodzie ze zwyczajami ludzi mu współczesnych, dlatego trudno byłoby mu dzisiaj funkcjonować odcinając się od takich aktywności. Jak widać na przykładzie Franciszka, selfie z wiernymi nie musi gorszyć (śmiech). Poza tym proszę zwrócić uwagę, jak Jezus był dobrze dostosowany „medialnie” do czasów, w których nauczał. To nie była epoka informacji obrazkowych, czytania i oglądania, ale epoka słuchania. Wówczas ludzie nieco inaczej postrzegali rzeczywistość, słuchowo, nie wzrokowo, jak dziś ludzie piśmienni. I Jezus genialnie potrafił mówić. Jego przypowieści, to majstersztyk. Z jednej strony, proste słowa, których znaczenia znane były każdemu, łatwa do zapamiętania metafora, z drugiej – ukryta w nich treść, możliwa do błyskawicznego odkodowania. Skoro wtedy tak doskonale wykorzystywał dostępne środki, dziś robiłby tak samo. Ale nie jestem pewien, czy postawiłby akurat na sieć.  Gdyby pełnia czasów nastąpiła dziś, Jezus nie uciekałby pewnie od technologii umożliwiających komunikację, ale tak jak wówczas robiłby wszystko, aby ukierunkować je na spotkanie z człowiekiem. 

Gdyby pełnia czasów nastąpiła dziś, Jezus nie uciekałby od technologii, ale robiłby wszystko, aby ukierunkować je na spotkanie z człowiekiem.

 


 

Czyli sądzi Ksiądz, że dzisiejsze media społecznościowe byłyby dobre do rozpoczęcia relacji, jej zainicjowania, ale prawdziwe spotkanie Jezusa z wiernymi musiałoby się odbyć poza nimi?

Nie mam wątpliwości, że uczniowie wszelkimi sposobami chcieliby szerzyć nauczanie Chrystusa i media społecznościowe miałyby w tym swój udział, ale nigdy nie mogłyby zastąpić prawdziwego spotkania z drugim człowiekiem. Przy tej okazji przychodzi mi do głowy jeszcze nieco inna myśl. Social media wykorzystywane byłoby też z całą pewnością przeciw rodzącemu się Kościołowi. Hejtujący faryzeusze, drwiące z Jezusa memy, wręcz wojna informacyjna… Sądzę jednak, że nawet w takiej sytuacji Jezus byłby po prostu Barankiem. Znosił z pokorą internetowy lincz i pomówienia, i nie wchodził w taki język, w bezustanne polemiki, we wzajemne trollowanie, w wojny narracji.

 

Jednym słowem, Jezus nie kazałby uczniom robić memów na faryzeuszy?

Myślę, że po prostu kazałby im głosić prawdę, nawet gdyby to było mało nośne i skuteczne medialnie.  Inne byłyby też pokusy. Być może Judasz apelowałby wtedy do Jezusa: „Co Ty robisz, mówiąc rzeczy niepopularne tracisz tłumy. Nie pisz o krzyżu, pisz tylko pozytywnie, nie zniechęcaj ludzi do siebie przykazaniami, etc.”. Jednym słowem, byłaby pokusa pozyskiwania łatwej popularności, ale Chrystus pokazał konsekwentnie swoim życiem, że nie tędy droga. Proszę zauważyć, w momencie, gdy Jezus objawił ludziom prawdę o swym Ciele: “Ciało moje jest prawdziwym pokarmem”, odeszło od Niego kilka tysięcy osób. Zostali sami apostołowie. I co, była to komunikacyjna klapa? Po wiekach okazało się, że nie.

 

Zapytam w takim razie prowokacyjnie: a może media społecznościowe po prostu nie są Kościołowi potrzebne? Przecież chrześcijaństwo rozkwitło bez nich, i pewnie bez nich sobie poradzi.

Twitter, Facebook, Instagram – to po prostu narzędzia i jako takie nie są złe ani dobre. Nożem można posmarować masło na kromce chleba, albo kogoś skrzywdzić. Nie nóż jest sądzony za czyn, ale ten, kto go używa. Tu podobnie. Kościół nie obraża się na sieć, tylko uczy się z niej mądrze korzystać. Oczywiście nie na zasadzie zastąpienia klasycznej ewangelizacji, co raczej zaproszenia do niej, inicjowania osobistych spotkań z Jezusem. To również dobra przestrzeń do dawania świadectwa i zaproszenia do wejścia głębiej w życie wiarą. Zresztą ten proces już dawno został opisany jako preewangelizacja, która w internecie funkcjonuje bardzo sprawnie i akurat Kościół w Polsce nie ma w tej dziedzinie czego się wstydzić.

Kościół nie obraża się na sieć, tylko uczy się z niej mądrze korzystać.

tt_selfie_papiez

 

Marshall McLuhan, jeszcze przed epoką Twittera, powiedział słynne zdanie „medium is the message”. Znaczy to, że samo medium i jego charakter, wpływa na sposób w jaki odczytujemy komunikowaną przez nie informacji. W takim układzie internet pośrednio determinuje skrócone formy, relację zapośredniczoną, spłyconą i pobieżną. Nie sądzi Ksiądz, że już sam ten fakt bardzo ogranicza skuteczne funkcjonowanie Kościoła w sieci?

Ja bym te słowa rozumiał szerzej i przełożył również do nieco innej rzeczywistości. Chodzi o to, abyśmy zrozumieli że „medium” to również rzeczywistość liturgii. Ambona to idealne medium. Proszę się nad tym zastanowić głębiej: pomimo rozwoju internetu, dla wspólnoty Kościoła najdoskonalszym „komunikatorem” jest nadal ołtarz, ambona, katedra. My nawet nie zdajemy sobie sprawy, jak doskonała, bo pełna i skuteczna, komunikacja tam się toczy. Marketing tego nie pojmuje, ale zobaczmy, jakie cuda się tam dzieją, ile osób Kościół wciąż gromadzi metodami, które dzisiaj uznaje się za archaiczne.

 

Pozostając w języku marketingu, Kościół nie powinien „budować zasięgu” za wszelką cenę, ale pozostać przy dotychczasowych, konserwatywnych metodach komunikacji?

Nie nazwałbym ich konserwatywnymi – to kontynuacja metodologii działania Chrystusa. Komunikacja wprost, oparta na zaufaniu, która nie kłamie jak reklama. Takie budowanie zasięgu bez podstawy, jaką jest prawda, jest chwilowe, ulotne. Jezusowi, w przeciwieństwie do założycieli różnego rodzaju sekt, naprawdę zależy na zbawieniu człowieka, a nie na jego pieniądzach czy uwadze, i po to założył Kościół. Oczywiście możemy zapraszać do pełni w nim życia nowymi technologami, i Kościół od zawsze to robił. Przykładem niech będzie renesans, Biblia Pauperum, wykorzystanie wynalazku druku – pomimo początkowego oporu – to szerzenia Biblii i Ewangelii.

 

Trochę się jednak od tych czasów zmieniło. Chyba nie zawsze na lepsze.

Nie zawsze na lepsze, bo fundamentalne pytanie pozostaje otwarte: jak dostosować przekaz do współczesnego języka i mediów społecznościowych. Czy gdzieś postawić granicę, by nie naruszyć prawdy i integralności nauczania Jezusa, czy też komunikować je w sposób zrozumiały dla internautów – ryzykując błędy i radykalnie przekładając Ewangelię, często poprzez uproszczenie i redukcję zniekształcając ją. Rozdzielmy to zagadnienie na trzy obszary, trzy zadania komunikacyjne Kościoła. Po pierwsze, Kościół informuje o samym sobie, po drugie, o prawdach wiary czy doktrynie, po trzecie o swojej najgłębszej rzeczywistości, misji, sensie, tożsamości – Jezusie Chrystusie.

 

Media descend on St. Peter's Square after the resignation of the Pope

 

I w jakim obszarze są największe braki?

W tym pierwszym – informowaniu o życiu Kościoła. W sferze internetu, nikt dobrze w Polsce tego nie robi, być może również na świecie. To ogromna nisza do zagospodarowania, włączając w to udział – nazwijmy to – katolickiej opinii społecznej. Drugi obszar, prawdy wiary, tutaj dobrym przykładem dla mnie są portale katolickie w Polsce, np. Stacja7, która zainicjowała w sieci ciekawą rzecz, jaką są rekolekcje internetowe. Aneta Liberacka wprowadziła hasztag #JutroNiedziela, który poprzez refleksje nad nadchodzącą liturgią, pogłębia jej przeżywanie i stał się oczywistością na Twitterze. Również to, co Pan robił w Deonie rok temu, działy się tam fantastyczne rzeczy. Pytanie pozostaje jednak ciekawe i na zawsze będzie pobudzało kreatywność nas wierzących: jak przedstawiać doktrynę, prawdy wiary, najpierw o nich informując i je wyjaśniając, a potem do nich przekonując.  Przechodząc jednak do trzeciego zagadnienia, czyli mówieniu o Jezusie, o swej prawdziwej misji, to nadal jest dla mnie duża zagadka. Nie wiem jednak czy to nie jest ta sfera, która prawdziwie objawia się tylko w liturgii… Tylko liturgia  jest tym “medium”, które w pełni – i tylko przy założeniu, że człowiek się w nią zaangażuje, jest w stanie komunikować mu w całej prawdzie Jezusa. Wróćmy do zdania McLuhana: the medium is the message. Liturgia, sakrament, sama w sobie, samą formą jest wiadomością o Jezusie. Sacrament is the message. 

Liturgia, sakrament, sama w sobie, samą formą jest wiadomością o Jezusie. Sacrament is the message.

 

I nie da się tego przełożyć na 140 znaków?

Podobne dylematy mieli duchowni, którzy 60 lat temu zajmowali się propagowaniem wiary poprzez rodzące się media elektroniczne. Wiedzieli, że głębi ewangelii nie da się w pełni ukazać w ten sposób. Ale jest ona koniecznym dla wielu zaproszeniem.

 

Wyobraża sobie Ksiądz, że za kilka ten te trend internetowy się w Kościele pogłębi, i parafie zaczną streamować Msze na żywo poprzez Periscope a proboszcze będzie przez Instagrama ogłaszał konkurs na najładniejszą święconkę?

Nie wiem czy to jest pożądany trend, na pewno nie da wszystkich wspólnot. Jeśli jakiś kreatywny kapłan, wymyśli narzędzie autentycznie używane przez wiernych, a nie takie na chwilę, o którym opowie Teleexpress, ale po miesiącu wszystkim się znudzi – to można tylko przyklasnąć. Odpowiadając jednak wprost na pytanie, myślę, że tak się nie stanie. Internet nigdy nie był i moim zdaniem nie będzie podstawowym środkiem komunikacji w parafiach, może natomiast służyć jako nowoczesna tablica ogłoszeń. W ten sposób nie da się jednak dotrzeć do ogromnej rzeszy osób, dla których sieć nigdy nie będzie naturalnym środowiskiem komunikacji.

 

Gdyby jednak jakiś ksiądz, który nie do końca rozumie współczesne media społecznościowe, chciał rozpocząć komunikację za ich pośrednictwem, gdzie powinien szukać wsparcia. Czy Kościół organizuje szkolenia na ten temat?

To, co pokazały nam choćby ostatnie wybory prezydenckie, to fakt, jak wiele osób dzisiaj nie rozumie internetu. W Kościele też mamy ten problem, ale w dużej mierze rozwiązuje go nowe pokolenie księży, którzy „urodzili się ze smartfonami w dłoni”. To oni w naturalny sposób istnieją w wirtualu. Poza tym już na poziomie formacji seminaryjnej, intenret przedstawia się jako narzędzie, z którego choć z rozwagą, należy korzystać dla dobra wspólnot parafialnych.

 

Wielu polskich duchownych tweetuje z jednego, wspólnego profilu na twitterze @duchowni  

 

 

Ale profesjonalnych szkoleń w tej tematyce, poza seminarium, nie ma?

Nie ma zbyt wiele, ale np. każda parafia ma zadanie mieć swoją stronę internetową.

 

A jeśli ksiądz nie umie jej założyć, do kogo ma się zwrócić?

Przecież parafia to nie sam proboszcz, to przede wszystkim wierni, i oni w takich kwestiach powinni przejmować stery. Kiedyś kościelny wieszał ogłoszenia na tablicy, dzisiaj również wspólnota powinna brać współodpowiedzialność za te obszary, w których duchowni mogą sobie nie radzić, bo przecież ekspertami powinni być od modlitwy, niekoniecznie od innych profesji. Poza tym wiele inicjatyw „internetowych” Kościoła rozwija się po prostu spontanicznie, oddolnie, i to one są zazwyczaj najlepsze. Przykładem niech będzie choćby jezuicki projekt „Modlitwa w drodze”, który powstał w gronie kleryków z dobrym pomysłem. Zadaniem współczesnego Kościoła jest właśnie nie tyle kreowanie, co wspieranie już istniejących projektów.

 

Mówiąc o obecności Kościoła w internecie, a szerzej, w mediach – nieuchronnie dochodzimy do niewygodnego pytania o finansowanie tego typu działalności. Każdy pomysł, choćby był najbardziej innowacyjny, nie będzie się rozwijał jeśli nie znajdzie funduszy. Gdzie księdza zdaniem powinna się skończyć „misja”, a zacząć „biznes”.

Wydaje mi się, że to niemożliwe. Aby portal na siebie zarabiał, powinien mieć minimum 2 miliony użytkowników miesięcznie. Nikomu jeszcze się to nie udało. Poza tym, media religijne się nie konsolidują w jakiś serwis centralny. Wiele osób próbowało profesjonalizować ten przekaz, nie tylko w internecie, ale jak pokazuje przykład choćby jednego z telewizyjnych kanałów religijnych – na dłuższą metę bardzo trudno to utrzymać. A skoro nie da się utrzymać, w naturalny sposób spada choćby jakość publikowanych treści. Zastrzegam, to jest problem nie tylko w Polsce, ale na całym świecie. Jedynym rozwiązaniem jak na razie jest model, w którym funkcjonuje na przykład amerykańska telewizja publiczna PBS. Nie utrzymuje jej rząd, nie utrzymują firmy, nie udźwigną zyski z reklam. Utrzymują ją chętni obywatele, ci, którzy chcą – albo lepiej: czują konieczność, by ona istniała. Mało kto o tym wie. Jeszcze mniej z nas zdaje sobie sprawę, że dokładnie w takim modelu utrzymywane jest w Polsce Radio Maryja.

 

shutterstock_241712128

 

Czyli zostaje działalność misyjna…

Tak, ale wbrew pozorom to jest pewnego rodzaju zaleta. Dzięki tej nierentowności tematyki związanej z wiarą, nie skupiają się wokół niej osoby, które chcą w ten sposób szybko zarobić. Dzięki temu, w tak skomercjalizowanym świecie, media religijne pomimo swojej nieporadności, zachowują szczerość przekazu. I jest wielu świetnych ludzi, którzy znając te uwarunkowania, godząc się na małe pensje, mimo wszystko z pasją działają.

 

Może właśnie to jest nasza największa siła, której nadal nie umiemy wykorzystać? Chcielibyśmy budować alternatywne media, a może droga jest znacznie prostsza – lekcja płynie choćby z wyborczego podwórka. Wygrywają Ci, którzy mówią wprost i burzą święty spokój.

Oczywiście, niestety głównie w środowisku ludzi młodych, Kościół nadal kojarzy się ze stateczną instytucją i to jest trudny do obejścia problem. Jak ukazać jego szczerość, pewnego rodzaju „antysystemowość”? Świetna jest metafora, którą opowiedział nasz nowy biskup pomocniczy w Warszawie, ks. Michał Janocha: Kościół w swej istocie nie jest instytucją, jest Ciałem Mistycznym. Gdy człowiek potrzebuje wody, dajemy mu szklankę z wodą, bo nie sposób podać wodę inaczej. Ale nie o szklankę, nie o instytucję tu chodzi… Kościół ma tę przewagę nad świeckimi politykami, że ma on odpowiedź na najważniejsze zagadnienie tego świata: jak się ocalić, jak zostać zbawionym. O jednym musimy jednak pamiętać, jakbyśmy się nie starali, nie da się zrobić Kościoła 2.0. Nie da się go zamknąć w przestrzeni wirtualnej, bo najważniejsze rzeczy i tak zawsze będą się działy przed ołtarzem, w rzeczywistości sakramentalnej. I tego nie powinniśmy zmieniać.

Kościół ma tę przewagę nad świeckimi politykami, że ma on odpowiedź na najważniejsze zagadnienie tego świata

 

Trochę mi tym Ksiądz popsuł konkluzję wywiadu. Myślałem, że św. Piotr byłby dzisiaj blogerem…

Bo to jest drugorzędne. Misją Kościoła jest wyprowadzanie ludzi na zewnątrz, wyplątywanie z sieci, do świata realnego, a nawet dalej – sakramentalnego. Od vitrualu do realu i sacramentalu. „Idźcie i głoście”. Internet niech daje impuls, reszta niech dzieje się tak samo, jak w czasach Chrystusa. Tutaj najlepsze wzorce komunikacji mamy już dobrze ustalone. I każda instytucja w historii świata, może nam pod tym względem pozazdrościć.

 

ks. Przemysław Śliwiński

ks. Przemysław Śliwiński

Kapłan Archidiecezji Warszawskiej. Pochodzi z Lubawy. Ukończył studia specjalistyczne na Wydziale Komunikacji Społecznej Uniwersytetu Santa Croce w Rzymie. Jesienią 2013 roku, objął stanowisko rzecznika prasowego Archidiecezji Warszawskiej oraz dyrektora Archidiecezjalnego Centrum Informacji. Wykłada edukację medialną w Wyższym Metropolitalnym Seminarium Duchownym w Warszawie. Na Stacji7.pl jest autorem wielu artykułów oraz popularnego cyklu Jutro Niedziela.

Zobacz inne artykuły tego autora >
Marcin Makowski

Marcin Makowski

Dziennikarz tygodnika "Do Rzeczy", publicysta Wirtualnej Polski, współpracownik "Dziennika Gazety Prawnej" - wcześniej wydawca w portalu Deon. Pisał do Onetu, Forward, "Rzeczpospolitej", "Tygodnika Powszechnego" i Stacji7. Prowadzi program "Nocna Zmiana" w Radiu Kraków. Laureat nagrody Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich im. Adolfa Bocheńskiego (2016) oraz Stefana Myczkowskiego (2017) nominowany do nagrody im. Kazimierza Dziewanowskiego (2016) oraz Stefana Żeromskiego (2017).

Zobacz inne artykuły tego autora >
ks. Przemysław Śliwiński
ks. Przemysław
Śliwiński
zobacz artykuly tego autora >
Marcin Makowski
Marcin
Makowski
zobacz artykuly tego autora >